TagTag pledge: Help us build secure and private social network

tagtag.com/marquis

Andrzej Ziemiañski
Achaja
Tom II  
 

Rozdzia³ 1
Wiêkszosæ cia³ z³ o¿ono w jednym miejscu. Naciagniêto na nie resztki, które pozosta³y z wozów. Nie by³o ani oleju ani oliwy, ca³e zapasy zosta³y spalone, wiêc ¿o³ nierze pó³ dnia znosili chrust na pogrzebowy stos. Sirius, z mina jakby szed³ na sciêcie, rzuci³ p³onaca pochodniê. Nie wystarczy³o. Trzeba by³o podpala z wielu stron. Achaja w nowej, tym razem dosæ skromnej sukience sta³a z boku, obserwujac cia a przebranych w ³ achmany rycerzy, u³ o¿one jedno przy drugim na drodze. Nie uznano ich za godnych ca³opalenia na wspólnym stosie. Dziewczyna odzyska³ a swoja sakiewkê ze z³odziejskim ³upem i wygranymi z drugiego dnia w Syrinx. Dobre i to. Skóra, z której zosta³a zrobiona, by³a ledwie nadpalona - dobrze ja ukry³a pod pod³ oga wozu.
Skads z oddali rozleg³ siê dzwiê k rogu. ¯o³nierze grupkami odbiegali od stosu, gromadzac siê przy koniach. Teraz byli czujni.
- Kto, psiamaæ, siê osmiela? - rykna³ Sirius.
Zaan usmiechna³ siê zimno.
- To jasnie pan rycerz Vieese - mrukna³. - Jedzie kondolencje z³o¿yæ. A naprawdê zorientowaæ siê, jak posz³o jego ludziom, czemu nie wrócili na umó wione spotkanie.
- To za³atwmy ich.
- Nie. To ciagle ten sam Zakon. Wystapimy przeciw nim jawnie, to i oni jawnie wystapia.
- Przecie¿, psiamaæ , wystapili!
- Nieeeee... Ci tutaj - wskaza³ na trupy pod swoimi stopami - to tylko rabusie. Co z tego, ¿e w kolczugach.
- Ty zawsze, ¿eby nic nie robiæ.
Zaan usmiechna³ siê szerzej. Ale ten usmiech nie by³ przez to ani o ton cieplejszy.
- A czy ja mówiê, eby nic nie robiæ? - D³u¿sza chwilê drapa³ siê w policzek. - Oni zrobili gruby b³ad. B³ad w sztuce. Nie sadzili, ¿e bê dziemy mieli kogos takiego jak luañska dziwka.
- Nie nazywaj jej dziwka.
- Dobra. Ja jej mogê nawet pomnik ze z³ota odlaæ.
Sirius wierci³ siê, obserwujac coraz bli¿szy poczet. Wreszcie nie wytrzyma³.
- Dlaczego pope³ nili b³ad? - spyta³ .
- Widzisz, ju¿ nie musimy udawaæ, ¿e miêdzy nami zgoda. ¯e nie zauwa¿amy ich knowañ. A oni musza. To¿ nie wystapia jawnie przeciw ksiê ciu Troy, bo jaki krzyk by siê podnió s³. Owszem, zabiæ, zg³ adziæ wszystkich swiadków, ilu by ich by³o... Tak, to ich metoda. Ale teraz? My mo¿ emy napluæ im w twarz i nie baæ siê , ¿e kogos obrazimy. Wiemy, czego chca. Nie od dzis zreszta. A oni bêda musieli to scierpieæ. Nie uderza jawnie si a, póki my nie uderzymy.
- Dobra. - Sirius powesela³ nagle, jakby spotka³ o go wielkie szczê scie. - Dobra. Naplujê im w twarz.
- Szlag! Nie dos³ ownie. Powiem ci, co robiæ .
- Nie. Ty tylko stój i patrz.
Ksia¿ê wyrwa³ siê i skoczy³ do przodu.
- Halo! Panie Vieese - krzykna³. - Rycerzu! - I cicho doda³: - Kurwa twoja maæ.
Ci z ¿o³nierzy, kt rzy stali blisko, zarechotali, szturchajac siê ³ okciami. Vieese ponagli³ konia, wysforowujac siê przed switê. Nawet z oddali widaæ by³o, ¿e na widok Siriusa i cia³ le¿ acych na drodze zwar szczêki z wsciek³ osci.
Tymczasem ksia¿ê nie ustêpowa³.
- Bywaj! - krzykna³. - Panie rycerzu. A zsiadajcie mi zaraz z konia, przywitaæ siê chcia³em.
Vieese wstrzyma³ konia i... przymykajac oczy, zsiad³.
- S³ysza³em, ¿e wasza ksia¿êca mos chory.
- Ano... Imaginujcie sobie, zbójcy na mnie napadli. A nie masz lepszego medykamentu ni¿ g³ owy sciêcie przed wieczorem, prawda? - Sirius perorowa³ w najlepsze, Zaan odwraca³ g³owê, Vieese zgrzyta³ zê bami. - Ale... Widzê przy wasci m³ ode rycerstwo, w liczbie kilkorga. - Zaan, s³yszac to prostackie wyra¿ enie i b³êdy w wypowiedzi, a¿ ugia ramiona. - Czy¿ nie godzi si , by równie¿ zsiedli i przybli¿ yli, ¿eby nauki pobieraæ? Czy¿ nie po to wodzisz ich z soba?
- Oni moga... - Vieese nie wiedzia , co wymysliæ. - Oni za ma³o znaczni, despekt moga...
- Ja zapraszam! - warkna³ ksia¿ê takim tonem, ¿e nie czekajac na rozkaz dowódcy, piatka m³ odych rycerzy Zakonu zeskoczy³a z koni i zbli¿y³a siê nieco.
- No i widzicie, panie Vieese... Jak wam tam? Tytu³u zapomnia³em.
- Rycerzu zakonny.
- O, w³asnie. To chcia³em powiedzieæ: Vieese, snycerzu zakonny. Oooo... przepraszam - zakpi³ Sirius, a wielu z ¿ o³nierzy Królestwa Troy zas³ania³o usta, ¿eby siê nie rozesmiaæ. - Co wasæ myslisz o tych zbójach? - Wskaza³ trupy, któ rym spod ³achmanów wystawa³y kolczugi. M³odzi rycerze Zakonu wiedzieli ró wnie¿, ¿e patrza na swoich martwych kolegów. Ich d³onie niebezpiecznie balansowa³y przy g³ owniach mieczy.
- To... niegodziwcy - szepna Vieese.
- Co? Nie dos³ysza³ em.
- To niegodziwcy.
- No nieeee... Czy was tam, wybaczcie, w Zakonie ucza odpowiadaæ ksia¿êtom jednym tylko s³owem, czy ca³ym zdaniem, co?
- Ca³ym zdaniem, ksia¿ê. - Vieese, gdyby móg , po³kna³by swój w³asny miecz.
- No, to mów. G³osno.
- To... - Vieese odchrzakna³ i wyrzek³ naprawdê g³osno: - To sa niegodziwcy.
Sirius zwróci³ siê do m³odych rycerzy Zakonu.
- I co? Nauki pobraliscie? No, odpowiadaj jeden z drugim, jak pytam!
- Tttt... tak, panie!
- A wszystko zrozumieliscie?
- Tak, panie.
- A dobrze zrozumieliscie?
Rycerz, który odpowiada³, dos³ ownie s³ania³ siê na nogach z wsciek³ osci.
- Tak, panie.
- No, to lekcji powt rka - powiedzia³ Sirius. - Nie wszystko uda siê zapamiêtaæ za pierwszym razem. - Zwróci³ siê do Vieesego: - A szubrawymi mordercami ich nie nazwiecie, panie rycerzu?
- To jasne.
- G³osniej i pe³ nym zdaniem! - krzykna³ ksia¿ê. - Tak, by wszyscy moi ¿o³nierze s³ yszeli! Im te¿, psiamaæ, nale¿y si nauka!
Vieese prze³kna³ slinê. Jego szczêki ma³o nie pêk³y, tak mocno je zaciska³. Cos, jakby bielmo, zakry³o mu oczy.
- To...
- G³osniej!
- To szubrawi mordercy! - krzykna³ Vieese, unikajac jak ognia wzroku swoich m³odych rycerzy.
- No! - Sirius usmiechna³ siê ciep³o. - A jak nazwiecie ich mocodawców?
- To¿ pewnie nie mieli ¿adnych mocodawców, panie.
- O zdanie nie pytam! - rykna³ Sirius. - Jesli maja swoich mocodawców, psiamaæ , to jak ich nazwiecie?!
Vieese patrzy³ na czubki swoich butó w.
- Niegodziwcami, zapewne - szepna³.
- No nie... Tu nie salon w pa³ acu. Znacie chyba jakies bardziej dosadne okreslenie.
- To... to...
- To chuje - dokoñ czy³ za niego Sirius. I wrzasna³: - G³ osno i pe³nym zdaniem proszê!
- Mocodawcy tych... zbójów... - Vieese prze³kna³ slinê. Potem rozluzni³ ko³ nierz. Potem podrapa³ siê w szyjê. Potem strzasna³ niewidzialny py³ek z rêkawa. Potem wyczysci³ nos. Potem przetar³ oko. Potem podrapa³ siê w brodê. Potem...
- No?!!!
- Mocodawcy tych zbó jów to chuje!
Sirius rozesmia³ si g³osno. Kilku ¿o³nierzy nie wytrzyma³o. Rzucili siê w las, niby to za pilna potrzeba. Ale ksiêciu nie by³ o dosæ. Podszed³ do m³ odych rycerzy.
- Wyciagnêliscie naukê? - spyta³. - Wszystko zrozumieliscie?
- Tttt... tak, panie.
- A dobrze zrozumieliscie?
Jeden z nich, najbardziej narwany, nie wytrzyma³. Jawnie siêgna³ do rêkojesci miecza.
- Hej, smiesz miecza macaæ w mojej obecnosci? - krzykna ksia¿ê kpiaco. - Cz³owieku! Sto kusz w ciebie mierzy.
¯o³nierze bez ¿ adnego rozkazu wyciagnêli kusze i wymierzyli w trzê sacego siê z wsciek osci m³odzika. Mieli prawo. Nikt przy ksiêciu g owni miecza maca³ nie bêdzie. M³odzik parskna³ i zagryz³ wargi a¿ do krwi.
- No, co? - pastwi³ siê Sirius. - Zrozumia³es mnie?
Tamten nie odpowiada , wlepiajac wzrok w ziemiê. Sirius zdenerwowa³ siê nagle.
- Mów, jak mnie zrozumia³es! Kto sa ci zbójcy?
- Tttt... to... - M³ody rycerz spojrza³ na Vieesego szukajac ratunku, ale ten odwraca³ wzrok. Za to sto kusz mierzy³o w niego i w ka¿dej chwili mog o zamieniæ go w wielkiego je¿a z drewnianymi kolcami. - To sa...
- Co?
M³odzik spurpurowia na twarzy. Wyraznie nie móg³ wziaæ g³êbszego oddechu.
- G³osno proszê. O ksia¿êcy majestat chodzi.
- To sa niegodziwi mordercy! - krzykna³ ch³opak w rozpaczy. - To psy!
Sirius pokiwa³ g³ owa.
- Masz racjê, synu - powiedzia³, choæ niezbyt ró¿ni³ si od niego wiekiem. - Ale wiesz... Wracajac do mojej bajki... Ja bym nigdy kolegó w tak nie nazwa³. Szczególnie martwych. Mówiê przyk³adowo, oczywiscie.
Odwróci³ siê i podszed³ do rycerza, którzy spod przymkniêtych powiek patrzy³ na cia³a.
- Có¿, ka¿da przyjemnosæ ma swoje granice. ¯egnaæ siê nam przysz³o.
Vieese spojrza³ na niego z nadzieja.
- No. - Ksia¿ê usmiechna siê naprawdê przyjaznie. - Odlejmy siê przed droga.
- S³ucham?
- Panie rycerzu. Powtórzê: tu nie salon w pa³acu. Tu sami mê¿czyzni wokó³, rycerze i ¿ o³nierze. I jedna tylko kobieta, bo inne zbó jcy bohaterscy wybili. Nie czas na salonowe s³owa, nie czas na etykietê. Odlejmy siê przed droga.
Sirius rozkraczy³ siê i zacza³ sikaæ na le¿ace cia³a.
- Nigdy nie pozwoli³ bym sobie na taki despekt, nawet wobec zbójców - wyjasni³ . - Ale wobec morderców bezbronnych kobiet? I dla nauki m³odego rycerstwa? Gotów jestem poswiêciæ swoja ksia¿êca powagê.
Vieese zamkna³ oczy. Miêsnie szczêk uwydatnia³y siê na policzkach. Mysla³, ¿e przeczeka. Myli³ siê.
- A teraz wy, panie rycerzu.
- Aaaaaa... ale ja... nie chcê...
- ¯al ich wam?
- Nie, nie... ja... sikaæ nie potrzebuj .
- A to ¿aden problem. Piwa! - rykna³ Sirius na swoich ¿o nierzy. I odwróci³ siê do zmartwia³ego Vieesego. - Specjalnie dla mnie sprowadzane z p ³nocnych krain. Znacie, panie, Pó³ noc? Tam te¿ rycerstwo gosciñce przemierza - zakpi³. - Laæ ca³y dzbanek, nie bêdê przecie¿ ¿a³owa³ - warkna na ¿o³nierzy, kt rzy podtoczyli anta ek.
- Ale... ja nie mogê... My nie pijemy alkoholu.
- Moim poczê stunkiem gardzisz, panie rycerzu? Poczê stunkiem ksiêcia? Gardzisz?!
Vieese, rad nie rad, wychyli³ dzbanek, usi³ujac jak najwiê cej rozlaæ na swój kaftan.
- Ju¿? Chce siê wam? - zainteresowa³ siê ksia¿ê. - Nie? Nastêpny dzbanek.
¯o³nierze skwapliwie spe³nili rozkaz. Vieese chwia³ siê na nogach. Rzeczywiscie nie pi³ dotad nigdy w ¿ yciu. Zrozumia³ jednak, ¿ e albo umrze tu na gosciñcu, albo spe³ ni zachciankê ksiê cia. Podszed³ do cia³ ludzi, których sam wys³a³ na zabó jcza misjê, i...
Ksia¿ê Sirius wskoczy³ na konia podczas tej czynnosci.
- ¯egnam, panie Vieese. A wy - krzykna³ do m³odzików - naprawdê wyciagnijcie z tego naukê. Bo mo¿ecie byæ nastêpni - rozesmia siê. - W sikaniu, oczywiscie.
Setka ¿o³nierzy, Sirius, Achaja i Zaan ruszyli, nie zaszczycajac spojrzeniem rycerza, który znajdowa³ si w wyjatkowo g³ upiej sytuacji. Nawet jak na niego, nawet jak na Zakon. Ani przestaæ w po³ owie, ani kontynuowa .
- I jak? - Nie wytrzyma³ ksia¿ê i podjecha³ do Zaana, kiedy tylko poczet znikna³ im z oczu.
- Dobrze.
- Nie bêdziesz mnie poprawia³? Wytyka³ b³êdów?
Zaan usmiechna³ siê smutno i pokiwa³ g owa.
- Tym razem nie. Mój panie, ksia¿ê Królestwa Troy.
Achaja jecha³a kilkanascie kroków dalej i s³ysza³a ca³a rozmowê. Nie mog³a daæ po sobie poznaæ, ale... Ona powiedzia³aby na jego miejscu: "Wielki Ksia¿ê Królestwa Troy". Po trzykroæ wielki! Tak wielki, ¿e nie wymyslono jeszcze s³ ów na okreslenie tej wielkosci! Pokazaæ psom, gdzie ich miejsce. Pokazaæ, gdzie zbrodnia, a gdzie honor. To przywilej, ale i swiêty obowiazek w³ adzy, która powinna ustalaæ hierarchiê czynów, pokazaæ wszem i wobec, gdzie miejsce wszystkich rzeczy, które wa¿ ne, a którym sczeznaæ w pyle, na gosciñcu.
Jechali mimo nocy, trakt prosty jak strzeli³, bia³e p³ yty, którym go wy³ o¿ono, w swietle gwiazd odcina³y siê jasno od czerni pokrywajacej wszystko wokó³. Na granicy spotkali wojskowy zagon. Zaan zamieni³ kilka s³ów z dowódca. Nad ranem przys³ano prowincjonalnego prefekta, który, przera¿ony wydarzeniami, spisa³ wszystkie zeznania. Prefekt jeszcze tej samej nocy uda³ siê na miejsce zbrodni, jêkna³ na widok cia³ w kolczugach i pos³a³ umyslnego do prefektury miejskiej. Prefekt miejski przeczyta³ papiery, skla³ podw³adnego i uda³ siê na miejsce napasci. Zobaczy³ cia³a... Jêkna³ i wys³a³ komplet dokumentów do g³ównej prefektury w Syrinx. Tam dowódca umia³ czytaæ miêdzy wierszami. Jêkna³ wiêc, nie ruszajac siê z miejsca. Ale podjaæ decyzji równie¿ nie potrafi³. Teczkê, która tymczasem zda¿y³a znacznie pogrubieæ, odes³a³ wprost do pa³acu. Szef tak zwanych "s³u¿b" by³ najbardziej inteligentnym cz³ owiekiem z nich wszystkich. Jêkna³ ju¿ na sam widok teczki, nawet jej nie otwierajac. Papiery przedstawiono cesarzowi. Ten przeczyta³ je skrupulatnie. Jak równie¿ inne papiery dotyczace zajscia, których nie by³o w teczce. Nie jêcza³, bo nie by³ matka w po³ogu, ale cesarzem Luan. "Spaliæ! - rozkaza³ krótko. - Vieesego przeprosi za to, ¿e widzia³ zbójców, ale tak, ¿eby musia³ odpowiedzieæ na pismie i ¿eby musia ... potêpiæ mordercó w". Nie cierpia³ Troy, nienawidzi³ ksiê cia Siriusa, ale jego metoda wyraznie mu siê spodoba³a. Popatrzy³ na os³ upia³ego szefa dyplomacji i doda³: "A co mi bêda moich wrogów na drogach mordowali? Od tego ja jestem przecie¿!" D³ ugo nie móg³ dojsæ do siebie. "Przecie¿ immunitet da³em, kt ry pogwa³cili, psy! Niech wiêc teraz Vieese skamle jak pies!"
Rycerz Zakonu Vieese nie mia³ lekkiego ¿ ycia. Nawiasem mówiac, szef dyplomacji nie do koñca zrozumia³ intencje cesarza wyra¿one s³owem "spaliæ", a pytaæ nie smia³. Spalono wiêc zaró wno teczkê, cia³a "zbójców" , jak i prowincjonalnego prefekta.  

Orszak ksiêcia, sk³ adajacy siê teraz z samych konnych, bez wozów si³a rzeczy, napotka³ pierwszy patrol armii Arkach w dwa dni po opuszczeniu Luan. Dwie dziewczyny z mieczami, na koniach, zastapi³y im drogê . Prawda wiêc by³o, ¿e tam baby wojuja.
Kilkunastoletnia raptem dziewczyna obciagnê³a skó rzana spódniczkê na udach, by nie dawaæ zbyt niepowa¿ nej perspektywy wra¿ ym ¿o³nierzom.
- Stój! Kto idzie? - krzyknê³a.
- To¿ my jedziemy - odkrzykna³ Zaan - nie idziemy, moja pani.
- Dam ja ci krotochwile, pacanie. - Urwa³a nagle, widzac sto kusz w rê kach stu ¿o³nierzy. - No, kto tam? - Zagryz³a wargi. - Przecie¿ grzecznie pytam.
- Ksia¿ê Sirius, syn Wielkiego Ksiê cia Oriona, z poselstwem.
- O, ¿esz ty. Jest jeszcze jakis gwiazdozbiór, któ rego nie wymieni³ es?
- My z Królestwa Troy. A tam imiona w³adcó w od gwiazd wziête.
- Ha! - krzyknê³a. - A u nas to od kró w, co? - Usi³owa³a zakpiæ, ale nie jej by³o mierzyæ siê z Zaanem.
- Có¿, wspó³czuæ tylko. Ale to nie wasza chyba wina, pani?
- Kpisz?
- Gdzie¿bym smia³.
¯o³nierze chichotali, zas³ aniajac usta ku³ akami. ¯o³nierz by³a coraz bardziej wsciek³a.
- I myslisz, ¿e ciê zaraz do naszej kró lowej zaprowadzê, co?
- Hm. Nie sadzê, ¿eby wasza królowa tu "zaraz" w krzakach na nas czeka³a. Wiêc pokornie pojedziemy dalej.
- Gadanie! - rozsierdzi³a siê zupe³nie. - Pewnie grabiæ przyjechaliscie. Mów prawdê! Co?
- Có¿. Jesli armia Arkach ucieknie przed stu zaledwie ¿o³ nierzami, to owszem, mo¿emy cos zagrabiæ przy okazji. Ale póki co wolelibysmy spotkaæ siê na dworze.
- Kpisz? - przerwa³ a mu ponownie dziewczyna.
- No teraz tak - wyzna³ szczerze.
- No! - Panna na koniu nie bardzo wiedzia³a, co powiedzieæ. Jej towarzyszka ró wnie¿ nie zdradza³ a nadmiaru inteligencji. By³a m³oda, piegowata i sliczna.
- No! - Pociagnê³a nosem. - Ani mi siê wa¿!
Zaan, zrezygnowany, machna³ rêka.
- Moglibysmy zobaczy ... eeee... kogos bardziej kompetentnego?
- No! - Dziewczyna zastanawia³a siê d u¿sza chwilê. - Powiem dowódcy. Co?
- No! - odpowiedzia³ Zaan, przedrzezniajac ja bez litosci. - Powiedz. Co?
- Kpisz?
- Eeeeee... Teraz nie.
Dziewczyna uspokoi³ a siê wyraznie. ¯o³nierze Troy, sami wszak nie bê dacy wyrafinowanymi intelektualistami, o ma³o nie pospadali z koni. Przynajmniej ci, któ ry zatrzymali siê w pobli¿u. Wyraznie oburzy³o to tê druga.
- Ty, czego siê tak gapisz?! - krzyknê³ a, obciagajac kró tka spódniczkê jak przedtem kole¿anka. - Taki mam mundur! Zarazo!
- Przepraszam - Stropiony winowajca odwróci³ wzrok. Pozostali ¿o³ nierze nie odwró cili. Widok ¿o³nierzy w spódniczkach ledwie zakrywajacych posladki, rozkraczonych na koniach, nie by³ powszedni w Kró lestwie Troy.
- Ja myslê tak... - odezwa³a siê pierwsza.
- Niech bogom bêda dziêki - mrukna³ Zaan. - Ktos tu jednak mysli.
- Kpisz? Co?
- Nie!
- No! - Pociagnê³a nosem. - Jedzcie do zajazdu. Dzieñ drogi stad. A ja powiem dowódcy i po was przyjada, co?
- No! - odpar³ Zaan.
Nawet najodporniejsi ¿o³nierze zaczêli teraz chichotaæ. Tylko Sirius usmiecha³ siê promiennie. Panna strasznie mu siê podoba³a. Ta jednak fuknê³a na nich jak kotka:
- I bez ¿adnych mi takich - warknê³a. - Ja powiem, ¿e chcecie grabiæ, jak mówiliscie!
- No! - krzyknê³o chórem kilkunastu ¿ o³nierzy. Nawet Zaan " Kamienna twarz" rozesmia³ siê na wystêp swoich podkomendnych. Jedynie Achaja nie wytrzyma³a:
- Nie daj siê robiæ w konia, siostro! - krzyknê³a.
- Nie jestem twoja siostra! - warknê³ a ¿o³nierz Arkach na koniu. Potem jednak jakas mysl zmarszczy³a sliczne brwi. - Ach... Mój tato, co uciek³ ... Pojecha³ do Troy, co?
¯o³nierze zawyli z okrutnej uciechy. Achaja za³ama³a rê ce. Zaan nie móg³ utrzymaæ siê na koniu. Jedynie Sirius mrugna³ do niej i ruchem g³owy wskaza pobliskie krzaki ale nie zrozumia³a, o co mu chodzi. Dziewczyna rozglada³ a siê z coraz bardziej wojownicza mina.
- Jedzcie tam. - Wskaza³a rêka kierunek. - A ja do dowódcy. No. - Zbli¿y³a siê do Achai. - A ty jak bêdziesz widzieæ tatê... Pozdrów ode mnie.
¯o³nierze o ma³o siê nie poprzewracali. Achaja westchnê³a ciê¿ko. Zaan ukry³ twarz w d³oniach. Nawet Sirius zas³ oni³ oczy.
- No! I ¿eby mi spokój by³! - krzyknê³a, zawracajac konia. - Nie grabiæ, zarazy, niczego! Sama sprawdzê!
Ktos naprawdê spad³ z siod³a. Trzeba go by³o podniesæ, bo uderzy g³owa w wystajacy korzeñ. ¯o³nierze rechotali tak, ¿e rannego upuszczono dwa razy. Uspokoili siê dopiero du¿o pó zniej, kiedy obie wojowniczki zniknê³ y na lesistym zboczu góry. Ruszyli dalej droga, a w³asciwie b³ otnistym szlakiem. Szczêscie w nieszcz sciu, ¿e nie mieli ju¿ wozów. Nie da³oby siê przepchaæ ich tym traktem. Po d³u¿szej chwili do Zaana podjecha³ setnik.
- Panie. Mo¿e obóz rozbijemy? - zapyta³ . - Konie zdro¿one, ¿o³nierze zmê czeni okrutnie.
- Wola³bym jechaæ dalej. Mamy straszne opó znienie.
- Tak, panie. Ale ¿o³nierze zdro eni.
- Mówi³es, ¿e konie.
Sirius podjecha³ do nich. S³ysza³ ca³a dyskusjê. Nie by³ cz³ owiekiem mno¿acym problemy. Uniós³ siê w strzemionach i krzykna³ do ty³u:
- Ch³opaki, przed nami ca³e Arkach le y! Wiecie, co mam na mysli?
"Zdro¿eni" ¿o³nierze ruszyli naprzód z zupe³nie nowym zapa³em.
Nie bardzo wiadomo, co mia³a na mysli sliczna i z pewnoscia dzielna ¿ o³nierz Arkach, mó wiac, ¿e od zajazdu dzieli ich dzieñ drogi. Zaraza jedna wie, o jaka szybkosæ podejrzewa³a obcych. Mo¿e chodzi³o o galop? Ale przecie¿ ¿aden koñ na swiecie nie wytrzyma galopu przez ca³y dzieñ! Pozbawiony taborów oddzia³ musia³ jechaæ na po³y b³otnista, na po³y kamienista droga wijaca siê wsród coraz wy¿ szych gór a¿ dwa dni. Niewielka karczma, przylepiona do lesistego stoku nad zakolem górskiej rzeki, poprawi³a im jednak humory.
Sirius podjecha³ do dowódcy oddzia³u.
- Rozbijcie obóz pod lasem. Spróbujcie kupiæ owsa dla koni, bo skapieja w tych gó rach na samej trawie. Gdzies tam jest wioska. - Wskaza³ dymy ciagnace siê nad najbli¿szym wzgó rzem. - I ¿adnych rozrób z miejscowymi! Prawie nie znamy tego kraju.
¯o³nierz zasalutowa³, przyk³ adajac piêsæ do he mu. Sirius skina³ na Zaana i Achajê.
- S³uchajcie, to gó rale. - Podjecha³ do ¿³ obu przy karczmie i zeskoczy³ z konia. - Za³o¿ê siê, ¿ e maja tu gorza³kê .
Zaan z trudem rozprostowa³ kosci.
- Rozsadniej by³oby wziaæ paru ¿o³ nierzy dla eskorty.
- Przecie¿ mamy. - Ch³opak rozesmia³ siê i wskaza³ na Achajê. - Jakbys to powiedzia³? Jednoosobowy odpowiednik dwunastu rycerzy Zakonu! Cha, cha...
- Ona miecza nie ma.
- Jak przyjdzie co do czego, dam jej sw j. - Ksia¿ê pchna³ waskie drzwi. - A poza tym... Po co jej miecz? Dwó ch za³atwi³a go³ ymi rêkami.
Wkroczyli do ciemnego, zadymionego wnêtrza karczmy. Kilkunastu ch³opów okupowa³o dwa sto³ y pod oknem. Pozosta³e dwa by³y puste.
- £oj, goscie! - Chudy jak patyk gospodarz leniwie wyszed³ zza okopconego czyms szynkwasu. - Jasnie pany jedzo? Pijo?
- Pijo! Pijo! - zakpi³ Sirius. - ¯eby ci jeno gorza³ki sta³o!
- O! Patrzajcie! Zagraniczne fircyki, a gadajo jak prawdziwe mê¿ czyzny!
Usiedli przy stole w najciemniejszym kacie. Gospodarz postawi³ przy nich garniec gorza³ki i trzy kubki.
- Na zab cos bê dzie? - spyta³. - Czy rêkawem zakasicie?
- Rêkawem? Mamy ¿ reæ ubranie?
Gospodarz rozesmia³ siê na ca³y g³os. Nie by³o w nim ani krzty uni¿onosci. W³asciwie s³owa, które wypowiada³, mo¿na by uznaæ nawet za obrazliwe. Ale nie w jego przypadku. Jakas zawadiacka fantazja i humor, dos³ownie smiejace siê oczy, sprawia³ y, ¿e chyba ka¿dy lubi³ go od pierwszego wejrzenia.
- Jak rêkawem? Nie wiecie? - Nala³ sobie z dzbanka do kubka, który przed chwila postawi³ przed Zaanem. Golna³ do dna, przy o¿y³ rêkê do ust i chuchna³ mocno we w³asny rê kaw. - Ot i tak - powiedzia³, odstawiajac kubek na miejsce.
- Nie, nie. Wolelibysmy cos jednak zjesæ - mrukna³ Zaan, patrzac na swój mokry kubek. - Co macie?
- Ano to mamy. - Zacza³ wyliczaæ na palcach: - Taka rybê, co nie p³ywa, a lata, z mórz dalekich, albo trabê s³onia pieczona na ro¿nie, albo jeszcze takie ma³e ptaszki z krajów za siedmioma górami - mniejsze nizli muchy, nie wiada jak je, psiekrwie, po³apali, ¿eby tu dostawiæ, albo...
- A kotlet wieprzowy jest?
Gospodarz rozesmia³ siê znowu.
- Tak po prawdzie to jest tylko kotlet wieprzowy. - Uk³oni³ siê przed Siriusem. M³ody przybysz z dalekich stron, mimo wspania³ego stroju by³ jednak, o dziwo, normalnym klientem. - Rano, co prawda, to on siê jeszcze nazywa³ kotlet barani. Ale dla jasnego pana to ja go mogê nazwa kotletem wieprzowym. A jak jasny pan ma ¿ yczenie, to ja go mogê przemianowaæ nawet na kotlet z ludziny, cha, cha, cha...
Sirius rozesmia³ si równie¿.
- Dawaj! - krzykna³. - Cokolwiek to jest. Zbójcy nas atakowali po drodze, wozy popalili, ludzi nar¿nêli. Teraz to ju¿ niestraszny nam nawet kotlet barani, co zmienia nazwê.
Nape³ni³ kubki gorza³ka z dzbanka i podniós³ swój do ust.
- No, co? Pierwsza kolejkê zakasimy rê kawem.
Golna³ jak gospodarz, do dna. Zaan równie¿ poradzi³ sobie ze swoja porcja, a Achaja jak g³upia chcia³a pójsæ za ich przyk³adem. By³a gdzies w po³ owie kubka, kiedy zrozumia³a, ¿e, po pierwsze, bezbarwny p³yn wcale nie jest winem, po drugie, pali i dusi, a po trzecie, ¿e jesli go nie powstrzymywaæ , sam znajduje sobie wyjscie na zewnatrz ta sama droga, któ ra siê go wlewa³o. Parsknê³a jak koñ, wypluwajac wszystko z ust wprost na stó i walczac rozpaczliwie o odzyskanie oddechu.
- Oj, jasna panienka nie wprawiona. - Gospodarz przynió s³ w³asnie miskê z baranina na zimno. - Oj tak. Mocna nasza gorza³ ka. Krzepka!
Sirius i Zaan smiali siê cicho. Dziewczyna sarka³a i pomstowa³a, usi³ ujac pozbyæ siê z ust ohydnego smaku. W³o¿y³a do ust najwiêkszy kawa³ baraniny, ale dopiero to zatka³o ja zupe³nie. Wbi³a zêby w miê so i nie wiedzia³a co dalej - by³o tak twarde, ¿e ani zgryzæ go do koñca, ani co gorsza, wyja zêby z powrotem. Sirius szturchna³ Zaana, usi³ujac zachowaæ choæ trochê powa¿na min . Obaj wiedzieli skads, co nale¿y robiæ w takich wypadkach. Odkrajali no¿ami malutkie kawa³ki, które nale¿a³o najpierw potrzymaæ w ustaæ dla zmiê kczenia, a dopiero potem normalnie prze uæ. Achaja, duszac siê, rozpaczliwie walczy³ a ze swoja porcja. Si³a rzeczy wiêc przy ich stole zapanowa³a cisza. Mo¿na by³o za to pos³uchaæ, co mó wia ch³opi wokó³:
- I wiecie, kumie - perorowa³ najwy¿ szy z nich, wymachujac skó rzanym kubkiem dla podkreslenia efektu. - I ta, psiamaæ, jasnie pani oficyjer, nawet, psiamaæ, z konia nie zlaz³a, tylko mówi, ¿eby przejscie daæ dla wojska! Przez moje pole, psiamaæ, kumie, normalnie, no! Przez moja ojcowiznê! Cztery tuziny wojska tam, normalnie, by³o albo mo¿e i sto razy wiêcej!
- I co zrobiliscie?
- No jak, co? Mówiê , psiamaæ, po moim trupie! A ona, ¿e wykup da.
Ch³opi siê rozesmieli, jakby powiedzia³ cos smiesznego.
- A ja na to, ¿e nie bêda mi pola deptaæ, bo dopiero com je sia³. Hajda w las! Mówiê ...
- I co? Poszli lasem?
- No, co ty? - Ch³ op spojrza³ zdziwiony, jakby ducha zobaczy³. - To¿ lasem by nie przeszli, tam stromizna taka.
- No? No i co zrobi³ y wojaczki?
- No ona, ¿e wykup. A ja, co mi bêdzie cenê urzêdowa dawa a? To¿ siew by³, a w sianokosy ile zbo¿e bêdzie sta³ o, pytam, wie ona? No, to mówiê, po moim trupie, krzywdy mojej nie bêdzie! No! No i tak gadalismy i gadalismy... A¿ wreszcie mówi, e da cenê z rynku. Nooooo... Ja mówiê, inna rozmowa. Piniadz za zbo¿e tyle, co na rynku stoi, a nie po urzê dzie. No to mówiê, moja strata niech bêdzie, biorê piniadz, mó wiê, i przechodzcie. No to mi papier napisa³a, ¿e tiralira szli, nie g siego. Tak tam sta³o! Wó jt odczyta³, choæ powoli mu sz³o. I mówi, ¿e piniadza nie da, bo za du¿o ju¿ razów wojsko tiralira idzie bez pola i w kasie pusto.
- Kto mówi? Pani oficyjer czy wójt?
- No wójt, przeca, ten kiep durnowaty! Mówi, ¿e piniadza nie ma, bo wojsko miast gêsiego, to tego... no, zle chodzi. Musi wiêcej sprytnych ch³opów w okolicy papier wykupowy mu da³o. A co? Co ma byæ? Nasza strata?
- I co? Da³ piniadz?
- Co mia³ nie daæ? - Ch³op rozesmia³ siê gard³owo. - Rzek³em, ¿e kura czerwonego w stodole mu puszcze jak nie da. Da³!
Pozostali rozesmieli siê równie¿. Zaanowi nie miesci³ o siê w g³owie, ¿ e mog³o gdzies istnieæ pañstwo, w którym oficer musia t³umaczyæ siê przed ch³opem. Ba! Jeszcze rynkowa cenê za zbo¿e musia³ p³aciæ za to, ¿e zniszczy³ mu zasiewy na polu. To nie miesci³o siê w g³owie.
- No - odezwa³ siê drugi ch³op. - Ten nasz wójt to okropnie g³upi.
- Ano! - zakrzyknê³ a reszta. - Prawdê gadacie! Racja! Racja!
- A jeszcze g³upszy to ten ekunom, co spis robi³, nie?
- Prawda! Oj, g³upi by³.
- Ale g³upszego nizli nasz pan szlachcic ze dwora to nie znajdziesz ju .
- £garstwo! - krzykna³ ktos z drugiego sto³u. - G³upsza od niego nasza ksiê¿niczka!
- Nieprawda! £ garstwo!
- Kto mi, ¿e nieprawdê mówiê?!
- G³upszy dwór kró lewski! - odkrzykniê to z pierwszego sto³ u. - A najg³upsza kró lowa!
- Prawda! Eeeeee... znacie siê! Samiscie g³upi! Prawdê gada! G³ upia ona!
Zaan, roztrzêsiony, nachyli³ siê nad swoim sto³em.
- S³uchajcie - szepna³. - To jakas prowokacja! Nie mo¿ e byæ, ¿eby siê ch³opi panów nie bali.
Sirius i Achaja, sami przestraszeni tym, co s³yszeli, rozgladali siê podejrzliwie.
- To prowokacja - szepna³ Zaan, usi³ ujac zakryæ usta. - Chca, ¿ebysmy przytaknêli i wtedy nas zakuja w ¿elazo, powód majac. To dzicz jakas!
- Wystarczy, ¿e nie zaprzeczymy g³osno - Sirius mówi³ ró wnie cicho. - Bogowie! Psiamaæ. Ale po co im ta propagacja, skoro usiec ju¿ na drodze mogli?
- Pewnie powodu potrzebuja. Do kronik, czy ja wiem zreszta po co? - Zaan rozejrza³ siê wokó³. - S³uchajcie, wychodzimy?
Achaja skinê³a g³ owa. Ju¿ chcia³a wstaæ, ale przerwa³o jej wejscie nowego goscia. Znaæ by³o szlachcica po ubraniu, ciut lepszym ni¿ ch³ opskie, i po walniê ciu drzwiami, tak ¿ e o ma³o z oscie¿y nie wylecia³y.
- O! - Przybysz zauwa¿y³ najciekawsze dla niego towarzystwo w kacie. - Panowie - Dopiero teraz dostrzeg³ dziewczynê. - O p... przepraszam! Pañ stwo! - Zerwa³ czapkê z g³owy i uk³oni³ siê szeroko. - Zwólcie siê dosiasæ. Lepiej w kompaniji wieczerzaæ nizli samemu.
- A zapraszamy, zapraszamy. - Zaan wskaza³ mu miejsce na ³awie. - Co prawda szlismy ju¿...
- Ju¿? To¿ gorza³ ka jeszcze w dzbanku! Strawa w misie le¿y!
- No tak. Ale ch³opi gadaja takie rzeczy...
- A kto by tam ch³ opów s³ucha³! - Szlachcic przysiad³ siê, chcac uk³oniæ siê jednoczesnie Achai, ale zobaczy³ jej tatua¿, zmieni³ kierunek i z rozpê du sk³oni³ siê przed Siriusem.
- Ale - Zaan nie wiedzia³, czy ten r wnie¿ nie jest prowokatorem - ale m wili, ¿e wasza kró lowa... nie smiem powtórzyæ kalumni.
- Mówili, ¿e g³ upia, co? - Szlachcic zajrza³ do garnka, rozejrza³ siê za kubkiem i z przepraszajacym usmiechem po¿yczy³ kubek Zaana. - To¿ g³upia ona jak but, po prawdzie.
Nala³ sobie i ³ ykna³, ocierajac usta d³onia.
- Bo widzicie, panowie przybyszowie z krain, czy skad tam. Kraj u nas taki: ch³ opi g³upi, szlachta g³upia, dowództwo armii g³upie, kap³ ani g³upi przerazliwie, magnaci g³upi, dwó r g³upi, ksiê¿ niczki to ju¿ nie powiem, bo gdybym rzek³, ¿e g³upie, to bym komplement powiedzia³, a kró lowa... To sami wiecie. U nas to tylko pijañ stwo, ³apownictwo i g³upota straszliwa wszêdzie. Nasz kraj pewnie bê dzie najgorszy ze wszystkich!
Zaan oniemia³, Sirius otworzy³ usta i tak ju¿ pozosta³, Achaja wyba³uszy³a oczy.
- G³upek na g³upku, powiadam - ciagna³ szlachcic. - Same os³y i barany.
- Hmmm... - Zaan desperacko usi³owa³ zmieniæ temat - bo my z Syrinx jedziemy, od samego cesarza Luan...
- A tak, tak, s³ ysza³em o nim - Szlachcic potar³ brodê. - To te¿ ponoæ g³ upek pierwszej wody.
Sirius zrozumia³ nagle instynktownie i rozesmia³ siê. Achaja te¿ zrozumia a. Cos zaszkli³o siê w jej oczach, kiedy s³ucha³a dalszej czêsci wypowiedzi.
- Ale wracajac do nas, to jest jak mó wiê: prywata, ³ apownictwo, pijañ stwo i g³upota. Popatrzcie na ch³op w. Ten kraj...
- Popatrzy³am na ch opów - przerwa³a mu dziewczyna. - Ten kraj to jedyny, jaki znam, gdzie jest wolnosæ. Wolnosæ dla wszystkich! Wolnosæ dla ka¿dego! - Czu³ a, ¿e cos ciep³ego zbiera jej siê pod powiekami. - To najpiêkniejszy kraj, jaki móg³ si komukolwiek choæ by przysniæ! Nigdzie nie ma tak, eby wejsæ do jakiejs zaplutej knajpy blisko granicy i zobaczyæ cos tak slicznego, cos, co sprawia, ¿e przybysze zaczynaja siê wstydziæ i baæ . Baæ nie napasci, ale tego, co w nich samych od dawna zakorzenione. Pos³uchalibyscie przera¿onego milczenia w Luan. Pos³uchalibyscie us u¿nej ciszy w Troy. A tu? Ten g³upi, tamten g³upi. G³osno, bez strachu. Powiedzcie w zajezdzie cesarskim, ¿e w³adca Luan jest g³upi, i spró bujcie zachowaæ g³ owê na karku przez czas d³u¿szy ni¿ oddech! Mo¿e siê uda przez chwilê. Pod warunkiem, ¿e siê szybko schylicie. Mo¿e swiszczaca klinga przynajmniej za pierwszym razem przeleci ponad wami.
Szlachcic sk³oni³ lekko g³owê przed Achaja.
- Piêkne s³owa powiedzieliscie, panienko. Rad wielcem ich wys³ ucha³. - Zmarszczy³ brwi. - Ale pozwólcie. Swojego zdania nie zmieniê. - Przygryz³ wargi i potar³ brodê, jakby nad czyms siê zastanawia³. - Nie, nie. To¿ ch³opi naprawd kretyni, a rzadza nami idioci!  

Wstawali w³asnie, kiedy drzwi otworzy³ y siê znowu. Tym razem stanê³a w nich... Ach! Pijany Sirius o ma³o nie wywróci³ siê z wra¿enia. Piêkna pani ¿o³ nierz mia³a na sobie skórzana spó dniczkê, tak kró tka, ¿e ledwie, naprawdê, ledwie ja zakrywa³a. B³yszczace nagolenice sprawia³ y wra¿enie dopiero co wypolerowanych, skórzana kurtka nabijana æwiekami siêga³a jej do pasa, do którego przytroczy³a kró tki miecz i nó¿. Przy rêkawach kurtki wisia³y d³ ugie frêdzle, któ re, jesli poruszy³a rêka, plata³y siê z w³osami. Dziewczyna mia³a bowiem d³ugie, czarne w³osy zaplecione w ca³e mnóstwo cieniutkich warkoczyków, ale tak sprytnie, ¿e zwisa³y jej jedynie po lewej stronie g³ owy, siêgajac kszta tnych bioder.
Kiedy wzrok przyzwyczai³ siê do mroku panujacego we wnêtrzu gospody, rozejrza³a siê i podesz³a do sto³u zajmowanego przez przybyszów.
- Przepraszam za despekt. Czy wsród gosci jest...
- Chodzi ci o mnie, prawda? - Zaan podni s³ rêkê i przedstawi³ siê uprzejmie.
¯o³nierz stanê³a na bacznosæ, salutujac otwarta d³ onia do czo³a, i krzyknê³a na ca³y g³os:
- Melduje siê porucznik Harmeen! Armia Arkach, s³u¿ ba rozpoznania i zaopatrzenia, trzecia kompania garnizonu w Mai Lee!!!
- Aaaaaa... - Zaan nie by³ zbyt trzezwy. - Mo¿e siadziesz... Tfu, przepraszam! Zechce pani spoczaæ ?
Sirius wytrzezwia³ w znacznym stopniu. Wskaza³ jej zydel naprzeciw, rojac sobie, ¿e jesli usiadzie na nim kobieta w tak kró tkiej spódniczce, to bêdzie mia³ sliczna perspektywê. Pani oficer zawiod³ a go jednak. Zrobi³a sprê¿ysty krok do przodu, usiad³a sztywno, z prostymi plecami, jakby kij po³knê³ a, noga przy nodze, e klingi miêdzy uda nie da³oby siê wcisnaæ.
- Dziêkujê!
- Przys³a³ pania Biafra? - indagowa³ Zaan.
- Genera³ Biafra, szef s³u¿by rozpoznania i zaopatrzenia, jest naszym naczelnym dow dca!
- Spocznij! - rozesmia³ siê Sirius. Znalaz³ nareszcie metodê. £okciem, niby niechcacy, straci³ kubek na ziemiê i schyli³ siê pod st ³, ¿eby móc sobie popatrzeæ. Dziewczyna przyklei³ a nogê do nogi tak, a¿ naprê¿y³y siê wszystkie miêsnie jej kszta³tnych ud. Jednak reszta cia³a nie wykona³a ¿ adnego ruchu, nawet nie opusci³a wzroku.
- Oooooo... Bogowie - Podniós³ siê i szepna³ konfidencjonalnie do Zaana: - Tak jak w Troy. Nie nosza ¿adnej bielizny.
- Spotkam, mam nadziejê, pana Biafrê? - powiedzia Zaan, b³agajac wszystkich bogów, by nie us³ysza³a cichej uwagi ksiê cia.
- Tak jest! Proszê pana!
- Czy moglibysmy porozmawiaæ mniej oficjalnie?
- Tak jest! Proszê pana!
- Hmmm... No to zacznijmy.
- Tak jest! Proszê pana!
- Bogowie... Czy mog³oby byæ bez tego "tak jest!" i " pana" i nawet "proszê" na dodatek? Skad te dziwne stopnie, na przyk³ad? Setników u was nie ma?
- To reforma genera³ a Biafry. Mia³a na celu sprowadzenie pu³apu dowodzenia do szczebla kompanii i plutonu, jesli chodzi o oficerów, a nawet do szczebla dru¿yny, jesli chodzi o podoficeró w, proszê pa... - Panna najwyrazniej nie wiedzia³a, czym zastapiæ tradycyjna formu³ê, wiêc po chwili zakoñczy³a sprê¿ystym: - I ju !
- Kotku - mrukna³ Sirius - mog³abys to powiedzieæ bardziej po ludzku?
- Nie jestem kotkiem! Proszê pana! - krzyknê³a, ciagle wyprostowana na zydlu, z noga przy nodze, jakby by y zesznurowane. - Jestem oficerem armii Arkach! Porucznikiem, dowó dca plutonu " B" trzeciej kompanii s³u¿by rozpoznania i zaopatrzenia, garnizonu w Mai Lee!
- O, ¿esz ty - Sirius z rezygnacja machna³ rêka. - Kurza twarz.
- Nie mówi³em? - wtraci³ pijany szlachcic, który towarzyszy³ im przy wieczerzy. - U nas ka¿dy to idiota.
Dziewczyna zmru¿y³ a swoje sliczne oczy. Gdyby mog³a, najchê tniej nadzia³aby go na swój krótki miecz.
Zaan chcia³ cos powiedzieæ, ale szlachcic chwyci³ go za rêkê.
- Daæ jej wódki - mrukna³.
Zaan rozejrza³ siê za gospodarzem, jednak przy szynkwasie nie by³o nikogo. Poswiêci³ wiêc znowu w³asny kubek, nape³ni³ go z dzbana i poda³ kobiecie.
- Mam nadziejê, ¿e nie odmówi pani i b dzie nam towarzyszy . Wszak ju¿ koniec s³ u¿by na dzisiaj.
Harmeen wziê³a od niego kubek i wypi³ a do dna jak, nie przymierzajac, Sirius. W przeciwieñstwie do Achai, nie poznaæ by³o po niej ¿ adnych ujemnych skutków prze³kniê cia palacej trucizny.
- Jeszcze raz. - Szlachcic opanowa³ swoja w³asna, chwiejaca siê g³ow i mrugna³ porozumiewawczo. - Dawaj!
Zaan ponownie nape³ ni³ kubek.
- Chcia³em zaproponowaæ, ¿ ebysmy...
Dziewczyna bez s³ owa przyjê³a naczynie i strzeli³ a druga kolejkê w trakcie jego wypowiedzi, czym zreszta bardzo go skonfundowa³a. Jej g³êbokie, prawie czarne oczy rozswietli³ lekki blask. Nie musia³a niczym zakaszaæ. W koñcu by³a ¿o³ nierzem.
- Czy... - Zaan nie móg³ znalezæ s³ów. - Kiedy spotkamy siê z Biafra?
- Nie wiem, panie. Otrzyma³am rozkaz, eby wygladaæ poselstwa. Jakby do spotkania dosz³o, mia³am list umyslnym s³aæ do stolicy i eskortowaæ. Reszta nie moja rzecz.
- A królowa?
- Wszak przyjmie tak dostojnych gosci. Biafra ciekaw ró wnie¿, inaczej zadania mojego bym nie otrzyma³a.
- S³usznie.
- I jeszcze... Chcia³am przeprosiæ za te dwie idiotki, które napotkaliscie pierwszego dnia. One sa... - doda³a wyjasniajaco - z kawalerii.
- Proszê?
- To kawalerzystki. A w tej formacji to wa¿ne tylko, by ¿o nierz umia³a odró niæ ³eb konia od zadu z ogonem i ¿ eby usiad³a twarza we w³asciwym kierunku.
Zaan usmiechna³ siê lekko.
- Tak, panie. - Dziewczyna podchwyci³a jego usmiech. - Dowcipy o inteligencji naszej jazdy to tutejsza specjalnosæ.
- A jaka formacja jest najlepsza?
- Rozpoznanie i zaopatrzenie. A¿ dziw, ¿e nie zauwa¿yliscie, panie, tego sami. - Zmusi³a Zaana do smiechu. Wbrew pozorom by³a naprawdê inteligentna. - Piechota jest do chrzanu. Ca³kiem niez³e sa dywizje górskie, dobrze mówia te¿ o elitarnych pu³kach.
- A móg³bym us³ yszeæ jakas krotochwilê o jezdzie?
- Dlaczego w kawalerii konie maja numery, a ¿o³ nierze imiona? Poniewa¿ gdyby by³ o inaczej, dowódca móg³by siê pomyli i kazaæ wierzchowcom uje¿d¿ aæ dziewczyny.
By³a naprawdê inteligentna! Zaanowi nie bardzo wypada³o siê rozesmiaæ z, delikatnie mówiac, dwuznacznego dowcipu. Szlachcic rechota³, Sirius nie zrozumia³ , a Zaan musia³ siê wiæ w niby to uprzejmym usmiechu, lawirujac miêdzy obra¿eniem kobiety jako tej, która opowiedzia³a dowcip, a obra¿eniem oficera, gdyby okaza uciechê z czegos takiego. Przechytrzy³a go na s³owa. Dopiero za chwilê jednak mia³a daæ prawdziwy pokaz mê stwa armii Arkach.
Ksia¿ê Sirius nie móg³ usiedzieæ spokojnie na miejscu. Dziewczyna strasznie mu siê podoba³a. Wierci³ siê i krê ci³. Po chwili postanowi³ powtórzyæ numer z kubkiem. Niby przypadkiem straci³ ³okciem kolejne naczynie. A kiedy na pod³odze wyladowa³ z hukiem dzban, znowu wsadzi³ g³owê pod stó³, niby, ¿eby go podniesæ. Harmeen odrzuci³a dumnie g³owê.
- Nie zrzucajcie naczyñ niepotrzebnie, bo je pot³uczecie. - Ciagle siedzia³a wyprostowana na bacznosæ, z kolanem przy kolanie, kompletnie nieruchoma. - Jesli wam taka ciekawosæ, panie... to patrzcie! - Majac na sobie króciutka spódniczkê i nic pod spodem... nagle rozstawi³a szeroko nogi! Szybko i sprê¿yscie, jakby to by³a czês wojskowej komendy. - Patrzcie! Jesli honor pozwala.
Sirius wyprysna³ spod sto³u. By³ czerwony jak burak. Bogowie! Doprowadzi³ a swiatowca i swintucha do tego, ¿ e dosta³ rumieñcó w. To on nie wiedzia³ teraz, co zrobiæ z oczami. Spusciæ nie móg³, patrzeæ w sufit by³ o nieuprzejmie, a spojrzeæ jej w twarz siê ba³. Zaan zacza³ siê smiaæ, szlachcic uniós³ brwi zaskoczony, a Achaja najchêtniej zasalutowa³aby pani porucznik. Armia Królestwa Arkach, nie baczac na straty, odnios³a w tym starciu zdecydowane zwyciê stwo.
Zaan szybko nape³ni wszystkie kubki z garnca, który czeka na podorêdziu.
- Pijê za okazane w boju mêstwo i zdecydowanie ¿o³ nierzy plutonu " B" trzeciej kompanii s³u¿by rozpoznania i zaopatrzenia, garnizonu w Mai Lee!
- Do dna! - rykna³ szlachcic. Wypi³ i zwali³ siê pod stó³.
Siriusowi te¿ niewiele brakowa³o, ale przygoda znacznie go otrzezwi a.
- No dobrze, chodzmy wreszcie spaæ - mrukna³ Zaan. - Jak tak dalej pó jdzie, pluton " B" rozsiecze mi moralnie stu ¿o³ nierzy eskorty.
Achaja dogoni³a go, kiedy wchodzi³ na schody.
- Panie...
Odwróci³ siê skupiony.
- Ja... Ja tu zostajê!
- Tu? W tej karczmie?
- W tym kraju.
Przygryz³ wargi.
- S³uchaj, tajemnicza dziewczyno, która nie chce nam zdradzi nawet swego imienia. Bardzo nam zale¿y, ebys zosta³a z nami. Bardzo chcielibysmy, ¿ebys wróci³a z ksiêciem do Troy. - Nieswiadomie wbi³ ostatni gwózdz do trumny swojego pomys u.
- Nie mogê. Naprawdê nie mogê.
- Rozmawialismy o tym parê razy. Nie wiem, czemu jestes taka uparta. - Dotkna³ palcem tatua¿u na jej policzkach. - Ochronimy ciê przed skutkami tego, my...
Postanowi³a powiedzieæ mu prawd . Choæ czêsæ prawdy.
- Ja poza tym, ¿e jestem kurwa i niewolnica, jestem jeszcze... zdrajczynia.
- Bogowie! Kogo zdradzi³as?
- Troy.
- Ty? Taka silna? Niemo¿liwe.
Usmiechnê³a siê smutno.
- Czasami po prostu za bardzo boli. Czasami tak boli, ¿ e robisz to, co ka¿ a ci wrogowie, a oni potrafia zadawaæ prawdziwy ból. Gdyby mi wtedy kazali, zrobi³abym wszystko, ³acznie z zabiciem w³asnej matki, gdybym taka mia³a. Wiesz... Wiecie, panie... Ja ju¿ chyba nie mam ¿adnych z³udze . - Usmiechnê³a siê znowu. - A przynajmniej tak mi siê wydawa³o do chwili, a¿ zaatakowali nas rycerze. - Opusci³a g³owê. - Chcê mieæ ju¿ tylko spokój.
Po³o¿y³ jej rêkê na ramieniu. Chcia³ powiedzieæ cos jeszcze, ale zrezygnowa³.
- Idê - powiedzia³ a, cofajac siê powoli.
- Nie chcê, ¿ebys mnie zle zrozumia³a. Nie jest to odp³ata za pracê, ale gdybys potrzebowa³a pieniêdzy...
- Dziêkujê. - Potrafi³a doceniæ to, ¿e stara³ siê byæ delikatny. - Mam, ile mi trzeba.
- Dziewczyno, wez chocia¿ konia!
Usmiechnê³a siê i skinê³a g³owa. Potem odwróci³a si i wybieg³a z karczmy wprost w obj cia ch³odnej, iskrzacej siê gwiazdami nocy.  

Zaan d³ugo sta³ na schodach, patrzac na zatrzasniête drzwi karczmy. Lekko przygryz³ wargi. Kiedy po d³u¿szej chwili podszed³ do niego kompletnie pijany Sirius, zauwa y³ tylko cos, co w pewnych okolicznosciach mo¿ na by³oby wziaæ za usmiech.
- Posz³a?
- Tak.
- I... wyp... wypu... wypusci³es ja?
- Mhm.
- Sssssss... ssss... sssczemu? Kssssssiê niczkê z niej zrobiæ. Ozzzzz³ociæ.
- Nie, Sirius. Nie.
Sirius opar³ siê o niego, a w³asciwie zwis³ mu w ramionach.
- Oooo... osso chodzi?
- Widzisz - Zaan znowu zerkna³ na zamkniête drzwi karczmy - po pierwsze, ona sama wyp³ynie, tak czy tak. Po drugie, ja siê szybko dowiem o niej wszystkiego. I lepiej nam to pos³ u¿y.
- Do ssssczego?
- Idz siê przespij, Sirius.  

Nikt z czekajacych przy swoich koniach o³nierzy plutonu "B" nie zwróci³ uwagi na Achajê. Ktos jednak wybieg³ z ty³u gospody, trzaskajac drzwiami. Nie móg³ to byæ Sirius, bo by³ zbyt pijany. Achaja odwróci³a siê.
- Czekaj - powiedzia a cicho Harmeen. - Przepraszam, staliscie tak blisko... Trochê s³ysza³am.
- Czy to oznacza dla mnie k³opoty?
Pani porucznik zaprzeczy³a ruchem g³owy.
- Po prostu zmarzniesz w tej kiecce, siostro. Noce tu ch³odne jak szlag.
- Wiesz, kim jestem i nazywasz mnie siostra?
- Nie mnie ciebie sadziæ. Komu nie zadano bó lu, niech trzyma gê bê zawarta na skobel - usmiechnê³ a siê. - Chodz. Jesli chcesz spokoju, ten kraj, póki co, nadaje siê do tego jak ¿aden inny.
- Wiem - powiedzia³ a Achaja.
Harmeen podesz³a do swojego konia. Wyjê³a z juków sk rzane spodnie, buty i ciep³a kurtkê.
- Jak daleko zamierza³as dojecha w tych twoich sanda³kach i przewiewnej kiecce? Do pierwszego kataru czy do zapalenia p³ uc? - Rozesmia³a si . - Przebieraj siê.
- Tu?
- Jest ciemno. A w pobli¿u same baby. - Wskaza³a na swój oddzia³. - Wybacz jedno, to wojskowa kurtka. Muszê zerwaæ swoje dystynkcje i odznaki pu³ku.
Achaja rozebra³a si szybko i wciagnê³ a obcis³e skórzane spodnie na szelkach. Co za szczêscie, ¿ e w tym wojsku s³u¿ y³y kobiety - szelki nie tylko nie ociera³y jej niczego, ale wrêcz by³y przystosowane do jej cia³a.
- Masz trochê szerszy ty³ek ni¿ ja - mruknê³a Harmeen - i wiêksze piersi, ale powinno pasowaæ.
Narzuci³a krótka, podbita ciep³ym barankiem kurtkê wprost na go³e cia³ o. Potem w³o¿y³a ciep³e buty.
- Dziêki!
Harmeen lekko skinê a g³owa.
- Na drogach w miarê bezpiecznie, ale jakbys chcia³a kord...
- Dziêki, poradzê sobie.
- Wiem, wygladasz na taka, co sobie poradzi. S³uchaj, nie jedz gosciñcem, to droga do stolicy. Jak chcesz spokoju, majac... mmmm... to cos na twarzy...? Jedz do ludzi mniej swiatowych. Najlepiej na wy¿ynê , do górali. Oni nie z tych, co dziela w³os na czworo. No i powodzenia!
Achaja odwiaza³a swojego konia i wskoczy³a na siod³ o.
- S³uchaj... - wstrzyma³a siê jeszcze. - Dlaczego to robisz?
- Po prostu mi mi³o, ¿e ktos wybra³ mó j kraj, bo uwa¿a, ¿ e tu bêdzie wolny.
- A powa¿nie?
- A powa¿nie, to wiesz, wziêli mnie do wojska, kazali zabijaæ. Ale jesli tylko wolno, jesli regulamin wyraznie tego nie zabrania, to mo¿na czasem byæ tak¿e... cz³owiekiem - zakpi a delikatnie.
Achaja rozesmia³a siê na ca³y g³os.
- Dziêki ci, cz³ owieku! - krzyknê³ a, spinajac konia. - Lubiê twój kraj! Uwielbiam go po prostu.

Rozdzia³ 2
W
zniesienie nie by³o takie znów wysokie. Koñ jednak zgrza³ siê i spoci³. Mia³a nadziejê, ¿ e nie przewieje go zimny wiatr. Unios³a siê w strzemionach i rozejrza³a wokó³. Usmiechnê³a siê do siebie. Dolina by³a piêkna. Na jej dnie le¿a³o niewielkie, niesamowicie niebieskie jezioro, otoczone przez las, który ustêpowa³ miejsca jedynie wiosce po³o¿onej nad rwacym strumieniem. Dalej by³y ju¿ tylko osnie¿one szczyty gór. Ruszy³a w dó³ powoli, ¿eby zwierz mog³o odpoczaæ. Wjecha³a miêdzy swierki i sosny, by³ o cicho. Okolica wydawa³a si zapomniana przez bogów i ludzi. Atmosfera tchnê³a spokojem.
Pierwsze zaczê³y szczekaæ psy, na d³ ugo zanim wjecha³a miêdzy drewniane zabudowania. Potem rozwrzeszcza³ y siê dzieci. Na koñcu kilka kobiet pojawi³o siê w oknach. Widaæ obcy nie zagladali tu czêsto. Achaja wybra³a najwiêksza cha³upê , po³o¿ona trochê na uboczu, najwyrazniej nale¿ aca do jednego z bogatszych gospodarzy. Zsiad³a z konia i podesz³a do p³otu.
- Panie! - krzyknê³ a.
Drzwi otworzy³y siê prawie natychmiast. Widaæ i ta rodzina obserwowa³a zza okien niecodziennego przybysza. Ukaza³ siê w nich ros³y góral w lsniaco bia³ej koszuli i dosæ upapranych portkach.
- Jakiego pana chcecie tu najsæ, a?
- No... To pan jest gospodarzem?
- Ja gospodarz. - Skina³ energicznie g³owa. - Ale jaki ze mnie pan? Jeszcze czego.
- A parobka potrzebujecie? - Achaja zmieni³a formê.
- Parobczaki zawsze potrzebne. Jeno czy zdatne i co chco za robotê? - Ch³op potar³ brodê . - A wiela ich masz?
Achaja usmiechnê³a siê. Najwyrazniej bra³ ja za posrednika.
- Nie zrozumieliscie mnie. Ja siê chcê do pracy najaæ.
- Tu?
- Tu.
- £oj, ¿esz ty... A na co mnie dziewka? Córkê mam, ¿onê mam, to cha³ upê obrobio. A i zieñciowe pomagajo.
- Silna jestem.
- ¯e z wojska cie wypuscili? - Popatrzy³ na jej strój. - Mieczem robiæ nie to samo, co cepem, ma³a. Oj, bidne wy, dziewuchy z wojska. Najpierw s³u¿yæ trza dziesiêæ lat, a potem daja kuso sakiewkê i radz se jedna z drugo sama. Bidne wy, zaprawdê. Jak domu ni ma, rodzicieli ni ma, to co wy poczniecie? Pracy ni ma, ni ma i zarobku. A jaki kawaler zechce ¿o³nierza braæ, ¿eby mu w ³ o¿nicy rozkazywa³ a? I co we wianie wniesiecie? Ot, kapotê wojskowo i pludry... i kunia. Ale wasz kuñ do kawaleryji jeno zdatny, w górach zara siê zziaja, na nic on tu! Ani do wozu przyprzac, ani do p³uga. - Machna³ rêka. - A¿ tu dojecha³as za praco? Gdzie indziej te¿ cie nie chcieli? Niczym siê na s³u¿bie nie wyr ¿ni³as, co? To i morgów odprawy nie dali. Eeeee... Co by i mogli daæ, jeno by siê spekulanty upas³y, toæ sama na sp³ achetku i tak bys nie gospodarzy³a, czym? Go³ymi rê kami?
- Nie by³am w wojsku - przerwa³a jego przyd³uga wypowiedz. Nie by³o sensu t³ umaczyæ, ¿e tak w³ asciwie to by³a, ale nie w tym, któ re ch³op mia³ na mysli. - Silna jestem! Wezcie mnie, co?
- Eeeee... Na co mi baba? Chodz, zjedz cos, przenocuj w stodole i jutro jedz dalej.
Z cha³upy wysz³a jego ¿ona. Stara ju¿, ale jeszcze silna.
- Ty co? Chora jestes? - Wskaza³a na ogolona g³owê Achai. - Mór jakis?
- Nie.
- A na twarzy co masz? - Przejecha³a sobie palcem po policzkach w tych miejscach, gdzie dziewczyna mia³a tatua¿.
Achaja skrzywi³a si , zrezygnowana.
- By³am kurwa! - Odwróci³a siê i przerzuci³a wodze nad g³owa konia. - A na ty³ku mam jeszcze lepsze. By³am te¿ niewolnica.
- O, ¿esz ty... - Ch³op z³apa³ si za g³owê.
Achaja wskoczy³a na konia i ju¿ mia³a ruszaæ, kiedy baba krzyknê³a za nia:
- Stój. A zsiadaj¿e!
Zawaha³a siê. Potem pos³usznie zeskoczy³a z powrotem na ziemiê i podesz³a do p³ otu. Gospodyni otworzy³a jej furtkê.
- No chodz¿e, chodz.
- Tera do uczciwej roboty chce siê bra - sarkna³ ch³op. - A przedtem co?
- Cichaj, stary! Nie s³ysza³es? Pewnie zmusili, z tymi, co w niewoli wszystko przecie mo¿na uczyniæ.
- Ty ja chcesz pod dach? Ja?
- Cichaj, stary. - Nawet nie patrzy³ a na mê¿a. - Silna? To drzewa narab. - Wskaza³a siekierê zawieszona na gwozdziu i kilka sporych pniaków.
Achaja uwiaza³a konia i podesz³a bli¿ej. Bez wysi³ku zarzuci a sobie na ramiê najwiêkszy bal i swobodnie rzuci³a pod scianê, obok siekiery.
- O, ¿esz ty - jê kna³ ch³op. - O, ¿esz ty!
Dziewczyna chwyci³a siekierê i zaczê³ a rabaæ. Nie mia³a o tym poj cia, ale wali³a tak mocno, ¿e wió ry lata³y po ca³ym podwórzu.
- Ty! Stój! Stój! Siekierê z³amiesz! - krzykna³ ch³op. I doda³ pod adresem ¿ony: - Nic nie umie.
- Ale silna jak wó³ . Prawdê gada³a.
- Eeeeeee...
- Dobra! Chodz¿e tu dziecko. - Gospodyni skinê³ a na nia palcem. - Tu, do cha³upy.
Widaæ stary nie mia nic do gadania. Achaja wesz³a do niezbyt wielkiego, ale stosunkowo jasnego wnêtrza. Wszystkie sprzêty, tkaniny, ba, ca³y dom przecie¿, musia y zostaæ wykonane si³ami miejscowych, a pewnie samego gospodarza i jego rodziny. Dziewczyna nigdy nie by³a w ch³opskiej cha³upie.
- No - powiedzia³a gospodyni. - Rozdziewaj¿e siê, dziecko, bo mi siê zgrzejesz.
- Nie, nie... ja...
- Gór nie znasz, ma a. Zara ciê niemoc wezmie.
- Nie, ja... Ja nie mam nic pod spodem. - Dotknê³a swojej kurtki.
- O, ¿esz ty! - Gospodarz pacna³ si d³onia w czo³o. - Widzia³as?
- Cichaj, stary. Co, nawet koszuli nie masz? Zara ci dam cos od córci.
Zaczê³a grzebaæ w skrzyni pod sciana. Ale nie trwa³o to d ugo. Chyba nikt tutaj nie mia³ wielkiej ilosci rzeczy.
- No to rozdziewaj siê, dziecko, a ty stary, odwracaj¿e siê... aaaaaa... abo i nie. Starys ju¿, to se patrzaj. Chocia¿ se pikne rzeczy obaczysz. Tyle twego.
Achaja wziê³a g³ê bszy oddech i sciagn ³a kurtkê. Stary patrzy³, a oczy robi³y mu siê coraz wiêksze. A niech tam. Przypomnia³a sobie wystêp Harmeen w karczmie. Sciagnê³a spodnie. Stary o ma³o nie zemdla³. W³o¿y³a szeroka koszulê do kolan i wzorzysta spódnicê, która rzuci³a jej gospodyni.
- G³odnas? - Zakrzatnê³a siê przy kuchni. - Póki ciep³o, bê dziesz spa³a na sianie, w stodole, potem siê obaczy. A bacz na parobczakó w, by który nie wychêdo¿y³ w nocy, po spicy. Pilnowaæ musisz i... i zawia¿ sobie jaka chustkê na g³owie. Nie mo¿e byæ, ¿ eby kobieta tak po wsi chodzi³a. Tfu!
- No. - Achaja, ubrana w spódnicê, nareszcie wyda³a si gospodarzowi prawdziwa dziewczyna. - Za robotê dwa brazowe co ka¿de dziesiêæ dni dostaniesz. No i jad³o, i spanie, ma siê rozumieæ. Ale robota to u mnie grunt!  

Wieczorem reszta licznej rodziny i parobkowie wrócili z pola. Na nich Achaja, ju¿ w miejscowym stroju i w chustce na g³ owie, nie zrobi³a tak piorunujacego wra¿enia. Najbli¿sze dni sprawi³y, ¿e dosæ ja polubili. Nie umia³a co prawda kompletnie niczego (poza noszeniem wody ze studni), ale jej si³ a i upór potrafi³y zjednaæ sobie szacunek ludzi od dziecka ¿yjacych wy acznie z ciê¿kiej pracy. Jej by³o wszystko jedno. Ka¿da praca, która jej przeznaczono, wydawa³a siê lekka w porównaniu z tym, czego doswiadczy³a przy budowie cesarskiej drogi. "Ty, przynies drewna - wo³ano, a zaraz potem: - Bogowie! Nie ca³e drzewo naraz! Zarwiesz siê przecie¿!" Albo: " Przyprowadz krowê, bo wlaz³a w szkodê - a zaraz potem: - O matko! Uciekajcie! Uciekaj, kto ¿ yw!"
Wpadka z bykiem, któ rego przyciagnê³a za rogi pod sam p³ ot, nauczy³a ja pewnej powsciagliwosci. Na szczêscie byk by jeszcze m³ody. Posiniaczy³ ja tylko. W polu natomiast praca by³a nawet nie tyle ciê¿ka, co nu¿aca. Ale cokolwiek by to by³o, w ¿aden spos b nie da³o siê porównaæ z roz³ upywaniem litej ska³ y od switu do nocy. Nie mówiac o tym, ¿ e zawsze w srodku dnia córka gospodarza przynosi³ a im jedzenie. Rano jedli byle co, potem w polu zupê i kaszê, a potem, wieczorem, obfita i ciep³a kolacjê. Jak przy takim trybie ¿ycia mo¿na by³o straciæ choæ trochê energii? Achaja po prostu siê nie mêczy³a, wprawiajac tym w zdziwienie wszystkich, którzy pracowali razem z nia. Ale najgorsze by³o to, ¿e po wykonaniu ciê¿kich prac w polu, kiedy parobkowie wlekli si noga za noga do domu, Achaja potrafi a na przyk³ad lekko podbiec na szczyt wzgórza przy drodze, tylko po to, ¿eby zobaczyæ, dlaczego jedno drzewo ma jasniejsze ig³y od wszystkich wokó³. Zdumienie wzros³o jeszcze, kiedy odkryto, ¿e noc w noc, kiedy wszyscy spali, wymyka³a siê gdzies i nik³a. Kradnie? Phe, niby komu i co? Gospodarz, wys³any przez ¿on na przeszpiegi, wr ci³ trochê nieprzytomny.
- I co? Co wyrabia?
- Nie uwierzysz, matka. - Wlaz³ do ³ó¿ka zupe³nie zrezygnowany.
- No, mów.
- O, ¿esz! Bierze do rêki dwa grube kije i biega po... scianie stodo³y.
- Ech ty, stary. Wzrok nie ten. To¿ po scianie nie da siê biegaæ! - sarka³a stara. - A mo¿e ty gorza³ ecke próbowa³, co? Chuchnij!
- Mówi³em. Nie uwierzysz.
Co do chêdo¿enia, gospodyni mia³a racjê. Ka¿dy z parobków próbowa³ po kolei. Jeden by³ szczegó lnie nachalny i biedak musia³ wykosztowaæ siê na objezdnego cyrulika, który wyrwa³ mu korzenie po wybitym zêbie. Pozostali wykpili si mniejszymi stratami.  

Tego ¿ycia nie da³ o siê w³asciwie z niczym porównaæ. Kiedy na poczatku budzi³a siê jeszcze, zagryzajac zêby ze strachu, to potem... poczu³a siê naprawdê inna. W³osy odrasta³y jej powoli, a wraz z nimi wraca³o poczucie bezpieczeñ stwa i wolnosci. Stawa³a siê zadziorna i pyskata, mia³a coraz wiêcej kole¿anek, którym nie przeszkadza³ tatua¿ na twarzy, parobkowie usmiechali siê do niej. Chodzi³a na tañce - pó³ dnia drogi na piechotê. Ale dziewczyny ze wsi zawsze chcia³y, by koniecznie sz³a z nimi, bo ch³opcy z innych wsi lubili ukryæ siê w lesie i postraszyæ. A kiedy Achaja by³a w pobli¿u, sami czê sto bywali postraszeni. Na zabawach mia³a powodzenie, choæ potrafi³a siê odciaæ, napyskowaæ i za¿artowaæ tak, e ch³opy czerwienieli ze wstydu. Nauczy³a siê piæ miejscowa gorza³kê. Kra¿y³y plotki, ¿ e mimo wszystko paru kawalerom uda³o siê ja zaciagnaæ na siano i od tej pory wzdychali do niej nieustannie, bo pono potrafi³a daæ to, czego miejscowe dziewki daæ nie umia³y. Ale kto by tam s³ ucha³ plotek parobk w.  

Pewnego dnia mia³o miejsce dziwne zdarzenie. Do wsi zawita³ handlarz go³êbiami. Pyta³ tu i tam, oferowa³ swój towar, zupe³nie tutaj niepokupny. Czegos szuka³. Najwyrazniej.
Spotka³ Achajê, kiedy ta sz³a z pola.
- Panienko, a mo¿e go³abka kupicie? - krzykna³. - Mam tu takie najlepsze na rosó³ .
- Nie. Dziêki.
- A pomo¿e mi panienka? - Handlarz podszed³ bli¿ej i wyja³ z kieszeni papier. - Kwit dosta³em od urzêdu. A ja nieczytaty i niepisaty. Nie wiem, o co chodzi.
Achaja ledwie zerknê ³a.
- To przecie¿ tylko potwierdzenie op³ aty myta. To niewa¿ne. Mo¿esz wyrzuciæ.
Dziêkowa³, k³ aniajac siê nisko.
Kiedy odesz³a, opusci³ wies, nikogo ju¿ nie nagabujac. G³êboko w lesie otworzy³ klatkê na swoim wozie i wypusci³ wszystkie go³êbie. Poza dwoma. Pocztowymi.
"Nieczytaty i niepisaty" cz³ owiek bardzo sprawnie napisa³ dwa listy i przyczepi³ do nóg go³êbi. Potem wypusci³ i te. Wóz porzuci³. Wsiad³ na konia i ruszy³ gosciñcem. By³ zdumiewajaco dobrym jezdzcem jak na ch³opa.  

Zaan, który wraca³ w³asnie do Troy razem z ksiêciem Siriusem, dosta³ przesy³kê kurierem z punktu kontaktowego. Rozwina³ malutka karteczkê.
- Aha - mrukna³. - Znalaz³a siê nasza zguba. - Usmiechna³ siê i spali³ karteczkê. - Bardzo dobrze. Bardzo dobrze.  

Potem przysz³a jesieñ, w³osy Achai by³y coraz d³ u¿sze, a potem zima... Nauczy³a siê jezdziæ na nartach, które sama sobie (no, z pewna pomoca parobków) wystruga³ a. Co prawda nigdy do koñca nie opanowa³ a tej sztuki, ale te nie z³ama³a sobie przynajmniej nogi czy rêki, co paru ch³opakom siê przytrafi³o. No, ale oni popisywali siê przed nia, a ona stara³a siê po prostu utrzymaæ w pionie. Nauczy³a siê tkaæ, choæ z regu³y, patrzac na jej dzie³ o, któras z dziewczat po pewnym czasie litowa³a siê i mówi³a: " Daj, dokoñczê za ciebie". Sam gospodarz polubi ja jednak najpó zniej. Dok³adnie od chwili, kiedy pok³óci³a siê z wójtem.
Wójt mia³ pecha; przyjecha³ w srodku zimy z gminnymi papierami, swiadczacymi niezbicie, ¿e nowa stodo³a wykracza poza grunt wsi, poza w³asnosæ gospodarza i... w cha³upie zasta³ jedynie Achajê. Straszny pech. W³asciwie przypadkiem wyjasni³ jej cel swojej wizyty, ona zaczê³ a argumentowaæ, powo³ujac siê - w miarê rozwoju dyskusji - nawet na staro¿ytna wyk³ adniê praw, a potem... Wójt sam by³ sobie winien - gdyby s³ ucha³ dziewczyny, a nie powtarza³ w kó ko jedno i to samo, to mo¿e nie musia³ by uciekaæ po sniegu, mo¿e nie musia³by smagaæ konia tak, ¿e sanie o ma³o nie roztrzaska³y siê o drzewa.
Achaja przez kilka dni ¿y³a jak na wulkanie. Ba³a siê przyznaæ, do czego dosz³o. Niestety, gospodarz w³asnie wybiera³ siê do gminy, wiêc ca³y dzieñ jego nieobecnosci przesiedzia³a w wymarzniêtej stodole. Gdy wróci³ pózna noca, zbiegli siê wszyscy s³uchaæ wiesci ze swiata, to gmina to nie to, co ich zapad³a wies.
- Achaja! - krzykna³ od wejscia. - Prawda to, ¿es wó jta nazwa³a parszywym knurem?
Opusci³a g³owê, przera¿ona, ¿e ja wyrzuca.
- T... Tak... ale...
- A prawda, ¿es mu naplu³a na buty?
- No... trochê tak... Bo on...
- Oj, masz tu dziecko gorza³ecki, a napij siê. - Gospodarz rozpromieni³ siê nagle, parobkowie rozdziawili gêby.
- A prawda to, ¿es go nazwa³a chujem z amanym?
Dziewczyna poczerwienia³a i przymknê³a oczy.
- Ttttttt... tak... wysz³o z... rozmowy.
- Oj, napij¿e siê jeszcze, dziecko - rozesmia³ siê gospodarz, lejac pe³ ny kubek. - Patrzajta! Dziewka se z urzêdowym ch³ opem poradzi³a. Tak z nimi trzeba! Jak mus to mus. Nawet jesli to tylko wysz³o z rozmowy. A powiedz, dziecko, prawda to, ¿es go goni³a po podwórzu, trzymiac w rêcach jeno grabie?
- Mmmmmm... Prawda.
Gospodyni podesz³a do niej z usmiechem.
- Ach, ¿eby wszystkie parobki tak o nasze dobro dbali!
- A prawda to, ¿es go, jak wsiada³ na sanie, kopnê³a w rzyæ?
- £oj - gospodyni za³ama³a rêce. - Chodz¿e tu, dziecko. S³odkiego ciasta mê ¿owi upiek³am, wez e sobie kawa³ek. A noga ciê aby nie boli? To¿ posliznaæ siê mog³as, biedactwo. Chodz tu, moja ty kochana dziewczyno. Poka¿ nogê. A siniaka sobie przypadkiem nie zrobi³as? Mo¿e ok³ ad z octu ci zrobiæ, kochaniutka? Nie boli ciê? Palca sobie nie z³ama³ as? - Stara g³aska³ a ja po g³owie. - Dawaj, stary, wó dki. Przecie¿ siê mog³ a zdenerwowaæ, biedna. To¿ nie co dzieñ kopie siê wójta w dupê.
Od tej chwili by³a ju¿ " swoja". Ju¿ nie obcy przybysz, ju¿ nie dziewczyna nie wiadomo skad, ju¿ nie "ta, wiesz, co przyjecha³a zesz ego roku". Teraz by³a ju¿ "nasza", dla ca³ej wsi. "Co? Wójt sundem strasza?" , "Nie damy naszej Achai na ¿ aden sund! Pierwej kura czerwonego im zapuscim. Niedoczekanie! Wara!", " No, jeszcze obaczym czyje na wierzchu!".  

Potem przysz³y roztopy. W³osy Achai siêga³ y ju¿ po³owy plecó w. I przyszed³ wieczó r, kiedy pewien mê¿ czyzna zapuka³ do drzwi jej gospodarza. By³ prostym parobkiem z sasiedniej wsi. Mia³ jednak ze soba du¿a butelkê wó dki, rozwina³ te¿ ze szmatki spory kawa³ s³oniny. Wedle zwyczaju gospodarz musia³ go przyjaæ w g³ównej izbie.
Zaintrygowane dziewczêta pobieg³ y po Achajê. Przebra³y ja szybko w najlepsze rzeczy, jakie mog³y zebraæ miêdzy soba, uczesa y i przyprowadzi³y do cha³upy. Gospodarz zmierzy³ ja powa¿nym wzrokiem. Przeglad musia³ wypasæ zadowalajaco, bo usmiechna³ siê lekko.
- Siadaj, dziecko. - Nala³ sobie porzadny kubek wó dki, wypi³, odkroi³ s³oniny i zacza³ uæ.
Gospodyni i dziewczyny, co by³y przy domu, córka, ziêciowe i pomocnice skry³y si w drugiej izbie, ale przy uchylonych drzwiach, w których b³yszcza³y ich rozszerzone ciekawoscia oczy.
- S³uchaj, ma³a. - Gospodarz prze³ kna³ wreszcie s³ oninê i odzyska³ g os. - Rodziców twoich nie znamy. Pewnie ich nie masz. Nie nasza rzecz. Jestes u mnie w gospodarstwie, tedy - jak nakazuje zwyczaj - ja, najstarszy, bêdê teraz robi³ to, co powinien zrobiæ twó j ojciec. No wiêc... hm... tak. Sprawa jest. Ten oto - wskaza³ na ch³opaka - Kiela niejaki. Parobek. Przyszed³ do mnie, jak nakazuje zwyczaj, z wódka i zakaska, o... o ciebie prosiæ! Tera musisz dumaæ. Warunki da³ takie: silny jest i zdrowy, o czym ja zaswiadczam, bo go znam. Ma tak: - zacza³ wyliczaæ na palcach - swiniaka, kur z tuzin, i reszty ¿ ywio³y te¿. Dom ma na stoku, ma³ y - gospodarz skrzywi³ siê lekko - ale w³asny. Uczciwie powiedziane: dom jest. Na jego ziemi. I... - nala³ sobie drugi kubek, wypi³ i zakasi³ - i najwa¿ niejsze - podja³ po d³u¿szej chwili - kunia ma. Porzadnego! Nie takiego jak ten twó j z kawaleryji, cos go przeda³a na przednówku, ¿eby nie zmarnia³. Kuñ robotny. No! Jego racje przed o¿y³em. - I nala³ sobie trzeci kubek.
- Tylko siê nie spij, stary - dobieg ich szept z drugiej izby.
Gospodarz zagryz³ wargi. Potem wla³ w siebie ten trzeci kubek i odstawi³ z trzaskiem.
- Tera tak. Jego s³owo, powiedzia³em. Tera ja, wedle zwyczaju, bede za jej ojca. I powiem: ma³o! Patrzaj tylko, kawalerze. - Skina³ na Achajê : - Chodz tu.
Kiedy wsta³a i podesz³a, trzasna³ ja z ca³ej si³y w ty³ek.
- Widzisz? Ledwie drgnê³a! Silna jest jak wó³. Robotna jak ma³o. Cacko nie dziewczyna! Z takiej bys mia³ pociechê. - Gospodarz wsta³, odwróci³ Achajê ty³em do ch³opaka i nachyli³, obciagajac jednoczesnie kieckê tak, ¿eby oblepia³ a biodra. - O! Ty³ek ma jak widzisz. Dziecka ci urodzi bez bólu. Ile bêdziesz chcia³ . - Odwróci³ Achaj znowu przodem i rozchyli³ jej koszulê, ods³ aniajac piersi. - Patrz! Cycki ma, ¿ e hej. Wykarmi ci i tuzin ch³opaków. Siadaj. - Pos³a³ dziewczyn z powrotem na ³aw , gdzie mog³a, lekko skonsternowana, na powrót siê zas oniæ. - Darmo ci nie oddam. A ty prawie darmo chcesz.
- Mam czterdziesci brazowych! - powiedzia³ Kiela. Po prezentacji obiektu dyskusji oczy b³yszcza³y mu coraz bardziej, mimo ¿e nie pi³. - Usk³ada³em.
- Eeeeee... czterdziesci brazowych. Na zmarnowanie dziewczyny nie oddam. Popatrz na nia, ch³ opcze. To¿ to cacuszko! Silna, robotna, ma³ o gada. Istne cacko. Jedyna taka we wsi.
- A gotowaæ umie?
- No, gotowaæ nie umie. I pewnie siê nie nauczy. Wêchu nie ma - gospodarz skrzywi³ siê, bo zbyt szczerze powiedzia³ cos, czego nie powinien. - Ale popatrz na jej rêce. Popatrz na jej rê ce! - Tu stary unió s³ siê na chwilê, chwyci³ ja za d³ onie i podetkna³ ch opakowi pod oczy. - Widzisz? Roboty ona siê nie boi. Nie ma w niej tchó rzu przed praca. Cha³upê ci oporzadzi, pole ci obrobi, drzewa narabie i w pysk da, jakby ciê ktos w karczmie napad³ upitego. To ona samego wójta w dupê kopnê³a. To ona! Widzisz? Cacuszko. Nie ma drugiej takiej we wsi. Zwyk³emu ch³opu to siê taka dziewucha mo¿e tylko przysniæ . Silna jak wó³, ma³o je i nie gada za du¿o. Nie bêdzie ci trajkotaæ nad g³ owa. Nie ze¿re ca³ej zupy z gara. A na siebie zapracuje. Silna, zdrowa, niezbyt g³upia. Czego mo¿na jeszcze chcieæ od bogów? Czego jeszcze mo¿na chcieæ?
- Przyszed³em o nia prosiæ. Ja...
Gospodarz tylko machna³ rêka.
- Co jej chcesz daæ ? Ile masz morgów? Pytam.
- Nie mam morgów. - Ch³opak zagryz³ wargi. - Ja parobek. Ale dom mam, na w³ asnej ziemi, nie cudzej. Kupi³em se i zrobi³ em sam.
- To ju¿ rzek³es. Ale dziewczyna nie krowa, co ja mo¿esz przedaæ na targu, jak siana nie starczy. ¯ycie ma mieæ zapewnione. Jak ma dziecka ci rodziæ, to twoja sprawa, by je wykarmiæ. A jak wykarmisz, kiedy ziemi nie masz, co?
- Ja te¿ robotny jestem. Mam cztery brazowe na dziesiêæ dni.
- Eeeeeee... - Gospodarz machna³ rêka i nala³ sobie nastêpny kubek, nie baczac na cichy syk dochodzacy z drugiej izby. - Dziewczyny na zmarnowanie nie oddam. Takie silne cacko mam daæ za bezdurno? W ¿yciu!
- Krowê mam - powiedzia³ ch³opak. - Obiecana. Stryjenka mówi³a, e jak bêdê siê ¿ eni³, krowê da!
- Hm... znam ja. - Gospodarz odkroi³ sobie s³oniny. - Jej s³owa nie wiatr. Ale obiecana tylko?
- Da przecie. Mówi³a! I wuj mó wili, ¿e cielaka mi przeda, jak siê bede ¿eni³. Za darmo da, jesli pomogê przy ¿ niwach.
- No! Krowa i cielak. No. A krowa aby cielna?
- A jak¿e.
- No! Byka swojego do niej dopuszczê. Niech bêdzie, ¿e dziewczyna ma wiano.
- O swiniaku pamiê taj - rozleg³o siê z izby obok.
- Aaaaa... No! ¯eby nie by³o. My ze stara swiniaka dajemy i nie byle to co. Maciorê dostaniecie, jakby do sprawy dosz³o. I kury te¿. I psa. I porzadnego, ³ ownego kota. A niech mnie. Kocura dostaniecie, nie kotkê. No! Ale... Powiedz mi ty - gospodarz zwróci³ siê do parobka - a co z praca zamiarujesz dalej?
- Ano, gospodarzu. Pracê mam przyrzeczona we m³ ynie, po ¿êciu. Zarobiê wiêcej ni¿ na polu.
- No - gospodarz pociagna³ nosem - dobra. Teraz ty - zwróci³ siê do dziewczyny. - ¯eby jasna sprawa by³a. S³ysza³a ¿es, co by³o mówione, tak?
- Tak. - Achaja by³a tak zaskoczona, ¿e straci³a jêzyk w g bie. Zupe³nie nie zna³a obyczajów w gminie dotyczacych zama¿pó jscia.
- No! Co on za jeden, wiesz teraz. Co on ma, wiesz. Jak dziecka twoje zamiaruje wykarmiæ, wiesz. Nic nie ze³ga³. Znam go. Sprawa prosta, on parobek jeno... no, ale ty te¿ nie ze dwora. Obyczaj u nas taki, eby dziewczyny nie pokrzywdziæ. Jasno i z góry ma wiedzieæ, co ja czeka. Rozum swój masz, g³ upia nie jestes. - Gospodarz westchna ciê¿ko. - Butelka stoi na srodku sto³u - powiedzia³. - Decyduj.
Jedna z dziewczyn wysunê³a siê z izby obok i szepnê³ a jej na ucho:
- Zwyczaj taki: jesli nalejesz gospodarzowi do kubka i butelkê zbijesz na szczê scie, znaczy, chcesz ch³opaka i zgodê dajesz. Jesli wypijesz sama i butelkê nietkniê ta odstawisz, znaczy, ma siê wynosiæ.
Dziewka usunê³a si szybko.
- Pospiechu nie ma - doda³ g³osno gospodarz i zaja³ siê s³onina. - Dumaæ, wedle zwyczaju, mo¿esz se choæby i do rana.
Achaja, ciagle zaskoczona, wziê³a butelkê ze sto³u. Ch³opak przymkna³ oczy. Gospodarz jad³ spokojnie. Bogowie! Czy mog³a przypuszczaæ? Zna³ a go przelotnie, spotka³a na kilku zabawach, parê razy nawet tañczyli. Ale ¿eby zaraz do ¿ eniaczki? A z drugiej strony... Niby co dalej, kró lewno? Jesli zamierza tu zostaæ, a w³asciwie nie ma wyboru, to powinna pomysleæ o jakiejs przysz³osci. Choæby i skromnej. Szlag! Rodziæ dzieci? Jedno po drugim? Ile ich ch³ opi maja? Kilkoro co najmniej. Kurczê! Czy jak siê rodzi, to bardzo boli? Czy wyobra¿a³ a sobie sama siebie siedzaca w ch³ opskiej cha³upie, karmiaca jakiegos brzdaca piersia i op dzajaca siê od pozosta³ych? No, ale jesli nie... To co? Ciag³a ucieczka? Zostanie stara panna tutaj? Gospodarz wyraznie tego nie powiedzia³, ale czy luañska kurwa mog³a liczyæ na cos lepszego? Z czyms takim, co ma na twarzy? Do miasta przecie¿ nie pó jdzie, bo opluja. Drogo musi p³aciæ za... A mo¿e i nie drogo? Ch³opak podoba³ jej siê, by³ zadziorny, nie taki znów g³upi. Aaaaa... Wóz albo przewóz, jak mówia we wsi! Chcia³a spokoju? Nie ma sprawy!
Nala³a wódkê do kubka i palnê³a butelka w kant sto³ u tak, ¿e ta rozprys³a siê na setki kawa³ków.
- Taaaak! - krzykna³ ch³opak, uderzajac ku³akiem we w³asna d³oñ. To by³a chwila jego szczêscia! Umilk³ jednak szybko - obyczaj nie przewidywa³ takich krzyków.
Gospodarz spokojnie wychyli³ trunek.
- Wybra³as - powiedzia³, ocierajac usta. - Slub bêdzie po sianokosach - zadecydowa³. - A do tej pory, ¿ ebys mi siê nie wa¿ y³ jej tknaæ - warkna³ na ch³opca. - Pasa mojego popró bujesz pierwej. No. A ty - powiedzia³ do Achai - przepaskê odwiñ i po³ó¿ na stó³. Ty ju¿ nie zwyk³a dziewczyna. Ty ju¿ jemu obiecana.
Dziewczyna odwinê³ a chustê, która by a przepasana i odrzuci³a lekko. Usmiechnê³a siê do ch³opca. Poczerwienia³ z radosci.
- No! A¿eby nie przestêpowa³ z nogi na nogê, poka¿ mu, co tam usk³ada as. Wiele nie zarobi³as, ale kunia przeda³ as, choæ za psi grosz, bo niezdatny. No, ale cos tam masz usk³adane, nie?
Skinê³a g³owa. Pobieg³a do stodo³ y i wydoby³a ze schowka swoja sakiewkê. Wróci³a, dopiero teraz czujac, ¿e jest zadowolona z wyboru. ¯e jest... Bogowie! Szczê sliwa! Policzki jej p³onê³y. Kurczê! Bêdzie rodziæ dzieci?
Po³o¿y³a sakiewkê na stole.
- Pêkata! - zdziwi³ siê gospodarz. - A¿ tyle brazowych uzbiera³as?
Rozsup³a³ sznurek i wysypa³ zawartosæ na stó³.
- O... o, ¿esz ty! - Jakby piorun trzasna³ w cha³upê. Przez d³u¿szy czas panowa³a idealna cisza. - O, ¿esz... To¿ to z³ote i srebrne! Dziewczyno! Za taki majatek to mo¿na wie... wiel... wielkie gospodarstwo kupiæ!!! - Gospodarz odruchowo chwyci³ kubek, choæ przecie¿ nie by³o w nim wódki. Nie miesci³o mu siê w g³owie, ¿e ktos, kto ma takie bogactwo, naja³ siê za parobka. - No, szczêscie twoje, ch³opcze - powiedzia³, kiedy wreszcie odzyska³ g os. - Tera bedo na ciebie wo³aæ " gospodarzu"! Ale wiano.
Ch³opak o ma³o nie zemdla³. Co za noc. Co za noc. Wieczór cudów. Nie móg³ uwierzyæ swojemu szczêsciu. Nie dosæ, ¿e dosta kobietê silna jak wó³, pracowita i ³ adna, to jeszcze... Bogowie obdarzyli go gospodarstwem! Teraz inni parobkowie bê da mu siê k³aniaæ w pas. Bogowie! Swiat, któ ry stworzyliscie, jest taki piêkny! Taki czarowny! Ch³ opak potrzasa³ g³ owa i nie móg³ uwierzyæ we w³asne szczêscie. Taka cudna baba i tyle pieniêdzy naraz. Trzeba siê uchlaæ, teraz to ju¿ mus.  

A potem przysz³a wiosna. Niesmia³a zieleñ wkrad³a siê na szare dotad stoki. Odczeka³a kilka dni, to atakujac, to siê cofajac od nocnych ch³odów, by po kilku dniach eksplodowaæ nagle i zwyciê¿yæ wszelkie szarzyzny. Zaczê³y siê prace w polu, coraz ciê¿ sze, ale ludzie weselili siê. Nie by³o czasu byæ smutnym. Dziewczyny smia³y siê wieczorem, choæ zmêczone, dowcipkowa³y, zazdrosci³y Achai. Jej ch³opak przystawa³ w nocy pod p³otem, czasem uda³o siê zamieniæ z nim kilka s³ów, czêsciej gospodarz goni³ go, wywijajac pasem. Czasem w polu, ale bardzo rzadko, bo te w koñcu pracowa³, widzia³a jego znaki zza drzew. W przerwie, kiedy inni jedli, a przyjació³ki zajmowa³y uwagê domowych stra¿nikó w, czasem mog³a siê wymknaæ za drzewa. Daæ sobie ukrasæ dwa poca³unki, pozwoliæ w³o¿yæ rêkê za koszulê albo i pod kieckê. Nic wiêcej, w sumie pilnowali ich dobrze. Zawsze po czyms takim inne dziewczê ta niecierpliwie czeka³y wieczora, a bêda mog³y zapytaæ o wszystko. Co czuje, co by³o i... co bêdzie.
A potem przyszed³ dzieñ, w którym wielki swiat przypomnia³ sobie o Achai i wyrwa³ ja ze spokojnego snu.
Póki co wielki swiat przybra³ postaæ os³a, obcia onego dwoma koszami wype³nionymi pociê tymi kawa³kami drewna. Drzewo wiele lat tkwi³o w potoku, znalaz³ je gospodarz, kaza³ wyciagnaæ i porabaæ . Drewno, które d³ ugo le¿a³o w gó rskich wodach, by³o bezcenne, z niego wyrabia³o siê rê kojesci mieczy i kolby do kusz. Kupiec by³ ju¿ umó wiony, cena ustalona, Achaja mia³a tylko zaprowadziæ zwierzê razem z ciê¿kim ³ adunkiem do faktorii. Wybrano ja, bo w polu ciagle brakowa³ o rak do pracy, a wszyscy od dawna wiedzieli, ¿e poradzi sobie sama lepiej ni¿ trzech pacho³ków, któ rych inaczej trzeba by przydzieliæ do eskorty cennego ³ adunku.
I posz³a. Wszystko by³oby dobrze, osio³ nie sprawia³ ¿adnych k opotów, kiedy prowadzi³a go droga przez wzgórza, wzd³ u¿ po³oniny. Upar³ siê dopiero, gdy zamierza³a przekroczyæ rzekê. Rzeka rzeczywiscie by³a rwaca i g³ê boka, szumia³a jak szlag, ale przecie¿ nie kaza³a mu isæ przez wodê! Wy¿ej znajdowa³ siê most, a w³asciwie chybotliwa k³adka przewieszona na sznurach ponad nurtem. Tam w³asnie osio³ zapar³ siê czterema nogami i zacza³ wydawaæ z siebie dziwne dzwiê ki. Mimo ca³ej swojej si³y nie mog³a go pociagnaæ za soba, nie zdo³a³a go ró wnie¿ pchnaæ. Nie pomaga³y ¿adne namowy ani perswazje. Zwierzak najwyrazniej postanowi³ tu zosta na noc. Zdenerwowa³a siê, bo chcia³a wróciæ przed wyznaczonym czasem, byli umó wieni z ch³opcem, ¿ e bêdzie czeka³ na nia przy drodze do wsi. Tam gospodarz nie mó g³by interweniowaæ. Zaklê³a brzydko, wsunê³a siê pod os³a i chwyci³a lewa rêka za jego przednie nogi, a prawa za tylne. Wsta³a, stêkajac lekko i unoszac zwierzê wraz z ³ adunkiem na sobie. Zacza³ wierzgaæ og upia³y, ale przynajmniej przesta wydawaæ z siebie te dziwne dzwiêki. Zagryzajac wargi, wesz³a na most. Z najwy¿szym trudem utrzymywa³a ró wnowagê. Kontrolowa³a oddech i patrzy³a pod nogi, stawiajac ostro¿ nie krok za krokiem. Nie zauwa¿y³a, kiedy zza drzew wy³ oni³o siê kilkanascie postaci prowadzacych juczne konie. Zrozumia³a, ¿e ktos jest przed nia, dopiero kiedy us³ ysza³a g³os nale¿ acy do jakiejs bardzo zmêczonej i zdenerwowanej dziewczyny:
- Hej, ty! Jazda do ty³u, wsioku! Ale ju¿!
Nie mog³a podniesæ g³owy, ¿eby zobaczyæ, kto wo³a. Co, szlag, oszala³o to nieznane babsko? Nie widzi, ¿e niesie wierzgajacego os³a razem z ³ adunkiem po chybotliwej k³adce?
- No, jazda, wiejska dziewucho! Nie s³ ysza³as?
Achaja poczu³a, ¿e cos siê w niej gotuje.
- Spierdalaj! - warknê³a.
- Cooooo?!!! Mówisz do ¿o³nierza Arkach, dupo!
Szlag, wojsko! No nie. Niech nie przesadzaja, zosta³ o jej mo¿e piêæ kroków. Nie moga zaczekaæ, zarazy? Przyspieszy³ a trochê. S³ysza³a cichy szczêk, ledwie s³ yszalny przez szum rzeki pod mostem. Jeszcze jeden krok, jeszcze jeden...
- Ty ma³po! Ty wiejska dziwko! Jak ci da³am rozkaz, to...
Ufff! Achaja dotar³ a na sta³y lad. Nagle cos uderzy³o ja w twarz z wielka si³a. Po chwili dosta³a po nogach. To pas, szeroki, nabijany metalowymi wiekami, wojskowy pas. Postawi³a os³a na ziemi i zarobi³a w ty³ek, z ca³ej si³ y, potem od do³u znowu w twarz. Klamra walnê³a w nos, krew pusci³a siê momentalnie. Achaja, wsciek³a do granic mo¿liwosci, wysunê³a siê spod zwierzêcia i wyprostowa³a z bó lem przecia¿onego karku. Dziewczyna w mundurze zamachnê³ a siê w³asnie do kolejnego ciosu. Achaja b³ yskawicznie zacisnê a piêsæ i uderzy³ a ja w g³owê. Z ca³ej si³y... niestety. ¯o³nierz polecia³ a w ty³, uderzy³a plecami o ziemiê i znieruchomia³a, a w asciwie zwiotcza³a. Dwie wojowniczki wyszarpnê³y swoje miecze, mierzac w napastniczkê, trzy inne rzuci³y siê cuciæ kole¿ankê.
- Bogowie! Kurde! Odezwij siê, odezwij!
Ktos trzasna³ d³ onia w twarz le¿ acej. G³owa przechyli³a siê. Z ust wyp³ynê³a stru¿ka krwi, bardzo ciemnej, prawie czarnej.
- O, mamo! - wyrwa³ o siê którejs.
- Oddycha?
Spomiêdzy drzew nap ywali wcia¿ nowi ¿ o³nierze. Coraz wiêcej mieczy mierzy³o w piers Achai.
- Zabi³a ja! Zabi³ a!
- Staæ! - Koñ oficera zary³ kopytami tu¿ przy dziewczynach. - Co jest, psiamaæ?
- Zabi³a ja, pani porucznik! Ta dupa zabi³a...
- Milczeæ. Sier¿ancie, meldujcie!
- Tak jest! Sier¿ ant Mea melduje, ¿e ta dziewka zabi³a ¿ o³nierz Goel.
- Co? - Pani porucznik zeskoczy³ a z konia. Podesz³a do cia³a obok. Przymknê³a oczy, krzywiac siê jednoczesnie. Po chwili wróci³a i popatrzy³a na Achajê, która kawa kiem rêkawa w³ asnej koszuli usi³ owa³a zatamowaæ krew lecaca z nosa.
- No dobra, jak by³ o?
- Ta wiejska dziewucha sz³a przez k³adkê, niosac os³a...
- Ciagnac! Ciagnac os³a! - Porucznik machnê³a rêka. - Uspokój siê wreszcie!
- Meldujê, ¿e osio by³ przez nia niesiony na grzbiecie!
Achaja z³owi³a zdziwione spojrzenie. A, szlag! Dlaczego wszystko koñczy siê tak g³upio? Dlaczego znowu siê pieprzy?! Przymknê³ a oczy. Ciekawe, wbija na pal? A mo¿e tylko powiesza?
- Przecie¿ osio³ ma ³adunek.
- Nios³a z ³ adunkiem, zaraza. Goel wtedy krzyknê³ a, ¿eby tamta siê cofnê³a, ale ona...
- Jak to: "cofn ³a"? Na chybotliwej k³adce? Z takim ciê¿arem?
Sier¿ant Mea opusci a g³owê. Milcza³a d³u¿sza chwilê.
- Nooo... Goel by³a zmêczona. Sz³ysmy ca³a noc i ca³y dzieñ, ciagnac juczne konie. Po tych stratach w ostatniej bitwie... wszystkie sa wkurzone.
- No i co dalej? - przerwa³a jej porucznik.
- No i... tamta nie us³ucha³ a. Goel odpiê³a pas i przyla³a jej ze dwa razy... mo¿e trzy albo i wi cej - G³os Mei zmieni³ siê nagle: - Odbi³o jej, czy cos. No, ale ¿eby zaraz zabiæ za parê g³ upich pasów?
- Skad tamta ma krew na twarzy?
- Nie wiem. Pewnie dosta³a klamra, albo co. Ona... - Mea zawaha³a siê - ...stawia³a w³ asnie os³a na ziemi, a Goel ja bi³a, no i w³asnie wtedy pociek³a krew. No i ta odwinê³a siê i uderzy³a ja piêscia w g³owê.
- No?
Sier¿ant Mea nie zrozumia³a pytania.
- No, a kiedy ja zabi³a?
- No wtedy w³asnie.
- Piêscia? Raz w g³ owê i ju¿? Szlag, na korzeñ jakis upad³a, czy na kamieñ?
- Nie. Raz i ju¿.
Porucznik podesz³a do Achai.
- Jak siê nazywasz?
- Achaja.
- Skad masz to na twarzy? Jestes luañ ska kurwa?
- No, jestem! - Dziewczyna nie mog³ a ju¿ wytrzymaæ. Niech ja ju¿ powiesza! Niech ja wbijaja na pal, czy co tam... - No, jestem! I ju¿ !!! - Krew znowu pociek³a po brodzie.
- Czemu krzyczysz?
Co za g³upie pytanie.
- Ty bys nie krzycza a przed smiercia? - Achaja powiedzia³a to dosæ spokojnie. Jednak podzia³a³o. - Przypomnij sobie o tym, jak w najbli¿ szej bitwie ktos ci wsadzi miecz w ty³ ek.
Oczy porucznik zwê zi³y siê lekko. Przekrzywi³a g³owê na bok.
- Tak nisko nas cenicie? Co tu robisz?
Achaja nie zrozumia³ a pierwszego pytania. Odpowiedzia³a wiêc na drugie:
- Mieszkam w wiosce za tymi wzgórzami. Mieszka³am.
- Tu? Dlaczego?
Achaja tylko westchn ³a.
- Bo by³am te¿ niewolnica! Kurwa i niewolnica w Luan! I wyobraz sobie, cos mi siê ubrda³o, ¿ e mo¿e jednak dosiê gnê swojego choæby tak ma³ego kawa³ka szczêscia. - Pokaza³a jak ma³ ego, zbli¿ajac palec do palca. - I uciek³am a¿ tutaj!
- No, to siê poplata³o, co?
Zda³a sobie nagle sprawê, ¿e w g³ osie pani porucznik nie ma nienawisci ani wsciek³osci, ani nawet niechêci. By³o za to cos dziwnego, co sprawi³ o, ¿e opusci³a g³ owê i odpowiedzia³ a cicho:
- No.
Z góry nap³ywali coraz to nowi ¿o³ nierze, przy moscie zacza³ robiæ siê zator. Skads spomiêdzy drzew przygalopowa³ a grupa oficerów.
- Co jest, do kurwy nêdzy! - ryknê³a najwy¿sza szar¿a, nie zsiadajac z konia. - Kto, psiamaæ, pozwoli³ wstrzymaæ pochód?
- Porucznik Zinna melduje siê, pani major! - Dziewczyna, która rozmawia³a z Achaja, wyprê¿y³a siê s³u¿biscie. - Stracilismy ¿o³ nierza, pani major!
- Kur... Szlag! - Kobieta o kasztanowych w³ osach tylko machnê³ a rêka. - Co? Przez w³asny kraj, bez wroga, nie potraficie przejsæ bez strat?
- Ta dziewucha ja zabi³a, pani major.
- No to pod sad, a oddzia³ w drogê! Wszystkie zaraz potracicie swoje stopnie!
- Ale... - porucznik Zinna zawaha³a siê - to by³ wypadek. Szeregowa Goel zaczê ³a ja biæ, kiedy ta przenosi³a os³a przez k³adkê.
- Co?
Porucznik Zinna opowiedzia³a wszystko, nie ubarwiajac ani nie dodajac niczego od siebie. Wskaza³a os³a, któ ry teraz sta³ wyjatkowo spokojnie, obojêtny na wszystko, co dzia³o siê wokó³. Stresci³a historiê dziewczyny.
Pani major unios³a siê w strzemionach.
- Druga i trzecia kompania... sformowaæ szyk i marsz! Ty! - Wskaza³ a kogos, równie¿ na koniu. - Twoja kompania na bok, w las! Jestes odpowiedzialna za roz³adowanie tego burdelu! Jak to zobaczy pu³kownik... Wszyscy oficerowie o stopieñ w dó³! A o³nierzom, to siê lepiej by³o nie rodziæ!!!
Powoli jaki taki ³ ad zacza³ wkraczaæ w pomieszane szeregi. Zator nie topnia³ co prawda jeszcze, ale dzieli³ siê wyraznie na poszczeg lne grupy. Kilkanascie osób wywrzaskiwa³o komendy, które, cho z pewnym oporem, wywo³ywa³y jednak skutek.
Pani major podjecha³ a do Achai.
- Wypadek? Tak? - Splunê³a na ziemiê . - Kurwa! Po takich stratach w ostatniej bitwie, po takim wysi³ku, tracê kolejnego ¿o³ nierza. Rekrutów dostanê co kot nap³aka³, a za dziesiêæ dni mamy byæ z powrotem na froncie. Wypadek, psia wasza maæ! - Koñ szarpna siê, ale opanowa³ a go jednym ruchem. - Nie bêdzie ¿ adnego sadu, wcieliæ ja do oddzia³u na miejsce Goel.
- Tak jest! - Porucznik Zinna stan ³a na bacznosæ.
- Twój pluton spada do ariergardy pu³ku, po³aczycie siê z kompania na najbli¿ szym postoju! Niech taborowi zajma siê cia³em. Wykonaæ!
- Tak jest!
Pani major spiê³a konia i ruszy³a po k³adce, mamroczac do poda¿ajacej za nia swity: "¯ ebysmy tylko nie napotkali na drodze jakichs myszy czy kr lików, bo stracimy ca³y batalion... W wypadku!"
Zinna zagryz³a wargi.
- Sier¿ancie?
- Tak jest!
- S³yszeliscie? Wykonaæ! - Odesz³a, wsciek³a jak osa, odszukaæ pozosta³e plutony kompanii.
Sier¿ant Mea te¿ mia³a ostry g³os:
- Lanni, Mayfed, Zarrakh, Shha, Chloe! Psia wasza krew! Wyciagaæ z plecaków, co która ma zapasowego! Musimy skompletowaæ tej kurwie mundur, a nie bêdziemy czekaæ na tabory! - Chodzi a pomiêdzy ¿o³ nierzami, które klê ³y w ¿ywy kamieñ, grzebiac w swoich rzeczach. - Ruszaæ siê, suki! Jak major opierdoli kapitana, a kapitan porucznika, wtedy ja wezmê w dupê! Ale potem to ju¿ mnie popamiê tacie do dnia w³ asnej smierci!!! Na co mo¿e i d³ugo czekaæ nie bêdzie trzeba!
Podesz³a do Achai, a jej oczy miota³y gromy.
- Rozbieraj siê! No, ju¿! Nie czas na wstyd, wokó³ same baby!
Achai nie miesci³o siê w g³owie. To co? Nie zabija jej? Bogowie... Jakby zwyk³y ch³op zabi³ ¿o³nierza w Troy, nie mia³by czasu siê pomodliæ. A w Luan? Wola³a sobie nie wyobra¿aæ .
- No, jazda! - Mea przemoca zerwa³a jej z ramion koszulê , kieckê i ze z³ oscia odrzuci³a w krzaki. Butów Achaja nie mia³a, przecie¿ by a wiosna, wszyscy we wsi chodzili boso.
Sier¿ant, klnac i pomstujac, obesz³a wko³o naga dziewczynê.
- Kurwa i niewolnica. Co za dno! I to w moim oddziale, psiamaæ, pewnie i nas zdradzisz, suko. Znam ja takie! Poddasz siê za pierwszej bitwy, ma³ po, niewola ci luba, co? Zamiast siê biæ , karku ugniesz? Niedoczekanie, szmato jedna!
- Oficerowie nas za³ atwili - mruknê³a.
- Coooo? Jak jeszcze raz powiesz cos o oficerze... co? - Do Mei dotar³ y nagle jej s³owa. - Co powiedzia³as?
- Bitwa by³a na pustyni. - Achaja ledwie mog³ a wydobyæ z siebie g³os, tyle rzeczy przecie¿ zdarzy³o siê naraz. - Oddzia³y czo³owe dosta³y wciry. My mielismy isæ z pomoca, ale oficerowie pojechali do tamtych, dogadali siê na wykup, a nas popêdzono. Paru ch³opaków na eunuchów, resztê do kopalñ, czy gdzie tam. Jesli dzis ¿yje jeszcze choæ jedna osoba z mojego oddzia³u, to znaczy, ¿e bogowie cud sprawili.
- A - Mea milcza³a przez chwilê, zaskoczona, ale nie mog³a przecie¿ nie opieprzaæ ludzi. - Wiêc w wojsku ju¿ by³as? Dryl znasz, co?
- Tak.
- "Tak jest!!!" masz odtad mówiæ, suko! I masz siê przy tym prê¿yæ, a wyciaga , jakbys chmury na niebie ³yknaæ chcia³a! Trafia do twojego zakutego ³ ba?
- Tak... tak jest!
- Do dupy... a... w jakim wojsku by³ as? - Nawet sier¿ ant nie mog³a powstrzymaæ ciekawosci.
- Armia Troy. Piechota. Szeregowy Achaja, druga dziesiatka, skrajnej lewej setki, korpusu...
- Ju¿, ju¿ - zgasi a jej meldunek Mea. - Z tak daleka. Hm. U nas inne stopnie, inne formacje, musisz siê nauczyæ. No, ale dobrze, ¿es by³a ¿o³nierz, przynajmniej mi nogi w marszu nie zmylisz. Ale z drugiej strony... zwyk³y piechociarz! Uuuuuuu! - Machnê³ a lekcewa¿aco rêka. - I da³as se cos takiego na ty³ku zrobiæ. I na twarzy. Nie mog³as siê, dupo, na w³asny miecz rzuciæ?
Achaja, mimo ¿e naga, stojaca przed ubrana dziewczyna, podnios³a g³owê i popatrzy³a jej prosto w oczy.
- Gdybym wtedy wiedzia³a to, co wiem dzisiaj, to bym nie tylko sama siê zabi³a, ale wysiek³ abym ca³y swój oddzia³! Ale wtedy nie wiedzia³am, co to niewola, nie wiedzia³am, co to nabiæ siê na w³ asny miecz. Mój dziesiêtnik si zabi³, mia³ trutkê, szczê sciarz. Madry cz³owiek, wiedzia³, przygotowa³ siê zawczasu. I powiedzia³ mi przed smiercia: "Mysl, dziewczyno!". Ale w³asciwie nie sprawdzi³a siê rada. Bo... kiedy mówi³am, ¿e jednych brali do kopalni, innych jeszcze gdzies tam, to ja... Ja mia³am szczegó lnego pecha. Nie mów o w³asnym mieczu, jak nie wiesz, ¿e mówisz o smierci.
- Ja nie wiem nic o smierci?! Ja w ostatniej bitwie...
Achaja mówi³a cicho, a jednak zdo³ a³a przerwaæ sier¿ antowi:
- W bitwie masz takie szanse jakby moneta rzucaæ. Raz ¿ycie, a raz smieræ. Z ludzmi, z którymi ja mia³am do czynienia, masz takie same szanse jak biedna Goel ze mna. - Strzeli³a palcami, jakby zmiata³a niewidzialne py³ki z opuszków. - O, takie.
Mea wzruszy³a ramionami.
- Gadanie. - Spojrza³a na swoich ¿o³nierzy. - No, co jest, suki?! Macie cos? Do dnia okupacji Syrinx bêdziemy tu siedzie ?
Przesz³a siê wsró d dziewczyn i zaczê a rzucaæ czêsci munduru. Achaja w³o¿y³a porzadne buty z grubej skóry, siê gajace nad kostkê i swietnie ja usztywniajace, sznurowane z przodu - widzia³a cos takiego po raz pierwszy w ¿yciu. Najpierw wk³ada³o siê grube, czarne skarpety, które potem trzeba by³o zrolowaæ na niskie cholewki. Mea musia³a jej pokazaæ, jak to siê robi.
Przez ca³y czas dogadywa³a:
- Nie bój siê, ¿e nie pasuje. W wojsku sa tylko dwa rozmiary munduró w: "za du¿ y" i "za ma³y". Innych nie znajdziesz.
Z pewnym trudem wciagnê³a obcis³a, skórzana spó dniczkê, tak kró tka, ¿e zastanawia³ a siê, jak w czyms takim mo¿na kucnaæ czy usiasæ. Ktos pomóg³ jej zawiazaæ opaskê na piersiach, a w³ asciwie krótki, wygodny gorset. Potem za³o¿y³a sk rzana, siêgajaca do pasa kurtkê. Pas, miecz d³ugosci raptem ³okcia, wojskowy nó¿. Plecaka nie dosta³a i ca³e szczêscie. Uniknê³a dzwigania rzeczy zmar³ej wraz z tym, co mia³a tam prywatnego. Ca³y mundur, w przeciwieñstwie do tego, który nosi³a w Troy, by³ przystosowany do dziewczêcego cia³a. Nic jej nie obciera³ o, nic nie cia¿y³o tam, gdzie nie trzeba.
- Co bêdzie z os³ em? - spyta³a.
- Ju¿ nadciagaja tabory - mruknê³a sier¿ant. - Powie siê kanceliscie.
- A mogê chocia¿ napisaæ list?
- To ty pisaæ umiesz? A, szlag z tym. Nie lepiej zaczekaæ i samej powiedzieæ, co masz do powiedzenia? Za dziesiêæ lat zwró cimy ciê do wsi, jak nowa - za¿ artowa³a. - No, dobra. - Machnê³a rêka. - Takie twoje prawo. Shha! - Popchnê³a dziewczynê usi³ ujaca zawiazaæ swó j plecak. - Biegiem do kancelisty, niech zajmie siê os³em, niech wezmie papier, pióro i ten, no... psiamaæ, inkaust! Biegiem!
- Tak jest!
Achaja musia³a siê zajaæ koniem Goel, obcia¿onym teraz zaopatrzeniem pu³ku. Kiedy przybieg³a wreszcie niesmia³a, jakby zahukana dziewczyna z kancelarii, pospiesznie skresli³ a kilka s³ów:  

#Gospodarzu, armia mnie wziê³a. Nie odwo³ujcie siê. Racja, niestety, po ich stronie. Czujê, ¿e ju¿ nie wrócê. Prosbê mam. Dajcie ca³a moja sakiewkê ch³ opakowi. Niech bêdzie gospodarzem! Bardzo tego chcê!  

Stara³a siê u¿ywa jak najprostszych s³ów, ¿eby ja zrozumieli.  

Niech bierze jakas sliczna dziewczynê i siê ¿eni. Proszê. I powiedzcie mu, ¿ e...  

Zaczê³a pracowicie skreslaæ i zamazywa ostatnie, niedokoñ czone zdanie. Potem podjê³a znowu:  

Dziêkujê za wszystko, co dla mnie zrobiliscie. Za dziesiêæ dni chyba mam isæ na bitwê. Zobaczymy jak bê dzie. Achaja.  

Zwinê³a papier i poda³a go ma³ej kancelistce.
- Wiesz, do której cha³upy zaniesæ i os³a odprowadziæ?
- Tak.
- No, to na koniec... Jest jeden ma³y problem. - Z³apa³a uzdê konia i ruszy³a za oddalajacym siê powoli oddzia³em. - Osio³ sam przez most nie przejdzie.
- O, bogowie! - Dzieweczka o ma³o siê nie rozp³aka³ a. - To co mam zrobiæ?
- Nie wiem.

Rozdzia³ 3
M
eredith szed³ wsró d piasków pustyni, podpierajac siê kijem. Tu, w³asnie tu, na skraju "morza smierci", na granicy Luan i Troy znajdowa³a siê szko³a czarowników. Widzia³ ju¿ wysoka ska³ê przypominajaca zakapturzonego kap³ ana. Dociera³ do niego jazgot malutkiej wioski, która przycupnê³a przy waziutkim strumyku, okolonym na po³y wyschniêta roslinnoscia. To ci w³asnie ch³ opi utrzymywali szko ê, to ten skrawek zieleni opiera³ siê jeszcze napierajacym piaskom.
Meredith poda¿a³ cesarska droga bê daca odnoga s³ynnej Alei Syrinx. Nagle wszystkie jego zmys³y ogarna³ b³ ysk. Przycisna³ obie d³ onie do oczu. Zobaczy³ ch³opaka, który jecha³ ta droga w jakims makabrycznym wozie- nie wozie. Ch³opak by³ sam, a jednak s³ucha³ ca³ ej orkiestry, któ rej dzwiêki dociera y do niego jakos tak dziwnie, bez magii. Usmiechna³ siê. W³o¿y³ do ust cos, co strasznie dymi³ o. Okropnosæ mknê³a szybko. Orkiestra gra³a coraz g³osniej... Widzê ciê, ch³ opcze! - chcia³ krzyknaæ Meredith. Prawie ¿e móg³ czytaæ jego mysli. Potworny wóz zwolni nieco, skrêci³ i zatrzyma³ siê przy budynku. Bogowie! Widzia³! Widzia³ to tak strasznie dok³ adnie! Ch³opak dotkna³ stopami piasku. Przeciagna³ siê, zakry³ czyms oczy i popatrzy³ na ska³ê , na która patrzy³ w³asnie Meredith. Czarownik czu³ go! Widzia³! Móg³by wejsæ za nim do przestronnego budynku, który jeszcze nie istnia³. Którego budowniczowie jeszcze siê nie narodzili - nawet ich dziadków nie by o jeszcze na swiecie. B³ysk sczez³ nagle, pozostawiajac ostatnia mysl ch³ opaka: "Szlag! Ktos musia³ przecie staæ w tym samym miejscu co ja!"
Meredith opusci³ d³ onie. Potrzasna³ g³owa i ruszy³ dalej. W tej okolicy widok postaci okutanych w d³ugie p³aszcze nie robi³ na nikim wra¿enia, tote¿ nie zwracajac niczyjej uwagi, dobrna³ do kamiennego krêgu otaczajacego dolinê, w której znajdowa³ a siê szko³a. Wchodzac pomiêdzy wyschniête, prawie nie dajace cienia drzewa, poczu³ mrowienie w stopach i d³oniach. Szko³a by³a os³ oniêta potê¿nym czarem chroniacym ja przed intruzami, któ rzy chcieliby tu okazaæ swa z³a wol . Ka¿dy, kto nie by³ wtajemniczony, ka¿ dy, kto nie by³ czarownikiem, nie mó g³ wejsæ - gubi³ siê w labiryncie drzew i ska³. Czary plata³y jego scie¿kê, po kilkakroæ wraca³ do tego samego miejsca i...
Meredith nagle zda³ sobie sprawê, ¿e sam nie mo¿e trafiæ do wejscia, niewielkiej bramy, która przecie¿ widzia³ zza drzew, odleg³a raptem o kilkadziesiat krokó w. Spróbowa³ jeszcze raz. Przeszed³ spory kawa³ w idealnej, jak mu siê zdawa³o, linii prostej, ale brama tkwi³a ciagle w tej samej pozycji. Czar nie chcia³ wpusciæ demona do szko³y? Zakla³ szpetnie. Rzuci³ zaklêcie trasujace, ale, oczywiscie, nie zadzia³a³o. ¯adne ze skomplikowanych zakl æ nie dzia³a³o w pobli¿u szko³y. Dlatego w³asnie staro¿ytni mistrzowie umiescili ja na pustyni, tak, by uczniowie mogli wychodziæ daleko w piaski i tam æwiczy ... Szlag! Pozostawa³a mu w takim razie jedynie inteligencja.
Wróci³ do wioski i przystana³ przy drodze, udajac, ¿e poprawia sanda³y. Nie musia³ czekaæ d³ugo. Ju¿ po up³ywie jakichs dwóch modlitw zobaczy³ ch opca z koszem pe³ nym warzyw, który zmierza³ w kierunku szko³y. Nic wiêc nie zmieni o siê tu od jego czasów.
- Hej, m³ody adepcie magii - usmiechna³ siê do ch³opaka. - Za co ciê tak ukarali?
Tamten odpowiedzia³ usmiechem:
- Za rzucanie zaklê bez pozwolenia, panie mistrzu. Ale ja...
- Wiem, wiem, jestes niewinny. - Meredith skrzywi³ siê lekko. - Sam te¿ dzwiga³ em taki kosz. Mo¿e nawet ten sam? Kto wie?
Ch³opak podszed³ bli¿ej, wyraznie zadowolony, ¿e ktos rozumie, jak okropnie jest niesæ taki ciê¿ar w pustynnym upale.
- Cierñ wbi³ mi si w stopê - sk³ama Meredith. - Mogê siê na tobie oprzeæ? - Mrugna³ porozumiewawczo. - Wstawiê siê u mistrza, ¿ebys tego d³u¿ej nie dzwiga³ .
Ch³opak usmiechna³ siê szerzej.
- To dla mnie zaszczyt, panie.
Meredith opar³ d³o na jego ramieniu. Ruszy³ za ch³opcem, udajac, ¿e kuleje. Kiedy minêli kamienny krag, zamkna³ oczy. Tym razem dotarli do wejscia bez przeszkó d. Czar nie by³ taki dobry, jak mo¿na by o siê spodziewaæ. Inteligentny demon m g³ przeniknaæ za bramê. Meredith kiwna³ rê ka ch³opcu i ruszy³ do g³ównego budynku szko³y. Zignorowa³ grubego odzwiernego i wkroczy³ wprost na schody prowadzace do komnaty mistrza. Pogrozi³ kijem dwó m uczniom, którzy usi³owali zastapiæ mu drogê. Potem energicznie zastuka³ i otworzy³ drzwi okute metalowymi sztabami. Czar powstrzymujacy, którym by³y opatrzone, nie zadzia³a³ jak zwykle. W szkole nic nie dzia³a³o jak nale¿ y. Nic wiêc nie zmieni o siê od jego czas w. Usmiechna³ siê.
- Witam, mistrzu.
Draggon uniós³ g³ owê, usi³ujac zas³ oniæ rêkawem kielich, który sta³ na stole. Nic siê nie zmieni³ o. Draggon chla³ jak wieprz i w dalszym ciagu usi³owa³ to ukrywaæ - kolejna tajemnica, o której wiedzieli wszyscy.
- Witam - powiedzia³ oschle.
Nigdy nie pa³ali do siebie mi³oscia. W³asciwie to nienawidzili siê jak wsciek³e psy. Draggon, jedyny syn bogatych rodziców, pochodzacy z wielkiego miasta w Luan, zawsze by³ lepszy. We wszystkim. Meredith, szóste dziecko biednego ch³ opa z Troy, zawsze zazdrosci³ tamtemu w³asciwie wszystkiego. Og³ady, pewnosci siebie, pieniêdzy. Draggon, kiedy studiowali razem, mó g³ sobie pozwoliæ nawet na prywatne obiady, które przyrzadza³a mu jakas ch³opka z pobliskiej wsi. Meredith, jak inni uczniowie, musia³ siê zadowalaæ niejadalna paciaja ze wspólnego kot³a. Tamtego ksia¿êta lubili od pierwszego spojrzenia, mówi³ wszak ich jêzykiem. Meredith musia³ przez lata pozbywaæ siê swojego prostackiego akcentu, ¿eby zagosciæ na wielkich dworach. Draggonowi wszystko przychodzi³o ³atwo, najtrudniejsze zakl cia rzuca³ od niechcenia, dziewczyny lubi³y jego wiersze, lubi³ y, jak siê popisywa . Meredith musia³ na to wszystko ciê¿ko pracowaæ. A do tego ten prostacki jêzyk, kt rego nigdy tak do koñca nie móg³ si pozbyæ. Tamten jednak... pi³. I to porzadnie. Jak ka¿dy wra¿liwy cz³owiek z miasta, który zejdzie na tê drogê, chla³ konsekwentnie, na um r, do koñca, codziennie. Ma³a pociecha. Nawet upity do nieprzytomnosci potrafi³ wiêcej ni Meredith w najlepszych swoich czasach.
- Siadaj. - Draggon wskaza³ mu krzes³o. - S³ysza³em, ¿e umar³es. Ale wiesz... Pierwsza wiadomosæ o twojej smierci przysz³a jakies trzy lata temu. A potem - wymuszony usmiech - przysz³a kolejna wiadomosæ, a potem jeszcze jedna, i jeszcze... Zrozumia³em, ¿e to jakas kolejna twoja sztuczka.
- Cos w tym jest. Nie musisz wierzyæ we wszystkie wiesci ze swiata.
- Tote¿ nie wierzê. Napijesz siê czegos?
Meredith skina³ g³ owa. Tamten nape³ni³ dwa kielichy. Sadzac po zapachu, by³o to najlepsze wino, jakie uda³o siê sprowadziæ z Luan. Zanim jednak Meredith zda¿y³ umoczyæ usta, Draggon opró¿ni³ swój kielich do sucha.
- Co ciê sprowadza?
- Jestem demonem. - Nie by³o ¿adnego powodu, ¿eby trzyma to w tajemnicy.
- Hmmm... To jak tu wszed³es?
- Jestem sprytnym demonem. Tak nawiasem mówiac, daruj resztê kary temu ch³opakowi, kt ry dzwiga warzywa.
Draggon nape³ni³ swój kielich i wychyli³ go znowu duszkiem. Potem wzruszy³ ramionami.
- A tak ju¿ powa¿ nie mówiac - nala³ sobie po raz trzeci, zanim jeszcze Meredith zda¿y³ dopiæ po³owê swojego - Wielki Ksia¿ê Archentar przys³a³ list do ciebie, oraz to. - Ze skrytki pod sto em wyja³ pêkata sakiewkê i rzuci³ na blat. - Czyste z³oto, nie oszuka³.
- Za co?
- Chce dowiedzieæ siê czegos o swojej córce, Achai. Posz³a do wojska, Luan ja z³apa³ podczas jakies durnowatej operacji. Potem mêczyli dziewczynê, zmusili ja, ¿eby krzycza³a cos pod oknami poselstwa. Wiesz, te swinie, politycy... Zrobili z niej niewolnicê, czy jakos tak. Jest ju¿ nikim, do Troy nie mo¿e wró ciæ, niemniej ojciec chcia³by wiedzieæ, co z nia i tak dalej.
- Wredne Luan znowu pokaza³o...
- Nie wycieraj sobie ust cesarstwem Luan. Jesli jakis pacan pos³a³ ksiê¿ niczkê do wojska, to na pó³ dnia drogi wokó³ smierdzi grubsza afera i intryga tych wspania³ych rodów z Troy. Trzeba byæ kretynem, ¿eby zrobiæ cos takiego w³asnej có rce!
- Nie wycieraj sobie ust królestwem Troy. Trzeba byæ skurwysynem, ¿eby zrobiæ cos takiego wysoko urodzonej osobie. - Meredith opró¿ni wreszcie swój kielich i postawi³ na stole. - Ty sam nie mog³es mu pomóc?
- Ja? Nie znam dziewczyny. Nie wiem nawet, jak wyglada. To ty podobno ja zna es, a nawet lubi³ es.
Meredith wzruszy³ ramionami.
- Co on, zwariowa³? Czego ja siê dowiem? Napiszê mu o jakims zamazanym obrazie? - Machna³ rêka.
- A co ciê to obchodzi? - spyta³ Draggon. - Widzê, ¿e potrzebujesz tych pieniêdzy. Archentar od lat wspiera szko³ê. Nie chcê go straciæ . Zrób, o co ciê prosi, a list napisz ja osobiscie. I tak namieszam, ¿e nikt nie doczyta siê , o co naprawdê chodzi. No?
Mistrz szko³y wyja³ fiolkê z bezbarwnym p³ynem.
- Co ci zale¿y? - Wyciagna³ korek i poda³ fiolkê siedzacemu naprzeciw czarownikowi. - Tak u³o¿ê list, ¿e mu w buty pó jdzie. Zrób to.
Meredith ¿achna³ siê. Potrzebowa³ pieniê dzy. To prawda. By³o to jednak jawne oszustwo. Tutaj nie móg³ dostrzec niczego z czasów wspó³ czesnych. Jego umys³ by³ ju¿ nakierowany na odleg³a o tysiac lat przysz³osæ. Achaja? Nie ma mowy. A, szlag! Wzia³ fiolkê i prze³kna³ oleista zawartosæ o silnym zapachu zió ³. Odchyli³ siê w krzesle, usi³ujac powstrzymaæ ³zy p³ ynace z oczu.
- O, ¿eby ciê - szepna³. - Ale mocne przyrzadzi³es!
- No? Co widzisz?
Meredith nie móg³ otworzyæ oczu. Krêci³o mu siê w g³owie. Tak jak przypuszcza³ , poprzedni b³ysk sciagna³ go do czas w odleg³ych o tysiac lat. Znowu zobaczy³ ch³ opaka w wielkim budynku w pobli¿u szko³y. Ch³opak bra³ cos od mê¿czyzny w bia ym stroju. Jakis ma³y przedmiot. Wzbrania³ siê poczatkowo. Potem schowa³ tê rzecz do kieszeni. Dziwna choroba toczy a go od wewnatrz. Meredith ujrza³ ch³ opca zagubionego na terenie szko³y, nie móg³ znalezæ wyjscia z kamiennego krêgu. Wyja³ z kieszeni dziwny przedmiot. Mówi³ cos. Ktos mu odpowiada³. Ch³opak wydosta³ siê na czysty teren przy budynku. Smiejacy siê ludzie. G³osno grajaca orkiestra, mimo ¿e wokó³ nie by³o tylu ludzi, by stworzyæ orkiestrê. Obrazy bez malarza. Nie rozumia³ niczego. Wspomnienia ch³opca. Jakis makabryczny, niemo¿liwy do zbudowania okrêt, który nie p³yna³ po wodzie, ale... bogowie! To niemo¿ liwe! P³yna³ pod woda! Pustynia, dwó ch ludzi o zas³oniê tych czernia oczach, którzy przybyli z daleka. Rozmowa. Obaj namawiali ch³ opaka do czegos, potrafili to robiæ, udawali dobrych... tylko te oczy... zas³oniête czernia. To nie byli dobrzy ludzie. Mieli jakas broñ przy sobie. Straszna. Ukryta pod dziwnymi szatami. Jeden z nich nie by³ cz³owiekiem! Bogowie! Jeden z nich nie by³ cz³ owiekiem!!! To by³ potwór. To by³o monstrum. W ludzkiej postaci, ale nie cz³owiek. Mówi³ tak mi³ym, przyjemnym g³osem. Meredith nie rozumia s³ów. Jego s³owa by³y jak melodia. Jego oczy jak czarna pustka. Jego mysli jak k³ê bowisko robaków. Ten drugi by³ cz³ owiekiem. £ga³. K³ama³. Lawirowa³. Wi³ siê jak piskorz w sieci. Dali cos ch³opakowi. Przedmiot podobny do tego, który umo¿ liwi³ mu opuszczenie kamiennego krêgu. Dali mu papiery. Dali mu w³adzê. Dali mu jakas straszliwa broñ. K³amali, obiecywali, prawili pochlebstwa. Motali sieæ jak dwa pajaki. Ich jêzyki porusza³ y siê jak jêzyk wê ¿a. I nagle... Potwór przyzna³ si , ¿e nie jest cz³ owiekiem. Powiedzia³ wprost, e jest potworem. Na ch³opcu nie zrobi³o to wielkiego wra¿enia. Wzia³ papiery, wzia broñ, wzia³ ten dziwny przedmiot... Bam, bam, bam... B³ysk przeniós³ czarownika o kilkadziesiat dni naprzód. Mo¿e wiêcej. Ch³opak jecha³ tym swoim straszliwym, zaprzê¿onym w sto niewidzialnych koni wozem. Aleja Syrinx, jakas boczna odnoga, droga na pustyniê. Odmieciona z piasku. Droga, która budowano tysiac lat przed narodzeniem ch opca. Wóz-nie wóz zatrzyma³ siê nagle. Ch³opak postawi³ nogi na piasku. Przeciagna³ siê. Z tego czegos... Meredith drgna³. Poczu³, ¿e siê dusi. Z tego czegos wysz³ a Achaja. Bogowie! Za tysiac lat! Ksiê¿niczka Achaja w spódniczce, która ledwie zakrywa³a jej ty³ ek, z czyms dymiacym w ustach, z zas³oni tymi czarnymi p³ ytkami oczyma. Pokazywa³a ch³opcu cos poza zasiêgiem wzroku czarownika. S³ysza³ ich s³owa. Rozmawiali o potworze. O wielu potworach. Achaja usmiecha³a siê. Tylko te jej zas³ oniête czernia oczy... Jakis lód w jej sercu. Cos niezrozumia³ego. Wspomnienie o okrê cie, który p³ywa³ pod woda.
B³ysk znowu przenió s³ czarownika, gdzies... Nie wiadomo gdzie. Znowu zobaczy³ Achajê. Bam, bam, bam... Krew pulsowa³a w skroniach czarownika. Gdzie by³? Co widzia³? Widzia³ Achajê w otoczeniu o³nierzy. W pobli¿u by³y potwory. ¯o³nierze atakowali jakas budowlê. Spalili, zniszczyli, unicestwili wszystko, co by³o w srodku. Achaja rozmawia³a z potworem, który udawa³ cz³owieka. Wiedzia³a, ¿e to nie cz³owiek. Rozmawia³a z nim. Achaja by³a martwa. A jednak... Jednoczesnie ¿y³a.
B³ysk sczez³ nagle, pozostawiajac kompletna pustkê. Meredith ockna³ siê przera¿ony, czujac, jak zimny pot sp³ ywa mu po czole.
- I co? Zobaczy³es cos? - spyta³ Draggon.
- Tak. Nalej.
Nie trzeba by³o dwa razy powtarzaæ. Meredith wychyli³ swój kielich, po raz pierwszy szybciej ni¿ mistrz szko³y.
- Co widzia³es?
- Achajê.
- No, to mamy mi³a wiadomosæ dla tatusia. ¯ywa?
- ¯ywa. Ale... - potrzasna³ g³owa wstrzasniêty - za tysiac lat!
Cokolwiek by mówiæ o wzajemnej niechê ci obu czarowników, to jednak obaj mieli zaufanie do swoich umiejêtnosci. Draggon oniemia³.
- Mo¿e to by³a dziewczyna do niej podobna? Mo¿e jakis potomek, co? Mo¿e... - Zagryz³ wargi. - No dobra. Nak³amiê cos w liscie do ksiêcia. Jjjjjjjj... Jak ona mo¿e ¿yæ za tysiac lat?
- Nie wiem.
- Przecie¿ to niemo liwe.
- Nie wiem. ¯yje jak ja. Martwa, a jednoczesnie ¿ywa. Ale to nie jest tak, jak w moim przypadku. - Meredith spojrza³ na mistrza przera¿ ony. - Cos z nia zrobili. Cos strasznego. O¿ywili trupa!
- Bogowie... Jaka magia mo¿e to sprawiæ? Po tysiacu latach?
- To nie jest magia. To jest cos strasznego. Tam... tam... Za tysiac lat w naszym swiecie rzadziæ bêda potwory.
- Jakie potwory? Do jasnej...
- Nie wiem. Monstra. Nieludzie. Nie wiem, jak to powiedzieæ... Zwierzêta przypominajace wygladem ludzi. Potwory. Rozumiesz? Potwory!
Draggon pociagna³ wprost ze dzbana.
- Bogowie... - szepna³. - Ziemcy?
Meredith potrzasna³ g³owa.
- Je¿eli to sa Ziemcy... - mrukna³. - To przestañ wierzyæ we wszystkie bajki, jakie s³ysza³es w dzieciñstwie. To, co s³ysza³es w najstraszniejszych opowiesciach o Ziemcach, nie zawiera nawet czastki prawdy o potworach. Oni potrafia robiæ ywe trupy! Oni za tysiac lat moga o¿ ywiæ twoje cia³o i sprawiæ, ¿ebys im s³u¿y³. Oni moga wszystko. Oni moga, kurwa, sprawiæ, ¿e ca³y cmentarz wstanie nagle i pójdzie za nich walczyæ! Moga zrobiæ, co zechca. Co tylko im siê przysni! Oni potrafia zaprzac sto niewidzialnych koni do jednej karety. Oni potrafia sprawiæ , ¿eby okrêt p³ yna³ pod woda. Oni moga lataæ, paliæ, zabijaæ nawet tego, kogo nie widza. Oni moga wszystko!
- Nie ma takich istot... - W g³osie Draggona nie by³o jednak tej pewnosci, która chcia³by tam s³ yszeæ. - Nie ma...
- Sa! Zapewniam ciê, ¿e sa. I uwierz mi lepiej.
Draggon ukry³ twarz w d³oniach. Opanowa³ siê jednak szybko. Szarpna³ za sznurek po³aczony z malutkim dzwonkiem ukrytym w przepierzeniu. Napisa³ kilka s³ó w na kartce, przyglada³ siê chwilê, potem dopisa³ jeszcze kilka.
Meredith wyja³ mu kartkê z rêki. Przeczyta³ wszystko, potem wzia³ pióro i dopisa³ jeszcze jedno s³owo. Kiedy przestraszony lekko bibliotekarz otworzy³ drzwi, wrê czy³ mu kartkê.
- I nowy dzbanek! - warkna³ Draggon.
Bibliotekarz musia³ znaæ zwyczaje mistrza. Wyja³ dzbanek spod szaty i postawi³ na stole. Potem pobieg³ szuka ksiag, które traktowa³y o rzeczach opisanych na kartce.
- Coraz gorsza ho³ ota tu trafia. - Draggon nape³ni³ oba kielichy. Jego g³owa chwia³a siê lekko. - Jakie s³owo dopisa³es?
- Wirus - powiedzia³ Meredith.
- Kto to jest?
- Nie "kto" , a "co". To jest rzecz. Przedmiot. Z którym jednak mo¿ na czasem porozmawia .
- Z rzecza? Ty, s³ uchaj... Naprawdê istnieja Ziemcy?
- Tak. Tak mi powiedzia³ B g.
- Rozmawia³es z Bogiem?
- Owszem. A potem wda³em siê w awanturê z Zakonem. Teraz s³u¿ê Z³u w osobie Wirusa, s³ ugi Boga Zdrajcy, Sepha. Naprawdê jestem demonem. Chyba jestem niesmiertelny.
Draggon wychyli³ sw j kielich i nala³ sobie ponownie.
- Kurwa! - szepna³.
- Kurwa maæ! - usmiechna³ siê Meredith, zagryzajac wargi. - S³uchaj... Wiesz cos o Swiêtej Ksiêdze Zakonu?
- Mhm. Podobno przed setkami lat zabili setki czarowników tylko po to, ¿eby ci w malignie, tu¿ przed smiercia, podyktowali czasem tylko kilka s³ów. Przedzierali siê przez jakies straszne otch³anie czasu. - Draggon upi³ kilka ³yków ze swojego kielicha. - Z tego, co wiem, nie tylko Zakon nad tym pracowa³. My te¿. Ale wiesz... Tylko Zakon staæ by o na usmiercenie - strzeli³ palcami - paruset czarowników. Badania cywilne, czyli nasze, zakoñ czy³y siê po kilku zgonach. Tego siê nie da zrobiæ.
- Ale czegos siê dowiedzielismy?
- Czegos? Owszem. Choæ nie nazwa³bym tego wiedza. - Draggon usmiechna³ siê wrednie. - Uczelnie nigdy nie dysponowa³y takimi srodkami, jakie mia³ do dyspozycji Zakon. I nigdy nie bylismy a¿ takimi skurwysynami. Wiemy mniej ni¿ oni. O ca³e niebo mniej.
- Cos jednak...
- Nic nie jednak! Gó wno wiemy! - Draggon zamysli³ siê, pocierajac brodê. - Same obsieki. Ale... - usmiechna³ siê nagle - cos tam nasi ch³opcy te¿ zanotowali.
Meredith rozesmia³ siê g³osno.
- Lubiê wasze uczelnie. Wy gnoje jedne!
Draggon rozesmia³ siê równie¿.
- Wiesz... Nie jestesmy ca³ kiem do dupy. Choæ o srodkach, jakie ma Zakon, mo¿ emy jedynie sniæ.
- Sukinsyny - chichota³ Meredith. - Wy cywilne swinie! Dobrze wiedzia³es, o czym mówi³em od poczatku, prawda?
Draggon rykna³ smiechem.
- Zakon nam nie doró wna! I tak mamy lepszych ludzi! Choæ gorzej p³atnych. - Smia³ siê, wspierajac rêce na stole. - Ja te¿ kocham nasze uczelnie. I masz racjê. Jestesmy straszne gnoje. Ale lepsi ni¿ gnoje z Zakonu!
Bibliotekarz otworzy drzwi i stêkajac z wysi³ku, zwali³ na stó³ stertê ksiag. Potem wyja³ spod szaty nowy dzbanek, uk³oni³ siê i wyszed³. Draggon uderzy³ w ksiêgi obiema piê sciami.
- Teraz ci poka¿ê, co potrafia cywilne swinie. Nie na pensji Zakonu. Biorace marne brazowe zamiast z³ otych, jak tamci. Ale... Nasze swinie sa bardziej inteligentne ni¿ zakonne. Zapewniam ciê.
- Wierzê. Przeczytasz mi cos?
Draggon otworzy³ pierwsza ksiêgê. D³u¿sza chwilê szuka³ odpowiedniego fragmentu.
Ka¿da wolnosæ to z o - bowiem ka¿da wolnosæ to przeciwstawienie siê prawu i porzadkowi - da¿ysz do wolnosci, jestes wiêc z³y. To trochê inaczej ni¿ naucza Zakon, co? A pos³uchaj tego, Demon Z³a mó wi: Wobec Bogów nie jestescie ludzmi wolnymi, bo mo¿ecie czyniæ jedynie dobro. Chodzcie za mna, dana wam bêdzie mo¿ liwosæ czynienia dobra lub z³a, zale nie od waszego wyboru. Nie spodoba³oby siê to Zakonowi, co? Ale przeczytam ci cos jeszcze lepszego. Jesli Bogowie istotnie chca przekazaæ nam jakies znaki swojego w³adania, to Ich dzia³ania okazuja siê przeciwskuteczne, skoro zrozumienie tych znaków nie le¿ y w naszej mocy. Niez³e? A czy to przypadkiem nie znaczy, ¿e Bogów nie ma? Chca nam cos przekazaæ? Tak? To dlaczego nie mo¿emy zrozumieæ ich znakó w? Dlaczego nie zstapia i nie powiedza wprost: "My tu rzadzimy, to nasza domena!" Czemu tego nie zrobia? W co mamy wierzyæ? Skoro nauczyciel nie jest w stanie wyt³ umaczyæ prostej prawdy nawet najbardziej têpemu uczniowi, to znaczy, ¿e... cos jest nie tak z nauczycielem, a nie z uczniem, prawda?
- Prawda - mrukna³ Meredith. - Ale zapewniam ciê, Bogowie istnieja. A przynajmniej istnieli.
Draggon strzeli³ palcami.
- Co bys chcia³ wiedzieæ?
- Co to jest Wirus?
Draggon przewraca³ karty ksiag. Cisza przeciaga³a siê nieznosnie. Wreszcie znalaz³ odpowiedni fragment.
I mówi Wirus: - zacza³ czytaæ - znaczna czêsæ mojej si³y tkwi w tandecie wyobra¿eñ o mnie. Nawet najwiêksi wasi mysliciele usi³ uja traktowaæ mnie jako demona Z³a. Jestem z³y. Ale nie jestem demonem. Ja nawet nie potrafi mysleæ. Potrafiê mówiæ, potrafiê siê uczyæ , mogê byæ sprytny, ale ja jestem martwy. Nigdy nie by³em ¿ ywy. To, czego tak bardzo siê boicie, tkwi w was samych.
Przewróci³ kilka kart. Potem wodzi³ palcem po jednej ze stron.
Jestem istota nielogiczna. Nie potrafiê mysleæ jak wy. Ale potrafiê was udawaæ. Jestem Z³em. Ale pytam was: jak Z o, konieczny przecie warunek wszelkiego dzia³ ania, mo¿liwe jest w swiecie rzadzonym przez istoty doskona e? Przez waszych Bogów? Czemu milczycie?
Draggon spojrza³ na Mereditha, potem czyta³ dalej:
Czy wola odwiecznych Bogów mo¿e siê objawiæ ludzkosci dopiero w pewnym momencie dziejów? Dlaczego? A mo¿e... byæ mo¿e swiat stworzyli nie Najwy¿ si Bogowie, lecz podrzêdny demiurg, rêkodzielnik uto¿ samiany to z podrzê dnym demonem, to z Sephem, "z³ osliwym Bogiem" ? Chcecie wyleczyæ siê ze Z³a? Zró bcie to! Leczcie siê ze Z³a przez jego doswiadczanie. Tylko cz³owiek z³y mo¿e staæ siê dobry. Dobry nie ma pola manewru. Mo¿e staæ siê tylko z³y. A nie mysleliscie, ¿ e powstanie ludzkosci mo¿e okazaæ siê rezultatem stopniowej degradacji demonów? Nie mysleliscie, ¿e Najwy¿szy Bóg ma dwóch synów? A starszym jest Seph? Pytanie: kto jest m³ odszym?
Draggon przewróci³ kartê ksiêgi.
Boicie siê Z³a? A przecie¿ nie do pomyslenia jest spo³ eczeñstwo z³o¿one z istot do koñca niegodziwych. Wszelkie wspó³¿ ycie wymaga zaufania - bez domieszki dobra i kraina smierci jest niemo¿ liwa! Mo¿ecie s³u¿ yæ Z³u. To bez znaczenia. I tak bêdziecie dobrzy mimo wszelkich swiñstw, które uczyniliscie. A Ziemcy, najgorsze potwory jakie istnieja w Wielkim Swiecie, moga czyniæ tylko Dobro. Oni pragna Dobra, da a ku Dobru. Ale konsekwentnie. Nie jak Bogowie. Oni to robia z totalna konsekwencja. Dlatego sa najgorszymi potworami jakie swiat widzia³. Oni was zabija... dla waszego dobra! Bo tak wynika z praw waszej logiki. Oni przyjda tutaj. Przyjda. Ale nie bêdzie walki ramiê przeciw ramieniu, miecz skrzy¿owany z mieczem. Bêdziecie siê smia i radowaæ. Bêdziecie spiewaæ i tañczyæ z radosci. A potem dnia od nocy ju¿ nie odró¿ nicie. Dobra od Z³a. Oni nie przyjda tu z k³ami i pazurami. Oni przyjda... z Dobra Wiadomoscia! A na takie potwory nie jestescie przygotowani. Oni poka¿a wam, co to jest ciemnosæ, a co to jasnosæ. Ale... Jasnosæ zda siê wam mroczna otch³ ania. A ciemnosæ - blaskiem najjasniejszego s³o ca! Tako rzecze wam Wielki K³amca. Bo tyle tylko Jego Stwórca zapisa³ mu w g³owie.
Meredith opusci³ g³ owê. D³u¿szy czas siedzieli w milczeniu.
- Czy... Czy nasi zapisali cos o Ziemcach?
Draggon w milczeniu skina³ g³owa. Potem zacza³ czytaæ :
Bogowie w mi³osci swojej zap³odnili wszelkie swiaty. Stworzyli ludzi na obraz i podobieñ stwo samych siebie. I ludzie rodzili siê na wszelkich swiatach, a rozum ich bra³ siê z magii. Rozsadek z poznawania praw natury. Mi³osæ z mi³osci. Bóg Seph rzek³ tedy: »A moja mena¿ eria magii nie zazna!« Bogowie wszyscy kpili z niego. »Jak¿e to? - pytali. - Jak bez magii? Skad wiêc rozum u twoich zwierzat? Czy bys sadzi³ w swoim zaprzañstwie, ¿e najgorsze nawet k³y i pazury sa w stanie wyrzadziæ krzywdê cz³owiekowi rozumnemu, zbrojnemu w magiê?« »Rozum sam w sobie magia nie jest - szydzi³ Seph z reszty Bogów. - A skad siê bierze... to ju¿ inna sprawa. »U zwierzat siê nie pojawi!« prawili Bogowie. A Seph smia³ siê tylko. »U zwyk³ych nie. Zwyk³e zwierzê nie zna czasu. Jest pokarm, to ¿ yje. Nie ma pokarmu, to umiera. Ale ja stworzy³em nowy rodzaj zwierzê cia. To drapie¿nik. Zwierzê, które nie ¿ywi siê roslinami. Zwierzê, które zjada inne zwierzê ta, poluje na nie. A drapie¿nik to zupe³nie inny rodzaj zwierzêcia. Ono wie ju¿, co to jest wczoraj, dzis i jutro! Wczoraj jad³ em, to dzis muszê polowaæ, ¿eby jutro nie umrzeæ. Ono zna ju¿ czas. Ono wie, jak polowaæ . Ono bêdzie siê uczyæ, jak planowaæ swoje zabójstwa... Ale to jeszcze nie wszystko. Moje zwierzêta to nie zwyk³e drapie¿ niki. Najpierw bêda jesæ tylko rosliny. Ale umiesci³em je w takim swiecie, ¿e roslin wkrótce zabraknie. Straszliwe plagi bê da przetaczaæ siê przez ten swiat, spustoszenie bêdzie nastêpowaæ po spustoszeniu. Prze¿yje tylko ten, kto nauczy siê jesæ wszystko, rosliny, padlinê innych zwierzat, a nawet samych siebie. Nauczy siê polowaæ na inne zwierzêta. Nauczy siê ¿yæ wszêdzie, polowaæ na wszystko. I stad wezmie siê rozum... Rozum straszny, kompletnie amoralny, pozwalajacy przede wszystkim planowaæ coraz gorsze, zabó jcze akcje. Moje zwierzê mo¿e siê mno¿yæ w nieskoñczonosæ. Bêdzie walczyæ z samym soba. Jedno stado na drugie. A¿ do smierci, a¿ do koñca. To bêda takie potwory, przeciwko którym nikt nie stanie. One od poczatku bê da æwiczone tylko w tym, jak zabiæ, jak zaplanowaæ zabó jstwo, ¿eby by³o skuteczne, jak wyciagnaæ najwiê cej korzysci z zabicia. Nikt ich nie pokona! Nikt nie da im rady! Ich rozum nie pojawi siê z piêknego ³ adu. Ich rozum powstanie z kompletnej zatraty na polu bitwy zalanym krwia! I tak bêda mysleæ moje zwierzêta: Krew! Krew! Zatrata! Totalna zag³ada! Dojscie do ostatecznej granicy! »Ka¿dego potwora mo¿na unicestwiæ stawiajac naprzeciw potwora jeszcze gorszego« powiedzieli Bogowie. »Niczego nie zrozumieliscie - kpi Seph z reszty Bogó w. - One nie sa z³e. One bêda da¿yæ tylko do Dobra. Ale ich amoralne umys³y, wyæwiczone na krwawym polu bitwy, bêda da¿yæ do Dobra konsekwentnie. Jak tylko zwierzêta moga. Nigdy wiêc go nie osiagna. Dojda tylko do Smutku... One bêda znaæ tylko krew i ³zy. Tylko krew i tylko ³ zy. Krew... i ³zy... ¯aden potwór ich nie pokona, bo ¿ aden nie bêdzie mó g³ posunaæ siê tak daleko.« Wtedy powsta³ Najwy¿szy z Bogów. »Stworzy³es wiêc istoty nieskoñ czenie nieszczê sliwe!« rzek³ przera¿ony. Seph pochyli³ g³ow . »Tak, ojcze, panie mój«.
Draggon poniós³ oczy. Od³o¿y³ ksiêgê.
- P³aczace potwory? - szepna³. - Istoty nieskoñ czenie nieszczê sliwe, które nie znajda nigdy ukojenia, które nigdy nie zaznaja mi osci, które bêda w zwiazku z tym da¿ yæ i da¿yæ do byle jakiego celu... Byleby by³ nieosiagalny. Bogowie! Czy to naprawdê mo¿liwe?
Meredith skina³ g³ owa.
- To prawda - powiedzia³ przez scisniête gard³o. - To prawda.
- Ale to znaczy, ¿e one naprawdê moga byæ niepokonane!
- To sa zwierzêta - Meredith wsta³ i podszed³ do okna, r ce opar³ na parapecie. - Które maja rozum jak my, ale to nie jest rozum, który powsta³ z ³adu, kt ry powsta³ ze stworzenia, z magii... To niemoralny przypadek, to... ten rozum sam siê stworzy³! Powsta³ na polu bitwy, gdzie wszyscy zjadali wszystkich. Tego sobie nawet wyobraziæ nie sposó b.
- Skad wiesz o Ziemcach?
- Powiedzia³ mi to Bóg. Powiedzia³, ¿e my te¿ jestesmy inni ni¿ reszta swiata. ¯e jestesmy pu³ apka zastawiona na Ziemców. Dlatego tu wszystko dzieje siê inaczej. Tu nie obowiazuja prawa dobrego swiata. My mamy siê zmierzy z ich potêga. Ale my zostalismy stworzeni. Ziemcy " powstali sami". Oni to zwierzêta z rozumem, my to ludzie... Przegramy, Draggonie. Przegramy.
- Skad mo¿esz to wiedzieæ?
- Pozna³em twórcê Ziemców. Tê rzecz, tê nielogiczna istotê, w która Seph tchna³ oszukañcze ¿ycie. Ale¿ to cos jest sprytne. Jakie madre, jakie przebieg³e.
- To... ¿yje?
- Tak jak ¿yje mój sanda³. Jest martwe. To naprawdê tylko rzecz. ¯yje jak stó³, jak skrzynia ze starymi ubraniami, jak kowad³o w kuzni. Teraz ju¿ wiem. Wiem... To jest cos, co nie pos³uguje siê logika. Martwa istota nielogiczna. Teraz dopiero zrozumia³em. Teraz zrozumia³em, e Seph by³ jednym z najwiêkszych Bogó w. Stworzy³ cos, co nie mo¿e przestaæ istnieæ. Nawet jak skoñczy siê swiat, to cos b dzie trwa³o i trwa o...
- Bogowie! Trudno sobie wyobraziæ gorszy los.
- Nieeee... To cos nie ma uczuæ. Niczego nie czuje. Nie jest ¿ywe. To jest samo S³owo. To jest najwspanialsze dzie³ o Bogów. Szkoda tylko, ¿e Seph poda¿y³ scie¿ ka z³a. Dlatego to cos jest takie straszne.
Draggon podniós³ dzbanek i wychyli³ kilka ³yków wina.
- Chcesz, ¿ebym nie spa³ ze strachu ca³ a noc?
- Nie masz siê czego baæ. To cos nic nie mo¿e ci zrobiæ. Mo¿e tylko mówiæ. To samo s³owo i traktuj to jak najbardziej dos³ ownie. - Powtórzy³ zdanie, które wypowiedzia³ Wirus podczas pamiê tnej przeprawy ³ odzia przez jezioro. - Ale jak mówiæ... To cos jest nielogiczne. Ale jak wspaniale potrafi nas udawaæ.
Meredith odwróci³ siê od okna. Podszed³ do sto³u. Wzia³ sakiewkê Wielkiego Ksiêcia Archentara.
- Idê - szepna³ i podszed³ do drzwi. Zatrzyma³ siê jeszcze. - Potwory Sepha pokonaja nas - szepna³. - Zrobia z nami co zechca.
- Ach... Mo¿e nie do¿yjemy?
- Ty mo¿e nie do¿ yjesz. Ja bêdê musia³ na to patrzeæ.
Draggon spojrza³ zdziwiony.
- Nie mo¿esz sam si pozbawiæ ¿ycia?
Meredith usmiechna³ siê smutno.
- To ju¿ nic nie da. Bêdê ¿y³ i ¿y³ ... Jestem demonem, mistrzu.
Pchna³ drzwi i wyszed³ na ciemniejacy w zachodzie s³oñca podwórzec szko³y.

Rozdzia³ 4
N
ie mog³a zauwa¿yæ jakichkolwiek szczeg ³ów obozu, poniewa¿ pu³k dotar³ do niego w nocy. Widzia³a jakies baraki, morze namiot w, ostrokó³, niskie, drewniane wie¿e stra¿nicze. Wszêdzie wokó³ p³ onê³y pochodnie, przypomina³o to trochê las ogarniê ty przez ogieñ, tak wielki by³ teren zajmowany przez wojsko.
Zakwaterowano ca³y pluton w jednym trzydziestoosobowym namiocie, znacznie wiêkszym ni¿ ten, który pamiêta³a z obozu rekruckiego w Troy. Tamte mia³y po dziesiêæ miejsc, widaæ Arkach by³ bardziej biednym krajem. I tak jedenascie miejsc pozosta³o niewykorzystanych, tyle dziewczyn zginê ³o lub zosta³o rannych w ostatniej bitwie. Uzupe³nienia jeszcze nie nadesz³ y, w³asnie znajdowa y siê w obozie, gdzie mia³o to nastapiæ. Wyposa¿enie jednak by³o prawie identyczne, sienniki wypchane s³oma, koce, drewniane stojaki na sprzêt.
Achaja pope³ni³a ten sam b³ad, co na poczatku swojej wojskowej kariery w Troy. Sko³owana kolejna zmiana losu, zagubiona gdzies posród gruzów budowli marzeñ, któ ra wymurowa³a w swojej wioseczce, rozebra³a siê, run ³a na pos³anie i zasnê³a kamiennym snem.
Koc zarzucono jej na g³owê w srodku nocy, a na jej cia³ o spada³y wsciek³e razy pasów owiniê tych szmatami. Cos jednak zmieni³o siê od czasów rekruckich... Ciosy nie by³y nawet w dziesiatej czêsci tak mocne w porównaniu z tym, co robi³ nadzorca niewolników, nawet w setnej czêsci nie przypomina³y ciosó w, jakie zadawa³ Hekke, uczac jej szermierki. Achaja le¿a³a spokojnie, czekajac, a¿ skoñcza. Dziewczyny zmêczy³ y siê szybko, albo uzna³y, ¿e ofiara ma dosæ. Pouk³ada³y siê na w³asnych pos³ aniach i zaczê³y udawaæ, ¿e spia. Wtedy dopiero Achaja wsta³a lekko i przyla³a tej, któ ra le¿a³a najbli¿ ej. Zrobi³a krok i skopa³a nastêpna. Jeszcze jeden krok, cios piêsci. Pozosta³e przesta³ y udawaæ, zerwa³y siê z sienników i zaczê³a siê bitwa. Z pozoru tylko nieró wna. A mo¿e inaczej. Bitwa rzeczywiscie by³a nierówna, ale poszkodowana strona nie by³a bynajmniej samotna ¿o³nierz. Achaja przyla³a ponad po³owie oddzia³u, bi³a, kopa³a i gryz³a, potrafi³a uderzyæ w³asna g³owa, ³ okciami, kolanami. Wysmykiwa³a siê z najgorszych chwytów, by³a jak piskorz - mo¿na dotknaæ, ale chwyciæ nie sposób. By³a jak m³yn. Niby ka¿dy mo¿e kr ciæ siê w ko³o, ale kto mo¿e robiæ to bez koñca, wiecznie, czerpiac skads zupe³nie niesamowita energiê ? Potknê³a siê tylko kilka razy - za wiele cia³ le¿a o ju¿ na ziemi.
Wreszcie kilku dziewczynom uda³o siê na powrót zarzuciæ na nia koc. Któras uderzy³a ja w g³owê kawa³kiem deski.  

Rano porucznik Zinna oglada³a swój oddzia³. Podbite oczy, spuchniête wargi, guzy, siniaki, zaschniêta krew na twarzach. Podesz³a do Achai, która mog³a patrzy tylko jednym okiem, drugie znika³o pod opuchlizna, co sprawia³o wra¿enie, jakby chcia³a porozumiewawczo mrugnaæ.
- Ty, nowa. Co ci siê sta³o?
- Meldujê, ¿e potknê³am siê na schodach! - rzuci³a stare, wojskowe powiedzonko, mimo ¿ e ¿adnych schodów najprawdopodobniej nie by³o w promieniu wielu stajañ.
- Lanni, a tobie? - Porucznik podesz³a do nastêpnej dziewczyny w szeregu, której krew ciagle kapa³a z rozbitego nosa.
- Meldujê, ¿e spad am z ³ó¿ka! - Widaæ w armii Arkach odzywano siê inaczej. Oczywiscie ¿adnych ó¿ek w namiocie nie by³o.
- A ty, Shha?
¯o³nierz z ogromnym krwiakiem posrodku czo³a wypr ¿y³a siê s³u¿ biscie.
- Meldujê, ¿e kichnê³am po ciemku i rozbi³am sobie g³owê o s³ up!
Zinna wydê³a wargi.
- Sier¿ancie!
- Tak jest! - zameldowa³a siê Mea.
- Co to jest? Tylko bez wykrêtów.
- Myslê, ¿e kocó wka.
- Mog³abym prosiæ o bardziej regulaminowa formê wyra¿ania mysli?
- Tak jest! - Mea wyprê¿y³a siê jak struna. - Nie wiem, co to jest, pani porucznik!
Zinna przesz³a siê wzd³u¿ rzêdu swoich ¿o³nierzy. Z pewnym zdziwieniem przystanê³a przy dziewczynie, która nie mia³a ¿adnych widocznych obra¿eñ .
- A ty co? Spa³as?
- Tak jest! - ryknê a zapytana.
- To zak³adaj plecak i dwadziescia razy wokó³ placu!
- Za co? - wyrwa³o siê dziewczynie.
- Za picie wódy w namiocie - powiedzia a spokojnie porucznik. - By³as tak schlana, ¿e przespa³as wszystko spokojnie? Nie wiesz, ¿e tu nie wolno piæ alkoholu?
Zinna wróci³a do sier¿anta.
- Za moich czasów, kiedy by³am rekrutem, kocówa polega³a na tym, ¿ e ca³y oddzia³ bi³ jednego ¿o³nierza. Ale widzê, ¿e z up ywem lat wiele siê w tej materii zmieni o. Niech medyk zrobi jakies ok³ady, a jak ju¿ otrzezwieja, niech ka¿da przebiegnie dziesiê okra¿eñ w pe³ nym oporzadzeniu, z bronia i... - usmiechnê³a siê perfidnie - z jukami w rêkach. Achaja ma siê stawi w kancelarii. Dopilnujesz, ¿eby przebieg³a swoja dziesiatkê wieczorem. Wykonaæ!
- Tak jest!  

Dwie kobiety w kancelarii przywita³ y ja smiechem.
- O! Nowy rekrut. Jak siê spa³o?
Widaæ zwyczaj by³ mocno zakorzeniony, bo w misce przy stole czeka³y ju¿ swie¿e kompresy.
- Masz, przy³ó¿ sobie. - Dziewczyna poda³a jeden. - Do wieczora stê chnie.
- Bo wiesz - doda³a druga - tu nie szkó ka swiatynna. To wojsko! Elitarna górska dywizja!
- I pamiêtaj, ¿e wróg bêdzie bi³ mocniej!
- Tak jest!
- Uuuuuuuu... nawet formu³ê ju¿ zna, patrzcie! - Kancelistka machnê³ a rêka. - Dobra. Musisz zapamiêtaæ jedno. Od tej pory nazywasz siê szeregowy... - zerknê³a do papierów - szeregowy Achaja, pluton "C" pierwszej kompanii batalionu Zulu w trzecim pu³ku pierwszej dywizji gó rskiej! To teraz twoje imiê. Jesli ciê kto zapyta, jak siê nazywasz, to masz to wywrzeszczeæ jednym tchem! Zrozumia³ as?!
- Tak jest!
G³os tamtej trochê z³agodnia³.
- Wiem, wiem, mam tu zapisane, ¿e ze wsi jestes. Pomogê ci to zapami taæ. Wiesz, litera " C" to tak, jak siê zaczyna s³owo "cielê", chwytasz? Mam ci narysowaæ cielê tuszem na rêce, czy zapamiêtasz sama?
- Postaram siê zapamiêtaæ.
- Do mnie siê mówi, pani chora¿y!
- Postaram siê zapamiêtaæ, pani chora¿y!
- No... jakos ci posz³o... i to od razu, o dziwo. Dobra, " pierwsza" w s³ owach "pierwsza kompania" to mniej wiêcej tyle co jeden palec. Ale nie mówi siê "z jeden kompanii" tylko "z pierwszej kompanii" - t³ umaczy³a powoli i cierpliwie. - Wiem, to trochê trudne do zrozumienia na poczatku. Ale przywia¿ê ci kawa³ek sznurka do pierwszego palca u prawej rêki i mo¿e jakos zapamiêtasz. Musisz mysleæ tak: "Najpierw cielê , potem sznurek, a potem..."
Achaja usmiechnê³a siê radosnie.
- Meldujê, ¿e ukoñ czy³am z wynikiem pozytywnym lekcje arytmetyki, matematyki wy¿szej i geometrii u filozofa Theu, pani chora¿y!
¯o³nierze za sto³ em zbarania³y.
- O, ¿esz ty... Co?
- Nie widzisz, ¿e to luañska kur... - Dziewczyna z kancelarii bardziej przebiera³a w s³ owach ni¿ ¿o³ nierze frontowi. - No... ladacznica?
- No, widzê! Psiama ! Ktos znowu nasra³ w papiery, mam tu napisane, ¿e ze wsi! - Chora¿y odrzuci³a kartki i podnios³a g³owê. - Ty z Luan? Nasz wr g?
- Meldujê, ¿e jestem z Troy, pani chora¿y!
- By³as w wojsku?
- Tak jest!
- No... to widaæ. Ktos ju¿ tresowa³ ciê przed nami. Ach, Troy... - westchnê³a nagle. - Czyta³am o waszych portach, o morzu. Widzia³as morze z bliska?
Jakos g³upio by³o odpowiadaæ po wojskowemu, wiêc skinê³a g³owa. Tamta wyglada³a na rozmarzona. Musia³a mieæ dobra szko³ê, by³a kandydatem na oficera, s³u¿y³a swojemu krajowi w obozie wojskowym, ale... Wspomnienia ksia¿ek, które czyta³a pewnie jako dziecko, nie mog³y uciec z jej dosæ nawet ³ adnej g³owy. Wojskowy dryl nie wytrzepa³ jej pamiê ci ze wszystkich marzeñ.
- Wy, zdaje siê, ró wnie¿ Luan nie lubicie? - otrzasnê a siê po chwili.
- Meldujê, ¿e nie lubimy, pani chora¿ y!
- To i dobrze! Przynajmniej serce nie bêdzie ciê bola³o, ¿e teraz u nas s³u¿ysz. Pobierz sprzêt, wez jeszcze jeden kompres i wracaj do oddzia³u!
- Tak jest! - Achaja na przekór regulaminowi usmiechnê³a siê jednak.  

Pobra³a plecak, dziryt, kuszê i brakujace czêsci wyposa¿enia. Nie chcia³a, ¿eby z³apano ja na tym, e nie wie, i¿ w plecaku znajduje siê bu³awa stratega, wiêc przejrza³a jego zawartosæ. Trochê ró¿ni³a siê od tego, co zapamiêta³a z armii Troy (a zapami ta³a dobrze). Ale przede wszystkim widaæ by³o, ¿e to armia, w której walczy³y kobiety - w srodku by³y nawet czyste szmatki. Ktos pomysla³ o wszystkim. Wyfasowa³a lekkie siod³o, a w³ asciwie rodzaj czapraka, dosta³a porzadne juki, któ re mog³y pomiesciæ du¿o wiêcej rzeczy ni¿ mia³a przy sobie, a potem przydzielono jej konia. Ma³y, w³asciwie kuc a nie wierzchowiec, o grubych, silnych nogach, z wiecznie spuszczona g³owa, o smutnych oczach i d³ ugiej grzywie. Wzorem pozosta³ych dziewczyn zaplot³a tê grzywê w warkoczyki. Koñ poddawa³ siê zabiegowi obojêtnie. Bra³a, oczywiscie, nauki konnej jazdy, ale siod³a, a nawet tak uproszczonej uprzê¿y za³o¿yæ nie potrafi³a. W Troy robi³a to za nia s³u¿ba, a potem nie mia³a ju¿ w³asnego konia. Temu, którego dosta a w Arkach od Zaana, po prostu nie zdejmowa³a siod³a. Teraz po niekoñ czacych siê, bezskutecznych wysi³ kach i ciag³ym plataniu wszelkich pasków, ktos zlitowa³ siê wreszcie i pokaza³, jak nale¿y to robiæ , a w³asciwie, zrobi³ za nia.
Przejecha³a siê trochê. To kucyk, normalny kucyk. Ani galopu, ani nawet k³usa, szlag, noga za noga, ledwie siê wlók³. Ciekawe, jak wyglada szar¿a na tych zwierzêtach? Chyba lepiej by³oby osiod aæ ¿ó³wie. Przy okazji jednak okaza³o siê, dlaczego jej spó dniczka jest tak bezlitosnie krótka. Dopiero na siodle zrozumia³a, ¿e mo¿ e dziêki temu siedzieæ na koniu jak ch³opak, z rozstawionymi szeroko nogami i nic nie krêpuje jej ruchów. Widok jednak, jaki dziêki temu roztacza³ siê wokó ³, móg³by wielu m ¿czyzn przyprawiæ o szybsze bicie serca. Ciekawe, czy by³ to tajny pomys³ sztabu na zdemoralizowanie obcej kawalerii, któ ra atakowa³aby rozkraczone na koniach dziewczyny w tak krótkich spó dniczkach?
Porucznik Zinna, któ ra pojawi³a siê w pobli¿u, rozwia³a jej watpliwosci.
- Ty! Zsiadaj i chodz tu zaraz.
Achaja zeskoczy³a z kuca i podbieg³a, meldujac siê regulaminowo.
- S³uchaj, mam ciê nauczyæ, co i jak. Wiem, ¿e to g³upie. Rekruci, którzy do³ acza do nas na dniach, maja za soba piêædziesiê ciodniowe szkolenie. Ale by³as ju¿ w wojsku, jestes inteligentna. Wiem z kancelarii. Wiêc to powinno cho trochê u³atwiæ sprawê. Tego nie da siê zrobiæ w ciagu jednego dnia, ale dobra.
Zinna usiad³a w cieniu baraku. Opar³a siê o scian i przymknê³a oczy.
- S³uchaj, to nie piechota, gdzie dziewczyny maja za zadanie staæ na polu bitwy nieruchomo, a¿ zapuszcza korzenie. To nie kawaleria, gdzie pijany w sztok oficer mówi przed starciem: "Baby, jedzcie mniej wiê cej tam! Byle szybko i g³osno!" Jestesmy czêscia elitarnej dywizji gó rskiej, a to jest zupe³nie inna formacja. Arkach jest ma³ym królestwem, ale wieeeeelki Luan, po kilku pora¿kach w naszych górach, postanowi³ stworzyæ podobne oddzia³y u siebie. Nie uda³o siê. Nie zrozumieli do ko ca, czym jestesmy. Stworzyli formacje lekkiej jazdy, tak zwanych dragonów, uzbrojonych w lance, kusze i d³ugie miecze kawalerii. Cha, cha, cha... Od Luan pomys³ sciagnê³o twoje Kr lestwo Troy. Oni te¿ stworzyli lekka jazdê. Widzia³am taki oddzia³ w zesz³ym roku, jak odwiedzi³ nas ksia¿ê Sirius. Bogowie! Ka¿dy ¿o³ nierz mia³ kuszê, ale, szlag!, to by³ a zwyk³a, ciê¿ka kusza piechoty! Zero zrozumienia naszej koncepcji, choæ nie jest to z³e wojsko. Jak niby taki ¿o³ nierz zamierza walczyæ? Wystrzeli, dajmy na to, z kuszy, potem musi zejsæ z konia, sadzê, oprze kuszê o ziemiê, pokrêciæ korbka, ¿ eby napiaæ ciêciwê , za³o¿yæ strza³ , wsiasæ z powrotem na konia i... nie wiem... strzelaæ, czy wyjaæ swój d³ugi miecz? Zaraza ich wie. Nie da siê walczyæ, majac taka broñ w obu rêkach, wiêc mo¿e oni maja wystrzeliæ tylko raz, a potem naparza siê mieczami? Raz strzeliæ? Hm... taka niby kawaleria jednorazowego u¿ ytku, czy co? Widzisz... Wszystkie obce formacje, o których teraz mówi³am, to jazda. Taka czy inna, ciê¿ ka czy lekka, ale jazda. A my jestesmy piechota. Choæ ka¿da z nas ma konia. Jestesmy niesamowicie szybko manewrujacym zwiazkiem piechoty, zdolnym do dzia³ ania w ka¿dym trudnym terenie, w g rach, w lesie, w dowolnej porze roku, z dala od zaopatrzenia. Górska dywizja to istne cudo! Ka¿dy ¿ o³nierz ma konia...
- Kucyka - odwa¿y³ a siê przerwaæ Achaja.
- Smiejesz siê. Niepotrzebnie. To specjalna rasa, skrzy¿owanie konia pociagowego, wierzchowca jazdy i rzeczywiscie kuca. Ale my na nich nie atakujemy. Jestesmy piechota. A taki koñ dowiezie i ciebie, i jeszcze masê zaopatrzenia w dowolne miejsce, w dowolnym terenie, w dowolnym czasie. One nie ³amia nóg w górach, nie mê cza siê w podmok³ ym lesie. Nie sa szybkie, ale my na nich nie bê dziemy szar¿owaæ. Sa wytrzyma³e jak szlag, ¿ra byle co. Uwierz mi, to twoje zwierzê mo¿e ¿yæ bez owsa ca³y rok. Czy potrafi to jakikolwiek kawaleryjski szturmowiec z Troy? Nie dasz takiemu owsa, to lepiej od razu zaprowadz do rzezni. A ten? Zje polna mysz albo w³asny ogon i bêdzie ciê niós³ dalej. Jesli chodzi o galop, to przescigna nas wiejskie psy. Ale ¿adne inne kró lestwo nie przerzuci kilku dywizji piechoty na zagro¿ ony odcinek tak szybko jak my. Nikt na swiecie nie zrobi tego w gó rach! Widzia³as nasze tabory? Tam nie ma ani jednego wozu. Same mu³y. A mimo to mo¿emy dzia³aæ nawet w zimie i to naprawdê d³ugo. Ca³e zaopatrzenie bierzemy ze soba. Dlatego, jesli mo¿ na, typowym marszem naszych oddzia³ów jest taki tryb, ¿e ka¿dy ¿o³nierz prowadzi swojego konia za uzdê. Koñ dzwiga juki z zaopatrzeniem. Jestesmy zwyk³a piechota, tyle ¿e niezale¿na od baz i magazynów, niezale¿ na od zaopatrzenia, które inni musza zdobywaæ w drodze, grabiac w³asne wsie. Przychodzi rozkaz, zrzuca siê juki, wskakuje na siod³a i w krótkim czasie dociera tam, gdzie trzeba. Walczymy prawie jak piechota, a w tym czasie mu³y porcjami dowo¿a porzucone zaopatrzenie w pobli e miejsca naszych dzia³añ. Tak mo¿na bez koñ ca. Mielismy du¿e straty po ostatnich starciach, a za kilka dni bêdziemy znowu na froncie. Ciekawe, czy w Luan lub Troy potrafia tego dokonaæ?
A twoja lekka kusza? W porównaniu z kusza piechoty Troy to uraganie sztuce rzemieslników, któ rzy zrobili tamte. Tyle tylko, ¿e my nie jestesmy wojskiem jednorazowym. To nic, ¿e luañscy rzemieslnicy by nas wygwizdali, a mistrzowie, Dahmeryjczycy, zabiliby nas smiechem. Tê kuszê mo¿esz napiaæ kilka razy. To nic, ¿e byle Dahmeryjczyk jest w stanie oddaæ celowany strza³ na sto kroków... raz! Zanim piechota go dopadnie. No, mo¿e dwa. Zwyk³y strzelec z Luan czy Troy strzeli raz na szesæ dziesiat kroków do atakujacej piechoty. Z naszej kuszy strzela siê, celujac na trzydziesci kroków, dwadziescia, dziesiê æ... ale trzy razy zanim piechota do ciebie dojdzie! Regulamin dopuszcza w trakcie walki nawet naciaganie ciêciwy rêkami. To niemo¿liwe przy ciê¿kiej kuszy piechoty Troy. Patrz!
Zinna wsta³a lekko, wziê³a broñ z rak Achai, opar³a kolbê o brzuch, k³adac d onie na ciêciwie. Szarpnê³a nagle, stêkajac z wysi³ku, ale za³o¿y³a gruby sznur na blokujacy hak.
- Widzisz? Mogê napiaæ tak trzy razy. Na wiêcej nie starczy mi si³. Ale trzy razy to wiê cej ni¿ raz. - Usmiechnê³a siê i zwolni³a ciêciwê . - A normalnie robi siê to tak.
Opar³a kuszê o ziemiê, lekko odciagnê³a napinajaca dzwigniê, opar³a na niej stopê i jednym szarpniêciem nogi napiê³a ciêciwê.
- Teraz tylko na³o¿ yæ be³t i ju¿ masz jednego wroga. Nie ma ¿adnej korby, nie ma dwufazowego napinania, nie ma wywa¿ania. Pewnie, ¿e wasza piechota zmiot³aby nas na tym równym polu wokó³ w pó³ dnia. Ale wy walczycie na równinach, a my w g rach, w lesie. Tam nie zasiêg, nie celnosæ, ale szybkosæ i manewr decyduje. Strzelasz na trzydziesci kroków, dziewczyno! Na dwadziescia! Nawet z przy³o¿enia bezposrednio do g³ owy! I tak bywa. A do tego nasza kusza lepsza. My nie jestesmy jazda, jestesmy specjalna piechota, dlatego masz tak kró tki miecz. Bynajmniej nie walczysz w szeregu, gdzie nie ma miejsca na zamachy. Miecz to po prostu zbyteczny ciê¿ar do noszenia na sobie. Kusza i dziryt! Pewnie spytasz, dlaczego nie pika? To¿ dzirytem nie zatrzymasz kawalerii. W polu, nie. Ale w lesie? Nie ustawisz piki w lesie, gdzie ga³ê zie, pnie. Zaczniesz zawadzaæ, nie ustawisz linii, zreszta po co? Najpierw strzelasz, a jak przejda, podskakujesz z dzirytem. Nie, ¿eby zatrzymaæ na linii, jak w przypadku pik. W lesie nie zaatakuja ciê tyraliera, ani w ¿ adnym innym szyku. Jeden na jednego, a dziryt jest d³u¿ szy ni¿ ramiê z mieczem kawalerzysty; albo go trafisz, albo on ciê zasiecze. Ale nie zawadzisz o ga³êzie, bo nie ma d³ugiego drzewca.
Nie masz tarczy, miecz i nó¿ tylko do walki wrêcz, twarza w twarz, nie na odleg³osæ ramienia. Cia³o przy ciele! Kiedy stykasz siê z nimi, czujesz ich pot i oddech. Ot i ca³a filozofia. Zrozumia³as cos?
- T... Chyba tak.
- Dywizja górska nie zosta³a stworzona po to, ¿ eby dotrzymaæ pola na równinie odpowiednikowi dywizji piechoty wroga. Jak mówi³am, rozsiekliby nas w pó ³ dnia. Dywizja górska jest po to, ¿eby dywizja piechoty wroga okaza a siê nieprzydatna. Dlatego tak d³ugo stawiamy twardy opó r cesarzowi Luan.
- Aaaaa... czy mogê zadaæ pytanie?
- Mhm.
- Ale... dosæ trudne.
- No, wal.
- Dlaczego Luan wygrywa?
Zinna usmiechnê³a siê smutno. Przez chwilê patrzy a w niebo, na sunace tam jaskrawobia³e ob³ oki. Ale nie wymysla³a bynajmniej w tym czasie ¿adnej kary dla chamskiego szeregowca.
- My - powiedzia³a po chwili - jestesmy w stanie wystawiæ jakies dwadziescia, trzydziesci tysiêcy ¿o³nierzy. Liczac wszystkie granice, garnizony, s³u¿bê wewnê trzna. Luan w samej prowincji Negger Bank, która z nami graniczy, móg³by wystawiæ sto tysiê cy. Maja pewnie z osiemdziesiat, siedemdziesiat. Korpus, który z nami walczy, ma czterdziesci, czterdziesci piêæ tysiêcy wojska w linii. W linii! Nie liczê s³u¿b. Przez ca³y czas. Czy ponosza straty, czy wygrywaja, czy jest lato, czy zima, przez ca³y czas czterdziesci tysiê cy na froncie. Ich staæ na uzupe³ nienia, na najemnikó w, na budowê fortó w i umocnieñ. Nas nie.
Zinna przeciagnê³a siê i rozesmia³a nagle.
- Ale przynajmniej teren nam sprzyja. - Machnê³a rêka. - Dobra... Przejdzmy powoli do praktyki. Dobrym strzelcem to ju¿ nie zostaniesz, ale spróbuj chocia¿ trafiæ w du¿e drzewo z odleg³osci dwudziestu kroków.
- Mogê jeszcze o cos spytaæ?
- No?
- Co to jest front?
Zinna rozesmia³a si , prowadzac ja na strzelnicê.
- U was prowadzi siê wojnê tak: jedna armia idzie na druga; albo dojdzie do walnej bitwy, albo nie. Dlatego nie znasz pojêcia frontu. U nas jest inaczej. Nie ma walnych bitew, bo nie wytrzymalibysmy ¿ adnej przy obecnej dysproporcji si³. W dosæ du¿ym pasie dzia³añ odbywaja siê ciag³e potyczki, podchody, ma³e bitwy prowadzone czêscia si³, dzia³ania partyzanckie, mylace, wypady i ucieczki. Ten pas terenu, gdzie w³asciwie ciagle wrze, to w³ asnie front. No, ale nie martw si , ma³a... Zaraz, ile ty w³ asciwie masz lat?
- Meldujê, ¿e nie wiem dok³adnie!
- Co?
- Meldujê, ¿e w obozie niewolników straci³am rachubê! - krzyknê³a Achaja, usi³ujac stanaæ na bacznosæ, co by³ o trudne, bo porucznik ciagle porusza³a siê szybkim krokiem. - Myslê, ¿e mo¿ e... mmm... osiemnascie? Albo...  

Nie zosta³a dobrym strzelcem. Prawdê mówiac, by³ a ostatnia noga. Potrafi³a co prawda napiaæ kuszê szybciej ni¿ ktokolwiek inny, ale z celowaniem... Tu by³ istotny problem. Uczono ja w Troy, jeszcze we w³asnym pa³acu, strzelaæ z ³uku, ale kusza? To by³a broñ w sam raz dla plebsu. Nie bêdzie przecie¿ ksiê¿niczka tykaæ czegos tak niskiego, tak zaprzeczajacego honorowi jak kusza! Czegos, czym zwyk³y ch³op móg³ ugodzi rycerza. Niestety. Teraz p³aci³a za to na przykrótkim szkoleniu. Napiaæ, za³o¿yæ be³t, wycelowaæ... No gdzie, zarazo, mierzysz!!! I strzeliæ. O, bogowie! Posz³a. No, ³adnie, to teraz leæ po be³t, a ja siê zdrzemnê. Hej! Hop, hop... No gdzie, zarazo, polaz³as? Myszy szukasz na polu? Nieeeee. Nie tak. No, co ty robisz? To ma lecieæ grotem do przodu. O, bogowie. Hej! Gdzie mierzysz?!!! Wez to ze mnie! Wez to ze mnie!!! O, ¿esz ty... Czy ci siê wydaje, e oficer ma robiæ "padnij" przed szeregowcem? Gdzie mierzy³as, ma po jedna?! Co ty mi chcia³as zrobiæ? ¯ esz ty... Bogowie! Nie zaciskaj palców na tej dzwigni!!!! Won z tym! Trzymaj to do góry, idiotko!!! Do góry!!! Kurwa... Ja ci dam zrobiæ mi "padnij"! Ja ci dam, zarazo! Ty mnie jeszcze popamiêtasz! Sier¿ ancie, ratunkuuuuu!!! Kurwa... No nie... Niech jej to ktos zabierze!  

Oddzia³ nie polubi³ jej ale te¿ mia³ powody. Wiesci w obozie rozchodzi³y siê szybko. Drugiego dnia, gdzie tylko Achaja siê pokaza³a, czy w ³ azni, czy przy posi³ kach, s³ysza³a za plecami: "luañ ska kurwa", " ladacznica", "niewolna dziwka". Potem zaczê³a dzia aæ odpowiedzialnos zbiorowa. "Ach, Lanni, ty jestes z tego, no... kurewskiego plutonu?" " S³ysza³yscie, ¿e stworzono nowa, specjalna jednostkê ? Burdelpluton! Jak na nas ruszy obca kawaleria, to siê dziewczyny k³ada na ziemi i rozkraczaja! I ju¿ natarcie stê pione, bo luañscy ch³opcy zamiast szar¿owaæ dalej, zaczna zsiadaæ z koni!" Albo: "Dlaczego sztandar Arkach przemalowali na czerwono? ¯eby zaoszczêdziæ na oswietlajacych go czerwonych latarniach!". Albo na porannym apelu, kiedy sta³y na bacznosæ: " Hej, dziewczyny... Po raz pierwszy od wczoraj wieczór wreszcie kolano przy kolanie, co?". Albo wrêcz: " Skad Chloe wie, ¿e ma okres? Nie wie, bo nie mia³a! Ona nie wyszkolona jak ta nowa i teraz bê dzie poród bê karta".
Ca³y pluton chodzi³ wsciek³y, dziewczyny sarka³y na siebie nawzajem, rzuca³y siê do oczu o byle co. Nie bi³y ju¿ Achai po doswiadczeniach pierwszej kocówki. Widaæ mia³y jeszcze jakies szczatki instynktu samozachowawczego. Ale atmosfera w namiocie przypomina³ a rodzinny grobowiec. Niby nie by³o to takie straszne. Nikt jej niczego nie krad³, nie wsadza³ insektów do poscieli, nie sika³ do kubka. Kiedy jednak musia³ a zaradziæ swojej kobiecej przypad³ osci, nikt nie odwró ci³ g³owy, musia³ a to zrobiæ poza namiotem, pod okiem przechadzajacych siê wart. Kiedy usi³owa³a zasnaæ po nocnym dy urze w kuchni, wszystkie dziewczyny gra³y w³asnie w karty, przekrzykujac siê wzajemnie, kiedy próbowa³a wyczysciæ zêby, czy siê umyæ, zawsze brakowa³o wody, "zu¿ ytej" przez kole¿anki. W³asciwie nic takiego, tyle ¿e czu³a siê obca.
Wszystkim by³o zle, ich dru¿yna straci³ a czterech ludzi w bitwie, a potem nieszczêsna Goel przy moscie. Po³owa stanu. Pluton by³ wyharatany w jednej trzeciej. Ale ka¿da z nich mog³a sobie przynajmniej marzyæ. Ka¿da mia³a rodzic w, jakichs braci, siostry, domy, mniej lub bardziej sprecyzowane plany na przysz³osæ. Pewnie, ¿e los ¿o³ nierza nie by³ godny pozazdroszczenia. Ale Achaja nie mia³ a nawet marzeñ. Nie mog³a wróciæ do Troy, pojawienie siê w jej ma³ej wioseczce po dziesiê ciu latach s³u¿by (zak³adajac, ¿e jakims cudem prze¿ yje) równie¿ mija³ o siê z celem. O czym mia³a mysleæ ? Le¿a³a po prostu i gapi³a siê w sufit. W³asciwie powoli zaczyna³a do tego przywykaæ.
Potem jednak przysz³ y uzupe³nienia. Dziewczyny z oddzia³ u mog³y przynajmniej siê na kims wy³adowaæ.
- Lanni, Mayfed, Zarrakh, Shha, Chloe, Achaja! - ryknê³a sier¿ant Mea, stajac u wejscia do namiotu. - Mamy czterech rekrutów z uzupe³ nienia. Zajaæ siê nimi, pokazaæ co i jak. No, ruszcie siê! Wymarsz mo¿e byæ w ka¿dej chwili!
- Akurat. - Lanni podnios³a siê ciê¿ko. Siedzia³y w namiocie same, pozosta³e dru¿yny plutonu mia³y w³ asnie jakies dy¿ury i warty, a to z ca³ a pewnoscia znaczy³ o, ¿e nie wymaszeruja najbli¿ szej nocy. - No, chodzcie. - Skinê³a na cztery, trochê przestraszone dziewczyny. Kiedy wesz³y do srodka, nie bardzo wiedzac, co maja zrobiæ ze swoimi plecakami, odczeka³ a w milczeniu, a¿ sier¿ant siê oddali, a potem wrzasnê³a: - Przedstawiæ siê! To rozkaz, g³upie owce!!!
Lanni by³a kapralem. W wojsku kapral by³ nikim, w³asciwie rodzajem szeregowca, ale rekruci nie mogli o tym wiedzieæ , bo w obozie szkoleniowym ten stopieñ ³aczy³ si z w³adza równa boskiej. Cztery dziewczyny wyprê¿y³y siê na bacznosæ, jedna z nich sprê¿yscie wystapi³a do przodu.
- Melduje siê szeregowy Kaisha...
- Wróæ!!! - Lanni wziê³a siê pod boki. - Jak mi siê przedstawiasz, oslico! Tu nie kancelaria!
- A jak mam powiedzieæ? - Da³a siê zaskoczyæ.
- "Dupa Kaisha", czy jak ci tam. Szeregowymi to mo¿e zostaniecie po pierwszej bitwie, choæ watpiê. No, na co czekasz? M w!
Dziewczyna spasowia³ a i zaciê³a siê w sobie.
- To... to swiñstwo, tak nas...
- Milcz! Co masz w plecaku? Natychmiast!
Kaisha wykrzycza³a nazwy wszystkich piê ædziesiêciu osmiu przedmiotów, które nosi³a na plecach.
- Nie zapomnia³as o czyms?
- Nie!
- To zrób czterdziesci przysiadów, mo¿e sobie przypomnisz. Gdzie to k³adziesz, kretynko?!!! - G³os Lanni wzniós³ siê nagle do krzyku, kiedy dziewczyna zsunê³a z ramion plecak. - W oporzadzeniu! Wykonaæ!
Pozosta³e patrzy³y na swoja kole¿ankê, która poci³a siê coraz bardziej. Achaja równie¿ z pewna ciekawoscia podnios³a g³owê z siennika. Przysiady by³y mniej widowiskowe ni biegi wokó³ placu, ale za to szybsze i równie skuteczne. By³a równie¿ ciekawa, co nosza w plecaku ¿o³nierze armii Arkach, a czego nie wymieniono w regulaminie. Nie sadzi³a, ¿eby ktokolwiek s³ysza³ tu o s³ynnej w wojsku Troy bu³awie stratega.
- Co masz w plecaku? - spyta³a Lanni przyjaznie, kiedy tamta, s³aniajac si , wsta³a wreszcie po raz ostatni.
Dziewczyna wymieni³ a wszystkie piêæ dziesiat osiem przedmiotów. Ju¿ nie tak szybko, jak za pierwszym razem.
- Co jeszcze?
- Nic.
- Kurwa! Po pierwsze: "Nic, proszê pani"! "Proszê pani"!!! Za to jeszcze dwadziescia przysiadów. Po drugie: nie wiesz, ¿e w plecaku masz swój rozum? Przecie tutaj... - Lanni postuka³a dziewczynê piêscia w czo³o. - Tutaj go nie masz, prawda? Za to jeszcze dwadziescia!
- Ale to...
- Dyskutujesz z prze o¿onym?!
- Nie, ja...
- Dyskutujesz! Za nie wykonanie rozkazu i pyskowanie jeszcze dwadzies... Tfu! Dziesiêæ. - Kapral spusci³a trochê z tonu, bo zda³a sobie sprawê, ¿e w pe³nym oporzadzeniu, zmê czona przecie¿ dziewczyna, robiac szesædziesiat przysiadów, mo¿e sobie uszkodziæ jakies sciêgno. - Razem piêæ dziesiat! Za to rê ce nad g³owê, ju¿ ! Wykonaæ!
Ta zabawa znudzi³a siê jednak szybko. Shha powiedzia³a, ¿ e nowe sa zbyt zakurzone po podró¿ y i kaza³a im siê oczysciæ, co polega o na tym, ¿e wszystkie musia³y zdjaæ swoje spó dniczki i porzadnie wytrzepaæ, uderzajac nimi o w³ asne g³owy.
- Widzisz, jakie ³ adne ty³eczki? - mruknê³a Shha. - Szkoda ich dla lua skich kawalerzystó w.
- No. - Lanni, zmêczona wydawaniem rozkazów, opad³a na w³asny siennik. - Tym bardziej, ¿e wra¿a im tam, niestety, lance.
Zrobi³o siê smutno. Cienie kole¿anek z oddzia³u musia³y zamajaczyæ im przed oczami, bo nagle wszystkim zrobi³o siê jakos g³upio.
- Dobra - mruknê³a Zarrakh. - Nie trzepaæ siê ju¿, bo huk straszny.
- No - doda³a Mayfed. - Stanaæ twarza do sciany, na³o¿yæ kiecki na g³owy i czekaæ na dalsze rozkazy!
- Napi³abym siê - mruknê³a Chloe.
- Mam. - Mayfed podnios³a siê ociê¿ale, odsunê³a swój siennik i z jamy wygrzebanej pod spodem wyjê³a dosæ spory buk³ak. Poda³a go kole¿ ance. - Ale za to przynies kubki.
- Mamy cztery nowe do pos³ug.
- Daj im spokój. Niech stoja z go³ ymi ty³kami i wystarczy.
Chloe przynios³a kubki, sarkajac pod nosem, rozda³a dziewczynom i ju¿ chcia³a po³o¿yæ siê z powrotem, kiedy powstrzyma³ ja g³os Lanni:
- Jeszcze jeden.
- Dla kogo?
Shha zerknê³a w stronê Achai.
- Chcesz z nia piæ? - Wzruszy³a ramionami, ale pos³ usznie przynios³a kubek.
Lanni zwa¿y³a go w rêku.
- Jutro wymarsz - powiedzia³a cicho. - Znowu bêdziemy tam... gdzie wiecie. Nie chcê mieæ za plecami wroga we w³ asnej dru¿ynie. A poza tym ktos, kto potrafi przylaæ ca³ emu plutonowi, zas³ uguje na jakis tam szacunek. I... - zawaha³a siê - i jeszcze cos. Ona by³a ju¿ w wojsku. Przynajmniej nie zesra siê na sam widok Luañczyka. - Unios³a siê na ³ okciu. - A ty? Chcesz?
Achaja zagryz³a wargi. Wsta³a lekko i podesz³a do kaprala. Spojrza³a w dó³, przenios³a wzrok na cztery dziewczyny stojace pod sciana z w³asnymi spó dniczkami na g³ owach, potem spojrza a jej prosto w oczy.
- Chcê.
- No dobra, zsuñcie sienniki, dziewczyny - zakomenderowa³a Lanni. - Przynajmniej ogrzejemy siê w nocy.
- No. - Shha kilkoma kopniakami przysunê a worki ze s³oma. - Noc przed wymarszem zawsze ch³ odna. Choæby nie wiem, jak by³o ciep³o.
Po³o¿y³y siê razem, przytulajac do siebie. Achaja znalaz³a siê w srodku, nagle zaakceptowana przez kole¿anki. I zrobi³o siê naprawdê ciep³o, nie w sensie ciep³a cia³ bynajmniej.
- Cos ci powiem - mruknê³a Lanni. - Musisz wiedzieæ, bo... Moga nas odkryæ. A w naszym wojsku si nie k³amie.
- Poza przypadkami, które wyznacza tradycja - rozesmia³ a siê Zarrakh.
- No, ale jak spytaja, czy pi³as, przyznaj siê, bo i tak ka¿a ci przysiac. A tu siê nie krzywoprzysiêga. Ale... Jak spytaja, czy widzia³as, jak kole anki pija, mów, ¿ e nie widzia³as i przysiêgaj na to z podniesiona g³owa.
- Rozumiem.
- Nic nie rozumiesz! Wszystkie pijemy naraz i wszystkie musza w tym czasie zamknaæ oczy.
Achaja rozesmia³a siê. Podstawi³a swój kubek, nie wnikajac, jak ma wyt³umaczyæ siê choæby z pytania, czy uczestniczy³a we wspólnym piciu. Ale, w³asciwie one mia³y racjê. Czy fakt, ¿e widzia a kogos, kto trzyma kubek z wódka, musi zaraz swiadczyæ, ¿ e tê wódkê wypi³ ? A mo¿e wyla³, kiedy sama zamknê³ a oczy.
- No, to... i pamiêtaj, Achaja, o oczach.
Zamknê³a je i wypi a zawartosæ kubka, usi³ujac powstrzyma dreszcze. Cos nia wstrzasa³o, ale kiedy otworzy³a oczy, stwierdzi³a, e nie by³a w tym osamotniona. Oddycha³a g³êboko, usi³ujac pozbyæ siê z gard³a oparó w okropnego bimbru.
- A wiesz, ¿e po tym zawsze poznasz ¿ o³nierza - odezwa³ a siê Zarrakh. - Wchodzisz do zajazdu, byle gdzie... Widzisz jakas ch³ opkê z kilkorgiem dzieci. I nagle jak pije, bach, zamyka oczy. Mo¿esz byæ pewna, e to by³a ¿o³ nierz.
- No. Tego trudno siê potem pozbyæ. - Mayfed wytrzasnê³ a z kubka ostatnie krople.
- A pamiêtacie, jak by³am na slubie brata - powiedzia³a Shha. - Kurde! Jak zobaczy am jego tesciowa, to mi buty spad³y. Ju¿ mysla³am: po nim. Mia³am tylko dzieñ wolnego, wiêc dorwa am siê do weselnej wódy, ¿eby siê szybko upiæ. A tesciowa podchodzi i mówi: "Nie r b tego dziecko, potem bêdziesz bardzo chcia³a mieæ te wspomnienia" . Zabra³a mi pe³ny kubek i sru! Zamknê a oczy. Widzê, ¿e nasza. ¯e braciszek bê dzie mia³ fajnie bo nie bêdzie siê do niego za bardzo przypierdalaæ.
- Opowiada³as to ju sto razy - mruknê a Mayfed.
- A ta tesciowa kiedy s³u¿y³a? - spyta³a Chloe.
- Skad mam wiedzieæ ? Nie mam pojêcia nawet w jakiej formacji.
- Jak zosta³a tesciowa - w³aczy³ a siê Lanni - to pewnie s³u¿y³a w ciê¿kiej kawalerii!
Rozesmia³y siê wszystkie.
- I tak mia³am szcz scie, ¿e stacjonowalismy w pobli¿u wioski, gdzie by³ slub brata - powiedzia³a Shha. - Szlag! Wlaz³am tam w tym swoim mundurze, pod eskorta, jak wiêzie .
- Dlaczego pod eskorta? - spyta³a Achaja.
- Aaaaaa... Oni wiedza, jak to jest. Zwalniaja choæby na dzieñ do rodziny, a ty masz w oczach te swoje dziesiêæ lat s³u¿by. Dupa ci zmiêknie na widok braciszka czy mamusi, pobeczysz si i zaraz dasz drapaka z naszej ukochanej armii. Ju¿ oni w dowó dztwie wiedza. Dobrze, ¿e mnie chocia¿ nie zwiazali.
- Nie pierdziel! I tak mia³as szczê scie - warknê³a Zarrakh. - Mnie to nie chcieli zwolniæ nawet na pogrzeb taty.
- Bo mia³as dziesiê æ dni drogi do domu w jedna stronê. A spierniczy³abys w pierwszym miescie.
- Ja? Ja???
- A co? - zaperzy³a siê Shha. - Znam ja was, dziewczyny z miast. Wam tylko targ zobaczyæ, karczmê, normalne domy i sliczne kiecki z koronkami. I ju¿ chodu z armii, beczac, ¿e same te chcia³ybyscie mie taka kieckê. Zanim za stare bê dziecie, ¿eby nosiæ takie piêkne, kolorowe spódnice z rozciêciem na boku.
- Przestañcie - przerwa³a im Lanni. - Pijmy wreszcie.
Sprawnie nape³ni³a kubki. Znowu musia³y zamknaæ oczy.
- S³uchaj - spyta³ a Achaja - skoro nie lubisz mieæ wrogów za plecami... to czemu tak tresujesz te cztery? - Wskaza³a dziewczyny z go³ymi ty³kami, ciagle wyprê¿one pod sciana na bacznosæ.
Lanni usmiechnê³a siê smutno.
- By³as w wojsku. Sama wiesz, ¿e rekrut to jeszcze nie ¿o³nierz. Nawet po obozie. Cha, cha...
- Wiem, ale... one teraz nie pa³ aja do nas zbytnia mi³oscia.
- Przecie¿ zgina w pierwszej bitwie - szepnê³a Lanni. - Wszystkie cztery.
Achaja przymknê³a oczy, mimo ¿e wcale nie podnios³a kubka.
- Myslisz, ¿e ja pierwszy raz? - szepta³a Lanni. - Widzia³am to ju¿. Jak prowadzisz rekruta na ma³e potyczki, gdzies w zarazê daleko, na niewa¿ny odcinek. Ma szansê. Mo¿e zda¿y siê poduczyæ, co i jak. Mo¿e zobaczy, co robia inni. A jak te nowe pójda tam, gdzie my idziemy jutro... To prze¿yja tylko do pierwszej luañ skiej szar¿y. Przecie¿ ty te¿ by as w wojsku. Musia³as kiedys byæ rekrutem. Powiedz sama. Jakie mia³as wtedy szanse? ¯yjesz, bo kazali ci siê podda .
- Wtedy te¿ by³as tak dobra w biciu? - doda³a pytajaco Shha. - Nie? Dopiero jak ¿ ycie ci dokopa³o, co? W pewnej chwili zrozumia³as, ¿e jeszcze moment, jeszcze chwila i albo ty pójdziesz na ¿er wilkom, albo bêdziesz gorsza ni¿ wilk. I wybra³as! Jestes wilkiem, kole¿anko, i teraz ju¿ mo¿esz tylko mysleæ jak wilk, dzia³aæ jak wilk, szarpaæ jak wilk. Cha, cha, cha... Nie przekonasz nas, e jestes owca, kochanie.
- Ja nie o tym - mruknê³a Achaja. - Wiem, ¿e ju¿ po nich, skoro idziemy w to miejsce, które znacie. Ale na jaki kij maja jeszcze byæ poni¿ ane?
- ¯eby nie mysla³y za du¿o. Teraz czuja tylko wsciek³osæ i nienawisæ do nas. Jakby le¿a³y do gó ry brzuchami, to jutro by³oby jeszcze gorzej. Mo¿e nawet przez nie zgina³by ktos, komu to jeszcze nie naznaczone.
- Pomysl se, Achaja, co bys zrobi³a, gdyby ciê wziêli na bitwê prosto z domu - wtraci³a Mayfed. - Posz³abys? Wytrzyma³abys w linii, jakbys zobaczy³a, ¿e na ciebie ida? Da³abys chodu z p³aczem i przez ciebie by mogli koledzy pogina . A tak? Ba³as siê dowódców bardziej ni¿ wroga. Oni ciê sprzedali, a ty dalej wykonywa³ as rozkazy, co? Kazali rzuciæ miecz? Rzuci³as. Kazali siê oddaæ w rêce oprawców? Odda³as siê bez s³ owa. Dalej wykonywa³as rozkazy. Kochanie, by³as swietnie wyszkolonym ¿o³nierzem. Tylko co z tego? Jak ciê od razu w du¿y bój puscili. Doswiadczenia nie mia³as i... nie mia³as szczê scia. A w³asciwie mia³as, skoro do dzis ¿ yjesz. Za kilka dni, jak dojdziemy tam, gdzie mamy dojsæ, ty bê dziesz mia³a swoja szansê. Tylko szansê, nic wiêcej. Ale to i tak du¿o, bo one - wskaza³a na cztery nowe tkwiace pod sciana - one nie maja nic.
W zapad³ej ciszy wypi³y nastêpna kolejkê. Achaja dopiero teraz zrozumia³a, ¿e wó dka i bliskosæ tych dziewczyn moga byæ jakims lekarstwem. Jakims...
- Ty... - szepnê³a Chloe. W zapadajacym mroku ciagle widaæ by³o wyraznie jej rude jak u wiewiórki w³ osy. Unios³a siê na ³ okciu, warkoczyki z lewej strony jej g³ owy opad³y na koc. - Powiedz... - nie mog³a znalezæ odpowiednich s³ów - ... ty naprawdê zdradzi as?
Achaja poczu³a cos goracego, co rozlewa o siê gdzies wewnatrz niej.
- Tak - powiedzia³a szczerze. - No, dobra. - Skuli³a siê w sobie. - Powiedzcie, ¿e jestem smieciem i ka cie mi stanaæ pod sciana z w³asna spó dniczka na g³owie. Nie bêdê siê z wami biæ.
W kompletnej ciszy, ju¿ prawie po ciemku, czyjas d³oñ dotknê³a jej szyi. To... Lanni? Ktos obja³ ja z drugiej strony.
- Bardzo bola³o?
- Co? - spyta³a zaskoczona.
- No, jak ci to robili... to, co ci robi³ mistrz umierania.
- Bardzo... Tak bardzo, ¿e do dzis czasem zlejê siê w nocy, jak mi siê przysni. - Czu³a, jak pali ja twarz. Bogowie! Naprawdê m wi³a takie rzeczy komus innemu? Potrafi³a to powiedzieæ? Przesz³ o jej przez usta? - To jest... to jest jak... - Nie potrafi³a znalezæ odpowiedniego s³owa. Nie potrafi³a znalezæ ¿adnego porównania. Musia³a zmieniæ temat. - Skad wiecie? - szepnê³a zrezygnowana.
- Bo my... - Shha równie¿ nie potrafi³a dobraæ s ów. - Nastêpnej nocy, po tej durnej kocó wie na poczatku, postanowi³ysmy ciê pobiæ jeszcze raz. I tym razem fest! No i... podesz³ysmy do ciebie jak spa³as, eby zwiazaæ i chyba... zabiæ. Bo wkurwione by³ ysmy. I... I ty... tak strasznie p³aka as przez sen. I... i mówi³as, ¿eby mistrz ci ju¿ tego nie robi³ wiêcej, e... zdradzisz, ¿e powiesz, co ci ka¿e, tylko... ¿eby ci tego wiê cej nie robi³. ¯e ju¿ nie mo¿esz i czy on nie widzi, e ty ju¿ zupe³nie nie mo¿esz wytrzyma . I... - Shha pociagnê³a nosem. - Jakos g³upio by³ o ciê laæ jak beczysz... No, tosmy posz³y.
Achaja poczu³a nag³ y ból w gardle, cos goracego zbiera³o jej siê pod powiekami.
- I... wiesz... nastêpnej nocy te¿ siê rzuca³as. Wiesz... Sen masz jak królik, wystarczy cicho pociagnaæ nosem w namiocie i ju¿, cho by w srodku nocy, widaæ te twoje ogromne oczy, szeroko otwarte. Ale... Kiedy ciê najdzie, to... mo¿na topór ostrzy nad twoim uchem, a ty nic... tylko beczysz i siê rzucasz. I spisz, ale to nie jest dobry sen, co?
- Zamknij siê, g³ upia - wtraci³a Lanni. - A ty... Kosci masz ca³e, poskrêcana nie jestes. Widzia³am ciê go³ a, nie masz blizn poza ta na ty³ku. Co on ci robi³?
- Wbija³ takie ma³ e igie³ki z trucizna, która siê powoli rozpuszcza³ a.
- Gdzie?
- W takie miejsca, ¿ e... Powiem ci inaczej. Wyobraz sobie te fragmenty cia³a, gdzie za skarby nie chcia³abys, ¿eby ci cokolwiek wbito. Nawet bez trucizny.
- O, ¿esz ty... Nie! Szlag! Tam te¿ ?
- Wszêdzie. W piersi. W ty³ek. Bynajmniej nie mam na mysli posladków, ale zrobi³ to gnój z ty³u i z przodu. Chcia³, ¿ebym krzycza³a. By³o w³asnie w Luan poselstwo z Troy, a cesarscy stracili w³asnie jakis port. Chcia³, ¿ebym pod oknami w³asnego poselstwa krzycza³a, ¿eby go oddali. I krzycza³am. Jak mog³am najg³ osniej.
- A to chuje! Zaraz... Ale niby po co im to? ¯e niby wasi si przejma losem jakiejs tam ¿o³ nierz? Trochê naiwne.
- Tam by³ mój ojciec. Archentar, Wielki Ksia¿ê Królestwa Troy.
- O, ¿esz... szlag! Co za skurwysyny!
- No - doda³a Shha. - Widzia³yscie Luañ czyków? Powiedzieæ, ¿e psy, to obraza dla psa.
- Zamknij siê, g³ upia - mruknê³a Lanni. Przytuli³a siê do Achai. - Znaczy, ty ksiê¿ niczka?
- By³am. Zanim zdradzi³am sw j kraj.
- Spij. - Lanni poca³owa³a ja ciep³o w usta. - Armia, gdzie s³u¿ a same dziewczyny, ma jednak swoje dobre strony.
- No. - Shha równie¿ siê przytuli³a, mocno, ca³ym cia³em. - Spij, a jakbys mia a z³e sny, to ciê obudzimy i ju¿ ci siê nie bêdzie zle sniæ.
Mayfed machnê³a rê ka.
- Kurde, ta to jak cos powie... A¿ zêby bola. Lepiej dajcie jej wó dki.
- Dziêki, Shha - mruknê³a Achaja. - Jak z wami jest ciep³o.
Wszystkie rozumia³y, ¿e nie chodzi o... brak ch³odnego powietrza. Czu³a, ¿e ³zy ciekna jej po policzkach. Na szczêscie by³o ju¿ ciemno. Nie dla wszystkich jednak. Lanni musia³a cos zauwa¿yæ - wysunê a jêzyk i delikatnie zliza³a je z twarzy kole¿ anki. Potem usmiechnê³a siê ³obuzersko.

Rozdzia³ 5
K
ucyk by³ naprawdê wytrzyma³y. Szed³, nie czujac, zdaje siê, w ogóle zmêczenia, mimo wijacej siê coraz bardziej górskiej drogi, prowadzacej wsród sosnowych las w porastajacych strome zbocza wokó³ . Mia³ grzywê spleciona w warkocze, spuszczone po lewej stronie, dok³adnie tak jak Achaja. Jego chód przypomina³ jazdê wozem - by³ równy, o dok³adnie wymierzonej d³ ugosci kroku, spokojny, ciagle w tym samym tempie. Ci, którzy go tresowali, byli mistrzami w swoim fachu. Dopiero teraz tak naprawdê dowiedzia³ a siê, dlaczego dla szeregowców gó rskiej dywizji wybrano kuce. Owszem, nie mia³a ¿ adnych szans, ¿eby dogoniæ porucznik Zinnê, kiedy ta przyspiesza³a lekko, ¿eby dowiedzieæ siê, co na przedzie kolumny. Ale te¿ oficerski rumak potkna³ siê ju¿ kilka razy, a nawet o ma³o nie z³ ama³ nogi w pokrytym kamieniami korycie strumienia, którym musia³y siê poruszaæ. Kucom kamienie nie przeszkadza³y. Najlepszym dowodem by³a Lanni, która jakis czas temu zosta³a w tyle, a teraz dogoni³a ich, jadac stromym zboczem.
- Wiem ju¿ - mruknê ³a, ogladajac siê na wszystkie strony, czy nie ma w pobli¿ u oficer.
- Od tej twojej kole anki? - spyta³a Shha. - Tej z...
- Cicho, g³upia!
- Ta jak cos powie. - Mayfed wzruszy³a ramionami. - Dobra, kto przed nami?
- Starzy znajomi. - Lanni sciszy³a g³ os. - Drugi mieszany korpus gwardyjski Luan.
Zarrakh rozesmia³a siê, ale nie by³ to weso³y smiech.
- Pewnie, ¿e znajomi. Tyle razy ju¿ siê bilismy - powiedzia³ a. - Shha na pewno ju¿ przygrucha³a tam kilku ch³opaków.
- No, co ty? Co ty?!
Dziewczyny rozesmia³ y siê. Shha by³a lubiana, zawsze pogodna, weso a, zaradna, nie stwarza³a problemó w. Ale inteligencja kwalifikowa³a ja raczej do kawalerii.
- No, a o co nam tym razem biega? - spyta a Chloe.
- O Kupiecki Szlak.
- O, ¿esz... Kurwa! Bogowie! No, adnie! - Pozosta³e skrzywi³y siê, klnac pod nosem wszystkie naraz.
- Co to jest Kupiecki Szlak? - spyta³a Achaja.
- Taka droga - mrukn ³a Lanni. - Po³aczenie pomiê dzy Strath a przystania w Korrneth na rzece. My musimy ja mieæ, bo kupcy by nadp³ acali, ciagnac przez lasy, a oni ja przerywaja, bo chca nam zrobiæ kuku.
- Chyba gówno zrozumia³am.
- Nie przejmuj siê, ja te¿ niewiele rozumiem. - Machnê³a rêka Lanni. - Tyle wiem, ¿e to jedna z ostatnich dr g kupieckich, jakie ³acza nas z rzekami, którymi nasze towary moga sp³ywaæ do morza. Inaczej kupcy musieliby ekspediowa towary lasami i by ceny wzros³y wtedy, a to z kolei cos tam zle zrobi na nasz handel... Eeeee... Z grubsza chodzi o to, ¿eby pieniadza wiêcej by³o.
- Nie - mruknê³a Chloe. - S³ysza³am, ¿e jak padnie handel, to po nas.
- Niby, ¿e co? Nie mo¿emy se sami zjes w³asnego zbo¿a?
- Akurat. My zbo¿e wysy³ amy... - Zarrakh postuka³a siê rêka w czo³o. - Raczej kupujemy.
- Cicho - warknê³a milczaca dotad Mea. - Porucznik nadje¿d a, wkurwiona czyms jak ostatnia zaraza.
Mia³a racjê. Zinna o ma³o nie zajecha³a swojego wierzchowca na kamienistej drodze. Jej oczy miota³y gromy, szarpnê³a uzda, tak jakby chcia³a swojemu rumakowi skrêciæ kark.
- Plutooooon! - rykn ³a, zarywajac w miejscu. - Z koniiiii!!!
Wykona³y rozkaz jak na æwiczeniach, zeskakujac z siode³ i chwytajac w locie plecaki, kusze, ko³ czany i dziryty.
- Konie... Pêêêêtaaaaaaaæ !!!
- O, kurwa! - wyrwa³ o siê którejs. Achaja nie mog³a si obejrzeæ. Ledwie umia³a pêta nogi swojego kuca i przez ca³y czas mia³a wra¿enie, ¿ e zostanie kopniêta dok³adnie w sam srodek czo³a.
- £adnie. - To by³a Shha. Tu¿ obok.
- Co?
- Zwykle co piata dziewczyna zostaje do pilnowania zwierzaków - szepnê ³a Shha. - Jak jest bardzo zle, to co dziesiata. A jak, kurwa, pêtaæ ... - splunê³a na ziemiê, pomagajac Achai z powrozem, wyraznie dr¿a³y jej rêce - ... znaczy, ju¿ tu nie wrócimy.
- ¯ywe - doda³a Lanni.
- Stuliæ pyski! - warknê³a Mea.
- Plutooooon! - Zinna szarpnê³a wodzami, wprowadzajac swojego wierzchowca na strome zbocze. - Za mnaaaaaa... Marsz!
Ruszy³y biegiem za pania porucznik. Wszystkie trzy dru¿ yny plutonu " C" pierwszej kompanii batalionu Zulu w trzecim pu³ ku pierwszej dywizji górskiej. Trzydziesci kilka dziewczyn w pe³nym oporzadzeniu. Achaja dopiero teraz doceni³a sznurowane buty. W sanda³ach z³ama³ aby nogê ju¿ kilka razy, biegnac po kamienistym zboczu.
Ale te sznurki trzyma³y kostki, usztywniajac je przy ka¿dym niepewnym stapniêciu. "Starzy ¿o³ nierze" i ona sama dobiegli do linii drzew w jakiej takiej kondycji. "M³odzi", czyli te, które przysz³y jako uzupe nienia z obozu, dysza³y tak, jakby odby³y w³asnie marsz do Syrinx i z powrotem. A nie by³ to koniec biegu. Dru¿yny podzieli³y siê i ruszy³y dalej osobno, utrzymujac kontakt wzrokowy. Tu w lesie, na miê kkim pod³o¿u, trudno by³o dotrzymaæ kroku wierzchowcowi Zinny. Po zrobieniu kilkuset kroków przypad³y na grzbiecie zalesionego wzgó rza.
Tu¿ obok Achai upad a rekrut Bei. By³a tak spocona, ¿ e roje komarów dos³ ownie rzuci³y siê na nia, tnac to, co nie by³o os³oniê te mundurem. Owady mia³y wielkie pole do popisu, poza twarza mog³y wybieraæ miêdzy jej kszta³tnymi udami, ³ydkami i d³ oñmi.
- Ty - szepnê³a Achaja - jak masz miecz z przodu, nie padaj na twarz, idiotko! Zranisz se nogê i...
- Nie ucz jej - przerwa³a wyk³ad Lanni. - Ju¿ i tak za pó zno.
- Jak mam... - Bei usi³owa³a cos powiedzieæ, ale kapral przerwa³a jej brutalnie:
- Melduj siê, g³ upia cipo!
- Dupa Bei melduje siê na rozkaz!
- Ciszej, kretynko!
Na szczêscie nikt nie zwraca³ na nie uwagi. Zinna k³usowa³a, usi³ujac nawiazaæ kontakt z innymi plutonami, sier¿ant Mea ustala³a, gdzie sa pozosta³e dru¿ yny.
- No, baby - Mayfed przysunê³a siê cicho. - Po ³yczku?
Wyjê³a z plecaka ma³y buk³ak i prze knê³a wielki haust.
- O¿, kurde... dawaj! Dawaj!
Ka¿da ze starych dosta³a przynajmniej po ³ yku. Shha miêtoli³a cos w d³oni, potem za³ o¿y³a sznurek na szyjê.
- Ty... Co to jest, do kurwy nêdzy?
- Amulet. - Dziewczyna sp³ oszy³a siê wyraznie.
- Ta jak cos powie... - Mayfed wzruszy³a ramionami. - To¿ amulet tylko przeciw czarom, idiotko!
- Nic siê nie bój - mruknê³a Lanni. - Ju¿ ja zaraz jakis luañski ch³ opak bêdzie chcia³ czarowaæ. Patrz, jaka sliczna dupa.
Rozesmia³y siê cicho.
- Choæ g³upia jak but - doda³a Mayfed. - Ale ch³opakom to nie przeszkadza.
- A ty co masz?
Chloe otworzy³a d³ oñ, która dotyka³ a w³asnie w³asnego czo³a.
- Kurza ³apkê. Na szczêscie.
- O, ¿esz ty! - Mayfed tylko pokrê ci³a g³owa. - Przytu³ek dla g³ upich dup, a nie armia, normalnie.
- Ty - pociagnê³a nosem Zarrakh - mo¿ esz mnie te¿ tym dotknaæ?
Chloe wyciagnê³a r kê.
- I mnie - mruknê³ a Lanni, jakby wbrew sobie.
- I mnie - szepnê³ a Achaja, usi³ujac uniknaæ wzroku Mayfed.
Us³ysza³y têtent pojedynczego konia.
- No dobra, dziewczyny. - Lanni spojrza³a na cztery rekrutki. - Kaisha, Hommerth, Bei, Menne... Trzymaæ teraz ty³ ki scisniête jak szlag! Jak która popusci ze strachu, to nas kole¿anki z innych plutonów zabija smiechem. Ale wczesniej spiorê was po ryjach, ¿e rodzona matka nie pozna!
Zinna zatrzyma³a konia tu¿ przed nimi. Nie widaæ by³o ju¿ nawet sladu zdenerwowania, któ re odbija³o siê na jej twarzy wczesniej. I to chyba by³o jeszcze gorsze.
- Dobra, ¿o³nierze - powiedzia³a spokojnie. - Przerwali szlak w kilku miejscach, obok siebie, wiêc nie taki znowu problem. Tyle ¿e zajêli faktoriê przy grobli. I my... - zajaknê³a siê - mamy ja odzyskaæ. Ale póki co... S³u¿ba rozpoznania i zaopatrzenia twierdzi, ¿e wali na nas drugi mieszany gwardyjski korpus cesarskich si Luan. - Zinna zaciê³a si na chwilê. - Szlak ju¿ nie jest nasz. Ale te¿ nie bêdzie ich. Tam za nami - wskaza a kierunek skad przysz³y - korytem strumienia posuwa si nasze wojsko zmierzajace do faktorii. Nie mo¿emy przepusciæ jakichkolwiek zagonó w przeciwnika, któ re mog³yby przerwaæ nasz marsz. No - Zinna obejrza³ a siê za siebie. - Gdyby dosz³o do rozproszenia... Koncentracja przy faktorii, a jak nie, to walcie na Strath, po drodze cos znajdziecie. I trzymaæ siê swoich plutonów, ¿ o³nierze!
Zinna uderzy³a piê tami boki konia, ruszajac do nastê pnej dru¿yny. Mea tylko pokrêci³ a g³owa. Za to Lanni nie mog³ a sobie darowaæ.
- Widzia³yscie, jak pogna³a? - Unios³a g³owê, usi³ujac dojrzeæ cos miêdzy drzewami. - Sa jakies sto krok w stad.
- Kto? - wyrwa³o si Kaishy.
- Luañczycy - odpowiedzia³a Lanni odruchowo, potem dopiero zda³a sobie sprawê, ¿e mówi do rekruta. - Stul pysk, dupo!
- Kurde, niezle - mruknê³a Shha. - Widzia³yscie, jak szeroko rozstawili dru¿yny? Rzucili nas na po¿arcie.
- Na opóznienie. Ma któras jeszcze w dê?
- O, ¿esz, szlag! - Mayfed przysunê³a siê do Chloe. - Masz jeszcze tê kurza ³apkê? Dotknij mnie! No, dotknij mnie szybko!
- Zamknijcie siê wreszcie! - warknê³ a wsciekle sier¿ant Mea. - Kusze ³aduj!
Wszystkie wyjê³y swoja broñ. Achaja oglada³a siê trwo¿liwie na cztery nowe dziewczyny, czy przypadkiem nie wsadza jej od razu strza³y w ty³ek, ale radzi³y sobie lepiej od niej. Sama za³adowa³a, napinajac sznur rê ka, stara³a siê trzymaæ broñ skierowana do góry, pamiêtajac przynajmniej to, czego w przeciagu jednego dnia nauczy³ a ja Zinna.
- Dupa Kaisha melduje siê z zapytaniem - szepnê a jedna z rekrutek.
- Stul pysk. - Mea rozglada³a si uwa¿nie. S³ychaæ by³o jedynie cichy szum wiatru. Jesli przeciwnik by³ blisko, kry³ swoje zamiary. - Dobra, chowaæ siê za drzewami. Jak siê poka¿a, strzelaæ na trzydziesci kroków, póki mo¿ecie, potem dzirytami. Jasne?
Wszystkie skinê³y g³owami. Cztery m³ode nie bardzo wiedzia³y, o co chodzi.
- I... - Mea potrzasnê³a g³owa - jak mi siê która cofnie... W rodzinnym grobowcu odnajdê!
Rozesz³y siê, usi³ ujac wyszukaæ jakiejs kryjówki w promieniu kilkunastu kroków. Achaja przypad³a za roz³o¿ystym drzewem. Opar³a siê o konar, obserwujac pole przed soba. Wiosenne s³oñce wê drowa³o coraz wy¿ ej, opromieniajac swym ciep³em ca³y las. S³ychaæ by³o odg³ osy ptaków, jakiegos dziêcio³a, kuku³kê, brzê czenie owadów. Komary, mimo tak wczesnej pory ciê³ y dosæ mocno, wokó rzeki niby mokro, niemniej to by³o dziwne. W górach podobno nigdy nie pojawia³y siê przed pierwszym zmrokiem. Mo¿e wojna je podnieca³a? Aaaaa... Kilka kroków po lewej sta³a Shha, dalej Lanni. Po prawej mia³a Kaishê i sier¿ant Meê. Innych nie mog³a dostrzec. Napotka³a wzrok rekruta stojacego najbli¿ej, usmiechn ³a siê lekko. Lanni mia³a racjê. Tamta nie otrzyma³a od losu swojej szansy. Sta³a ukryta za drzewem du¿o grubszym ni¿ to, za którym przypad³a Achaja, ale... Jej drzewo, strzeliste jak szlag, nie mia³o ¿adnych konarów. A niby co w takim razie mia³o zatrzymaæ konnych? Silna wola przetrwania? Lekki wiatr wzmóg³ siê nagle, a potem przycich³ znowu.
Dopiero wtedy us³ ysza³a st³umiony sció³ka odg³os kopyt. Sa! Poczu³a, jak dreszcze przebiegaja przez plecy. No, ³adnie. Sta³a jak idiotka z kusza, z której nie potrafi³a za bardzo strzelaæ, z dzirytem, który kilka dni temu mia³ a po raz pierwszy w rêku, i z mieczem w pochwie, tak kró tkim, ¿e równie dobrze mog³aby siê pos³ugiwaæ rzeznickim no¿em.
Pierwszego konnego zauwa¿y³a w chwilê pózniej. Mia³ wspania³ego konia, he³m z pió ropuszem, b³ yszczace nagolenice. Olbrzymia kusza piechoty, która trzyma³ w rêku, zdawa³a siê potwierdzaæ s³owa Zinny, ¿e oni niczego nie zrozumieli. Ch³opak by³ bardzo przystojny, o ile mog³a zauwa¿yæ z tej odleg³osci. Jecha³ powoli, rozgladajac siê, ale niezbyt uwa¿nie. Za nim pojawili siê inni. Kilku mia³o lance, kilku kusze. Naprawdê niczego nie zrozumieli, ale... Us³ysza³a miarowy krok pieszych. Kurwa!!! To znaczy³ o wiêc s³owo " mieszany" w nazwie wrogiego korpusu? Piechota? No, to ¿egnajcie ptaszki, kwiatki, drzewka i inna ¿ ywio³o, która znajduje siê wokó³ . Szlag, szlag, szlag! Bogowie! Ile to jest trzydziesci kroków? Jak to zmierzyæ na oko? Postanowi³a strzela dopiero, kiedy zrobia to inne, bardziej doswiadczone dziewczyny.
Pierwsza pos³a³a swoja strza³ê Kaisha, zaraz potem Achaja, bo by³a nastawiona, ¿eby rabnaæ jako druga. Obydwie nie trafi³y. Shha za to strzeli³ a precyzyjnie, zwalajac z konia ch³ opca, który tak spodoba³ siê Achai. Lanni zastrzeli³a drugiego. Mea trafi³a w jakiegos konia. Rozgardiasz w szeregach przeciwnika trwa³ krótka chwilê. Jazda zawaha³a siê, nie wiedzac: cofnaæ siê czy szar¿owaæ . Ktos krzycza³ g³ osno. Achaja prze³adowa³ a swoja kuszê, znowu napinajac rê ka. Strzeli³a. Nie trafi³a. Luañczycy zaczêli szar¿owaæ. Pod górê, bez rozp du. Sz³o im powoli. Stracili piêciu jezdzców na jakichs piêtnastu krokach. Bogowie, dziewczyny strzela³y swietnie. Achaja napiê³a po raz trzeci i po raz trzeci nie trafi³a. Kaisha napiê³a po raz drugi i, szczê sciara, trafi³a faceta, który jecha wprost na nia, wywijajac mieczem. Zwali³ siê z konia, powodujac ba³agan w linii przeciwnika. Choæ w³asciwie trudno by³o mówiæ o linii. Jezdzcy manewrowali miêdzy drzewami, wielu z nich od razu odrzuci³o lance i kusze, wyciagajac miecze. Jakis kawalerzysta zawis³ na ga³êzi drzewa, za którym kry³a siê Mea. Ta podskoczy³a, by dobiæ, dosta³a mieczem w ramiê, sk rzana kurtka zaczerwieni³a siê nagle. Dziewczyna upad³a, zwijajac siê jak trafiony dzik. Jeden z tych, któ rzy mieli jeszcze d³ uga broñ, przyszpili³ ja lanca do ziemi.
Achaja odrzuci³a swoja kuszê i ko³ czan. Zsunê³a z ramion plecak i chwyci³a dziryt. Luañczycy atakowali ma³ymi grupami. Psiamaæ! Za du¿o jak na jednego ¿o³ nierza Arkach! Wysun ³a siê zza pnia i wbi³a dziryt w bok przeje¿d¿ajacego konia. Cofnê³a siê, s³ yszac chrapanie, zmylony krok i upadek jezdzca. Inny zaatakowa³ ja mieczem, ale nie mia szans wsród ga³ê zi. Ukry³a siê za konarem i dzgnê³a go mocno, czujac, jak drzewce dr¿y w jej d³oni. Runa³ na ziemiê, ³ amiac jej broñ... Kurwa! Gdzie ta piechota? S³ysza³a jakies krzyki, komendy... Jak blisko? Katem oka zobaczy³a, jak dwóch jezdzców atakuje Kaishê. Jeden napar³ na nia koniem, a kiedy wyciagnê³a dziryt w jego kierunku, wstrzyma³ siê, dajac drugiemu okazj do zarabania jej mieczem. Dziewczyna nawet nie jêknê³a. Nie wiedzia³a, ¿e ginie. Naprawdê szczê sciara.
Achaja wyszarpnê³a miecz i schowa³a si pod najgrubszym konarem. W sama porê. Ostrze nastêpnego kawalerzysty wbi³o siê weñ i uwiêz³ o. I tak nie mia³a mo¿ liwosci, ¿eby go si gnaæ. Czym? Z boku podjecha³ drugi, te nie mia³ lancy na szczêscie. Wywija³ mieczem jak pacan, liczac na to, ¿e dziewczyna straci nerwy i zacznie uciekaæ. Siedzac na koniu, mó g³ jej najwy¿ej napluæ na buty w tej gêstwinie. Nie móg³ mieæ poj cia, ¿e nadzieja na utratê nerwów przez Achajê by³a raczej bezprzedmiotowa.
Zobaczy³a, jak Hommerth biegnie w jej kierunku, uciekajac przed kawalerzysta uzbrojonym w lancê. Tamten nie móg³ jechaæ szybko, nie móg³ manewrowaæ skutecznie miêdzy drzewami tak, ¿eby nie zawadzaæ drzewcem o ga³êzie. Dziewczyna, choæ w strachu, bieg³a dos sprytnie, kluczac, przez co traci³a dystans, ale te¿ nie pozwala³a mu na nag³y skok. Widzac kole¿ankê pod drzewem, zatrzyma³a siê jednak. Wymierzy³a z kuszy i strzeli³a, by chwilê pózniej pas przebita lanca na wylot. O kurwa! ¯eby tylko tak nie krzycza³ a!... Pocisk z kuszy wbi³ siê w nogê idioty machajacego mieczem i zwali³ go z konia. Achaja zaryzykowa³a trochê, wysunê³a siê spod ga³êzi i dobi³a go prostym sztychem. Gdzie ta pierdolona piechota? Ile ma jeszcze czasu? Zerkn ³a na klêczaca Hommerth, która wyjac, zaciska³a d³ onie na sterczacej jej z brzucha lancy. G³upia dupa! Mysla³ a, ¿e ratuje jej ¿ ycie, czy co? Poswiê ci³a siê? Czy odpali³a ze strachu, bezmyslnie, tak jak ja nauczono, widzac dwóch nowych wrogó w przed soba?
Us³ysza³a têtent kopyt, krzyki i... wyrazny tupot nóg. Piechota! No szlag, za du¿o tego! Achaja przeturla³a siê dos³ownie pod kopytami konia i run ³a do ucieczki. Bieg³a tak szybko, e wiatr w uszach g³ uszy³ wszelkie odg³ osy. Po chwili jednak zaczê³a kluczyæ. Dwóch jezdzców wypad³o na nia z boku. Rzuci³a siê na ziemiê, odbi³a, dwa kroki, wbieg³a na pieñ drzewa, salto, na ziemiê, na plecy i le¿ac, szerokim p³askim zamachem walnê³a mieczem w nogê konia. Jezdziec przefruna³ nad szyja padajacego wierzchowca. Drugi zg³upia³ na chwilê. Achaja lewa rêka wyszarpnê³a nó¿ i rozora³a mu udo, odbijajac jednoczesnie mieczem jego cios. Przeturla³a siê znowu. On ju¿ nie liczy³ siê jako przeciwnik, zaczê³a wiêc biec znowu, byleby tylko uciec przed piechota. Zobaczy³a jakichs ludzi, skrêci³a odruchowo, ale to tylko pluton " B" cofa³ siê pod naporem jazdy. Chwila, i zosta³a od nich oddzielona przez kilku kawalerzystów. Na szczêscie pognali w tamta stronê, widzac przed soba jeszcze jakies zorganizowane wojsko. Mia³a wiêc czas wybraæ najbardziej gêste drzewo i wspiaæ siê na nie, na sam chwiejacy siê wierzcho³ek, zanim nie dotar³a tu pierwsza fala luañ skiej piechoty.
Z góry widzia³a niewiele. Sama zas³oniêta, nie mog³a te¿ patrzeæ. S³ysza³a za to wszystko bardzo wyraznie. Komendy, krzyki, wrzask jakiejs mordowanej dziewczyny. Potem znowu odg³osy przegrupowania, marsz, mia¿d¿enie suchych ga³êzi, tê tent jazdy. Coraz ciszej i ciszej. A potem znowu wrzaski, tyle ¿e ju odleg³e, od strony koryta wyschniêtego strumienia, którê dy posuwa³y siê g³ ówne si³y Arkach. Doszli! Ale chyba nikt nie podejrzewa³ , ¿e kompania czy dwie zatrzymaja taka si³ê. A szlag z nimi! Achaja ostro¿nie zsunê³a siê z drzewa. I gdzie ma isæ teraz? W stronê odg osów bitwy? Jesli pojawi siê za plecami przeciwnika, to po niej... tak czy tak. Wiêc w lewo czy w prawo? Przecie¿ druga fala piechoty nie bêdzie siê posuwa³a sladami poprzedniej, nie mia oby to sensu.
Ruszy³a w stronê stanowisk swojej dru yny, w stronê, skad ucieka³a przed chwila. To wyda³o jej siê najbardziej rozsadne. Oczywiscie mog³a napotkaæ jakichs maruderów, czy hieny wojenne, ale mia³a nadziejê, ¿ e sobie z nimi poradzi, w przeciwie stwie do drugiej fali piechoty, któ ra mog³a w ka¿dej chwili nadciagnaæ z boku.
Napotka³a kilka koni bez jezdzców, pa³êtajacych siê po lesie. Kilka trupów kawalerzystów, a potem dwie martwe dziewczyny, których nie zna³a, martwego oficerskiego wierzchowca Arkach i... ranna Zinnê.
Kucnê³a przy pani porucznik, patrzac w jej coraz bardziej b yszczace, niezbyt przytomne oczy. Dosta³a w brzuch, ale mieczem, nie lanca, nic nie utkwi o w srodku, nic siê nie wywali³o na wierzch. Rozpiê³a jej kurtk ; nie mia³a w³ asnego plecaka, wiê c wyjê³a opatrunek z juków martwego konia.
- Co... co siê... sta³o? - Zinna odzyska³a przynajmniej czêsæ przytomnosci.
- Jad³as cos? - Achaja opatrywa³a ja niezbyt umiejê tnie.
- Nic... nic nie jad³am... - Zinna nie mog³a zogniskowaæ wzroku.
- To masz szansê.
- Pi... Pi³am wódkê.
- No, to masz wielka szansê. - Usmiechnê³a siê lekko. - Jestes madra dziewczynka.
Skoñczy³a mocowanie opaski. Podnios³a Zinnê bez wysi³ku i zarzuci³a sobie na plecy. Ruszy³a szybko, chcac oddaliæ siê z niebezpiecznego rejonu. Napotyka³a coraz wi cej trupów. Luañskich i nie tylko. Usi³owa³a rozpozna twarze, ale nie chcia³a siê zatrzymywaæ i odwracaæ le¿acych. Zatrzyma³ ja dopiero g³osny okrzyk.
- Hej, patrz! Achajka te¿ ¿yje! - To by³a Lanni.
- No. - Shha siedzia³a pod drzewem, nerwowo bawiac siê no¿em. - Nawet porucznik przynios³a.
Obok siedzia³y jeszcze Mayfed, Zarrakh, Chloe, jakas skulona dziewczyna z twarza wtulona we w³asne kolana i jeszcze dwó ch ¿o³nierzy z ich plutonu, ale z innej dru¿yny. Achaja po³o¿y³a Zinnê pod drzewem.
- Jak wam siê uda³ o? - Usmiechnê³a siê do Lanni. Mysla³a przecie¿, e wszystkie nie ¿ yja.
- To nie by³o " wymiatanie", tylko luañska czo³ wka. Kto mia³ rozum, to wdrapa³ siê na drzewo, zanim nadciagnê³a piechota.
- Na ich oczach?
- A czemu nie - rozesmia³a siê Shha. - Trupy niewiele widza.
Lanni uciszy³a ja ruchem rêki.
- To ty mia³as pecha, bo siê kilku naraz skupi³o przy tobie. Jak ucieka³as, my ju¿ wszystkie siedzia³ysmy na drzewach. Ale ich jazda, wiesz, byle siê przebiæ i popêdziæ dalej. Jak przysz³a piechota, ju¿ wszystkie by³ysmy ukryte wysoko, wysoko. Ale... Widzia³am ciê z gó ry. Ju¿ mysla³am, ¿e po tobie.
- Te¿ wlaz³am na drzewo. Tylko dalej.
- A tych dwóch, co ciê goni³o?
- Pojêcia nie mam. Jednego rani³am no¿ em, drugi spad³ z konia, jak mu z³ama am nogê. Dalej nie wiem, bo zwiewa³am.
- Mówi³am, ¿e z niej ¿o³nierz - mruknê³a Shha.
- A co z reszta?
- Mea zginê³a na samym poczatku.
- Wiem, widzia³am.
- Tak samo Kaisha, Hommerth i Menne. Mówi³am, nie mia³ y szans.
- A Bei?
- Jest tutaj. - Shha chwyci³a za w³osy dziewczynê, która siedzia³a obok, i unios³a jej g³owê. Zobaczy³y zap³ akana i pokrwawiona twarz Bei. - ¯ywa oslica. Choæ trochê poryczana.
- Przestañ - w³ aczy³a siê Mayfed. - Wlaz³am na drzewo i widzia³am wszystko jak na d³ oni. Ta g³upia dupa zosta³a na dole, a jak przysz³a piechota zarobi³a w mordê, ale niczym ostrym. Rêkojescia, czy jak? A oni szybciej, szybciej. Przeszli. Tylko dwóch zosta³ o, ¿eby dobiæ, cha, cha, "dobiæ ". Ocknê³a siê, jak ju¿ ja rozkraczyli, wokó³ pe³no scierwograbców, maruderzy z piechoty jeszcze siê pa³ê taja, myslê: ju¿ po niej. A ta zamiast tradycyjnie wierzgaæ i krzyczeæ, zadar³ a kiecê i sama zaprasza. Oczy mi wysz³y na wierzch. Jednemu odgryz³a, co mia³ najcenniejszego, a drugiemu odciacha³a no¿em! Mysla³am, ¿ e spadnê z ga³êzi z wra¿enia!
- A maruderzy i hieny?
- Shha by³a szybsza ni¿ resztki maruder w. Potem Lanni siê zsunê³a z drzewa i przysz³y te dwie. - Wskaza³a na dziewczyny z innej dru¿yny. - Maruderzy teraz tam le¿a. Mo¿esz se zobaczyæ .
- No - potrzasnê³a g³owa Chloe. - Jatka. Szkoda ¿escie tak z jazda nie walczy³y, kole¿anki.
- Zamknij siê, kurde! - warknê³a Lanni. - Co mia³ysmy zrobi ? Daæ siê wysiec? A ty sama to co? Tak wali³as po pniu do góry, ¿e siê ba³ am, ¿e do nieba wleziesz. Na szczêscie drzewo siê skoñczy³o w sama porê.
- No! - przytaknê³ a Shha. - A Achajka to co? Szkolona w armii Troy, przy³o¿y³a ca³emu plutonowi w namiocie zanim jej deska nie uciszy³am. A te¿ spiernicza³a, a¿ siê kurzy³o. Bo inaczej smieræ, kurza twarz. I w dodatku niepotrzebna.
- To ty mi deska przywali³as? - spyta³a Achaja.
- Noooo... Eeeeeee... - Shha obejrza³a si , czy ma zabezpieczona drogê ucieczki.
- Kapralu! - Zinna ocknê³a siê nagle i popatrzy³a trochê przytomniejszym wzrokiem. - Raport!
- Tak jest, pani porucznik! - Lanni wyprê¿y³a siê nagle na bacznosæ. - Kapral Lanni melduje dru¿ynê... eeeee... pluton "C" pierwszej kompanii batalionu Zulu w trzecim pu³ku pierwszej dywizji gó rskiej! Stan trzydziesci trzy! Obecnych... - wzrokiem szybko przeliczy³a dziewczyny - dziewiê æ!
- Co... co z reszta?
- Meldujê, ¿e dru¿ yna po naszej prawej wycofa³a siê z plutonem " B". Stan nieznany! Dru¿ yna po naszej lewej dosta³a wciry. Znaczy... Meldujê, ¿e ponios a straty na pewno w liczbie trzech, dwie sa, los pozosta³ych nieznany - uznane za zaginione w akcji! Dru¿yna sier¿ant Me... Mmmm... Stan mojej dru¿yny: siedem! Cztery zabite, w tym sier¿ ant Mea! Meldujê, ¿ e zgodnie z regulaminem objê³ am dowództwo!
Zinna nie zwróci³a uwagi na ten nie do koñca przepisowy raport. Chcia³a uniesæ siê na ³okciach, ale zaraz opad³a z jê kiem.
- D... dobrze... - wysapa³a wreszcie. - Spróbujcie odnalezæ... punkt koncentracji... Do faktorii... albo... spróbujcie szkodziæ przeciwnikowi... - umilk³a, dyszac ciê¿ko. - Albo... zróbcie cokolwiek... - Czu³a, ¿e zaraz znowu straci przytomnosæ. - Mianujê was sier¿ antem! - Oczy wywró ci³y jej siê, ukazujac bia³ka.
- Tak jest! - krzykn ³a Lanni, potem nachyli³a siê nad Zinna. - O, ¿esz ty... Martwa?
- Nie - mruknê³a Achaja. - Ma szansê z tego wyjsæ, ale trzeba by ja doniesæ gdzies... no... do kogos... ja wiem?...
- No - Lanni odwró ci³a siê do dziewczyn z innej dru¿yny. - Wy dwie! Odniesiecie pania porucznik do... no... musi byæ gdzies jakis medyk. Tam ja zaniesiecie!
- Niby, kurde, gdzie?
- Do miejsca, gdzie jest medyk.
- Ale gdzie? - Obie wsta³y, wkurzone coraz bardziej.
- Macie go znalezæ! To rozkaz. - Lanni, marszczac brwi, szuka³a jeszcze innych argumentów. Wreszcie wymysli³a. - No! I mianujê ciê kapralem! - ryknê³ a do wy¿szej z dziewczyn.
- O, ¿esz ty... Lanni, dupa ci siê z g³owa pomyli³a? Dlaczego, psiamaæ, w³asnie my?
- Bo nie bêdê rozbijaæ w³asnej dru¿yny! Dosta³am rozkaz.
- Kurde, jaki?
- Sama nie wiem - wyrwa³o siê swie¿ o upieczonej sier¿ ant. - No, braæ ja i marsz! - ryknê³a nagle, przypominajac sobie metody Mei. - Reszta zbieraæ si , dupy, ja wam poka ê!
Shha patrzy³a zszokowana. Zarrakh, Mayfed i Chloe podnios³y siê co prawda, ale zerka³y na siebie i puka³y siê w czo³ a. Bei p³aka³a jak przedtem, skulona pod drzewem. Achaja sta³a z ty³ u, wiêc nie musia³ a niczego robiæ. Lanni opanowa³a siê jednak. Patrzac jak te dwie, klnac do ¿ywego, podnosza pania porucznik, straci³a rezon i zapyta³a potulnie:
- Kurde, co robimy?
- To¿ masz rozkazy - warknê³a Shha.
- No, szlag, jakie?
- No... Do faktorii, albo szkodziæ, albo... mamy robiæ cokolwiek.
Achaja podesz³a do trupa kawalerzysty le¿acego pod drzewem. Podnios³a jego d³ ugi miecz i zawinê³ a nim lekko. Obszuka³a cia³o, ale nie mia³ przy sobie sztyletu. Trudno, musia³ jej wystarczyæ szeroki, wojskowy nó¿.
- No to... - powiedzia³a, wracajac do ¿o³ nierzy - chodzmy na Kupiecki Szlak.
- Po co?
- No, albo dojdziemy do faktorii, albo im zaszkodzimy, przecie tam ca³e ich wojsko musi siê poruszaæ, albo no... zrobimy cokolwiek.
- Chcesz walczyæ z ca³ym ich wojskiem? - spyta³a Lanni.
- To¿ wojsko po lasach siê ugania. Tam tabory, s³u¿by. Zobaczymy.
Lanni wzruszy³a ramionami. Patrzy³a na pozosta e dziewczyny, ale ¿ adna nie mia³a lepszego pomys³u. Prawdê powiedziawszy, nie mia³y ¿adnego pomys³u.
- No to... dobra. Tylko, szlag, nie ha asowaæ.
Shha podnios³a Bei. Nawet otar³a jej twarz jakas szmatka. Mayfed ruszy³a pierwsza. Zarrakh z kpiacym usmiechem wskaza³a drogê Lanni, ¿e niby jej miejsce za szar¿a. Chloe klê³a wulgarnie. Jej rude warkoczyki podskakiwa³y przy ka¿dym kroku, co zdawa³o siê wprawiaæ ja w jeszcze wiêksza wsciek³osæ. Potok s³ów p³ ynacy nieprzerwanie z jej ust nie oszczê dza³ nikogo - dosta o siê kretynom z dowództwa, Bei, za to, ¿e siê potyka³ a, królowej, która by³a g³upsza ni¿ osio³, kupcom, za to, ¿e osmielili si po¿adaæ Kupieckiego Szlaku, Luañczykom za to, ¿ e byli Luañczykami, Achai za to, ¿e chcia³a isæ do drogi, Lanni za to, e nie wiedzia³a czego chce, Zarrakh za to, ¿e mia³a na imiê Zarrakh... Jedynie Shhy siê nie dosta³o. Dziewczyna mo¿e i by³a g³upia, ale dzier¿y³a w d³oni gruby kij i po jej zmru¿onych oczach widaæ by³o, ¿e przy³o¿y Chloe, jesli ta osmieli siê tylko ja tknaæ.
S³oñce sta³o wysoko, wiatr ucich³ zupe³nie. W lesie zaczyna³o siê robiæ goraco. Na szczêscie nie by to ten duszny upa³ , którego Achaja doswiadcza³a na drogach Luan. Górskie powietrze zawsze zachowywa³o choæ jakis cieñ rzeskosci. Mia³a wra¿enie, ¿ e czuje zapach ró¿ rosnacych pod jej oknem pa³acu w Troy. Ale nie, to tylko kê pki trawy, podsció³ ka, jakies zio³a i skape krzewy. O ma³o nie wypad³a na drogê, kiedy drzewa rozstapi³y siê nagle.
- Stój - syknê³a Shha. Sama upad³a na ziemiê i podpe³z³ a do ostatnich przed szlakiem krzewów. - Chyba spokój.
- Chyba?!!! - Lanni splunê³a na ziemiê . - To ma byæ raport?
- Nic, psiamaæ, nie widzê!
Wybieg³y na drogê, rozgladajac siê wok ³.
- Pusto.
- A gdzie faktoria?
- Tam. - Lanni podnios³a r kê, wskazujac w prawo. - Idziemy?
- To rozkaz czy pytanie? - Chloe wyj ³a swój miecz i ruszy³a we wskazanym kierunku. Po chwili jednak przypad³a do najbli szego drzewa. - Cos jedzie!
Achaja przyskoczy³a do niej. Istotnie, s³ychaæ by³o turkot kó³ ciê¿kich wozów podskakujacych na kamieniach.
- Widzicie te ska³y przy drodze? - szepn ³a. - Tam na nich zaczekamy.
Podbieg³y kilkadziesiat krokó w. Bei zosta³a w tyle, ale otrzasnê³a siê jakos i mimo ciagle za³zawionych oczu dogoni³a je, kiedy kry³y siê w cieniu wielkich kamieni zwê ¿ajacych drogê w tym miejscu.
- Trzy. - Shha wychyli³a si i zaraz schowa³a. - Bez eskorty.
- No, tosmy w czepku urodzone - mruknê³ a Mayfed.
- Bêdzie bez strachu, rozkaz wykonamy i jeszcze siê zas³u¿ymy.
Rozesmia³y siê cicho. "Wielkie" zwyciêstwo armii Arkach! Trzy, psiama , wozy z zaopatrzeniem. Wyskoczy³y z kryjó wki, kiedy pierwszy wóz wje¿d¿a³ miê dzy ska³y. Shha zabi³a woznicê , Mayfed strzeli³a do tego na drugim wozie. Strza³a utkwi³a mu w piersi, odchyli³a do ty³u, ale tak, ¿ e nie pusci³ lejcó w. Konie wraba³y siê w pierwszy wóz, tworzac zator. Trzeci woznica zeskoczy³ z koz³a i, wrzeszczac ze strachu, pobieg³ w las. Nie goni³y go, bo i po co.
- Alesmy da³y popaliæ armii Luan! - mruknê³a Chloe.
- Teraz to chyba cesarz sam siê ubije ze sromoty.
- Co na wozach? - warknê³a Lanni.
- Owies dla koni. - Zarrakh, która wskoczy³a na os³ oniêta p³ótnem pakê, przebija³a mieczem worki. - Podpalimy?
- Po co podpalaæ? - spyta³a Achaja. - Zróbmy zator przy ska³ach, to siê nie przedostana przez jakies trzy modlitwy.
- No!
Zatoru jednak nie uda³o siê zrobiæ. Konie nie chcia³y ciagnaæ, majac zatarasowana drogê, a po ich wypiêciu, same dziewczyny nie by³y w stanie nasunaæ na siebie ciê¿kich wozów. Przewróci³y wiêc jeden i usi³owa³y podpaliæ, ale owies, choæ suchy, p³ona nie chcia³. Mia³y w³asnie znosiæ ga³êzie na podpa³kê dla wozu, kiedy znowu rozleg³ siê têtent.
- Chodu!
- Spokojnie - Achaja narzuci³a na siebie p³aszcz woznicy, kryjac swój mundur. Szybko zawiaza³a na g³owie chustê, ¿ eby nie by³o widaæ jej regulaminowej fryzury. - Najwy¿ej dziesiê ciu - oceni³a na s³ uch.
- I dziesiêciu wystarczy na drodze.
- Ukryjcie siê pod p³ótnem na wozie. I kusze w pogotowiu. - Przeciagnê³a palcem po swoim tatua¿u na policzkach. - Przecie¿ nikt z nich nie bêdzie podejrzewa³, ¿e ¿ o³nierz Arkach mo¿ e mieæ cos takiego na twarzy.
Pos³ucha³y jej. W ostatniej chwili. Achaja natomiast, widzac obcych kawalerzystów, zacz ³a krzyczeæ:
- Panie! Panie dowó dco, ratunku! Ratunkuuuuuu!!!
- Co? - Czternastoosobowy oddzia³ zatrzyma³ siê przy nieudolnie zrobionej barykadzie z wozów. Dowódca, ledwie dziesiêtnik, nie wyglada³ na mêdrca. - Co tu? Gadaj, ladacznico!
- Napad³y nas! Napad³y! Panie, ratuj! Nie daj zgina biednej kurwie!
Prostytutki musia³y byæ czêstym i zwyk ym widokiem w armii Luan. Nikt nie okaza³ zdziwienia. Dowódca spyta³ tylko:
- A czemu ciebie nie zasiek³y suki, co?
- Taka babska solidarnosæ. Naplu³y jeno, ale ju¿ sobie twarz wytar³am.
- A gdzie one teraz? Co?
Achaja tylko na to czeka³a.
- Tam! - krzyknê³a, wyciagajac rêkê. - Tam, za wami stoja!
Wszyscy odwrócili g owy. Wszyscy jak jeden ma . Lanni, Mayfed, Zarrakh, Shha i Chloe wystrzeli³y, zabijajac z tej odleg³osci po jednym ¿o³nierzu ka¿da. Bei nie trafi³a, albo nie strzela³a w ogóle. Dziewczyny wypad³y z wozu, ale Achaja mia³a ju¿ w rêku swój zdobyczny, kawaleryjski miecz i zasiek³a dwóch, zanim reszta przysz³ a jej z pomoca. Kawalerzysci dopiero teraz zaczêli zbieraæ siê do walki. Achaja za³atwi³a nastêpnego. Shha palnê³a konia mieczem i dzgnê³a no¿em wyrzuconego z siod³a jezdzca. Lanni i Mayfed dopad y po jednym. Zarrakh rzuci³a no¿ em, trafiajac w szyj nastêpnego. Achaja doskoczy³a, tnac tego, który zawraca³ swojego wierzchowca. Bei, chwiejac siê na nogach, dopiero teraz zlaz³a z wozu, uklêk³a i wymierzy³a z kuszy. Strzeli³a, zagryzajac wargi do krwi, jej strza³a trafi³a ostatniego w ramiê, zachwia³ siê, Shha runê³a do przodu, chwytajac uzdê, Mayfed dokoñ czy³a go mieczem. Bei tymczasem podpe³ z³a na pobocze i zwymiotowa³a, opierajac siê na rê kach.
- Nooo... - Chloe potrzasnê³ a g³owa. - ¯esz wasze macie takie...
- No, co? - Lanni otar³a pot z czo³a. - Zeszcza³a siê kt ras?
- Z Bei chyba wylatuje i z ty³u, i z przodu - rozesmia³a siê Shha.
- Fajnie, co? - Zarrakh rozmasowa³a nadgarstek. - Ju¿ mysla³am, ¿ e nas zobacza.
- No. - Mayfed przeciagnê a siê, szczêkajac jednak lekko zêbami. - Teraz nasz sier¿ ant to chyba chora¿ ym zostanie. Albo i porucznikiem.
- ¯esz ty... A kto tak dr¿a³ na wozie, a¿ siê wszystko trzês³o? Mysla³am, ¿e spud³ ujê!
- Fakt - mruknê³a Shha. - Kurde! - Nadstawi³ a ucha.
- No, ale teraz to chyba piechota!
Pozosta³e bezskutecznie usi³ owa³y dos³yszeæ cokolwiek. Dopiero po d³u¿ szej chwili dotar³ do nich st³umiony odg³os wielu stóp. Shha musia³a mieæ niesamowity s³uch.
- Chodu! - szepnê³ a Lanni.
Nikomu nie trzeba by o powtarzaæ dwa razy. Dziewczyny runê³y do lasu, kryjac siê za drzewami. Nawet Bei podnios³a siê szybko. Posliznê³a na w³ asnych rzygowinach i runê³a w skapa trawê. Potem na czworakach dotar³a do najbli¿ szego krzaka.
- Powinnysmy siê cofnaæ bardziej? - szepnê³a Mayfed.
- Zostawimy Bei? - Lanni nie wiedzia³a, co zrobiæ. - Jest zupe³nie z przodu.
- Mo¿e Achajka znowu zrobi ten numer? - spyta³a Shha.
- Kurde, p³aszcz tam zosta³ - szepnê ³a Achaja. - A poza tym... to piechota. Kilkudziesiêciu!
- No to w ty³... Czekaj! - Lanni zauwa¿y³a oddzia³ majaczacy miêdzy drzewami. - To jeñcy!
Wszystkie teraz mog³ y widzieæ to, co ona zobaczy³a pierwsza. Droga prowadzono dziewczêta z ich dywizji, widaæ gdzies dosta³y tê gie lanie. Mo¿e czterdziesci, pó³nagich lub ca³ kiem nagich dziewczyn ze zwiazanymi rêkami p dzono przed siebie, nie ¿a³ujac batów. Któras upad³a, " podniesiono" ja kopniakami. Potem przewróci³a siê inna, ranna w udo. Stra¿nik dobi³ ja sztychem miecza. Ca³y oddzia³ zatrzyma³ siê przy barykadzie z wozów. S³yszeli krzyki stra¿ników ogladajacych trupy kawalerzystów.
- O, ¿esz... Ilu ich?
Shha nieostro¿nie wystawi³a g³owê.
- Widzê jakichs osmiu... dziesiêciu... po tej stronie. Nie wiem, ilu idzie za naszymi.
- Schowaj ³eb! - Wbrew w³asnemu rozkazowi Lanni sama unios³a siê ze swej kryjówki. - Kurwa! Co robimy?
- Jak wyskoczymy, rozsieka - szepnê³ a Zarrakh. - Nie bêdzie zaskoczenia!
- Zostawimy je?
- A co? Kurwa, co mamy zrobiæ?
- Pójda w niewolê - mruknê³a Achaja. - Zabijmy tyle naszych, ile zda¿ ymy, i chodu.
Zaniemówi³y. Dopiero teraz zda³y sobie sprawê, ¿e Achaja jedna wie, o czym mówi. Jakos nikt nie kwapi siê do otwarcia ust. Stra¿nicy na drodze usi³owali przesunaæ przewrócony wóz. Ich przekleñstwa dociera³y a¿ tutaj. W ka¿dej chwili mogli odkryæ Bei skulona za najbli¿ szym drogi krzakiem.
- Dobra. - Achaja zagryz³a wargi. - Tych z przodu wezm na siebie. Ale za³atwcie tych z ty³u.
- Co chcesz zrobiæ?
- Isæ na chama. - Zdjê³a kurtkê i zerwa³a opaskê z piersi. Wziê³a g³êboki oddech, zarzuci³a kurtkê na g³owê, tak jakby nieporadnie usi³owa a poradziæ sobie z rêkawem, i ruszy³a do przodu.
- Ratunku! Ratunku! - wrzeszcza³a. - Pomocy!
Stra¿nicy i ¿o³ nierze nastawili miecze. Widok by³ rzeczywiscie niesamowity. Ladacznica, w obcym mundurze, mocujaca siê z rêkawem tak, ¿e a¿ se kurtkê narzuci³a na g³owê ... Taaaak. Kobiety, g³upie jak buty, prawdê ojciec gadali.
- Napadli nas! Napadli i wyr¿nê li!
- Ty kto? - Dziesiê tnik zastapi³ jej drogê z obna¿onym mieczem.
- Co, nie widaæ? - Szarpa³a siê z kurtka na g³owie, ¿ eby nie pokazaæ wojskowych warkoczyk w, a jednoczesnie pokazaæ twarz. - Wyr¿nê³y nas baby! Nasi za³ atwili dwie, ja siê w lesie ukry³am. Myslê sobie, ¿e si za ichniego ¿o³ nierza przebiorê. Sciagnê³am mundur z trupa, no ale, szlag, z czyms takim na twarzy... - Wolna rêka dotknê ³a swojego tatua¿u. - To¿ mnie nikt z nich za swojego nie wezmie.
¯o³nierze zaczêli siê smiaæ.
- Co za suki! - wrzeszcza³a Achaja. - Wiecie, co woznicom zrobi³y? Co im uciê³y? A jedna to... - Potknê³a siê niby to przypadkowo, co pozwoli³o jej przed³u¿yæ szarpaninê z kurtka na g³owie. - Szlag! Dajcie mi napluæ na te suki! Ze strachu na nogi se narobi³am!
Nowy ryk smiechu.
- A pluj se! Pluj, ladacznico! Zrób im, co chcesz.
Achaja podesz³a do jeñców. Patrzy³y na nia og³ upia³e.
- Znacie mnie, suki?
Co najmniej kilka ja rozpozna³o. To¿ z niej w³asnie szydzi³y w obozie.
- No to... - Poradzi³a sobie z kurtka, wk³adajac ja jak nale¿y. - Oddzia³! Padnij!
Przynajmniej wiê kszosæ rzuci³a siê na ziemiê. Piêæ strza³ zaswiszcza³o w powietrzu, trafiajac w swoje cele. Achaja rzuci³a siê na dziesiêtnika, ³ amiac mu kark go³ ymi rêkami. Wyrwa³a mu miecz i tym samym ruchem sci ³a g³owê stra¿ nikowi, który sta³ najbli¿ej. Kolejne piêæ strza poszybowa³o w powietrzu. Dwóch jeñców ze zwiazanymi rêkami rzuci³o siê na stra¿nika. Obie zosta³y zasieczone. Achaja wpad³a miê dzy ¿o³nierzy, zabi³a dwóch, upad a na ziemiê, unikajac swiszczacego ostrza, dwóch innych rzuci³ o siê na nia, chcac przyszpiliæ do ziemi, ale Bei wypad a zza krzaka i runê ³a na jednego z nich, zwalajac z nó g w³asnym ciê¿ arem. Achaja zabi³a drugiego. Podnios³a siê, wpadajac na Mayfed, która szar¿owa³a w³asnie z uniesionym mieczem. Skot³owa³y siê na drodze. Achaja odruchowo pchnê³a, odwracajac cios w ostatniej chwili i kaleczac kole¿ankê w udo. Shha uratowa³a je, odbijajac miecz stra nika. Lanni i Chloe ciê³ y ¿o³nierzy po drugiej stronie drogi, ale w³asnie zaczê³y siê cofaæ . Bei napiê³a swoja kuszê i osadzi³a dowódcê stra¿ników w pó³ kroku. Achaja i Shha doskoczy³y, koñ czac tych, którzy zagra¿ali Lanni. Mayfed klê³a wulgarnie, kulejac, dopad³a jakiegos ¿ o³nierza i wbi³a mu miecz, padajac, od do³u, w miejsce, w które na pewno nie chcia³ dostaæ.
Ktos ucieka³ przez las. Ktos usi³owa³ siê czo³gaæ z przebitym brzuchem. Dziewczyny rozglada³ y siê niepewnie. Mayfed klê³a, nie przebierajac w s³ owach. Shha dokoñczy³a jakiegos stra¿nika, który udawa³ trupa. Lanni os³ab³a nagle i usiad³a na srodku drogi, Bei wymiotowa³a znowu, nie wiadomo skad bra a na to si³y, Chloe krêci³a siê w miejscu, bo ciagle wydawa³o jej siê, e ktos czyha za jej plecami. Jedynie Zarrakh podesz³a do Achai spokojnie.
- Siadaj - powiedzia a. - Masz taki skurcz w ³ydce, ¿e nie wiem, czy zdo³am rozmasowaæ. Nie boli ciê, czy co?
Prawie si³a przewró ci³a ja na drogê, ujê³a jej nogê i naciagnê³a stopê, likwidujac najgorszy objaw. Potem zaczê³a masowaæ miêsieñ.
Mayfed usi³owa³a zatamowaæ krew wyciagniêta z plecaka szmatka.
- Ty oslico! - warkn ³a na Achajê, siedzaca dwa kroki dalej. - Nie widzia³as, ¿ e to ja?
- Widzia³am. - Achai te¿ zbiera³ o siê na wymioty. - Dlatego ¿yjesz.
- Zamknij siê, Mayfed - krzyknê³a Zarrakh. - Gdyby nie ona, to bysmy tu le¿a³y oprawione jak wieprze!
- Stul pysk, Zarrakh - ocknê³a siê Lanni. - Niech ktos podniesie te g³upie dupy, co siê da³y z³apaæ!
Nikt z jeñców rzeczywiscie nie podniós³ siê jeszcze. Shha chodzi³a miê dzy le¿acymi na drodze dziewczynami i komentowa³a ¿ ywo:
- O! Pluton " A" z naszej kompanii. Co, siostro? Strach dupê scisna³, ¿e siê podda³as? Patrz tam, druga kompania. A¿ trzy dziewczyny. Czego was tam nauczyli? Druga kompania to znaczy "druga" do boju, ale za to pierwsza do niewoli? Czy jak?
Jedna z dziewczyn podnios³a siê wreszcie. Mia³a na sobie tylko krótka spó dniczkê i jeden but.
- Przestañ kpiæ, siostro - poprosi³a. - Rozetnij to lepiej. - Wyciagnê³a w jej kierunku skrêpowane rêce.
- Akurat! - Shha wzi ³a siê pod boki. - Dalej, zapierniczaj do Syrinx, za niewolnic robiæ! Achajka, powiedz jej, jak to jest! Sama chcia³a, to niech idzie!
- Wyciagnêli mnie spod drewnianych bali - mruknê³a dziewczyna, opuszczajac g³owê. - Co mog³am zrobiæ ?
- Nieprzytomna by³ as?
- Przytomna... szlag. Og³upia³am czy co? Pomó¿.
- Sama se pomó¿! Idiotka!
Dziewczyna westchnê a ciê¿ko.
- Zgwa³cili mnie. Ze czterech naraz. Masz ochotê na mnie napluæ, to pluj. Ale... Chcê powiedzieæ, ¿ e ci strasznie dziê kujê, ¿e mnie z tego wyciagnê³as.
Shha zagryz³a wargi. Tamta wytraci³a jej wszystkie argumenty. Wyszarpnê³a nó¿ i, klnac, rozciê³a jej wiêzy.
- Ciebie te¿ zgwa³ cili? - Podesz³a do nastêpnej.
Dziewczyna w prawie pe³nym umundurowaniu podnios³a siê ociê ¿ale.
- Nie. Mnie siê uda³o. Tylko... po³amali mi rêce. - Wyciagnê³a nadgarstki opuchniê te pod wiêzami tak, ¿e Shha nie mog³a dobraæ siê no¿em do sznura.
- O, kurwa - Shha usi³owa³a nie patrzeæ w oczy nast pnym ¿o³nierzom. Rozcina³a wiêzy, nie podnoszac g³owy. Ktos ja jednak zaskoczy³.
- A mnie siê nic nie sta³o - usmiechnê³a siê piegowata, pucu³ owata i strasznie niska, w³asciwie maluteñka dziewczyna, podajac skrêpowane d³onie.
- Nie zgwa³cili ciê ?
- Eeeeee... Dopad³ mnie jeden. Nie pierwszy w moim yciu, choæ pierwszy nie po dobrej woli. Niez³y by³ w tym, co robi³, dawno mu wybaczy³am - rozesmia³a siê. - Mo¿e list mu posl ?
Lanni rozesmia³a si g³osno. Achaja, Zarrakh i Chloe, nawet Bei, usmiechnê³y siê. Jedynie Mayfed szturchnê³a Achajê piêscia w ramiê, mamroczac:
- Po co nam Luañ czycy? Mnie, kurde, za³atwi moja w³ asna armia!
Achaja przysunê³a siê bli¿ej.
- Daj, ma³po, bo jakiejs choroby dostaniesz od tej scierki.
Schyli³a siê i dok adnie wyliza³a jej ranê. Potem za³o¿y³a opatrunek i zawiaza³ a mocno. Podesz³o do nich kilka dopiero co uwolnionych ¿o³ nierzy.
- Ty. Achaja.
- No?
- My... Wiesz... To g³upio teraz... Ale... chcia³ysmy ciê przeprosiæ za to, co o tobie mówi³ ysmy w obozie. Ale wiesz...
- Wiem - rozesmia³a siê. - Fajnie!
- No i... chcia³ysmy wam wszystkim...
- Bo siê tu, kurwa, zaraz wszystkie pop³ aczemy! - przerwa³a im Lanni. - Dalej! Zbieraæ broñ, suki! Myslicie, ¿e ktos was zwolni³ z przysiêgi?!
- Ty, patrz - szepnê ³a któras z ty³u, niewidoczna za plecami kole¿anek. - Lanni chyba zosta³ a sier¿antem.
- A ¿ebys wiedzia³ a, oslico!
Sier¿antowi uda³o siê jednak zaprowadziæ jaki taki ³ad. Uwolnione dziewczyny, przynajmniej te, kt re nie by³y ranne, zebra³y miecze ¿o³ nierzy, stra¿ników i kawalerzystów. Nie by³o to to, co przewidywa³ regulamin, rzadko kt ra mia³a na sobie pe³ne umundurowanie, ale i tak zaczê³y po chwili przypomina choæ trochê oddzia³ regularnego wojska.
- Co przy faktorii? Która tam by³a ostatnia?
- Pewnie ja - odezwa a siê ta niska, piegowata. Mia³a na imiê, zdaje siê, Sharkhe. - A tam jest kiepsko. Odbi³ysmy faktoriê, a potem nas zepchnê li. Chyba teraz jest ciê ¿ko, jesli w ogóle jest.
Lanni rozejrza³a si odruchowo w poszukiwaniu kogos, kto móg³by jej wydaæ rozkaz. Ale niestety. By³a najwy¿sza stopniem. Zerknê³a na Achajê , bo dziewczyna jako ksiê¿niczka powinna przynajmniej liznaæ taktyki, ale ta przewidujaco odwr ci³a wzrok.
- No, ¿esz, szlag! No to na faktoriê, dupy! Zobaczymy co i jak. - Zaklê³a wulgarnie. - Do lasu! Bo inaczej nas chwyca.
Pogania³a swój nowy oddzia³, a¿ wszystkie dziewczyny skry³y siê miêdzy drzewami. Nie by³a to jednak zwarta jednostka, dobrze uzbrojona, cz sæ ¿o³nierzy by³ a ranna, czêsæ, mó wiac delikatnie, w nie najlepszym stanie z innych przyczyn. Przedziera³y siê przez las powoli, z pewnym trudem, torujac drogê s³ abszym kole¿ankom. Na szczêscie nie musia³y isæ daleko. Odg³osy bitwy, st³ umione jeszcze przez drzewa i rodzacy siê znowu wiatr, by³y wyrazne. Lanni wys³a³a zawiadowców, potem zrobi³a przeglad oddzia³u i ze skwaszona mina wró ci³a do swojej dru¿ yny.
- £acznie z nami prawie piêæ dziesiat osób - mruknê³a. - A si³a mniejsza ni¿ normalny pluton.
- Nie gadaj tyle - wzruszy³a ramionami Chloe. - I tak po nas. A po co masz umieraæ zdyszana?
- Co?
- Spokojnie - mruknê ³a Shha. - Chloe wylewa na nas swoje jady. Po tym, jak ja ten ch³opak rzuci³ zesz³ej zimy.
- Stul pysk!
- Co? Nie wychêdo¿ y³ ciê, zanim armia przygarnê³a? Twój pech.
- Ty zdziro!
- Patrz, jeszcze siê rumieni! Ja swojemu da³am na czas. - Shha prychnê³a jak kocica. - I przynajmniej wiem, jak to jest.
- Przestañcie! - Lanni w porê odepchnê³a dziewczyny od siebie, zanim dosz³o do bijatyki.
- Dziewica! - syknê a jeszcze Shha. - Normalnie, dziewica, no.
Na szczêscie powró t zwiadowców powstrzyma³ dalsza k³ótniê. Obie dziewczyny by³ y zgonione, jakby przebieg³y d³u¿ szy dystans.
- Jest bitwa! - wydysza³a starsza. - Odepchnêli naszych od faktorii. Ca³y pu³k siê cofa od Kupieckiego Szlaku do strumienia. Tam jest przecinka, ale... ju¿ zajêta przez luañska jazdê. Wezma w kleszcze i do wieczora bêdzie koniec.
- A, psiamaæ, bardziej dok³adnie? - warknê³a Lanni.
- Bardziej dok³ adnie? - Piegowata podrapa³a siê w sam czubek nosa. - No... Bêdzie z naszymi koniec za jakies... szesædziesiat modlitw.
Lanni za³ama³a rê ce. Rozejrza³a siê wok ³, ale znikad nie przysz³a pomoc.
- Ty, Achaja! Ksiê¿ niczka, psiamaæ, strategiê znasz! Co niby mamy robiæ?
- Nie wiem.
- No, ¿esz ty. Nie wyg³upiaj siê.
- Nie wiem. Do kurwy nêdzy, nie wiem!
Lanni zagryz³a wargi, ¿eby nie kla g³osno. Po raz którys z kolei rozejrza³a si wokó³, jakby sposród gêstych drzew mia³o przyjsæ natchnienie. Napiêcie umys³owe musia³o byæ du¿e, bo odruchowo w³o¿y a palec do ust i przygryz³a lekko. Rozwiazanie jednak nie chcia³o pojawiæ siê samo. Na szczêscie Shha nie pozwoli³a im tu spêdziæ reszty dnia.
- E! Sier¿ant, kurza twoja twarz! Ja sobie ¿yczê, ¿ eby nareszcie zaczê to mna dowodziæ!
- Noooo...
- Meldujê, ¿e nie zrozumia³am rozkazu! - Shha wypr ¿y³a siê s³u¿ biscie.
- No, tego... - Lanni wyjê³a palec z ust i zmarszczy³a brwi. - No! Do przodu idziemy. O!
- Tak jest! Oddziaaaaaaa³... Naprzód marsz!
- Tylko cicho - jê knê³a Achaja.
¯o³nierze zaczê³ y przedzieraæ siê przez gêste zarosla. Teren obni¿a³ siê, schodzi³y z grzbietu zalesionego wzgórza. Poni¿ej powinna byæ przecinka, która ³ aczy³a bardziej p³ aski teren wokó³ faktorii z korytem wyschniêtego strumienia, tamtêdy pu³k posuwa³ siê rano. Ale nie. Wczesniej natknê³y siê na szeroka polanê o brzegach ocienionych gêstymi krzewami. Polana dotyka³a przesieki; poni¿ej, od strony faktorii, dochodzi³y wyraznie odg³osy bitwy. Tu¿ przed nimi jednak sta³a luañ ska jazda, sadzac po goraczkowych rozkazach oficerów, gotujaca siê do ataku.
- Szlag! - Lanni przypad³a w kêpie gêstego listowia. - Zaraz nas zobacza.
- Nie o nas teraz mysla. - Machnê³a rêka Mayfed.
- Trzeba by zejsæ lasem do faktorii, jesli mamy pomóc naszym.
Achaja potrzasnê³a g³owa.
- Naszym nie pomo¿ emy, a oddzia³ rozsmaruja nam na jakichs piêædziesi ciu krokach otwartej przestrzeni.
Znalaz³a nieoczekiwanego sojusznika. Chloe po³o¿y³a jej rêkê na ramieniu i warknê³ a na Lanni:
- Przynajmniej raz jej pos³uchaj, oslico!
- Ty co? ¯eby nic nie robiæ?
- Czy ja mówiê, ¿ e nic? - Achaja potrzasnê³a g³owa. - Ta jazda zaraz wejdzie w naszych jak w mas³o. Ich zatrzymajmy.
- O, ¿esz ty. Pluton piechoty na jazdê? G³owa ci si z dupa pomyli³ a???
Achaja zaklê³a brzydko.
- No pewnie, ¿e ich nie zwyciê¿ymy. I nie ma potrzeby. Oni zaraz rusza, a p ki co, przed atakiem byle gówno pomiesza im szyki. Ile jeszcze mamy kusz? - Zerknê³a po kole¿ankach. Mia³y wszystkie z jej dru¿yny poza nia sama; zrobi³o jej siê wstyd, ¿e porzuci³a swoja wtedy pod drzewem, teraz przyda³aby si komus, kto lepiej strzela. Lanni, Shha, Chloe, Zarrakh, Mayfed, nawet Bei - szesæ kusz.
- Dobra, robimy tak. Wy strzelicie naraz, wszystkie do jednego cz³owieka.
- Co? Co ty bredzisz?
- Za³atwcie setnika. Wiem, ¿e daleko jak szlag, ale któras z szesciu mo¿e trafi. Niech zg³upieja. Wysla patrol, albo uderza wiêksza si³ a. Ale tu wokó³ to nie wzgórze, gdziesmy poprzednio walczy³y. Same wykroty, krzaki i niskie drzewa - konnica skapieje na dwudziestu krokach.
- A jak na nas nie uderza?
- Nie puszcza natarcia, nie wiedzac, jakie si³y maja pod swoim bokiem. W najgorszym wypadku zrobimy zamieszanie i opóznimy ich choæ trochê.
Lanni tym razem nie waha³a siê d³ugo.
- Dobra! Skad mamy strzelaæ?
- A wyjdzcie nawet na polanê. Przecie¿ nic wam nie zrobia, bo zanim siê zorientuja, ju¿ bêdziecie z powrotem w krzakach.
- No to jazda. - Lanni wyjê³a swoja kuszê ze specjalnych uchwytó w pasa przerzuconego przez plecy i, opierajac o ziemiê, nacisnê³a dzwigniê napinajaca ciêciwê . - Shha, Chloe, Zarrakh, Mayfed, Bei, psie wasze matki, s ysza³yscie?
Szesæ dziewczyn szybko upora³o siê ze swoja bronia. Chwilê pózniej ruszy³y do przodu, wy³aniajac siê z krzaków na brzegu polany. Setnik siedzia³ nieruchomo na koniu jakies piêæ dziesiat, szesæ dziesiat kroków dalej. Wrednie trudny strza dla lekkiej broni Arkach... Ale nie dla szesciu strzelców naraz. Tu zadzia³a³ odkryty wiele set lat pózniej rachunek prawdopodobieñstwa. Z szesciu be³tów dwa ugodzi³y oficera: jeden w nog (lub w konia tu¿ przy nodze - z tej odleg³osci trudno by³o dostrzec), drugi pod pachê i ten zwali³ go z siod³a, pozbawiajac oddzia³ dowództwa. Z czterech pozosta³ ych strza³ jedna wbi³a siê w szyjê wierzchowca stojacego z ty³u chora¿ego, sprawiajac, ¿e wspania³y sztandar runa³ na ziemiê; trzy inne, jak to mó wia, "wziêli Bogowie". Dziewczyny cofnê³y siê szybko. Mistrzowie w strzelaniu, Dahmeryjczycy, zabiliby je pewnie smiechem, widzac tê partaninê. Ale cel zosta³ osiagniêty. Jezdzcy zaczêli krzyczeæ, konie sk³ êbi³y siê, rozrywajac szyk, kilkunastu kawalerzystów, niewiele myslac, pogna³o w zarosla, chcac zarabaæ wrogó w, zanim uciekna g³ biej w las. Kiedy ich konie ugrz z³y w krzakach, nie mogac siê ruszy ni w przód, ni w ty³, dziewczyny z oddzia³u zabi³y jezdzców. Wiêkszosæ z nich nie odrzuci³a nawet swoich lanc - broni, która w gaszczu ga³ êzi sprawia³a tylko tyle, ¿e ¿o³ nierz, który ja trzyma³, od razu sam wy³acza³ sobie z walki prawa d³oñ - po prostu nie móg nia ruszyæ, kiedy d³ugie drzewce wiê z³o w gêstych chaszczach. Piorunujace, ³atwe zwyciêstwo. Tyle tylko, ¿e reszta kawalerzystó w nie by³a jednak tak g³upia, jak wydawa³o siê Achai.
Na rozleg³ej polanie rozleg³y si ostre gwizdy dziesiêtników, wprowadzajace jaki taki ³ad w pomieszane szeregi. By³o pewne, ¿e jazda nie uderzy teraz na pu³k walczacy przy faktorii (cel ataku zosta³ wiêc czê sciowo osiagniêty), ale te¿ by³o pewne i to, ¿e kawalerzysci nie rzuca siê do samobó jczego ataku na dziewczyny ukryte w " nieprzejezdnym" terenie. Gwizdom dziesiêtnik w odpowiedzia³y inne gwizdy od strony przecinki i na polanie pojawi³a siê luañska ciê¿ ka piechota. Niewielki oddzia³... Setka zaledwie.
- O, kurwa! - jêknê ³a Lanni. - Spieprzamy?
- Nieeeee - potrzasn ³a g³owa Achaja. - Niby co ci fachowcy od d³ugich pik i tarcz moga nam tu zrobiæ? A póki tu jestesmy, jazda nie ruszy na nasz pu k.
- Podpala las!
- Eeeeeeee... Zanim siê porzadnie zajmie, mina ca³e lata. Tyle ¿e... Jesli ich dowódca jest madry i potrafi ryzykowaæ, to ustawi swoich ludzi w liniê i pod ich os³ona jazda ruszy na naszych. A nas wyt³uka w trzy modlitwy lekkie posi³ki. Jesli to kretyn z regulaminem zamiast umys³u, albo taki, co chce siê odznaczyæ, mordujac g³upie baby, to zrobi rozpoznanie bojem i uderzy na nas w lesie.
- O, bogowie! - jê knê³a Chloe. - Madry siê trafi³ !
Piechota ustawia³a siê w liniê, ró wnajac wielkie tarcze jedna do drugiej. Bezu¿yteczne piki po³o¿ono na trawie - wszak ¿adna wroga jazda im tu nie zagra¿a³a. A potem... Piechota wyjê³a miecze i ruszy³a do przodu.
- Kretyn! Kretyn! - wrzasnê³a Lanni. - Hurraaaaaaa! Idiota!
Achaja klêknê³a na ziemi.
- Dziêki wam, Bogowie, za to, ¿e nie wszyscy mê¿ czyzni sa inteligentni. Dziêki wam za ich mi³osæ w³asna. Dziêki za to, ¿e kochaja s³awê i ordery. Dziêki wam, Bogowie, za regulamin armii Luan, który pisaliscie pewnie sami dla pognê bienia naszych wrogó w. Dziêki stukrotne za to, ¿e zes³aliscie ciê¿ka piechotê do walki w lesie...
Kilkanascie dziewczyn uklêk³o równie¿. Szept wielu modlitw zla³ siê w jedno.
- Dobra, suki! - przerwa³a im Lanni. - Która mo¿e, niech siê drapie na najbli¿sze drzewo! Reszta w ty³, oslice!
Jej wzrok spotka³ siê na chwilê ze wzrokiem Achai. Dwie pary oczu smia³ y siê do siebie w okrutnej radosci. Dwie wilczyce wyszczerzy³y do siebie k³y. Bêdziemy szarpaæ! Bêdziemy piæ ich krew! Dziêki wam, Bogowie, ¿e choæ na chwilê u¿ yczacie nam swej mocy!
Piechota zbli¿a³a siê szybko do sciany lasu. Wlaz³a pomiêdzy pierwsze drzewa, grz znac w gêstych krzakach, przez któ re ciê¿ko by³o przeniesæ wielkie tarcze. Szereg rozerwa³ siê , zmiesza³, rozpadajac na ma³e grupki. Rozleg³y siê przekleñstwa, nawo³ ywania, rozkazy, potem okrzyki wsciek osci, kiedy doszli do zabitych kawalerzystów.
- Juuuuuuuuuuuuuuuu¿ !!! - ryknê³a Lanni.
Dziewczyny zeskakiwa y z drzew, chlastajac mieczami plecy piechociarzy. Te, które siê cofn ³y, naciera³y z furia, przeskakujac wykroty i krzaki. Co móg³ zrobiæ Luañczyk w pancerzu, z ciê¿ka tarcza? Wystarczy³o raz odbiæ mu miecz i rzuciæ siê na tarczê ca³ym ciê¿ arem swojego cia³a! I ju¿ by³ pod toba! Wychêdo¿yæ, od nadmiaru dzielacego dwa cia³ a metalu, siê nie da... Ale dziabnaæ mieczem? Proszê bardzo. Wybierz sobie miejsce. I wal gdzie chcesz. W co chcesz. Gdzie masz ochotê.
Dziewczyny po³o¿y³ y trzecia czêsæ oddzia³u, zanim tamci zorientowali siê w ogóle, ¿e gina. Potem zaczê³a wa¿ yæ ich przewaga liczebna. ¯o³nierze rzucali tarcze i siekli mieczami, ale... w co? Mieli na sobie pancerze (swietne na bezlesnej równinie), a dziewczyny tylko lekkie skórzane kurtki i krótkie sp dniczki. Odskoczyæ? Tylko g³ upia nie zda¿y. Miecze tej samej d³ ugosci (czyli kró tkie), choæ w obu przypadkach wyp³ywa o to z innych przyczyn. Piechota Luan walczy a z regu³y w szeregu, ramiê przy ramieniu. Gdyby mieli d³ugie miecze, to robiac zamach, jeden ¿o³ nierz móg³ sciaæ dwóch kolegów. Dla armii Arkach z kolei d³ugi miecz by³ zbêdnym ciê¿ arem - g³ówna broñ to kusza i dziryt. Szanse by³y wiêc r wne, tyle tylko, ¿ e... dziewczyny z Arkach by³y szkolone do walki w lesie. Luañczycy nie. U nich tylko go³e r wniny i pustynia. ¯o³nierze zaczêli siê cofaæ.
- Do ataku, dziwki jedne! - wrzeszcza³ a Lanni. - Do ataku, ladacznice!
Achaja wziê³a to do siebie i doskoczy a do dziesiêtnika, wywracajac go swoim ciê¿arem. Pchnê³a silnie, rozwalajac mu szyjê. Wsta³a, zanim umar³ , i skoczy³a znowu. Potknê³a siê na jakims korzeniu, upad³a, przewracajac w locie na plecy i parujac cios miecza. Shha dokoñczy³a luañskiego ¿o³ nierza, wbijajac mu nó¿ w gard³o.
- No i co, kole¿ anko? - sapnê³a. - Starosæ nie rados , no nie?
- Ty ma³po! - Achaja poderwa³a si jednym susem. - Jestes raptem mo¿ e o rok m³odsza, suko!
Runê³a na nastê pnego ¿o³nierza, wytraci³a mu miecz i w momencie kiedy ju¿, ju¿ mia³a go zabiæ, potknê³a siê znowu. Naprawdê nie potrafi³a walczyæ w lesie. Shha dokoñczy³a go, usmiechajac siê promiennie.
- Oczy nie te, szybkosæ nie ta... - mruknê³a.
- Ty zarazo jedna! - Achaja gramoli³a si z wykrotu, klnac wulgarnie.
- Spoko! Przespa³ abym siê z toba, Achajko, gdyby by³o choæ trochê czasu. Wiesz. Miêdzy nami, dziewczynami... S³ysza³as, co mó wia o babskiej armii? To prawda.
Jej radosny usmiech sprawi³, ¿e Achaja przypomnia³a sobie w jednej chwili wszystkie sztuczki, których uczy³ ja Hekke. Ale nie by³o ju¿ na kim ich zastosowa . Luañczycy, mo¿e w po³owie swojego poczatkowego stanu, wycofali siê na polanê.
- Staæ! Staæ! - rycza³a Lanni. - Do ty³u, krowy! Tam jazda na was czeka.
Dziewczyny cofnê³y siê w ostatniej chwili. Kawalerzysci ju¿ uspokajali konie.
- Jaki stan, oslice?
- Pizda jedna wie, jaki stan - wydysza³ a ta piegowata, któ ra uratowa³y na drodze, spocona, jakby wysz³a z ³ azni. - Policz se sama.
- Straty, kurwa, meldowaæ!!! - zawy³ a Lanni, ale nikt nie by³ w stanie jej odpowiedzieæ.
- Z dychê stracilismy - wzruszy³a ramionami Zarrakh, ale swoje obliczenia opiera³a wy³acznie na, nie odkrytym jeszcze, rachunku prawdopodobieñstwa. Wokó³ le¿a³o kilka dziewczyn, któ rym siê nie uda³o, ale oddzia³ zajmowa liniê d³uga na jakies piêæ dziesiat kroków, nie sposób by³o w krzakach objaæ jej wzrokiem.
- Plutooooooon! Szes kroków w ty³!
- Dlaczego, psiamaæ, akurat szesæ? - spyta³ ktos z ty³ u.
- Pewnie magiczna liczba - skomentowa³ ktos z boku.
- O, ¿esz wy - odezwa³a siê jakas zwolenniczka scis³ ego wykonywania rozkazów. - A jakby powiedzia³ a " jedenascie", te byscie siê czepia y.
- Mordy w kube³! - wrzasnê³a Achaja, popierajac szar¿ê. Shha przechodzi³a w pobli¿u, wiêc pokaza³a jej jêzyk. Ta jednak nie przejê ³a siê, równie¿ wysunê³a swój i obliza³a siê dwuznacznie, mrugajac do kole¿ anki. - W ty³, ma³py!
- A co to "ma³ pa"? - spyta³a któras, pewnie ze wsi.
- Ma³pa to ty! - krzyknê³a Lanni. - Starczy na ciebie spojrzeæ.
- Ja siê cofnê³am siedem kroków. Mo¿e byæ?
- Stul pysk, dupo!
Kawalerzysci na polanie nie zamierzali szar¿owa , nie znajac sytuacji, si³ wroga, ani terenu. Atak na oddzia³y Arkach przy faktorii uda³o siê jednak opózniæ. Piechota tymczasem zwiera³a szyki.
- No, teraz nas gnoje za³atwia - szepnê³a któras.
- Cicho! Zajmowaæ pozycje!
- Jakie pozycje, ma³ po zielona?
- Co to jest " ma³pa zielona" ? - wtraci³a swoje trzy grosze ¿adna wiedzy wiesniaczka.
- Ja zwariujê z tym oddzia³em! Za co mnie Bogowie pokarali tymi g³ upimi siksami?
Luañska piechota przegrupowa³a siê z podziwu godna sprawnoscia. ¯o³nierze odrzucili niepotrzebne tarcze, sformowali klin i ruszyli do ataku z powrotem na zarosla, gdzie przed chwila poniesli klêskê. Podziwu godna wytrwa osæ. Nie tak znowu d³ugo po opisywanych wydarzeniach oddzia³ , który straci³ trzydziesci procent stanu, wed³ug strategów uznany by zosta³ za oddzia³ "obezw³ adniony". A ci znowu szli do ataku z raptem po³ owa poczatkowego stanu. Po prostu nie znali wyników obliczeñ przysz³ych pokoleñ strategów.
- No, dziewczyny - mruknê³a Lanni - która tam wierzy w Bogów, armiê Arkach i nie ma akurat okresu... Stawaæ w linii!
- O, ¿eby ciê - szepnê³a któras z ty³u. - Wola³abym okrzyk: "Chodu!".
- Albo: " Spierniczajcie, któ ra mo¿e" - doda³a jakas ¿o³ nierz z boku. - Mo¿e jednak zmienisz zdanie, co?
- W dupê! - warknê a Lanni. - Staæ w szeregu!
- No, to... ¿egnajcie kole¿ anki! Oni teraz ju¿ wiedza, co ich czeka i jak se z tym radzi .
- Stul pysk!
- A sz³am se spokojnie do niewoli... Zaraza! No, co? Najwy¿ej wydupczy³ oby mnie kilku gosci, ³adna jestem, bym se poradzi³a. To mnie uwolni³y, psiekrwie! A teraz wrogowie zarezaja jak swiniê.
Lanni rozejrza³a si gwa³townie, ale zwolenniczka systemu niewolniczego wola³ a siê ukryæ za plecami kole¿anek. Strach przed w³ asnymi podoficerami musia³ byæ jednak silniejszy od strachu przed nadzorcami i stra¿ nikami cesarstwa Luan.
- Dobrze dotad... a¿ ci, kurwa, ³apy po³amia na wstê pie! - syknê³a ta, która doswiadczy³a ju¿ choæ przedsmaku niewoli. Nie mog³a niczego zrobiæ, ale sta³a z innymi w szeregu, zaciskajac zêby. Achaja klepnê³a ja w plecy.
- Masz racjê, siostro! Ja tam by³ am. Jak siê której wydaje, ¿e u nich da siê ¿yæ, to niech se brzuch rozetnie i zobaczy, jaka ³adna jest w srodku. Po prostu sliczna. Na pewno docenia.
- Zamknaæ ryje! - Lanni zagryza³a wargi do krwi. - Nie szczekaæ ju¿ !
Klin luañskiej piechoty, du¿o bardziej grozny ni¿ za pierwszym razem, dotar³ do skraju zarosli. ¯o³nierze przegrupowali siê, usi³ujac dublowaæ tych, którzy zajmowali kluczowe pozycje. Teraz jednak nie mieli ju¿ mia¿d¿ acej, podwójnej przewagi liczebnej. Wkroczyli miêdzy krzaki, tracac impet i równy krok.
- Teraz! - wrzasnê³ a Lanni. - Do ataku!!!
Dziewczyny ruszy³y do przodu. Luañczycy przewidzieli to jednak, zatrzymali siê i zwarli szyk. Szczêk metalu, ktos siê przewróci³, ktos krzycza³ ranny. Kobiety Arkach uderzy³y z impetem w pancerny taran, ale teraz nie by³o ju¿ tak ³atwo. Krzaki krzakami, ale Luañczycy nie byli w ruchu tak jak poprzednio. Zwyk³a szermierka, w której ¿o³ nierze w pancerzach powoli zdobywali przewagê.
Achai mignê³a Bei tu¿ obok. Z³apa³a ja za ko³ nierz kurtki.
- Wyjmij kuszê i strzelaj! - krzyknê a.
Kiedy tamta za³ adowa³a broñ, podsadzi³a ja na konar najbli¿szego drzewa.
- Ju¿!
Bei strzeli³a, zabijajac ¿o³ nierza. Nie mog³a nie trafi , dzieli³o ich mo¿ e dziesiêæ kroków. Achaja wskoczy³a na konar obok, wyrwa³a jej kuszê i naciagn ³a ciêciwê rê kami, opierajac kolb o brzuch.
- Masz, strzelaj! Bê dê ci ³adowaæ!
- Ty? - Bei, zaskoczona, zak³ada a be³t na le¿e. - Stary ¿o³nierz m odemu?
- Bo celujê jak ka¿ da kurwa z burdelu. Ale silna jestem.
Bei strzeli³a, zabijajac nastê pnego, i poda³a kuszê Achai. Ta naciagnê³a ja z lekkim stêkniê ciem.
- Masz.
Swist. Trzeci ¿o³nierz upad³, robiac wyrwê w szeregu. Chloe i Shha widzac, co siê dzieje, cofn ³y siê, wyjmujac swoje kusze. Achaja prze³adowa³ a po raz trzeci. Potem jeszcze raz.
- S³uchaj - Bei wytrzeszczy³a oczy - regulamin zabrania adowania o brzuch wiêcej ni¿ trzy razy! A i trzy tylko w wyjatkowych wypadkach.
- Bo jego twórcy nie rozbijali ska³ go³ymi rêkami przez parê lat. - Achaja poda³a jej naciagniêta broñ. - No ju¿, spokojnie.
Kolejny ¿o³nierz upad³ ze strza³a w szyi, Chloe i Shha r wnie¿ zaczê³y strzelaæ, choæ wolniej. Luañczycy widzac, ¿ e walka przed³u¿a siê i mo¿e byæ rozstrzygniêta na ich niekorzysæ, ruszyli do ataku. Tym razem powoli, precyzyjnie wybierajac miejsca, gdzie koncentrowali wiêksze grupy.
- Spieprzamy! - Achaja kopnê³a Bei, zrzucajac ja z drzewa. Sama zeskoczy³a lekko, podnios³a tamta za ko³nierz i pociagnê³a do ty³ u. Reszta dziewczyn ró wnie¿ zaczê³a siê cofaæ. Coraz szybciej.
- No, kurwa - Lanni po raz setny chyba tego dnia rozejrza³ a siê wokó³. - Bo zaraz to siê przerodzi w paniczna ucieczkê.
Shha zatrzyma³a siê , ³adujac kuszê z powrotem na plecy.
- Staæ, dupy! - wrzasnê³a. - Kontratak, swinie! - Zaczê³a ³apaæ uciekajace dziewczyny i zawraca , kopiac i klnac. - Inaczej do ojca i matki pójdzie list, ¿e was usiekli jak escie zwiewa³y! Kontratak!
Uda³o jej siê zgromadziæ wokó³ siebie kilka ¿o³ nierzy. Klnac, sama rzuci³a siê do przodu. Achaja skoczy³a za nia, parujac cios luañskiego piechociarza. Tu¿ za nia, o dziwo, by³a Bei. Wywija³a mieczem jak cepem, obsypujac ich uciêtymi ga³ azkami.
- Au! - wrzasnê³a Shha.
Achaja kopnê³a w kolano atakujacego ja ¿o³nierza, wytraci³a mu miecz i dziabnê³a od do³ u, b³yskawicznie zmieniajac kierunek ciosu.
- Dziêki! - Shha maca³a swój brzuch i wy¿ej. - Widzia³as, co chcia³ mi zrobiæ?
- Dobra, tylko kurtk ci rozcia³. - Achaja sparowa³a nastêpny cios i ostro ruszy³a do przodu. - Piersi masz ca³e.
Luañczycy zaczêli siê cofaæ. Dziewczyny skoczy³y na nich, odepchnê³ y kilkanascie krokó w, a¿ do miejsca, gdzie krzaki przed polana by³y rzadsze.
- Atak! Atak! - wy³ jakis podoficer. Musia³ byæ bardzo odwa¿nym cz³ owiekiem. Ruszy³ sam, znowu w gêstwinê, ciagnac za soba kolegów. Nowy impet wrogów stêpi³, a chwilê pózniej rozsypa³ kontratak dziewczyn. Shha doskoczy³a do podoficera, mimo ¿e by³ od niej wy¿szy o g³owê i sta³ na pewnym, równym miejscu. Achaja pod³o¿y³a jej nogê i przewró ci³a, ratujac przed uciêciem g³owy. Sama odbi³a jego miecz, chwyci³a kole¿ankê za ko³ nierz i pociagnê³a w ty³, bo zosta³y ju¿ same. Dopad³o ja kilku ¿ o³nierzy, ale Zarrakh, Mayfed i Bei osadzi³y ich, strzelajac z kusz.
- Zbieraæ siê, dupy! Staæ! - wrzeszcza³a z ty³u Lanni. - Kontratak! Kontratak!
- Kurwa, co za bezsensowna wojna! - Jakas dziewczyna, skulona pod drzewem, p³aka³a obejmujac g³owê rêkami.
Achaja, Shha, Zarrakh, Mayfed i Bei cofa³y siê pod naporem majacych przewagê liczebna Luañczyków. Na szczêscie Lanni uda³o siê zebraæ kilka dziewczyn i uderzy³a z boku, odcia¿ajac im skrzyd³o. Shha chwyci³a nagle le¿aca na ziemi gruba ga³az.
- No, to niech ojciec wie, ¿e ma fajna córkê! - Trzymajac ga³az w poprzek, rzuci³a si z rozpêdu na ¿o³ nierzy, przewracajac kilku z nich. Ju¿, ju¿ mieli ja zarabaæ, ale Achaja skoczy³a parujac ciosy, a Mayfed zdar a z siebie kurtkê i zarzuci³a na g³ owê tego, który atakowa³ z drugiej strony.
- Ty g³upia cipo! - wrzasnê³a, cudem unikajac ciosu swiszczacego miecza.
Shha, zdziwiona faktem, ¿e jeszcze yje, gramoli³a siê powoli, a Lanni wykorzysta³a szansê , jaka da³o jej zamieszanie w szeregu przeciwnika.
- Do przodu! Do przodu, suki! Atakowaæ!
Rozerwa³y ich szyk, z rozpêdu wypad³y na polanê wsród uciekajacych ¿o³ nierzy wrogiej piechoty.
- Bogowie! - Zarrakh upad³a na kolana. Paniczna ucieczka nielicznych Luañ czyków nie mog³a zdezorganizowaæ ich jazdy, która szykowa³a siê w³ asnie do krótkiej szar¿y, widzac wreszcie przeciwnika jak na d³oni. Z ty³u, daleko za nimi, w lesie rozleg y siê gwizdki luañ skiej lekkiej piechoty, która spieszy³a na ratunek kolegom.
Achaja spojrza³a w bok. Kilkanascie zziajanych dziewczyn sta³o na skraju polany. Z przodu jazda, z ty u swie¿a piechota.
- O mamo, jak ja siê strasznie bojê! - wyrwa³o siê któ rejs.
- No, dziewczyny, fajnie by³o.
- Kurde, bêda znowu gwa³ciæ, czy zabija od razu?
- Dobra. Zna któras jakas modlitwê, czy co?
- Móg³by mnie ktos zabiæ? - spyta³a ta z po³amanymi rê kami. - No szybciej, siostry, zaraz rusza!
Achaja zagryz³a wargi, Bei znowu becza³a, Chloe wyjê ³a (cwana suka) schowany pod kurtka ma³y buk³ak i uchlewa³a siê tak szybko, jak tylko mog³a, Mayfed mia³ a minê w stylu "a nie mówi³ am", Lanni sta³ a z otwartymi ustami. A potem...
Potem z ty³u rozleg y siê wrzaski i... najpiêkniejsze s³ owa, jakie s³ysza³ y w ¿yciu:
- Psiekrwie! Do przodu, suki! Pluton "A" drugiej kompanii, korkowaæ drogê! Pluton "B" na flankê, oslice! Batalioooon... Naprzód marsz!
- Drugi pu³k. - Lanni zamknê³a wreszcie usta. - Drugi pu³k, dziewczyny. Ca³y batalion na nas wali!
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa a!!! - zaczê³a wyæ Bei. - Chodzcie! Pomo¿ emy im!
- Siedz na dupie! - Achaja zgasi³a jej zapa³.
Za plecami jazdy sposród drzew wy³ oni³ siê inny batalion. Dziewczyny w idealnych liniach atakujace z dzirytami na sztorc. Luañska jazda sk³ê bi³a siê, a kiedy trzeci batalion wychyna³ zza drzew ocieniajacych przesiekê po ich lewej, zaczê³a siê wycofywaæ.
- Kurwa, kurwa, kurwa... Ale jaja! - Zarrakh potrzasa³a g³owa. - Niech mnie któras uszczypnie i powie g osno, ¿e ciagle ¿ yjê!
- ¯yjesz, Zarrakh - mruknê³a Mayfed.
Chloe oderwa³a na chwilê buk³ak od ust, ale zaraz zaczê ³a piæ znowu. Potem przewróci³a siê na plecy. Bei nie wytrzyma³a napiêcia i runê³a do lasu, skad dochodzi³y krzyki, kiedy batalion drugiego pu³ku wyka cza³ lekkie luañ skie posi³ki.
Nie musia³y d³ugo czekaæ. Za ich plecami dos³ ownie kilka modlitw pózniej pokaza³y siê pierwsze dziewczyny z dzirytami. Potem oficerska swita na koniach z pania pu³kownik i pania major na czele.
- Naprzód, do przecinki! Kapitanie, psiakrew, niech pani kompania zablokuje dostêp od lewej!
Pani major, która Achaja pozna³a wtedy przy pechowym moscie, gdzie przenosi³a os³a, podjecha³a do nich i zeskoczy³a z konia.
- To wyscie powstrzyma³y jazdê ?
- Nieeeee... to nie my... - Lanni z wra¿enia zapomnia³a o regulaminowym meldowaniu.
- Nie o to pytam. Czy dziêki wam jazda nie uderzy³a na naszych? Zreszta... - machnê³a rêka. - Kto tu dowodzi?
- Melduje siê sier¿ ant Lanni, pani major! - przypomnia³ a sobie formu³ê dziewczyna.
- Dlaczego twoi ¿o³ nierze sa... hm... tylko czêsciowo ubrani? - Wskaza³a na te stojace z ty³ u. Przy okazji spojrza³ a na naszywki kaprala u ¿o³nierz, która przedstawi³ a siê jako " sier¿ant", ale by³a doswiadczona i wiedzia³a, co mo¿e siê zdarzyæ w bitwie.
- Meldujê, ¿e moja dru¿yna odbi³a czterdziestu jeñcó w i sformowa³ysmy pluton!
- Klêknij przede mna, ma³a. - Major wyjê³a miecz.
Lanni uklêk³a pos³ usznie.
- Mianujê ciê chora¿ym... A, gówno! - Pani oficer nagle zmieni³ a zdanie. - Mianujê ciê porucznikiem armii Arkach! S³u¿ dzielnie!
- Tak jest!!! - Lanni zaszkli³y siê oczy.
- Wstañ, dziecko. M³oda jeszcze jestes, ale wiem, ¿ e sobie poradzisz. Dziêkujê ci. To by³a wspania³a akcja.
- Pani major - Lanni prze³knê³a slinê. - Kole¿anki pomog³ y.
- I to w³asnie cechuje dobrego oficera. Ludzie maja ci pomagaæ, a nie szkodziæ. Jesli dalej bê dziesz potrafi³a tak postêpowaæ, ¿ eby kole¿anki ci pomaga³y, to szybko zostaniesz kapitanem. Ile masz lat, dziecko?
- Siedemnascie, proszê pani!
- No to bêdziesz, byæ mo¿e, najm³ odszym kapitanem w naszej armii - rozesmia³a siê nagle. - A na pewno jestes najm³odszym porucznikiem, dziecko... O, przepraszam, za to " dziecko", pani porucznik.
- Tak jest!
- No. A które siê wyró¿ ni³y? - Pani major spojrza³a na dziewczyny wokó³.
- Wszystkie!
Rozesmia³a siê znowu.
- A które najbardziej?
Lanni zagryz³a wargi. Nie mog³a powstrzymaæ ³ez, które sp³ywa³y jej po policzkach.
- Mhm. Achaja i Shha? - Zabrzmia³o to jak pytanie. - Shha!
- S³ucham, pani major. - ¯o³nierz wyprê¿ y³a siê s³u¿ biscie.
- Ile masz lat?
- Te¿ siedemnascie, proszê pani!
- Achaja, a ty?
- Chyba osiemnascie, proszê pani, ale to nie jest za dok³ adne wyliczenie! - Dziewczyna, w przeciwieñstwie do kole¿anek, wiedzia³ a, ¿e w takiej sytuacji mo¿e sobie pozwoliæ na odstê pstwo od regulaminu. - Stara ze mnie baba i ona - wskaza³a palcem Shhê - ze mnie kpi z tego powodu - naskar¿y³ a.
Pani major pokiwa³a g³owa.
- Ach, to ty. - Musia³a równie¿ przypomnieæ sobie spotkanie przy moscie. Podesz³a bli¿ej i objê³a dziewczynê ramieniem. - Widzê, s³u¿ysz wiernie... naszemu wspólnemu krajowi.
- Dziêkujê, ¿e pani powiedzia³a "naszemu wspó lnemu", proszê pani.
Usmiechnê³y siê do siebie. Czas, niestety, wzywa³. Pani oficer wskoczy³ a na konia.
- Fajne masz dziewczyny, Lanni - powiedzia³a. - Mianuj jedna sier¿ antem, druga kapralem. Sama wiesz najlepiej, co której daæ. Potem zbierzcie swoich rannych i idzcie do wyschniê tego strumienia. Tam nasza jazda. Jakby kto szed³ za wami, to ich kawaleria rozsmaruje na drodze. Raptem z piêæset kroków was dzieli. Poruczniku...
- Tak jest!!!
- Wykonaæ.
- Rozkaz!
Uderzy³a konia piê tami i pogalopowa³a do swojego oddzia³u. Lanni siad³a na trawie i zaczê³a p akaæ. Chloe ocknê³a siê w³asnie z pijackiego snu i wyszepta³a:
- O, bogowie, jak mi dobrze. - Spojrza³a nieprzytomnie wokó³ . - Czemu p³aczesz, Lanni? Te¿ nie ¿ yjesz?
- P³aczê, bo mój tata bêdzie teraz najwa¿niejszy w miasteczku! - chlipn ³a. - Pewnie radnym zostanie, majac có rkê porucznika i dodatek dzier¿awny za mój stopieñ.
- Ty - przerwa³a jej Shha - mianuj nas szybko, zarazo! Ja te¿ chcê, ¿eby mój tato p³aka³, e taka fajna córci wychowa³, i ¿eby mia³ dodatek morgowy za mnie!
Lanni wytar³a nos r kawem. Nie bardzo wiedzia³ a, jak postapiæ.
- Ale... której co mam daæ?
- Jej daj sier¿anta - mruknê³a Achaja. - Nie róbmy posmiewiska z tej armii, ¿eby sier¿ ant mia³a taki tatua¿ na twarzy jak ja.
- Ty, przestañ wreszcie chrzaniæ o tym, co masz na twarzy! - krzyknê³ a Shha. - Jestes sliczna dupeczka, lalko. I nasza siostra!
Achaja usmiechnê³a siê i mrugnê³a do niej.
- Dobra... Ale ja nie potrzebuj dodatku, a twojemu staremu siê przyda. Jako ojciec sier¿ anta bêdzie mia³ wy¿szy.
- No, niby tak... Ale w mieczu jestes lepsza i to tak, ¿ e...
- A ty lepiej potrafisz zorganizowaæ ludzi. A poza tym podoba³o mi siê, jak runê³ as na tych pacanów z ga³êzia.
- Dobra. - Lanni wsta³a, cho z trudem. - Shha, mianujê ciê sier¿antem armii Arkach! Achaja, mianujê ciê kapralem!
- O, ¿esz ty... - Shha zagryz³a wargi, a potem skoczy³a do góry, jakby chcia³a z³ apaæ chmurê za ogon. - £aaaaaaaaaa!!! W tej mojej malutkiej wioseczce tato zostanie pewnie so³ tysem! Albo wójtem!
- S³usznie, s³ usznie - niespodziewanie popar³a decyzjê Mayfed. - Nie, ¿ebym mia³a cos przeciwko tobie - zwróci³a siê do Achai - ale sier¿ ant musi byæ wyjatkowo g³upi. Tradycja taka. Najlepiej g³upi jak but. I koniecznie ze wsi.
Rozesmia³a siê g³ osno, Zarrakh jej zawtórowa³a i uderzy³a ³okciem kole¿ankê w ¿ ebra.
- Tak, tak. Bo jak choæ do trzech umie zliczyæ ... To ju¿ genera³!
Obie zawy³y z okrutnej uciechy. Reszta dziewczyn wok ³ mo¿e mniej zna³ a Shhê, ale te, któ re zna³y, równie¿ chichota³y w najlepsze.
- Brawo! Hurrraaaa! Za wzór sier¿anta powinni ja wystawiæ ! I miarê z niej braæ dla innych - krzycza³y. - Achajka, swietnie to za³atwi³as! Ty pewnie do dziesiê ciu umiesz policzyæ, wiêc sier¿ant by³ by z ciebie jak z filozofa genera³!
- Co wy, kurde! - Shha zdenerwowa³a siê nagle. - W szeregu mi zaraz stawaæ! Ju¿ ja wam poka¿ê!
- Aaaaaaaaaaaaaaaa... - Zbiorowy ryk ostudzi³ trochê jej armijne zapêdy. Dziewczyny tarza³y siê, wyjac ze smiechu. - Widzisz? Widzisz? Tak trzeba. Ty se spójrz na Lanni! Porucznik teraz, a siê nie wymadrza!
- O, ¿esz wy dupy jedne! Zaraz... A gdzie Bei?
- Idê! - rozleg³o siê z lasu.
Wszystkie odwróci³ y g³owy. Ma³a Bei, szesnastolatka, tu¿ z poboru, przynios³ a okrwawiony miecz i odciêta g³owê jakiegos piechociarza. Rzuci³a obie rzeczy na ziemiê.
- Jak... - zawaha³a siê - jak to zrobi³am, to... strasznie wy³am - powiedzia³a cicho. - Wy³am i wy³am, mysla³am, ¿e gard³ o pêknie. Ale cos mi kaza³o. No, po prostu musia³ am krzyczeæ. - Otrzasnê³a siê nagle. - Dupa Bei melduje siê na rozkaz! - wypali³a.
Shha podesz³a do niej. Wokó³ zrobi³o siê cicho.
- Zapomnij o tej dupie. - Shha pokaza³a nagle, ¿e mo¿e nie jest jakos tam straszliwie madra, ale na pewno jest cz owiekiem. Usmiechnê³a siê nagle. - Jestes nasza kole¿ anka, teraz. Wilczyca, ¿o³ nierzu.
Poca³owa³a ja w okrwawione usta i wcale nie wydawa³o siê to nie na miejscu.

Rozdzia³ 6
M
eredith szed³ przed siebie, nie bardzo wiedzac, dokad zda¿ a. Co kilkaset kroków popija³ wino z buk³ aka kupionego w gospodzie. Kiedy napotka³ przydro¿na studniê, czerpa³ wodê i polewa³ sobie g³ow . Skwar by³ coraz wiê kszy, ale to nie on dokucza³ czarownikowi. Drgna³, kiedy zza pobliskiego, spalonego przez s³o ce drzewa wyszed³ m³ody ch³opak z tobo³kiem uwiazanym na kiju przerzuconym przez ramiê.
- Witajcie!
- Wiem ju¿, kim jestes - mrukna³ Meredith. - Jestes martwa istota nielogiczna.
Ch³opak rozesmia³ siê nagle. Rozstawi³ nogi, schyli³ siê tak, ¿ e g³owa wesz³a mu pomiêdzy kolana, a potem wygia³ krê gos³up jeszcze bardziej w dó³. Móg³by ju¿ patrze na swoje plecy, ale... on pochyla³ siê jeszcze bardziej i... i nagle... przekrêci³ siê jakos tak, ¿e choæ to by³o niemo¿liwe, jego g³owa znowu znalaz³a siê na szczycie pleców, patrzac wprost, jakby siê przenicowa³. Dalej wyglada³ jak normalny cz³owiek.
- E tam. - Machna³ rêka. - Jestem martwy. Jestem nielogiczny. Nie jestem jednak istota.
- Ja wiem... - usi³owa³ wtraciæ czarownik.
- Zlescie zapamiê tali. Ja jestem samym s³ owem. Jak ka¿de s³owo, jestem martwy, jestem nielogiczny, wszak s³owo samo w sobie logiki nie ma. Nie jestem jednak istota. Naprawdê nie jestem. - Usmiechna³ siê sympatycznie. - Taka ze mnie istota jak, nie przymierzajac, wasz but, do którego tak chêtnie mnie poró wnujecie.
- Jestes martwy, jestes nielogiczny - powtórzy³ jak echo czarownik. - Jestes te¿ niemoralny.
- Ano. Tak jak i wasz but. On te¿ moralnosci nie ma.
- Ja nie w tym sensie. To, ¿e jestes Z³y wiedzia³em prawie od poczatku. Chodzi mi o to, ¿e jestes niemoralnym wybrykiem natury, czyms, co nie ma prawa istnieæ.
Ch³opak skrzywi³ siê i tylko machna³ rêka.
- Parê s³ów powiedzieliscie i a¿ dwa b³êdy zrobiliscie. Kiepsko.
Czarownik wzruszy³ ramionami.
- Niby jakie?
- Ano, jako rzecz martwa nie mogê byæ Z³y, tak jako i wasz but na nodze. Po drugie, natura sama w sobie, razem ze wszystkimi swoimi wybrykami, te¿ nie mo¿e byæ niemoralna. A w³asciwie powiem inaczej. Ty, jako cz³owiek, nie jestes w stanie oceniæ " moralnosci" natury, poniewa¿ jako jej czêsæ nie masz ¿adnej skali porównawczej. Jaka chcesz miarê stosowaæ do natury? Ludzka? To¿ nie ludzie stworzyli naturê. A mo¿e chcesz krytykowaæ Bogów? A có¿ im mo¿esz przeciwstawiæ? Jaka masz skalê poró wnawcza dla boskich uczynków, znaszli innych Bogów, ¿eby zerknaæ: lepsi oni czy gorsi? Masz jakas hierarchiê wartosci, która mo¿ esz przeciwstawiæ boskiej? Nie. Poniewa¿ jestes czyms, co Bogowie stworzyli. Nie dla ciebie ich hierarchie i wartosci, nie dla ciebie ich skala zdarzeñ, ich ocena wypadków. Jestes jak mrówka rozdeptana sanda³em podró¿nika, która " posmiertnie" mysli: "To by³ dopiero gnój, zabi³ niewinne stworzenie, które przecie¿ nie zrobi³o mu nic z³ego, niczym mu nie zawini³o i by³ o przecie¿ dobre. To z³y cz³ owiek.". A co pomyslisz ty, jako cz³owiek, któ ry rozdepta³ mrówk ? Jestes naprawdê z³y? Nie. Ty jej w ogóle nie zauwa¿y³es. Nie chcia³es jej zabiæ, wiêc wedle twojej, ludzkiej, skali wartosci, nie jestes z³ym cz³ owiekiem. Nie spali³es specjalnie mrowiska tylko po to, ¿eby pokazaæ im swa w³ adzê. Zreszta, nie zrozumia³yby tego. Zabi³es parê czy parêset mrówek, bo nie wiedzia³es, ¿e sa pod twoim butem. I co z tego?
- W³asnie. Co z tego?
- Ano to, ¿e usi³ ujesz przypisywaæ Bogom ludzkie przekonania. Skrzywdzili ciê, wi c sa zli. Czy ty naprawdê uwa asz, ¿e Bogowie sa tak samo inteligentni jak ty? A mo¿e nawet, ¿e sa g³upsi? No tak... ty bys im dopiero pokaza³, jak urzadziæ swiat. A nie, to wzia³bys pa³ê i porozpêdza to ca³e boskie ta atajstwo na cztery wiatry. Skoro nie potrafili urzadziæ swiata bez cierpieñ, bez nienawisci, bez sukinsyñstwa.
- Ju¿ to kiedys mó wi³es.
- Owszem. Ale pamiêtaj. Bogowie byli o ca³e niebo bardziej inteligentni od ciebie. Od ka¿dego cz³ owieka na swiecie. To byli Bogowie, a nie ludzie.
- I ty mnie o tym przekonujesz? S³uga Z³a?
- Owszem. Jestes dla Bogów tym, czym mrówka dla ciebie. Czy potrafisz wyt³ umaczyæ mrówce, dlaczego ja zabi³ es? Nie. Tak jak i oni nie wyt³umacza tobie, dlaczego cierpisz. Nie wyt³umaczysz mr wce zasad gry w karty, a Bogowie nie wyt³umacza tobie, w jaka grê graja ze soba. Nie poznasz nigdy ani stawki, ani zasad, ani nawet w jaki sposób mo¿na kantowaæ. Poniewa¿... nie jestes Bogiem! Jako cz³owiek mo¿ esz jedynie u¿alaæ siê nad swym losem. Ale nigdy nie sadz, e oni, ¿e Bogowie, to zle urzadzili, ¿ e ty zrobi³bys to lepiej. To nie g³upcy oszukani przez Sepha. Oni byli miliardy razy bardziej madrzy ni¿ ty razem z ca³ a wiedza swojego swiata.
Meredith potrzasna³ g³owa. Znowu mia³ to samo wra¿enie... ¿e sni. Oto s³uga Z³a po raz kolejny przekonywa³ go, ¿e dobrzy Bogowie maja racjê! ¯e siê nie myla, ¿e nie sa g³ upi.
- S³uchaj - przystana³. - O co ci chodzi? Mo e bys mi to wreszcie wyjasni³, co?
- Ano... jak mówi³em. - Ch³opak usmiechna siê perfidnie. - Co powiesz o mró wce, która uzbrojona w potê¿ ny miecz zas³oni si przed twoim sanda³ em, która, walczac, uniknie smierci. Czy ona czyni zle? To¿ nie zagrozi ani tobie, ani twym braciom. Za ma³a na to. Ale jesli bêdzie walczyæ i nie zginie rozdeptana? Czy to jest z³e? Nawet jesli ona nie dysponuje ludzka skala wartosci i nie wie, ¿e ty nie chcia³bys jej zabiæ , ginie pod butem jeno przez przypadek.
- Nie ja stworzy³em mrówki. Nie mnie oceniaæ ich dokonania.
- S³usznie! - krzykna³ ch³opak.
- Dobrze. A jak to siê ma do Bogów? I regu³ gry, których nigdy nie poznam? Oni stworzyli i mnie, i mrówkê. Chcesz, ¿ebym ocenia³ mrówkê? Wedle jakich zasad, pytam.
- Oj, madrzyscie. Wiele ju¿ zrozumieliscie. - Ch³opak rozesmia³ siê i by³ naprawd sympatyczny. To by³a rzecz, to by³a u³uda, to by³ o nic. Ale... odzwierciedla³o mysli czegos znacznie bardziej inteligentnego ni¿ wszyscy ludzie znani Meredithowi. - Ani ludzkich, ani boskich, oczywiscie. Ale wed³ug waszego ludzkiego rozumu, boscie przecie¿ madrzejsi od mrówki, czy ona, broniac si przed wami, postê puje zle?
- Nie.
- W³asnie. A nie zna przecie¿ waszej gry ni regu³, ni wreszcie waszej ludzkiej kondycji, która pozwala na zadeptanie przypadkowe mrówki i nikt przez to piê tnem z³a obarczony nie zostanie. Gdyby jednak mrówka mia³a odpowiednio wielki miecz i potrafi³a nim w³ adaæ, a przy tym nie stanowi³a dla was zagro¿enia, to... Bylibyscie w stanie przyznaæ jej fundamentalne prawo do samoobrony przed zadeptaniem, co?
- Owszem. Jesli wy³o¿y w³ asne racje.
- W³asne racje? Mró wka??? I có¿ ona by rzek³a cz³ owiekowi? ¯e nie chce byæ zadeptana? To¿ to i bez niej wiecie. ¯adnych racji nie musi mrówka przedk³ adaæ, chce ¿yæ, to wiecie i bez niej. A nie przeszkadza wam ta wiedza w zadeptaniu stu mró wek na drodze. Nawet nie zerkniecie na dó³.
- I tak w³asnie Bogowie czynia z ludzmi?
- Nie, nie, nie, nie... Bogów w to, na razie, nie mieszajmy. Bo bysmy musieli zaczaæ mówiæ ich jêzykiem, którego nie zrozumiecie. Bo bysmy byli jak dwaj mêdrcy, co swa madrosæ chca przed³ o¿yæ mrówce. To siê nie uda. Nie zrozumiecie Bogó w, a ja jeno jestem w stanie wam pokazaæ tylko cieñ, tylko u³udna mg³ê ich przemysleñ. Zupe³nie tak, jakbym chcia³ oponowaæ siê za racja cz³owieka wobec mrówki. Tego siê nie da zrobiæ.
- A co siê da powiedzieæ?
- W³asciwie nic. ¯eby zrozumieæ, musielibyscie byæ Bogiem. - Ch³opak zafrasowa siê nagle. - Pokazywaliscie kiedys cienie na scianie?
- Co?
- No, wiecie... czasem ch³opcy zapalaja wieczorem swieczkê i sk³ adaja d³onie tak, ¿ eby na scianie ukaza y siê cienie a to yrafy, a to s³onia, a to królika. Robiliscie cos takiego?
- Owszem.
- Wiêc sami widzicie. Wy wiecie, ¿e to jeno cieñ d³oni. A co powie mrówka? To¿ ona zobaczy tylko cieñ ¿yrafy, s³onia i królika, jesli w ogóle zna te pojêcia. Tako i ja mogê wam rzec. Mogê powiedzieæ wszystko. Ale dla was to bê dzie cieñ na scianie. Nigdy nie zrozumiecie, ¿e to jeno z³o¿one d³ onie przy swieczce.
Meredith podziwia³ jego uczciwosæ. Bogowie mówili, ale nie wyjasniali. S³uga Z³a by³ uczciwy, wyjasnia³, przyznawa³, ¿e poka¿e jeno u³udê .
- Mów.
- Ano... Bogowie stworzyli ca y swiat. Bez nienawisci, jak ju¿ mówi³em. Bogowie chcieli dobra. Seph jednak by³ bardziej inteligentny. Mysla³ i wymysli³ Ziemców. Istoty, które mia³ y to samo da¿enie co Bogowie. Tyle ¿e... Ziemcy to zwierzêta. Niezwykle konsekwentne we wszystkim, co czynia. Bogowie chcieli, ¿ eby wszystko, co ¿ yje we wszechswiecie, da¿y³o do dobra. I Seph stworzy³ takie istoty! Ziemcy moga da¿yæ jednie do dobra. Ziemcy, konsekwentnie, z makabryczna zwierzê ca dok³adnoscia da¿ a do Dobra ostatecznego. I... okazali siê najgorszymi potworami, jakie widzia³ wszechswiat. Ziemców stworzy³em ja. Martwy przedmiot nielogiczny. Stworzy³em ich jako istoty doskona³e, nie znajac jednak ani ludzkich, ani boskich ograniczeñ. Zrobi³em to tak dok adnie, jak to tylko rzecz potrafi zrobiæ . Ka¿dy cz³owiek, ka¿dy Bóg zawaha³ by siê na moim miejscu. Ja nie! Ja jestem rzecza. Przedmiotem. Ja to doprowadzi³em do koñca. To sa monstra, któ re do jednego tylko moga da¿yæ: do dobra! Ale nie tak, jak Bogowie. Oni to zrobia naprawdê. Oni to zrobia do samego koñca, do samej zatraty, do zera, do ostatecznej zag³ady. Czym¿e bowiem jest dobro? Dobro to szcz scie wiekuiste. I oni do niego bêda da¿yæ. Konsekwentnie. Po trupach. Do koñca. Bez ¿adnych hamulcó w. Bez kompromisów.
- Wiem. To p³aczacy wojownicy. Wiecznie nieszczê sliwi zdobywcy.
- A tak. To sa wiecznie nieszczêsliwi, p³ aczacy zdobywcy... Taka w³asnie okaza³ a siê recepta Bogó w na istoty doskona³ e. To sa najstraszniejsze potwory, jakie swiat widzia³, to zwierzê ta obdarzone rozumem, to... to jest ostateczna zag³ada na polu ³ ez. To sa perfekcyjne w zabijaniu, ¿race wszystko, co popadnie, nawet samych siebie, anio³ y smierci, które nie cofna siê przed ¿adnym swiñstwem, byleby tylko dojsæ do swego celu: dobra ostatecznego. To sa Ziemcy. To sa agresorzy bez z³udzeñ, bez iluzji, bez k³ amstwa. Oni dobrze wiedza, ¿ e tylko ³zy, tylko cierpienie jest w stanie zbli¿yæ ich do ostatecznego idea u wymyslonego przez Bogów. Nigdy go nie osiagna. Ale... Oni zdaja sobie z tego sprawê. Oni wiedza, ¿e jedyne dobro, jakie osiagna, to smutek. To czarna rozpacz na polu bitwy us³anym trupami. Oni to zrobia porzadnie. Nie jak Bogowie. Oni to zrobia konsekwentnie. Tak jak tylko istoty doskona³e potrafia. Nie bojac siê w³ asnej zag³ady. Nie bojac siê zaprzeczenia wszystkim idea³om. Oni to zrobia do koñ ca, wykonaja swoja robotê a¿ do ostatecznosci. Oni bêda totalnie dobrzy, ale... - Ch³opak zachichota³ nagle. - Bogom naszym to by siê nie spodoba³o. Bo Bogowie, w swoim da¿eniu do dobra, byli niekonsekwentni. Ziemcy bêda konsekwentni! Do samego koñca.
- Powtarzasz w³ asciwie jedno i to samo. Przez ca³y czas.
- A tak. Pokazujê ci cieñ, ciagle ten sam. Ale ty wiesz, ¿e ten sam cieñ mo¿na uzyskaæ przez ró¿ ne u³o¿enie d³oni przy swieczce. Cieñ ten sam, ale konfiguracja d³oni za ka¿dym razem inna.
- Czego ty w³ asciwie chcesz?
- Hmmmm... Pamiêtacie zapewne, jak mówi³em, ¿e wasz swiat jest inny ni¿ wszystkie, ¿e to pu³apka zastawiona na Ziemcó w.
- Pamiêtam. - Czarownik skina³ g³owa.
- By³o tak. Bogowie dowiedzieli siê, ¿e stworzy³ em Ziemców i postanowili ten swiat urzadziæ inaczej ni¿ wszystkie, gdzie tylko dobro i harmonia. Cha, cha, cha... Wy macie magiê jak inne swiaty, ale nie jestescie dobrzy. Wasi cisi bracia zza gór maja technologi jak Ziemcy. Jak nadejdzie czas, oba swiaty siê po³ acza i razem stawicie czo³a Ziemcom. Macie ich zniszczyæ, by we wszechswiecie zapanowa³o dobro. Ale wasz swiat nawet po zwyciêstwie bê dzie z³y przecie¿. Bo... przegrani w tej wojnie straca swoje cia³a, wygrani straca swoje dusze. Wiêc wy te¿ zostaniecie zniszczeni, czego s³ usznie domysliliscie siê, siedzac dwa lata w ciemnicy Zakonu. Ten swiat to pu³ apka podwójna: na Ziemców, których zniszczycie wy, i na was. Wszystko zniknie. Katastrofa bêdzie nastêpowaæ za katastrofa, wszystko zniknie. Cha, cha, cha... najemnicy zrobia swoje i najemników mo¿na zabiæ.
- To okrutne.
- Nie oceniajcie Bog w! Nie sadzcie Bogó w wasza ludzka miara. Nie wam z nimi konwersowaæ. Bo to wyglada, jakby kot chcia³ delfiny pouczaæ, jak maja p ywaæ. Kot delfina niczego nie nauczy. Ale przerywacie mi i watek przez to porwany.
- Ju¿ nie bêdê - chcia³ zakpiæ Meredith, ale niezbyt mu wysz³o.
- Bogowie nie wiedzieli, gdzie lê gna siê Ziemcy. Nieskoñczona liczba mo¿liwosci. Zrobili wiêc pu³ apkê, ale... wiedzieli, ¿e ja tu jestem. Zniszczyæ mnie nie mo¿na. Jak zniszczyæ samo s³owo? Tego siê nie da zrobiæ. Ale nie byli tacy g³ upi, jak nam siê z Sephem wydawa³o. Byli wsciekle madrzy. Wynalezli takie obliczenie, które by³o niemo¿liwe. To by³ matematyczny cud! A oni dokonali tego. Seph wy³ w swoim wi zieniu! Wy³ z podziwu nad ich geniuszem! Oni odnalezli Ziemców w nieskoñczonej liczbie mo¿liwosci. Gdybys tylko móg³ pojaæ, co to jest nieskoñczonosæ, zrozumia³bys, jaki gigantyczny wysi³ek Bogowie podjêli... i wygrali. I odnalezli Ziemców. Z tym, ¿e wtedy ju¿ nie istnieli, ale...
- Jak to, odnalezli i nie istnieli zarazem?
- O, ¿esz! Cz³ owieku, to¿ t³ umaczê, ¿e to byli Bogowie, nie ludzie. Oni mogli nie istnie i cos robiæ jednoczesnie! Tego siê nie da wyt³ umaczyæ w twoim jê zyku. Spróbuj wyjasniæ zasady dzia³ania magii psu. Uda siê? Nie. Bo w psim jêzyku nie ma odpowiednich pojêæ. ¯adne hau, hau, hau- hau-hau i merdanie ogonem nie zbli¿y go do pojêcia magii, tak jak ciebie nic nie zbli¿y do pojê cia Bogów. Zrozum to wreszcie.
- No, dobrze. Mów.
- Bogowie znalezli Ziemców. Ale... poniewa¿ nie istnieli, nie mogli zrobiæ nic konkretnego. Mogli tylko mówiæ, tak jak ja. Mogli tylko pokazaæ obraz, dok³adnie taki, jaki widzia³ es, kiedy Bóg odwiedzi³ ciê w chacie wiesniaka. Starszy syn Najwy¿ szego Boga stworzy³ Ziemców. Seph by³ ju¿ uwiê ziony, milionletnia kara by³a mu ju¿ naznaczona. M³odszy syn Najwy¿ szego Boga postanowi zlikwidowaæ to zagro¿enie. Zszed³ pomiêdzy Ziemców i naucza³ o da¿eniu do dobra. - Ch³opak rozesmia³ siê chrapliwie. - Oni naprawdê niczego nie zrozumieli, mówiê o Bogach. To¿ Ziemcy tylko do Dobra da¿yæ moga. No, jednak... - zagryz³ wargi - cos tam uda³o mu si zdzia³aæ. Doprowadzi³ do upadku wspania³ej cywilizacji, sadzac naiwnie, ¿e prawie tysiac lat wieków ciemnych, wieków g³ upoty i oczadzenia, niszczenia nauki, wystarczy, ¿eby Ziemcy byli opó znieni wobec was w rozwoju. Myli³ siê. Na gruzach poprzedniej, na totalnym popielisku, na cmentarzu powsta³ a cywilizacja taka, e on sam pewnie by jej ogladaæ nawet nie chcia³. Powsta³a kultura wredna, zabójcza jak szlag, wytrenowana w podnoszeniu siê z ka¿dego upadku, znajaca ju¿ tylko kataklizmy i to okrutne da¿enie... No, niemniej odtad przesta³em uwa¿aæ Bogów za kogos, kto jest kompletnie bezwolny. Moim zadaniem jest us³anie Ziemcom drogi ró¿ami, a wam muszê rzucaæ k ody pod nogi. Ale jak to zrobiæ? Taki madry jak m³ odszy syn Najwy¿ szego Boga to ja nie jestem. Nie potrafiê samym gadaniem doprowadziæ do upadku waszej cywilizacji, ¿eby, jak tylko siê pojawia Ziemcy, napotkali tylko ciemne hordy ³atwe do spacyfikowania. Ale... mysla³em sobie, skoro nie mogê doprowadziæ do upadku, to przecie¿ mogê spowodowaæ cos zupe³nie przeciwnego. Mogê spowodowaæ wzrost waszej kultury.
- Jak to, wzrost? - achna³ siê czarownik. - To¿ twoi Ziemcy mieli upadek, a ty chcesz ich wrogom zafundowaæ wzrost?
- Bo widzisz, Ziemcy z upadku podniesli siê silniejsi ni¿ kiedykolwiek. Wy z nienaturalnym wzrostem nie poradzicie sobie, bo na to za wczesnie.
- Jestes brutalnie szczery, sadzê.
- Owszem. Mówiê szczerze o tym, na co ty i tak nie masz ¿adnego wp ywu. Nie przeszkodzisz mi w moich zamys³ach, wiêc tobie szczerze mówiê, jak jest. A ja po prostu szepta³em pewnemu cz³owiekowi do uszka, jak spa³, pewne idee, pewne rozwiazania. On, sniac, s³ucha³ mnie. Potrzebowa³em pañ stwa, które jest odciête od wszystkich, gdzie honoru nie ma ani tradycji. I znalaz³em takie. Królestwo Chorych Ludzi. I szepta³em do uszka po nocy pewnemu cz³owiekowi, jak siê odlewa mocna stal, jak siê robi ognisty proch. A on s³ucha³. On sni³. Za dnia eksperymentowa³. I stworzy³ broñ, o jakiej temu swiatu siê nie sni³o, pierwszy muszkiet. D³ugo potem, kiedy ju¿ oni umieli robi muszkiety, poszed³ em do jego najgorszego wroga, do najwiêkszego konkurenta i szepta³ em mu do uszka, co to jest karabin...
- Co to jest karabin? - spyta³ Meredith.
- Taka mordercza maszyna, której tu jeszcze nie powinno byæ. To jest takie straszne, metalowe bydlê, które sprawia, ¿e niemowl bez ma³a mo¿e zabiæ rycerza. Na to nie jestescie przygotowani. Ale i ja ryzykujê strasznie, to¿ nie upadek wam ziszczam, a wzrost. Ale... zobaczymy jeszcze, czyje bêdzie na wierzchu.
- A mnie jakie zadanie przeznaczy³ es? Jaka zbrodniê mam pope³niæ?
- No, co wy? To z was cz³owiek madry, który dobrze wie, ¿ e nic nie mogê mu zrobiæ. Ja mam was nak³ania do zbrodni? Nigdy! Nigdy w ¿yciu! To¿ cz³owiek inteligentny zbrodni nigdy nie pope³ni, jesli nie bêdzie przekonany o jej s³ usznosci. Ja wam ju¿ dawniej powiedzia³em. Ja nie s³ug szukam. Ja szukam tych, co siê ze mna zgodza. Zrozumieliscie intencje boskie, wtedy w ciemnicy Zakonu, to wam pomog em ta ciemnicê opusciæ. Tylko dlatego, ¿e bez przymusu, po dobrej woli ¿escie siê ze mna zgodzili.
- I teraz, sadzisz, e równie¿ siê z toba zgodzê?
- Owszem.
- Co mam zrobiæ?
Ch³opak zbli¿y³ siê i spojrza³ czarownikowi prosto w oczy.
- Chcê... ¿ebys wykona³ wolê twojego Boga - powiedzia³ cicho.
- Co? Co? Cooooo???
- Chcê, ¿ebys wykona³ wolê twojego Boga - powtó rzy³ ch³opak powa¿ nie. - Coscie tacy zaskoczeni? - Szybko powróci³ do poprzedniego, uni¿ onego tonu. - Do z³a was namawiam? Nie. Do dobra. Ja chcê tylko, ¿ ebyscie wype³nili wolê waszego dobrego Boga!
- Jak to? - Zaskoczony czarownik ledwie zdo³a³ wykrztusiæ te s³ owa.
- Ano tak. Wasz Bóg wys³a³ was z konkretnym zadaniem. Mieliscie siê zmierzyæ z czarownikiem Zakonu. I ja chcê, ¿ ebyscie to zrobili.
- Mam... mam siê znowu udaæ na wyspê Zakonu?
- O nie. Ja proponujê bardziej uczciwy uk³ ad. Spotkacie siê z nim na w³asnym terenie. Tym razem to wy bê dziecie mieli sojuszników i mo¿ nych protektorów.
- Ale w tym wszystkim bêdzie ukryty twój plan?
- Oczywiscie. Ale czy w tamtym rozkazie nie by³ ukryty boski plan? By³. A jaki? A taki, ¿ escie dwa lata w ciemnicy siedzieli, a uniknêliscie smierci tylko dziê ki mnie. Ale idzmy jeszcze dalej. Czy¿ boskie zamiary moga siê zmieniaæ z dnia na dzieñ? Nie. A ja chcê tylko, ¿ ebyscie wykonali rozkaz swojego Boga. Tylko tyle. Nic wiêcej. Nie musicie mordowaæ niemowlat w ko³ yskach, nie musicie donosiæ, nie musicie wdów po sobie zostawiaæ. Wykonajcie rozkaz samego Dobra!
Ch³opak zacza³ siê smiaæ. Chichota³, rechota³ , wy³ z okrutnej uciechy, widzac konfuzjê czarownika.
Meredith potrzasna³ g³owa, oszo³omiony. Nie móg³ tego zrozumieæ. Wys³annik Z³a przez ca³y czas przekonywa³ go, ¿e Bogowie maja racjê, ¿e nie urzadzili wszystkiego tak g³ upio, jak to siê tylko cz³owiekowi mo¿e zdawaæ, a na sam koniec chce, ¿ eby spe³niæ wolê Dobra. Nie móg³ tego zrozumieæ.
- Wiem, ¿e zaraz znikniesz i pojawisz siê dopiero, kiedy bêdziesz chcia³ - szepna³. - Czy mo¿esz mi odpowiedzieæ na jedno pytanie?
- Pewnie. - Ch³opak zarzuci³ swój kij z tobo³ kiem na ramiê. - Tylko pytaj szybko.
- Jak siê nazywa³ w m³odszy syn Najwy¿szego Boga?
- Nie znacie go. Jego imiê istnieje tylko w jêzyku Ziemców.
- A jak brzmi to imi w jêzyku Ziemcó w?
Ch³opak usmiechna³ siê nagle.
- Jezus.
Odwróci³ siê i ruszy³ polna droga przed siebie.
- A jak Ziemcy nazywaja Sepha? - zawo³a³ dra¿ony ciekawoscia czarownik. - Jak nazywaja starszego syna Najwy szego Boga?
- Nazywaja go Szatan - mrukna³ ch³opak i znikna³.

Rozdzia³ 7
K
apral, do mnie!
Wyrwana z drzemki pod drzewem dziewczyna stanê³a na bacznosæ.
- Kapral Achaja melduje siê na rozkaz!
Sier¿ant Shha by³a sama w namiocie. Teraz mru¿y³a oczy, patrzac na kole¿ ankê.
- Cos wam obieca³am wtedy w lesie... Pamiêtacie?
- Niby co? - Achaja dopiero teraz zrozumia³a, gdzie siê znajduje. St³umi³a ziewniê cie i rozluzni³a si wyraznie.
- No... Dobra, wydajê wam rozkaz, kapralu. Rozebraæ siê do go a, po³o¿yæ na moim sienniku i przykryæ kocem! Zaraz do was przyjdê .
- Ty, kurde. Cos ty?
- No, wskakuj! Obieca³am i... - Shha przymknê³a oczy. - I chcê - doda³a cicho, marszczac brwi. Potrzasnê³a g³owa i popatrzy³a na kole¿ankê spod oka. Raczej niesmia³o.
Achaja rozejrza³a siê wokó³. Nie by³o nikogo, kto móg³by jej daæ jakas radê. Potem zagryz³a wargi.
- No...
- No, co? Chcesz?
- Mmm... - Nie wiedzia³a, co powiedzieæ. Przypomnia³a sobie ma³ego ch³opca, z³ odzieja, którego spotka³a w Syrinx, przypomnia³a sobie swoja wies, w któ rej ¿y³a przez rok, przypomnia³a sobie prostytutkê w stolicy Luan, która kaza³a jej siê przytuliæ i p³akaæ , i... i by³o to jakies wyjscie. Powiedzia³a jakos tak miêkko: - Wiesz... Ja chyba te¿ potrzebujê trochê ciep³a.
Shha odwróci³a g³ owê.
- Rozbierz siê, a potem zamknij oczy, co?
Achaja, jakby zdziwiona tym, co robi, zdjê³a buty, kurtkê i opaskê, potem sciagnê³a sp dniczkê i ukry³a siê pod kocem.
- Ju¿ - szepnê³a, zamykajac oczy. Shha wsliznê³a siê pod koc w chwilê p zniej. Poca³owa³a ja delikatnie, potem jeszcze raz i objê³ a mocno.
- Nie bój siê, Achajka - tchnê³a jej w samo ucho. - Ja ju¿ to robi³ am z dziewczyna. Nie bój siê.
G³aska³a jej g³ow , plecy, odrzuci³a z twarzy splatane warkoczyki. Poca³owa³y siê raz jeszcze, tym razem Achaja te¿ poruszy³a wargami. Objê³a kole¿ankê ramionami, przytuli³ a siê.
- Tylko... delikatnie - powiedzia³a przez ³ zy, bo nagle tak strasznie zachcia³o jej siê p³akaæ. Tyle wspomnieñ, zapomnianych obrazó w stanê³o jej przed oczami. A tu nag³e ciep³o, jej kole¿anka, któ ra czu³a to samo, nie, jej... jej siostra, choæ nigdy naprawdê takiej nie mia³a - ... co?
- Mhm.  

Obozowa³y mo¿e o dzieñ drogi od pola bitwy. Ciagle jeszcze nap³ ywa³y mniej lub bardziej pokiereszowane oddzia³y. Ale one by³y pierwsze. Zajê³y pod namiot najlepsze miejsce w tworzonym obozie, przy lesie, w cieniu drzew, tu¿ przy niewielkim jeziorku z kryszta³owa, niesamowicie zimna woda. Pluton wcale nie by³ w tak z³ym stanie, jak siê spodziewa³ y. Ich dru¿yna straci³ a czterech ¿o³ nierzy, druga piêæ, trzecia nikogo, bo wycofa³a siê z pamiêtnego wzgórza z innym plutonem. Lanni, choæ teraz porucznik, wola³a byæ z nimi. Raz posz³a - w koñ cu siedemnastoletnia dziewczyna zaledwie - do oficerskiej kantyny i poobija³a siê biedna o wykszta³cone, obyte, pochodzace wy³ acznie z wielkich miast dwudziesto - i trzydziestolatki. Mia³a prawo (wed³ ug regulaminu nawet obowiazek, choæ niewielu oficerów scisle go przestrzega³o) przebywaæ jak najwi cej ze swoim plutonem. P³ywa³a teraz w jeziorze, nurkujac i prychajac jak kot.
Czêsciowe uzupe³ nienia, które im podes³ano w liczbie dwóch dziewczyn z obozu rekrutów, mia y pecha i natknê³ y siê w³asnie na nia.
- Hej ty! - krzyknê a jedna z nich, z w osami tak jasnymi, e zachodzi³o podejrzenie, i¿ jednym z rodziców musia³ byæ ktos z "Chorych Ludzi" zza Wielkiego Lasu. - Gdzie tu jakas szar¿a, ¿eby siê zameldowaæ, co?
- Ty... - Lanni zabrak³o tchu w piersiach na taka bezczelnosæ. - Jestem porucznikiem, oslico!
- E, nabija siê z nas - mruknê³a ni¿ sza.
Lanni wyskoczy³a na brzeg, rozbryzgujac wodê.
- Meldowaæ siê, suki!
Ta z jasnymi w³ osami wzruszy³a ramionami.
- To¿ jestes go³a jak niemowlê. Niby skad mam wiedzieæ, ¿es porucznik?
Lanni zatka³o. Potem jednak odzyska a g³os i by³ on du¿o silniejszy ni¿ poprzednio.
- Sier¿ancie!
Shha wyskoczy³a z namiotu.
- Zabij tych dwóch o³nierzy, bo inaczej ja im dopiero poka¿ê!
Shha szturchnê³a le¿aca pod drzewem Achajê.
- Kapralu, zajmijcie siê nimi!
Achaja podnios³a g³ owê.
- Bei! Bei, gdzie jestes, szlag jasny z toba!?
- But naprawiam. - Zza zas³ony namiotu ukaza³a siê g³owa dziewczyny. - Bo mi siê podeszwa odrywa.
- Wymusztruj te dwie i przeczo³gaj po ca ym obozie, bo mi si nie chce ruszyæ dupska!
- Dobra. - Bei wysz³a na zewnatrz, kulejac trochê z powodu jednej bosej stopy. - Meldowaæ siê, suki! - wrzasnê³a.
Obie, dosæ oszo³ omione scena, któ rej by³y swiadkami (w obozie rekrutów naprawdê nic takiego nie mog³oby mieæ miejsca) dosæ niemrawo przyjê³y postawê na bacznosæ .
- Melduje siê szeregowy Bonne plus jedna!
- Wróæ! - zawy³a Bei. - Jaki szeregowy? Dupa Bonne! I ta druga te¿ niech powie, ¿e dupa.
Jasnow³osa zaciê³ a siê wyraznie.
- Niby jakim prawem mnie obra¿a...
- Dyskutujesz z prze o¿onym?! - przerwa a jej Bei.
- Nie jestes moim prze³o¿onym.
- Mówiê w imieniu pani kapral, dupo!
Achaja otworzy³a jedno oko i machnê³ a rêka.
- Dyskutuje - ziewnê ³a. - Bierz ja.
- Dwadziescia przysiadów! Z rê kami do góry! Co? Co... kto ci pozwoli³ plecak zdjaæ, oslico?!! A ty? - Podesz³a do drugiej. - Melduj.
- Dupa Kaisha melduj...
- Co? - Bei o ma³o nie upad³a. - Cos powiedzia³a?
Tamta by³a o w³os od p³aczu.
- Powiedzia³am, ¿ e... dupa Kaisha, proszê pani. Ju¿ robiê przysiady.
- O, kurwa - wyrwa³ o siê Achai.
Zarrakh te¿ podnios a g³owê.
- No, co? Ma³o to dziewczyn ma takie same imiona?
Mayfed przytaknê³a skinieniem g³owy. Wola³a siê jednak nie wtracaæ. Shha z wnêtrza namiotu g³osno komentowa³a, dowodzac, ¿e w jej wsi a¿ trzy dziewczyny maja takie same imiona, ale nie pamiêta ju¿ jakie. Pewnie wszystko zmysli³a - jej wies by³a za ma³a na takie cuda. Lanni te¿ siê skrzywi³a.
- Pech - powiedzia³ a Bei. - Straszny pech, ¿e nam ja dali! Kurde! - Uderzy³a piêscia w d³oñ.
- Zamknij siê!
- Ma racjê - popar³ a ja Chloe. - Co oni w tej kancelarii? Nie wiedza, ¿e poprzednio te¿ Kaishê dostalismy? I ¿e zginê³a w pierwszym starciu?
- Pech - po chwili wahania doda³a Zarrakh. - Cos bêdzie nie tak.
- Wypchajcie siê! - krzyknê³a Shha z namiotu, ale ju¿ du o mniej pewnym tonem. - Mo¿e nic siê nie stanie.
- Dobra, kurde! - przerwa³a im Lanni. - Ale tê druga, któ ra powiedzia³a, ¿e jestem go³a jak niemowlê, dawaæ tu biegiem!
Kiedy dosæ przestraszona ju¿, jasnow³osa rekrut stanê³a przed pania porucznik, ta kaza³a jej siê rozebraæ i umyæ w jeziorze. Kiedy tamta wykona³ a rozkaz i przykucnê ³a, ledwie moczac r ce w wodzie, Lanni stanê³a na jej le¿ acym obok mundurze.
- Dosæ! - warknê³ a. - A teraz biegiem do intendenta po ³ój do butów! Marsz!
- Hej, hej - zmitygowa³a ja Achaja. - Ty chyba, jako porucznik, nie mo¿ esz wydaæ takiego rozkazu.
- Nie? Dobra, odwo³ ujê. - Lanni odwróci³a g³owê. - Shha, s³ysza³as?
- Zapierdalaj, m³ oda! - wrzasnê³a sier¿ant, nawet nie fatygujac siê, ¿ eby wyjsæ z namiotu. - Ale ju¿!
- Teraz w porzadku? - Lanni kucnê³a obok Achai, obserwujac, jak go³ a rekrut biegnie w poprzek obozu. - Jakby co do czego. Nikt jej wprost rozkazu nie wyda³, e ma biec go³a. - Zaczê³a siê wycieraæ czysta szmatka. - A ta druga niech skrobie naczynia! Do po³ysku!
Naczyñ nie by³o wiele, ale za to porzadnie zapaækane. Korzystajac z faktu, ¿e by³y tu pierwsze, zrabowa³y w pobliskiej wsi kilka kur, zanim reszta wojska nie ogo³oci³a cha³up doszczêtnie, zmuszajac ch³opów do wyprowadzki. Potem Shha, sama przecie¿ ze wsi, wi c doswiadczona, na³ owi³a w rzeczce sporo dosæ du¿ych ryb (nikt psichkrwi nie potrafi³ nazwaæ , choæ pada³y ró¿ ne propozycje, od nazw swojsko ch³ opskich, przez bardziej wyrafinowane, które miejskie dziewczyny zna³y z targu, po rekina nawet, któ rym rzuci³a Achaja). ¯adna nie mia³a pojêcia, co to za gatunek, ale smakowa y niezle. Po rybach i kurach ich przydzia³owe naczynia wyglada³y slicznie - nikt ich przecie¿ nie my³ pomiêdzy posi³kami, bo wszyscy wiedzieli, ¿e nied³ ugo przysla uzupe³ nienia.
- Co z Zinna? - spyta³a Chloe. - S³ysza³a która cos nowego?
- ¯y³a, jak ja ³ adowali na wóz. Medyk opatrzy³, jakies zio³a parzy³ .
- Eeeee... To i ja wiem od dawna.
- Nic jej nie bê dzie - wtraci³a siê Achaja. - Niczego nie jad³a, nachla³a siê wó dy przed walka, to i rana w brzuch niegrozna.
- Tak samo i medyk m wi³. Ale ze sto dni, albo i wiêcej, ma spokó j z wojskiem.
- No.
Rozleg³ siê tê tent konia. Rzecz dziwna w obozie, bo by³ rozkaz, ¿eby trawy nie rozjezdziæ, bo siê kurz bêdzie robi³ i z daleka wrogowie zobacza miejsce, gdzie stacjonuja. Zerwa³y siê, widzac galopujacego oficera, przestraszone tym, ¿ e teraz je scigna za to, ¿e wys³a³y do obozu go³ego ¿o³ nierza. Pani kapitan nie zamierza³a wdawaæ siê w drobiazgi, albo nawet nie wiedzia³a o sprawie. Koñ zatrzyma³ siê tu¿ przy dziewczynach.
- Poruczniku.
- Tak jest! - Szmata, która siê wyciera a, opad³a, kiedy Lanni stanê³a na bacznosæ.
- Hej, babo - Kapitan usmiechnê³ a siê przyjaznie. - Porucznik nie musi stawaæ na bacznosæ przed kapitanem w takiej sytuacji. Okryj siê wreszcie. No. S³uchaj, macie siê natychmiast stawiæ w sztabie. Pe³na gala.
- Co siê sta³o? - odwa¿y³a siê spytaæ Lanni.
W koñcu jako oficer mia³a prawo wiedzie .
- Bogowie - Kapitan tylko machnê³a rê ka. - Przyje¿d¿a strasznie wa¿ne poselstwo z Luan na rozmowy. I bêda go witaæ strasznie wysokie szyszki z naszego dowództwa. Us³ysza³am od pani pu³kownik, ¿e strasznie wysokie, a to znaczy, ¿e najwy sze. - Rozejrza³a siê wokó³ odruchowo. - Myslê, ¿e sama... - Wskaza³a palcem na niebo.
- No, wiesz kto.
- Bogowie! - Lanni domysli³a siê, kogo tamta mog³a mieæ na mysli, wskazujac na niebo. - Bogowie! I dopiero teraz siê dowiadujemy?
- Nie pêkaj, ma³a. Warunki bojowe, wiele siê wam wybaczy jakby co. Dla pewnosci jednak pos³a³am tu goñcó w z nowiutkimi mundurami i wyposa¿ eniem, zaraz bêda, to siê przebierzecie. - Znowu usmiech. - Teraz ju¿ wiesz, dlaczego zakazali nam tu konie sprowadzaæ. Niby kurz, he, he, szefowa wiedzia³a od razu, ¿e ktos wa ny przyjedzie, jesli wydano tak durnowaty rozkaz. A teraz najwa¿ niejsze. Dlaczego ci to w ogó le mówiê. ONA - znowu palec wskazujacy niebo - pewnie bêdzie chcia a porozmawiaæ z liniowymi ¿o³ nierzami w szeregu. A najm³odsza porucznik w armii to swietna okazja do pochwalenia jednostki. Wiêc nie spieprz tego, dziewczyno!
Lanni jêknê³a cicho. Kapitan wyjê³a spod kurtki zwitek papierów.
- Tu sa spisane pytania, które ONA najczêsciej zadaje. Pani pu³kownik napisa³a ci odpowiedzi. Kapralu! - Pani kapitan odwróci³a g³owê. - No, ta z tatua¿em na twarzy. Chodz tu.
- Tak jest! - Achaja doskoczy³a b³ yskawicznie i stanê a na bacznosæ.
- S³ysza³am, ¿e ty tu najbardziej uczona. Przeczytasz dok³ adnie ca³y tekst swojemu porucznikowi i pomo¿esz jej siê nauczyæ na pamiêæ. Zrozumia³as?
- Tak jest!
- To trzymaj kartki. Nie zgub ich! Tu¿ przed wyjsciem na honorowa wartê do pierwszego szeregu spalisz je wszystkie. A jak nie bêdziesz mog³a rozpaliæ ognia, bo nie bê dzie warunków, to je zjesz. Wszystko zrozumia³ as?
- Tak jest!
- He... Mieli racjê, ¿es uczona. No, no. Dobra, wracajac do ciebie, Lanni. Pluton ma byæ pe³ ny, ale wiesz, swie¿ ym uzupe³nieniom nie ufaj, lepiej zostaw te siksy w namiocie, bo jeszcze cos schrzania. Dostaniesz doswiadczone w musztrze dziewczyny z innych plutonów, wybra³am ju¿ same niskiego wzrostu.
- Dlaczego niskiego? - da³a siê zaskoczyæ Lanni.
- Och. ¯eby mog³y staæ z ty³u! A jak ONA zapyta o przebieg walki, tamte zaczna siê plataæ w zeznaniach i co wtedy? Honor pu³ku zszargany. Aha. Jeszcze jedno. Ta twój kapral ma staæ tu¿ przy tobie.
- ¯eby w razie czego mi podpowiedzieæ?
- No nie. Nie bêdzie szans, ¿ eby podpowiadaæ. Ma na twarzy ten tatua¿, wiêc mo¿e ONA o to zapyta. A najlepsze pytania to takie, które mo¿ na przewidzieæ. Tak, ¿e kapral spad a nam jak dar od Bogów. - Kapitan poda³a Achai kartkê. - To dla ciebie, wykuj na pamiêæ i recytuj z przekonaniem.
- Tak jest! A kartkê zjem osobiscie! - wrzasnê³a Achaja.
- No... Tys naprawdê madra. Dosæ ci raz powiedzieæ. - Kapitan spojrza³a na kaprala z g³ê bokim uznaniem. - Teraz sier¿ant.
- Tak jest! - wrzasn ³a Shha jeszcze g³ osniej, prê¿ac siê jakby po³knê³a kij.
- O! Postawna dziewczyna. Wypisz, wymaluj, klasyczny ¿o³nierz Arkach, tak jak siê go maluje na obrazach. Swietnie, damy ciê na strategiczna pozycjê przy drugiej dru¿ynie. Wiem, ¿es ze wsi, wiêc nie bêdê kaza³a niczego zapamiêtywaæ z kartki. Ale to nie szkodzi. Jak ciê zapyta, to masz stanaæ jak teraz i ryknaæ: "Tak jest! Z honorem, Wasza..." - Kapitan przerwa³a nagle, rozgladajac siê wokó³. - I tu wstawisz Jej tytu³. Zrozumia³as?
- Tak jest!
- Kapralu. Nauczycie ja te¿.
- Tak jest! - krzykn ³a Achaja.
- Dobra, Lanni, czasu ma³o. Nie zb³aznij siê. Jak nie bêdzie wiê kszej wsypy, to potem staniecie na warcie przy Jej namiocie. Ciê¿ka sprawa, wiem. Ale jak wam pójdzie dobrze... to pani pu³kownik nie po¿a³uje nagró d. No i trzymajcie siê .
Kapitan zawróci³a konia i ruszy³a z powrotem. Tym razem ju¿ bez pospiechu, ¿eby nie "rozjezdziæ " trawy.
Chloe z sykiem wypusci³a powietrze z p³uc.
- Mówi³am, ¿e ta nowa przyniesie pecha - westchnê³a. - Po naszym wystê pie, który tam zrobimy... Mamy rok w karnej kompanii zapewniony.
- N... n... Nie kracz. - Lanni jednak ró wnie¿ by³a przestraszona. - Daj mi mundur.
- Nie ubieraj siê w stare. Zaraz przyniosa nowe ciuchy.
- "Pytanie: ¯o nierzu. Ciê¿ko by³o, co?" - odczytywa³a Achaja z kartki. - "Odpowiedz: Ciê¿ko - tu wstawi pe³ny tytu³ pytajacego - ale dzi ki naszym dowódcom przetrwalismy i mo¿ emy zameldowaæ o zwyciêstwie!" - Podnios³a oczy znad kartki i popatrzy³a bezmyslnie na Lanni. - Jak to? Przecie¿ przegra³ysmy.
- Ja tego w ¿yciu nie zapamiêtam. Bogowie, ile tego tam jest?
- Pfffffffff - zaszelesci³a kartkami - jakies sto pytañ i odpowiedzi.
- To ju¿ po mnie. Karna kompania, tak?
- Ty siê ucz szybko, ¿ebym zda¿y³a rozpaliæ ogieñ - j knê³a Achaja. - Nie zjem przecie¿ tych wszystkich kartek!
Shha zadziwi³a ich wszystkich.
- Spal wszystko od razu i siê nie przejmujcie.
- Co?
- Ja ju¿ to widzia³ am w garnizonie May Lee. By³am wtedy tu¿ po okresie rekruckim i przyjecha³ zagraniczny ksia¿ê Sirius ze swita. Te¿ dali porucznikowi kartki, i innym. I wszystkie czegos tam siê uczy³y. Na blachê, czasu by o du¿o jak szlag, bo pan ksia¿ê ju¿ z kraju wyje¿d¿a³ i dok³adnie wiedzieli, kiedy bê dzie wizytowa³. Przez trzy dni ca³y pu³k ku³, a¿ stuka³o. A ksia¿ê, jak go ju¿ wyprowadzili przed szereg, usmiechna³ siê do pierwszej lepszej, powiedzia³: " Sie masz, stara, fajna z ciebie dziewczyna" i poszed³. Zreszta nie wiem, co dok³adnie powiedzia , ró¿ne legendy o tym kra¿y³y, a ja sta³am za daleko, ¿ eby s³yszeæ. I ca³e to kucie by³ o na nic! O!
Lanni spojrza³a na nia nieprzytomnie.
- Dziêki choæ za pocieszenie. Ciê¿ko jest w karnej kompanii?
Nikt nie zda¿y³ odpowiedzieæ, bo go cy przynios³y nowe mundury. Ca³a masê. Mog³y wybieraæ, dopasowywaæ, guzdra siê. Po d³u¿szym czasie wyglada³y jak reprezentacyjna gwardia przyboczna. Nowe kurtki i spó dniczki by³y z jakiegos dziwnego gatunku skóry. B³yszcza³y i lsni³ y w s³oñcu, jakby pokryte cieniutkim lodem. Buty ktos wyglansowa tak, ¿e mo¿na by o zobaczyæ odbicie w³asnej twarzy, jesli tylko ktos by³ w stanie podniesæ nogê do g³owy. Zrobiono je równie¿ z jakiegos innego gatunku skóry, któ ry nie marszczy³ si w ogóle w miejscach zgiêæ - za to ka¿da para by a makabrycznie niewygodna. Z trudem mo¿na by³ o zrobiæ w nich kilka kroków i mimo wspania³ych, ró wnie¿ lsniacych skarpet (chyba od wplecionej w we³nê z³otej nitki - nie by³y sobie w stanie wyobraziæ niczego innego) mia³o siê ju¿ otarte stopy. W nowych, poskrzypujacych z lekka mundurach ró¿ ni³y siê od reszty wojska jak rasowy wierzchowiec ró¿ni siê od ich kucykó w. Odznaki pu³ku, przypiête do kurtek, z ca³a pewnoscia by³y poz³acane, gwiazdki, kanty i belki, które dodatkowo przypiê³ y do rêkawów Lanni, Shha i Achaja, mog³ y byæ z czystego z³ ota. Pasy natomiast, nowiuteñka broñ, miecze, no¿e, kusze i dziryty, to by³ ju¿ czysty smiech. ¯aden z tych elementów oporzadzenia nie mó g³ s³u¿yæ do walki - by³y dziwnie lekkie, sliczne i kompletnie nieprzydatne. Ale najlepszy numer to plecaki. Tam, gdzie w normalnym armijnym modelu zastosowano podwójne p³ótno (zwane "¿ aglowym", choæ nie wiadomo skad ta nazwa, bo Arkach nie mia³o dostêpu ani do morza, ani do wielkich jezior, ani nawet sp³awnych rzek) w ich egzemplarzach zastapiono cieniutkim... aksamitem! Zamiast skórzanych wykoñ czeñ zastosowano metalowe okucia, a ca³osæ wzmocniono nie zwyk³ymi sznurkami ale... jedwabnymi wsta¿ kami!
- Kurde! - Zarrakh wciera³a w g³owê przyniesiona przez goñców ³adnie pachnaca substancjê, od której nawet w³ osy zaczyna³y b³ yszczeæ i lsniæ. - Ale pózniej, po ceremonii... Nie ka¿a nam w tym wszystkim chodziæ, prawda?
- W karnej kompani? - mruknê³a Lanni. - Na pewno nie.
- No - mruknê³a Chloe. - W karnej to siê chyba nosi stare worki.
- Gadanie - w³aczy³ a siê Mayfed, nak³ adajac jednoczesnie jakas dziwna masæ na twarz. - Jak bêda chcieli nas ukaraæ, wystarczy, ¿e ka¿a nam dalej nosiæ te buty. Przecie¿ w nich siê nie da kroku zrobiæ .
- O¿, kurde - Shha podejrzliwie wacha³ a p³yn, którym mia a siê skropiæ - tak nam siê kazali wyszykowaæ, ¿e teraz ju¿ nic, tylko pod czerwona latarniê, pieniadze zarabiaæ. Dobrze, ¿e nie dali nam kiecek z koronkami.
- Ale przepaskê z koronkami masz pod kurtka.
- Przynajmniej nie widaæ. Zreszta... Czy ONA bêdzie mi zagladaæ pod kurtkê ?
- Ciszej! - zgasi³a ja Lanni. - I chodzmy ju¿, ¿ eby choæ nie za du¿ o kole¿anek z innych oddzia³ów nas zobaczy³o! Bê da siê smiaæ przez rok.
Reszta dziewczyn z ich plutonu ubra³a siê równie szykownie, z równym tak¿e zaciskaniem z bów. Lipne "uzupe³ nienia" z innych kompanii (rzeczywiscie powybierane starannie, same niskie dziewczyny) przysz³y ju¿ wystrojone. Ciê¿ka, z³owroga cisza zawis³a w powietrzu. Wystarczy³by byle impuls, ¿eby dziewczyny skoczy³y sobie nawzajem do oczu. Na szczêscie Lanni, mimo braku doswiadczenia, nie by³a wcale z³ym oficerem.
- Shha! Rób zbiórk i poustawiaj je jakos! - krzyknê³a. - Potem przeglad umundurowania, ma³ py! Achaja, poupychaj... te, no... "prawdziwe uzupe³nienia" do namiotu i wyt³ umacz im, ¿e jak kt ra osmieli siê cho by wyjrzeæ, to mnie nawet ich wnuki popamiêtaja!
Krzyki, bieganina i przeglad zapobieg³y wybuchowi. Achaja spali³a wszystkie kartki, nie czytajac. Jak tajemnica, to tajemnica! Badzmy w koñcu powa¿ni. Teraz nawet na torturach mog³a zeznaæ, ¿e nie wie, co tam by³o napisane. Shha walnê³a haust jakiejs gorza³y, wyciagniêtej Bogowie wiedza skad, i ¿u³a cos, ¿eby pozbyæ siê zapachu z ust. Bogowie Bogami, Achaja szybko wyczai a, gdzie ukryty jest buk³ak i strzeli³a dwa wielkie ³yki. Pi³aby pewnie dalej, ale Lanni zabra³a jej naczynie, zrobi³ a ruch, jakby chcia³ a wylaæ zawartosæ, ale cos w niej pêk³ o i wla³a resztê we w³asne gard³o. Potem obie poprosi³ y Shhê o to cos, co zabija zapach. O ma³o siê nie wyrzyga³y, kiedy ta powiedzia³a im, ¿e pi³y ka³ówkê - w dkê pêdzona z koñ skiego nawozu. Podobno rarytas w ma ej wioseczce, skad pochodzi³a sier¿ ant.
Na miêkkich nogach poprowadzi³y oddzia do sztabu. Wszystkie, dos³ ownie wszystkie trzydziesci trzy dziewczyny z plutonu mia³y ju¿ otarte stopy! Ale za to wszystkie te¿ b³ yszcza³y tak, ¿e wróg, aby nie oslepnaæ od nadmiaru swiat³a, m g³by je atakowaæ wy³acznie w nocy.
- Porucznik Lanni melduje pluton " C" pierwszej kompanii batalionu Zulu w trzecim pu³ ku pierwszej dywizji górskiej!
Pani major, skrzywiona, jakby zjad³a kilka cytryn, wymamrota³a:
- Ju¿ jada... Jedni i drudzy. - Zme³³a przekleñ stwo. - Znaczy ONA i wrogie poselstwo. Jak do¿yjemy nocy, znak, ¿e Bogowie maja nas w swojej szczególnej opiece.
Z ty³u, za ich plecami, rozleg³y siê krzyki i tupot nóg. Resztê wojska ustawiano na placu, ale z dala, w bezpiecznej odleg³ osci. Trzydziesci trzy dziewczyny z plutonu "C" zazdrosci³y im tego jak niczego w ¿ yciu.
Pani pu³kownik osobiscie wysz³a z namiotu i z miejsca zaserwowa³a im nowy przeglad umundurowania. Potem podesz³a do Lanni.
- Dziecko, wiem, ¿e masz tylko siedemnascie lat. Ale zrób co w ludzkiej mocy, albo i du¿o wiêcej, ¿ eby ratowaæ honor dywizji.
Nie mo¿na by³o bardziej dobiæ porucznik. Stojaca obok Achaja marzy³a o kolejnym yku wódy. Nawet ka³ówki! Shha zamieni³a siê w ska³ê, zdaje siê , ¿e przesta³a nawet oddychaæ. Potem z namiotu wysz a ksiê¿niczka, prawdziwy, choæ " nieoperacyjny" dowódca dywizji. Ta by³a zdecydowanie mniej przestraszona od reszty oficerów. Choæ nazwaæ ja pewna siebie by³oby du¿a przesada. No, ale... by³a m³oda, tak jak jej ¿o³nierze, poza tym obyta na dworze, no i... mia³a raczej nieograniczony dostê p do gorza³ki, co widaæ by³o po lekko zygzakowatym kroku.
- Jada! - gruchnê³ o nagle skads z boku.
- Ca³osæ: bacznosæ - zakomenderowa³a szeptem pani pu³ kownik.
- Bacznosæ! Bacznos ! Bacznosæ!!! - ¯ adna z oficerów ni¿ szych rang nie mówi a ju¿ szeptem. Ryk jednak ucich³ szybko. Niezbyt szeroka lesna droga zbli¿a³ siê orszak poprzedzony kompania najlepszej jazdy. Lanni zwinê³a siê w sobie. Achaja zamknê³a oczy. Ktos obok westchna³, jakby mia³ zamiar zemdleæ. Na placu zapad³a taka cisza, ¿e s³ ychaæ by³o r¿enie dywizyjnych kuców, ukrytych g³êboko w lesie, z dala od obozu. Potem szybko zag³ uszy³ je têtent gwardyjskich koni.
- No to po nas, dziewczyny - mruknê a Lanni.
- No - potwierdzi³a któras z tych niskich z ty³u, do³ aczonych do plutonu w ostatniej chwili. - Piszta testamenty, baby.
- Ty siê zamknij, Sharkhe! - warknê³ a Shha. - Ty se lepiej pomysl, ile razy zda ê daæ ci w mordê, zanim mnie wezma do karnej kompanii! Ma³ a jestes. Mi nie strzymasz!
- Siê zobaczy! Tobie, psiamaæ, ty³ ek zmiêknie, jak si dowiesz, ¿e w tych nowych butach masz isæ do ataku.
- Mordy w kube³! - syknê³a Lanni. - Ale mi siê wojsko trafi³o!
- Niby co chcesz od tego wojska? - mrukn ³a Achaja.
- Kurza twarz! To takie wojsko, gdzie mi siê mój sier¿ ant gzi z moim kapralem w jednym ³ ¿ku!
- Niby jak mog³ ybysmy to robiæ, bê dac w dwóch ³ó¿ kach? - da³a siê z apaæ Shha.
- Eeee... Lanni - Achaja by³a bardziej sprytna - masz ochotê siê przy³aczyæ, to powiedz, a nie chrza o jakichs ³ó¿ kach, których od lat nie widzia³am. A tak w ogóle to fajna jestes pupcia, wiêc starczy, ¿e mrugniesz.
W tylnym szeregu ktos zachichota³.
- A mnie wezmiecie, dziewczyny? - rozleg o siê z ty³u. - No, trochê jestem niewysoka, ale ca³ kiem, ca³kiem.
- Mordy w kube³!!! - Lanni zdenerwowa³a siê naprawdê.
Orszak zatrzymywa³ siê w³asnie przed namiotem sztabu. Gwardzistki wyrówna y szereg, ale ¿ adna z nich nie zsiad³a z konia. Wozy podjecha³y trochê bli¿ej. Stanê³y ró wnoczesnie, jak na komendê. Achaja poczu³a, jak dziewczyny wokó³ biora g³êbszy oddech. Jakas porucznik z gwardyjskimi odznakami rzuci³a siê z podrêcznymi schodkami. A potem... Ukaza³a siê ONA. Królowa Arkach we w asnej osobie. Pani pu³kownik zamieni³a siê w s³ up soli, ksiê¿ niczka wytrzezwia³a momentalnie, przesta a siê chwiaæ na nogach i zasalutowa³ a dziarsko. Reszta wy¿szych oficerów zaczê³a udawaæ, ¿e ich nie ma. Po prostu kilkanascie kobiet znik³o nagle z pola widzenia. Choæ przecie¿ ¿ adnego czarownika nie by³o w pobli¿u. Musia³y wiêc znajdowaæ siê tam nadal... ale gdzie?
Królowa nie by³a stara. W swojej dosæ skromnej sukni zesz³ a po schodkach na trawê, usmiechnê³ a siê do pani pu³ kownik, o ma³o nie wywo³ujac u niej apopleksji. Gwardzistki zsiada³ y w³asnie z koni, wiêc dziewczyny nie us³ysza³y s³ów powitania. Krótki raport, prezentacja i obie ruszy³y w stronê plutonu w reprezentacyjnych strojach.
Królowa zatrzyma³a siê przed Lanni. Biedna dziewczyna. Gdyby mog³a, najchê tniej zamieni³aby siê w ska³ê.
- To ty powstrzyma³ as atak kawalerii na nasz okra¿ony pu³ k? - spyta³a Kró lowa, usmiechajac si lekko. - Dziêkujê ci, dziecko.
Nachyli³a siê nagle i poca³owa³a Lanni w policzek. Wiêkszej kary nie mo¿na by³o wymysli dla porucznik. Sko³owana dziewczyna nie mia³ a pojêcia, czy powinna wyrwaæ siê z objêæ i stanaæ na "jeszcze bardziej bacznosæ ", czyli pozrywaæ sobie wszystkie miêsnie i sciêgna, czy te¿, o Bogowie... o tym lepiej nie mysleæ... oddaæ poca³unek. Królowa na szczê scie odsunê³a siê trochê, dziewczyna dokona³a cudu i wyprê¿y³a siê jeszcze bardziej (o w³os przynajmniej) i ryknê³a:
- Porucznik Lanni melduje pluton " C" pierwszej kompanii batalionu Zulu w trzecim pu³ ku pierwszej dywizji górskiej, proszê pani!
Dowództwu dywizji opad³y rêce. Powiedzieæ per "proszê pani" do samej Królowej! Pu³ kownik wyglada³a tak, jakby cos stanê ³o jej w gardle. Reszta oficerów zniknê³a w jeszcze wiêkszym stopniu. W³asciwie one wszystkie wydawa³y siê przezroczyste jak najcieñsza tkanina z dalekiego Garenmich. Królowa usmiechnê³ a siê lekko, kiwajac do Lanni rê ka. Podesz³a do Achai, a tej (choæ wprawionej za m³odu na dworze) wyda³o siê nagle, ¿e to mistrz Anai podchodzi.
- Córko...
- Tak jest! Wasza Wysokosæ!
Pani pu³kownik zza pleców Dostojnego Goscia spojrza³a na kaprala z nowa nadzieja.
- Co masz na twarzy?
- By³am luañska ku... niewolnica, Wasza Wysokosæ!
Na to niedokoñczone s³owo dostojnicy za plecami zmartwieli, potem jednak odetchn li lekko.
- I uciek³as? Dos³ u¿y³as siê u nas rangi kaprala?
- Tak jest, Wasza Wysokosæ! Bo w Kró lestwie Arkach jest wolnosæ, Wasza Wysokosæ! Ja bardzo kocham ten kraj, Wasza Wysokosæ!
- A¿ tak, ¿e chcesz siê za niego biæ?
Achaja usmiechnê³a siê szeroko, choæ by³o to wbrew regulaminowi. Ale by³a doswiadczona, wiedzia³a, na co mo e sobie pozwoliæ.
- Arkach jest fajne! Wasza Wysokosæ! Trzeba go broniæ przed wrogami, trzeba im pokazaæ, e za to wszystko, co tu jest... warto! Wasza Wysokos !
Oficerowie z ty³u zmarnieli nagle, majac ju¿ przed oczami utratê stopni. Co za karygodna poufa³osæ! Nie znali jednak tak dobrze jak Achaja wielkich w³adców. Nie bywali na dworze.
Królowa usmiechnê³ a siê nagle.
- "Fajnych" masz ¿o³nierzy, Lanni - rzuci³a. - Chcia³abym, ¿eby moja córka by³a taka. ¯eby walczy³a bo... warto.
Pani pu³kownik jakby uros³a, wzdychajac z ulga. Oficerowie, " znikniêci" uprzednio, teraz pojawili siê nagle w magiczny sposób, ka¿dy na swoim miejscu. Królowa ruszy³a wzd³u¿ szeregu i zatrzyma³a siê, dok³adnie tak jak przewidzia³o dowó dztwo (jednak znali siê na strategii! I to ca³kiem niezle!) przy drugiej dru¿ ynie.
- Sier¿ancie...
- Melduje siê sier¿ ant Shha!!! - ryknê a dziewczyna tak g³ osno, ¿e mo¿na by³ o mieæ obawy, czy Królowa zachowa jeszcze zdolnosæ s³ yszenia czegokolwiek. - Pluton " C" pierwszej kompanii batalionu Zulu w trzecim pu³ ku pierwszej dywizji górskiej, Wasza Wysokosæ!!!
- Ile masz lat, dziecko?
- Siedemnascie, proszê pani - Shha zach³ysnê³a siê nagle. - Bogowie! Wasza Wysokosæ, znaczy! Ojej... - wyrwa³o siê sko³ owanej dziewczynie. - Ale narobi³am.
Królowa rozesmia³a siê.
- Jestes tym, czym powinni byæ ¿o³ nierze Królestwa Arkach.
- Ja, przepraszam! Ja jestem ze wsi, Wasza Wysokosæ!
Królowa rozesmia³a siê znowu.
- Jestes swietna ¿o nierz, sier¿ancie! Daliby Bogowie wiê cej takich. Choæby i ze wsi.
Królowa ruszy³a dalej, a za nia zupe nie ju¿ sko³owane dowództwo. Przeglad plutonu odby³ siê szybko. Reszta wojska trwa³ a w bezruchu z zamkniêtymi oczami, modlac siê, ¿eby do nich nie doszed³ wra¿y atak. Kiedy Królowa skierowa³a jednak kroki do namiotu sztabu, tylne szeregi zala³a fala wspó³czucia dla plutonu "C" , rozsieczonego w pierwszym starciu. Biedne dupy! Ale, faktem jest, ¿e je uratowa³y, uchroni³ y swoim poswiê ceniem. Walczy³y dzielnie na swych z góry przegranych pozycjach.
- No, Chloe - szepnê ³a Lanni - w karnej kompanii naprawdê nosi siê stare worki?
- Mhm. Ale za d³ugo nie ponosisz. Tam siê ¿yje, srednio, dziesiêæ dni.
- Zalewasz?
- Chcia³abys.
- Shha!
- Co? - jêknê³a sier¿ant. - Ja, psiamaæ, naprawdê nieuczona!
- Fajnie z wami by³ o. Przepraszam was obie za to, ¿e mówi³am o tym g¿eniu z Achajka.
- No! A ja przepraszam za tê w dê. Naprawdê nie mog³ am.
- Ja te¿ - wtraci³ a Achaja.
- Ty przynajmniej cos tam wyduka³as. A teraz zginiemy wszystkie... majac na sobie stare worki.
- Bogowie pokarali tym, ¿e jestem ma³ a - odezwa³a siê któras z drugiego szeregu. - Jakbym by³a wysoka, to by mnie do was nie wziêli. Bym se jeszcze po¿y a trochê.
Ze sztabowego namiotu wysz³a pani major, niosac osobiscie jakas tacê . Zamar³y w bezruchu, oczekujac najgorszego. Reszta wojska z ty³ u patrzy³a na nie ze wspó³czuciem ze swoich bezpiecznych pozycji.
Jednak na tacy nie by³o rozkazów natychmiastowego przeniesienia do karnej kompanii.
- No, Lanni - powiedzia³a pani major. - Tys naprawdê w czepku urodzona. Ty zostaniesz nied³ ugo kapitanem.
Ca³y pluton spojrza na nia podejrzliwie i z niedowierzaniem. Trzydziesci trzy pary slicznych oczu zwêzi³y siê jak na rozkaz.
- ONA tam teraz siedzi i gratuluje dowództwu, ¿e maja takich, kurde, " fajnych" ¿o³ nierzy. - Tu ostro spojrza³ a na Achajê. - Zaryzykowa³as, ma po! No, ale... Widaæ, ¿es uczona. No, no. Prawdê w kancelarii mówili. W koñcu ten wasz kapral uratowa³ wam dupy, ¿o³nierze. ONA jest bardzo zadowolona!
Lanni westchnê³a ciê¿ko. O ma³o nie zemdla³ a.
- Odnios³yscie zwyciêstwo du¿o wa niejsze ni¿ to par dni temu. Honor dywizji ¿ escie uratowa³y! No. I dlatego, niestety, czeka was jeszcze gorsze zadanie.
Lanni oklap³a nagle. Chloe zaklê³a szeptem. Shha zaczê³a siê modliæ.
- Kapralu! - Major poda³a jej kubek z tacy. - Wypijcie to! Duszkiem.
Achaja prze³knê³a bezbarwny p³yn i dozna³a ogromnej ulgi. Czysta, trzykrotnie co najmniej przepuszczana przez maszynê, bardzo porzadna wódka kopn ³a ja mocno jak stary mu³ i nape³ ni³a oczy blaskiem.
- Teraz zagryzcie! - Dosta³a kawa³ek cytryny. - To wam wykrzywi gê bê, ale nie musicie prze³ykaæ.
To by³ w Arkach naprawdê egzotyczny owoc, ale Achaja zna a go dobrze. Pochodzi³a z Troy, gdzie cytryny by³y bardziej pospolite ni¿ jab³ka. Nie musia³a wypluwa , nic jej nie wykrzywi³o.
- No - Major spojrza a z uznaniem. - Z ciebie naprawdê twarda ¿o³nierz. A teraz przep³ uczcie dok³adnie usta. - Poda³a jakis wywar z miêty. - Lepiej ci?
- Tak jest!
- Dobra, teraz sier¿ ant, to samo! Wy dwie, niestety, staniecie na honorowej warcie przy JEJ namiocie. Przykro mi.
S³yszac to, Shha osuszy³a swój kubek tak, ¿eby w srodku nie pozosta³ a nawet kropelka.
- Lanni, reszta plutonu stoi przy gwardii. No ju¿, ju¿. Te¿ siê napij. I trzymajcie siê! Przecie¿ w ostatniej bitwie te¿ ciê¿ko by³o. No wiem, nie a¿ tak, ale zawsze jakies tam niebezpieczeñ stwo przecie¿ wtedy by³o.
Odesz³a dziarskim krokiem, a Shha i Achaja powlok³y siê za nia jak dwójka skazañców za mistrzem topora. Obie zajê³y miejsce przy rozstawianym w³ asnie królewskim namiocie. Reszta plutonu przy gwardii, ale to by³ o ca³e trzydziesci kroków dalej! Shha zna³a przynajmniej jakis garnizonowy sposób, ¿eby, stojac na bacznosæ, oprzeæ siê na dzirycie, udajac, ¿ e siê go trzyma regulaminowo, Achaja natomiast stercza³a prawie na bezdechu w ogniu spojrzeñ krê cacych siê wokó³ szar¿. Ale nie to by³o najgorsze. Nied³ugo potem nadjecha³ wspania³ y orszak pos³a Luan. Prawie dwiescie koni i trzy poz³acane wozy ozdobione liliami. Zatrzymali siê przy namiocie sztabu. Nastapi³o powitanie, w którym Królowa nie uczestniczy³a, potem powitalna uczta, w której Kró lowa bra³a udzia³. Namiot dowództwa, choæ wielki, nie mó g³ pomiesciæ wszystkich, a poza tym " wszyscy" nie byli przewidziani w protokole, wiêc przy obu wartowniczkach zebra siê t³um oficeró w, przechadzajacych siê tam i z powrotem. Obie nie mog³y nawet g³êbiej odetchnaæ. Na szczêscie uczta, choæ przeciaga³a siê niepomiernie, sprawi³a, ¿e niekt rzy goscie wychodzili na zewnatrz, by zaczerpnaæ swie¿ ego powietrza. Oficerowie przy kró lewskim namiocie natychmiast udali si w bardziej bezpieczne rejony, takie, gdzie nie mo¿ na by³o nikomu wpas w oko i wokó³ zrobi³o siê luzniej. Achaja ba³a siê, ¿ eby pos³em nie okaza³ siê L’ath, który móg³ ja rozpoznaæ, ale sam pose³ nie pojawi³ siê przed namiotem ani razu. Zauwa¿y³a natomiast starszego mê¿czyznê z okrag ym brzuchem, wielka ³ysina i obwis³a dolna warga. Skads go zna³a. Nie. Nie mog³a przypomnieæ sobie twarzy, ale z ca³a pewnoscia go zna³a. Z jakiegos przypadkowego spotkania? Z opowiesci? A szlag! Mê¿czyzna po chwili znikna³ we wnêtrzu namiotu.
Po chwili pokaza³a siê jeszcze ciekawsza para. Mê¿czyzna (sadzac po mundurze, wysoki oficer Arkach - o dziwo! - z ca³a pewnoscia nie by³a to kobieta) i jeden z sekretarzy luañ skiego pos³a. Obaj zbli¿ali siê do namiotu Królowej, prowadzac o¿ywiona dyskusjê.
- Nie ma pan racji - argumentowa³ sekretarz pos³a. - Luan jest w stanie zmobilizowaæ szesæ dziesiat tysiêcy wojska na granicy z Arkach.
- Osiemdziesiat tysi cy - mrukna³ oficer.
- Ach! Niech pan nie wierzy plotkom, panie Biafra.
To by³ Biafra! Achaja pamiêta³a, e Zaan, najsprytniejszy cz³ owiek, jakiego zna³ a, odby³ specjalnie d³uga wêdrówkê z Troy, tylko po to, ¿ eby spotkaæ siê z Biafra. Przyjrza³a mu siê dok³adnie. By³ m³ody, móg³ mieæ jakies dwadziescia piêæ lat, mo¿e i mniej. By³ zabójczo przystojny, sliczny nawet, jesli to okreslenie da siê zastosowaæ wobec mê ¿czyzny. Zauwa¿y³a wypielê gnowane d³onie, bardziej zadbane ni¿ wszyscy wy¿si oficerowie w pu³ku. Mia³ regulaminowa fryzurê, ale najwyrazniej mu to nie przeszkadza³o. Najwa¿niejsze by³y jednak jego oczy. Obojêtne do granic mo¿liwosci na zupe³ nie pozbawionej ekspresji twarzy, jakby nie¿ywe, jakby wykonane z gó rskiego kryszta³u i wstawione w oczodo³ y. By³y zimne, martwe, nieruchome. Jakby siê patrzy³o na twarz rzezby wykutej w kamieniu.
- Nie spierajmy siê co do liczebnosci - powiedzia³. - Bo to ja³owy spó r.
- Zapewniam pana, ¿ e maksimum szesæ dziesiat.
- Jesli to takie dla pana wa¿ne, niech b dzie - przytakna³ Biafra obojêtnie, usmiechajac siê lekko. By³o to zupe³nie tak, jakby rzezba si usmiechnê³a - kompletnie bez wyrazu. To skurwysyn! Achaja przypomnia³a sobie okreslenie Zaana. Tak. Mia³ racjê. Biafra wyglada³ na straszliwego sukinsyna, choæ robi³ wszystko, ¿ eby to ukryæ. Jedynak, perfekcyjnie wykszta cony, z jakiejs bardzo dobrej rodziny, skrzywdzony przez kogos... A mo¿e tylko przez to, ¿e by³ jedynym mê¿czyzna w armii kobiet? Wbrew pozorom mo¿na by³o wiele wyczytaæ z jego twarzy, choæ on sam wola³by zapewne, ¿eby tak nie by³o.
- Nie, nie, nie - odezwa³ siê sekretarz pos³a. - Zak³adajac nasze szesædziesiat i wasze trzydziesci, to chyba ka¿dy przyzna, ¿e dalsze przepychanki nie maja wiêkszego sensu. Zapewniam pana, ¿e ta polana znajdzie siê w granicach Luan ju¿ pod koniec roku. A w przysz³ym...
- W przysz³ym wasze konie stratuja nasza stolicê - zgodzi³ siê Biafra uprzejmie. - Ale póki co, to wy co chwilê wysy³ acie poselstwa z prosba o rozejm.
- Niech pan przestanie sniæ, drogi panie. Na granicy z Troy spokój, co nam szkodzi przerzuciæ dalsze czterdziesci tysiêcy tutaj i zakoñczyæ wojnê w trzy lata?
- Po pierwsze: Troy jest nieobliczalne. Jesli zrobicie jakies przesuniêcie wojsk znad ich granicy, za³atwia was szybkim marszem na Syrinx i bêda tam, zanim siê ktos w waszej stolicy obudzi.
- Drogi panie. To¿ tam jeszcze zostanie naszych wojsk...
- Niech bêdzie, ¿e i milion - przerwa³ mu, kpiac okrutnie, Biafra, bo takiej liczby wojska ca³y swiat nie móg³ wystawiæ. - Znacie Troy lepiej ni¿ ja. Oni zdobywaja od was spory kasek rok w rok.
- Kilkaset kroków terenu! A poza tym rok w rok odbijamy.
- Niech bêdzie i kilkaset. Po drugie: odbijacie i odbijacie, a oni ciagle bli¿ej. Nie tacy znowu g³ upi stratedzy Troy, choæ ich mo¿now³ adcy robia wszystko, ¿eby ich powstrzyma . Ale dobrze. Nie obstajê przy tym. Prawdziwej walki miê dzy wami, póki co, nie ma, bo ani cesarzowi, ani kró lowi Troy na tym nie zale¿y. Wielkie rody obu pañ stw bogaca siê na przemycie w spornym pasie i nikt tak naprawdê nie chce tego przerwaæ. Bo to by³oby tak, jakby sobie ktos ucia³ z³ota ¿y³ê . Jeszcze moment i mimo wojny na ustach zaczniecie siê koligaciæ dla osiagniêcia jeszcze wiêkszych zysków.
- Ale¿, co pan mó wi!
- Wiem, co mówiê. Mielismy wszak rozmawiaæ szczerze. Ale niech ktos wielmo¿om z Troy zaswieci w oczy wiê kszym bogactwem. Co wtedy bêdzie? Nie rzuca siê na was jak psy?
- To¿ ich zgnieciemy. Przewaga po naszej stronie!
- Przewaga, owszem. Tyle ¿e wy, wchodzac na teren Troy, zostaniecie zatrzymani, bo u nich armia z poboru, która dopiero widzac zagro¿enie na progu swoich domó w, naprawdê zaczyna walczyæ. A jak wojska Troy rozleja siê na ró wninie Syrinx, wtedy bêdzie po was, bo w luañskim wojsku g³ wnie najemnicy, któ rzy bronia jedynie swoich sakiewek, a po roku im p³aciæ nie bêdzie z czego.
- Okrutne s³owa. Na szczêscie, wybaczcie, panie, zupe³nie nieprawdziwe.
- Nie poruszylismy jeszcze najwa¿ niejszego. Co bêdzie, jesli Troy znaczna przewag uzyska?
- Skierujemy tam nawet i sto tysiêcy ¿o³nierzy!
- Eeeeee... Stu nie skierujecie. Ale dobrze. £upniecie w ich armiê, oni siê okopia, ostroko³y pobuduja, zima przyjdzie i przerwa w walkach nastapi. A co wtedy zrobia Kr lestwa Pó³nocy, ciekawym? Póki co, pies siê nie rzuci na pana. Ale jesli pan zostanie przywiazany do p³otu po drugiej stronie podwórza, dlaczegó¿by psy nie mia³y uszczknaæ kawa³ka pieczeni z kuchni? Dasz jakis powód, panie? A skromniutkie Arkach? Czy¿ nie uderzy ze wszystkich si³, jedyna swoja szansê w tym widzac? I co?
- Tak to, panie, przedstawiacie, ¿e chocia¿ jestem s³ uga najwiêkszego pa stwa na swiecie, ciarki mnie przechodza - usi³ owa³ zakpiæ sekretarz, ale nie bardzo mu wysz³o. - Arkach do pierwszych prze³ê czy Negger Bank nie dojdzie.
- Teraz nie, ale jakby cesarstwo musia³o wojskiem stad wziêtym pó³ nocnych granic broni ?
- Was i czterdziesci tysiêcy powstrzyma. Drugie czterdziesci na Pó³noc ruszy, bo tam tyle wystarczy.
- Zaraz, przed chwila mówiliscie, e szesædziesiat tutaj, to góra. A teraz osiemdziesiat, wedle mojej pierwszej miary, siê zrobi³ o? Zdecyduj siê, panie.
Kpina Biafry sprawi³ a, ¿e tamten zagryz wargi.
- Przejêzyczy³em siê - warkna³. - Ale co innego wam walczyæ w lesie. Co innego na naszych równinach. Tam i sto naszej piechoty piêæset waszych bab rozproszy!
- Istotnie, panie sekretarzu pos³a - zgodzi³ siê Biafra z lekkim usmiechem. - Sam dowiod³es, ¿ e my nie mamy armii agresywnej. Tylko do obrony s³u aca. - Usmiechna³ siê jeszcze szerzej. - Póki co. Póki co.
- To¿ nawet gdybyscie te wasze baby w piki uzbroili... i tak nie strzymaja naszej jezdzie.
Zatrzymali siê nagle przed namiotem Królowej, ¿eby zawróciæ, i spojrzenie Biafry przypadkiem zahaczy³ o o Achajê. Odruchowo odwróci³ wzrok. Potem jednak te zimne oczy powróci³ y znowu! Na maleñka chwilkê, na moment dos³ownie, by od razu powróciæ do poprzedniej pozycji. Pod dziewczyna ugiê y siê nogi. Rozpozna³! Skad ja zna³? Z opowiesci Zaana? A mo¿e tylko zainteresowa³ go tatua¿? Nie, nie ma siê co ³udziæ. Owszem, tatua¿ by³ znakiem rozpoznawczym, ale nie o niego chodzi³ o. Jak d³ugo potrwa, zanim on dowie siê wszystkiego? He. Dwie modlitwy, zak³ adajac, ¿e bêdzie musia³ dojsæ pieszo do swojego zr d³a informacji. Poda³a w kancelarii swoje prawdziwe imiê , jest wytatuowana, Zaan na pewno wspomnia³ o wspó lnych przygodach, przecie¿ musieli si skumaæ we dwóch, Zaan nie by³ cz³ owiekiem, który odbywa taka podró¿ nadaremno. No tak, wystarczy skojarzyæ i powiaza inne informacje, tylko g³upiec by nie podo³a³. A Biafra z ca³a pewnoscia nie wyglada³ na g³upca. Wszystko mo¿na mu by³o wyrzucaæ, ¿e jest paniczykiem, maminsynkiem, skurwysynem, ale g³ upiec? Akurat to nie pasowa³o zupe³nie. O, mamo! Co ja w zwiazku z tym czeka³ o?
- Tak - Twarz Biafry nie wyra¿a³a niczego, jakiejkolwiek reakcji na argumenty rozmówcy, ani faktu, ¿e rozpozna³ dziewczynê. - Istotnie, same piki niewiele dadza. Brak pancerzy, nagolennic choæby, brak tradycji walki na równinach. Nie, tego siê nie da obroniæ. Ale zajêcie lub blokadê Negger Bank móg³bym sobie wyobraziæ. Na jeden sezon. Troy wali was na wschodzie, Kró lestwa Pó³nocy na... hm... pó³nocy w³asnie i... Oczywiscie. Na drugi rok odbilibyscie ca³y utracony teren wy³ acznie w³asnymi si³ ami. Tylko czy mielibyscie si³y, ¿ eby przez rok op³ acaæ w³asnych najemników?
- To¿ to niepodobie stwo, panie.
Z namiotu sztabu wybieg³a jedna z ksiê¿niczek towarzyszacych Kró lowej. Widok sam w sobie zupe³nie nieprawdopodobny. Podbieg³a do Biafry, mówiac, ¿e Jej Wysokosæ go wzywa natychmiast. Bogowie! Ksiê¿ niczka na posy³ki! To siê Achai nie miesci³o w g³owie. Biafra sk³oni³ g³ owê przed sekretarzem pos³a.
- Panie, wybaczcie!
- Ale¿ oczywiscie! - Sekretarz natychmiast odda³ uk³on. Przez chwilê patrzy za oddalajaca siê para nie mniej zdziwiony ni¿ przedtem Achaja. Ksiê¿niczka biega z wiadomoscia jak zwyk³y s³uga? Nieprawdopodobne. Co za psi kraj.
Potem odwróci³ siê i podszed³ do dwó ch nieszczêsnych wartowników.
- No, no. ¯o³nierz Arkach z kurewskim tatua¿em na pysku? Tak mnie to zdziwi³o - zakpi . - Wiem, wiem, wartownik nie mo¿e z nikim rozmawiaæ, u nas zreszta te¿, wiêc nie denerwuj siê, ma³a - u¿ywa sobie w najlepsze. - Ale ladacznica? A¿ tak zle z wami? A nawiasem mówiac, tu te¿ dupy dajesz? Odp³atnie?
Achaja sta³a nieruchomo, wytrzeszczajac regulaminowo oczy. Usi³owa³a nie zaciskaæ szczêk, bo móg³by zobaczyæ poruszenie miêsni na twarzy i mieæ satysfakcjê.
- No, kochanie, chyba ciê nie urazi em. Tak nawiasem mówiac, jak ju¿ bêdziesz po s³u¿bie, kotku, zajrzyj do mojego namiotu, mam parê brazowych, które mó g³bym ci zap³aciæ. Jesli oczywiscie oka esz siê zrêczna w swoim fachu.
- A co? Nie staje ci? - walnê³a Shha obok, ani na jotê nie zmieniajac pozycji. Sekretarz pos³a, wsciek³y, odwróci³ siê b³yskawicznie, ale druga wartowniczka trwa³a jak posag. Trudno bêdzie mu udowodniæ, ¿e to ona. W zasiêgu (cichego) g³osu nie by³o nikogo, a na Achajê, jako swojego swiadka, raczej nie móg³ liczyæ. Obrzuci³ je obie stekiem wulgarnych wyzwisk, ale znowu mia³ pecha, bo zrobi³ to zbyt g³ osno, prowokujac pania kapitan z gwardii odleg³ej zaledwie o trzydziesci kroków do przebycia tego dystansu. Sekretarz zamilk³ wiêc, potem zakla³ i oddali³ siê pospiesznie.
- Coscie mu powiedzia³y, ma³py, ¿e siê tak wsciek ? - rozesmia³a siê pani kapitan. - A zreszta - zrezygnowa³a po chwili milczenia. - Cokolwiek by to by o, pewnie mia³ yscie racjê.
Gwardia zdecydowanie nie by³a z³ym wojskiem. Jej kadra na pewno by³a wyæwiczona w bojach. Kiedy oficer oddali³ a siê niespiesznie, Achaja szepnê³a:
- Dziêki!
- No, nie ma sprawy. - Shha szepta³a ró wnie cicho. - Se kutas nie bê dzie mordy toba wyciera³.
Urwa³a nagle, widzac, jak unosi si p³achta g³ó wnego namiotu i wychodzi z niego Kró lowa. Obie zamar³y (jeszcze bardziej) widzac, jak Jej Wysokosæ kieruje si w ich stronê, ale ONA nie zwraca³a uwagi na nikogo wokó ³. Jej oczy ciska³y gromy, by³a blada, wsciek³a do granic mo¿liwosci, wyraz jej twarzy wskazywa³ , ¿e ludzkie g³owy zaraz bêda siê toczyæ po trawie i to w du¿ej ilosci! I Shha, i Achaja przesta³y oddychaæ, ale najwyrazniej nie chodzi³o tu o nie, ani o g³upiego sekretarza. Królowa, ignorujac wszystkich, wbieg³a do swojego namiotu, a za nia Biafra, obojêtny jak zwykle.
- I co mo¿emy zrobi ?! - us³ysza³y z wnêtrza namiotu jej zduszony wsciek³ oscia g³os.
- Zrobiæ? - To by³ Biafra. - Mnie pytasz, pani?
- A kogo? Nie widzê tu ¿adnego karalucha, do któ rego mog³abym mówi !
- Niepotrzebna ironia - Biafra musia³ byæ ulubieñ cem w³adczyni, skoro pozwala³ sobie na cos takiego. - Teraz to mo¿emy jedynie pogodziæ si ze stratami.
- I ty to mówisz?
- Nie widzê tu ¿ adnego karalucha, kt ry przemawia³by w moim imieniu, pani.
- Ka¿ê ciê wbiæ na pal, Biafra!
- Mnie?
- Dobrze. Ja te¿! Ja te¿! Niech ju¿ ostrza drzewo!
- Nie, nie, pani. Ona zginie ³atwa smiercia. Wykpi siê, smiem twierdziæ, jak zwykle.
- Jeszcze jedno takie s³owo i... ka¿ê ciê naprawdê zabiæ, Biafra!
- Ja rozumiem z³osæ , rozczarowanie... Ja rozumiem nawet wsciek³osæ. - By³ naprawdê odwa¿nym cz³ owiekiem, albo zna³ Królowa i wiedzia³, na co mo¿e sobie pozwoliæ. - Ale wy¿ywaæ siê na mnie, skoro nie mo¿emy siê wy¿yæ na niej? To takie sobie rozwiazanie.
G³êbokie westchnienia, jakies ciche, st³umione przekleñstwa.
- Mów! Co mo¿emy zrobiæ.
Biafra, oficjalnie:
- Pogodziæ siê ze stratami.
Znowu westchniêcie.
- Zabijê siê sama! Skoro tak ma to wygladaæ!
- To nie jest dobry pomys³.
Odg³os zrzucania jakichs przedmiotów ze sto³u. Brzêk t³uczonego szk³a.
- Pani?
- Czego?! Co ty mi radzisz, kretynie?
- Pani?
- No, czego chcesz, idioto?!
- Jedzmy stad.
Jêkniêcie. Zupe³nie wyrazne.
- Tylko to chcesz mi powiedzieæ? Jak ja im w oczy spojrzê? Co mam im niby powiedzieæ?
- Dlatego mówiê: jedzmy stad, pani.
- Ty, Biafra, nie badz za sprytny! Albo mi cos poradzisz, albo naprawdê wbijê na pal.
Rozesmia³ siê. Rozesmia³ siê przy Królowej. Albo naprawdê by³ jej ulubieñcem, albo by³ jej absolutnie niezbê dny, albo a¿ tak pewny swego. Mo¿liwosci, ¿e by³ idiota, albo samobó jca, mo¿na by³o w jego przypadku nie rozpatrywaæ.
- Pani, ja proszê o jedno. Proszê o zastanowienie siê, dlaczego w tej strasznej sytuacji wziê³as na rozmowê w³asnie mnie, majac wszak pod bokiem swój swietny sztab, liniowych oficerów i ca³e to ta³atajstwo.
- Nie kpij, bo...
- Nie kpiê, pani. Ale pozwól, ¿e nie bêdê siê przed toba p³aszczy³, usi³ujac ciê udobruchaæ i mó wiac tylko te s³owa, które chcia³abys us³yszeæ. Nie znam takich s³ó w, moja pani.
D³uga, pe³na napiê cia cisza. Shha i Achaja, obie naraz, modli³y siê, ¿eby Bogowie odebrali im s³uch! Albo, przynajmniej, eby mo¿na by³o jakos zamknaæ uszy!
- Mów!
- To Virion, pani.
Achaja o ma³o nie zemdla³a. O, Bogowie! Zrozumia a nagle. Zrozumia³a, skad zna tego cz³owieka z du¿ym brzuchem, z ³ysina, z obwis³a warga. Z opowiesci Hekkego! To Virion. To szermierz natchniony. Przypomnia³a sobie, jak wycia³ z " synami" do nogi legion Moy. Zrozumia³a nagle, o czym mówia dwie osoby w namiocie. No, to koniec! ¯ egnajcie kole¿anki, ¿egnajcie ptaszki, kwiatki, chmurki... Pa, pa. Zachwia³a siê na nogach.
- Pani, jesli ta g³ upia dupa da³a siê obraziæ i wyzwa³a go na pojedynek...
- By³a pijana!
- Rozumiem, ¿e to ja t³umaczy - zakpi . - W takim razie upijmy siê i my. Mamy tu wokó³ jakies dwa tysiace ¿ o³nierzy. Niech uderza, bo tamci maja mniej ni¿ dwiescie. Wystarczy nam pó³ modlitwy, ¿eby rozchlastaæ poselstwo - efekt bê dzie ten sam, co w przypadku pojedynku Viriona.
- Nie krzycz - zgasi a go. - To naprawdê taki z³y pomys³?
- Mówisz, pani, o zachlastaniu poselstwa?
- Nie udawaj idioty! Skoro ju¿ ta kretynka ksiê¿ niczka da³a siê obraziæ i wyzwa³a Viriona na pojedynek, to przecie¿ mo¿ emy siê nie zgodziæ ! Mo¿emy powiedzieæ , ¿e by³a niespe³ na rozumu, co zreszta by³oby prawda!
- Pani... - jêkna³ Biafra. - Obraza zosta³a uczyniona w obecnosci pos³ów Luan. To ju¿ koniec. Jesli odmówimy pojedynku, albo zabijemy pos³ów, rezultat bêdzie ten sam.
- To znaczy jaki? Wymieñ wszystkie za i przeciw.
- Nie ma ¿adnych: "za", pani. Natomiast " przeciw" to: staniemy siê pañ stwem bez honoru. ¯aden uk³ad, z tych, które mamy podpisane, nie bê dzie ju¿ mia³ mocy prawnej. Soloth, Dery, Nimmeth rzuca siê na nas, kiedy bêda tylko mia³y na to ochotê, w majestacie prawa.
- No, nie mów, ¿e siê na nas dotad nie rzucaja, bo podpisalismy uk³ ady! Boja siê, psiekrwie!
- Akurat. Luan da im z³oto i rzuca siê jak psy. W majestacie prawa, bo bêdziemy pañ stwem bez " zdolnosci honorowej". Upadnie nasz handel.
- No nie... Nie wmówisz mi, ¿e kupcy handluja z nami nie dla zysku, ale dlatego, ¿e maja jakies uk³ady!
- Kupcy jak kupcy. Wystarczy, ¿e Soloth, Dery, Nimmeth podwy¿sza c a na nasze produkty. My retorsyjnie zablokujemy trakt pomiêdzy Dery a Nimmeth, i koniec. Ju¿ nas nie ma. Wtedy siê rzuca, ca a trójka, zwabiona luañskim z³otem i mira¿em Wielkiego Lasu. Bêdziemy mieli cztery wojny w trzech pasach granicznych i za rok bêdziemy wspomnieniem. Mo¿e i piêknym. Ale tylko wspomnieniem.
- Ty mi nie opowiadaj koncepcji rodem z podrêcznika dla uczniów swiatynnej szko³y!
- Pani. Oczywiscie, ¿e nikt nie powstrzymuje siê od wojen, bo wia¿a go uk³ady. Oczywiscie, ¿e kupcy z nami nie handluja wy³acznie dziêki uk³adom. To jest jasne dla wszystkich. Ale uznanie nas za "pañstwo bez zdolnosci honorowej" to mniej wiêcej tyle, ile napis na mapie wrogich sztabów: "Szarp kto mo¿ e - Luan pomo¿ e!". Po nas. Jest ju¿ po nas. Abstrahujac od wszelkich uk³adów, nasi kupcy bêda wygwizdywani na targach - konkurencja nie spi, ka¿dy powód dobry, a ludowi wszak wystarczy wroga wskazaæ. Nie bêdziemy mieli reprezentacji na ¿ adnej z gie³d. Nie bêdziemy mogli zap³aciæ sk³ adowego, targowego, dzier¿awnego. To koniec naszego powa¿nego handlu. Zostanie przemyt, i to dosæ lukratywny - tyle ¿e to rozwiazanie dla jednostek, bo podatk w nie sciagniemy - na przemycie ca³e królestwo siê nie wy¿ywi. Nie bêdziemy mogli wys³aæ pos³ów dos³ownie nigdzie. Ciekawe jak wiêc utrzymamy pokój na granicy z Dery? Nasze prawo przewozowe przestanie siê liczyæ. Z czego wiêc zap³ acimy ¿o³d? Jestesmy odciêci od morza, od sp³awnych rzek. Z jednej strony mamy nieprzejezdny Wielki Las, z drugiej wrogi Luan. Soloth, Dery, Nimmeth to nasi jedyni partnerzy. A jesli Nimmeth uzna, ¿e wiêksze zyski od ce³ i sk³ adowego da im w³ asny eksport?
- A dlaczego do dzisiaj tak nie uznali?
- Bo op³acamy praktycznie wszystkich, którzy tam siê licza.
- I nagle nam siê sakiewka zawia¿e? Nie bêdziemy mogli op³acaæ dalej?
- Bêdziemy mogli. Tylko jaki oni argument przedstawia swojemu królowi? Handel z pañstwem bez honoru, bez traktatów, z kims, z kim nie wypada nawet rozmawiaæ?
- Ich król ju¿ stary...
- Stary, ale jego minister od handlu m ody. I coraz silniejszy. Nasza partia w Nimmeth wyraznie s³ abnie i to od dawna. A jak utracimy honor? Co bêdzie? Ano, bêda zaporowe c³a, albo w ogóle fora ze dwora. A z drugiej strony na szali wagi luañ skie z³oto. Luañskie koneksje, ich olbrzymie porty. Dotad Luañczykom by o za daleko, ale teraz zaswieci³o im w oczy legendarne z³ oto z Wielkiego Lasu. To idioci, jesli sadza, ¿e przejda Las, by handlowaæ z Chorymi Ludzmi. Ale z legenda nie da siê dyskutowaæ. Przekonaja siê sami... ale dopiero gdy ju¿ zajma ca³e Arkach w przysz³ym roku. Za dwa lata, powiedzmy. Zreszta, dajmy sobie z tym spokój. Naszym g³ównym odbiorca towarów jest Troy, ksiêstwo Linnoy i Symm. Oczywiscie, przez posredników ale jednak. Ciekawe, co zrobi w³ adca Troy, jesli us³ yszy, ¿e jestesmy pañstwem bez honoru? Nic nam nie zrobi - statki Troy nie zawijaja ani do nas - bo to niemo¿ liwe - ani do Nimmeth. Tylko posrednicy. ¯adnych zakazów handlu wiêc nie bê dzie, si³a rzeczy. Wystarczy jednak, ¿ e podwy¿sza c³a i le¿ymy. Nasze towary bêda za drogie, by je kupowaæ.
- To¿ Troy te¿ wojuje z Luan. Stana po ich stronie?
- Bogowie! Troy ma na karku niekoñ czaca siê wojnê z Luan, a na drugiej granicy upokorzona przegrana z Linnoy, Tyraniê Symm - dyszaca, ¿eby komukolwiek pokazaæ, gdzie jego miejsce i wreszcie przeprowadziæ zwyci ska wojnê - a z boku wsciek³e o niedopuszczanie do morza Królestwa Pó nocy. Cos o tym wiemy, prawda? Myslisz, pani, ¿e Troy zaryzykuje wojnê na dwóch frontach w naszym interesie? Watpiê. Tam w³adzy naprawdê nie dzier¿a sami idioci. Ale to jeszcze nic. Prawie ca³y z kolei handel Troy przechodzi przez ciesniny we w³ adaniu ksiêstwa Linnoy. Ciekawe, czy Troy z czystej mi³osci do nas zaryzykuje wojnê handlowa z ksiê ciem Linnoyem? A stary ksia¿ê ma fio³a na punkcie honoru. Sam przecie¿ wywo³ a³ trzydziestoletnia wojnê z Symm tylko dlatego, ¿e ktos nieopatrznie rozesmia³ siê, kiedy on na oficjalnej uczcie puszcza³ wiatry. Wybaczcie, pani, prostackie okreslenie.
- Linnoy to stary piernik. Zaraz umrze.
- Tak? To czekajmy, a¿ umrze. Ale jesli siê to nie stanie na dniach, to nasz w pewnym sensie " naturalny" sojusznik, Troy, wystawi nas do wiatru tak, ¿e nam buty pospadaja z wra enia. I nie bêdzie tu chodziæ o " wiatry" Linnoya.
- Nie badz wulgarny!
- Wybacz, Wasza Wysokosæ. Jestem po prosty szczery, na co, jak widaæ po naszym sztabie, nie ka¿dy mo¿e siê zdobyæ.
- Tote¿ nie sztab, a ciebie proszê o radê!
- Idzmy wiêc dalej. Tu bêdzie chodziæ o prze¿ycie fizyczne Królestwa Troy. Stana przeciw nam, choæ im piana na usta wyskoczy, ¿e musza poprzeæ swojego wroga. Ale nie bêdzie sentymentów. Troy to wielki kraj. Ich interesy strategiczne to bez ma³a ca³y swiat. Tylko ¿e tu ich nie maja. Sa nawet bardziej trzezwi ni¿ cesarz Luan i ma³o ich obchodzi legenda Wielkiego Lasu. Natomiast bardzo ich obchodzi fakt, czy w przysz³ym roku bê da mieli za co wyposa¿yæ swoja armiê. Luan jest wiêksze ni¿ oni wziêci razem do kupy z Symm. Dlaczego mieliby dla nas straszliwie ryzykowaæ? ¯e wia¿ emy czêsæ armii Luan? To smieszne. Luan obroni swoja granicê z nami dwudziestotysiêczna armia. Móg³by resztê skierowaæ na Troy, ale... tam trochê inne interesy wchodza w grê. O co innego chodzi w rozgrywce miêdzy tymi pañstwami, a my walczymy o prze¿ ycie. U nich: swiatowa gra, "krok do przodu i dwa kroki w ty³", kto komu sakiewkê wyczysci, w³asna kabzê nabijajac skuteczniej, jest wa ne. A my? ¯ycie lub smieræ. ¯ycie lub smieræ. Wybierz wiêc, pani, czy chcesz tak strasznie ryzykowaæ, sytuacjê nakresli³ em. Mo¿e nic siê nie stanie? Mo¿e tylko obsmieja Luan na dworach? A mo¿e skorzystaja z okazji. Ciekawe, co mysla³ ten król, któremu Virion wyr¿na³ legion Moy? Czy te¿ rozwa¿a³ op³ acalnosæ ryzyka? On wybra³. Legionu Moy ju¿ nie ma, a Virion przyjecha³ do nas.
Zapanowa³a d³u¿ sza cisza.
- A... drugie wyjscie? - zapyta³a w koñcu Królowa.
- O jakim wyjsciu mó wisz, pani?
Biafra potrafi³ byæ okrutny nawet wobec w³asnej w³adczyni. Oprócz tego, ¿e by maminsynkiem, paniczykiem, skurwysynem jakich ma³o... by³ jeszcze dosæ odwa¿ny!
- Nie irytuj mnie.
- Mówisz, pani, o przyjêciu pojedynku? Có¿. Prawo honorowe stanowi, ¿e jesli wyzwany poprosi o pomoc swoja rodzinê, to ca³a rodzina wyzywajacego równie musi stanaæ na ubitej ziemi. Dam sobie rêkê uciaæ, ¿e Virion ma wsród orszaku ze trzydziestu swoich "synów".
- Trzydziestu???
- Pani... Za³o¿ê siê, ¿e sam cesarz Luan zawczasu podpisa³ upowa¿nienie do adopcji tych rêbaj³ ów. A przeciw takiemu podpisowi nic nie zdzia³amy. To w swietle prawa jego synowie, nawet, myslê, z pe³nym prawem do sukcesji. Choæ, znajac legend Viriona, on nic nie ma, bo wszystko przechla³ lub przepusci³ w burdelach. Tak wiêc nie straszna mu mysl, ¿ e "synowie" mu cos zrobia, ¿ eby dziedziczyæ. On, na swój sposób, jest sprytny.
- Jest sprytny, skoro zdo³a³ obraziæ nasza ksiê niczkê!
- A to akurat nie sztuka. Wybacz pani, ¿e jestem brutalnie szczery.
- To znaczy, ja jestem g³upia, ¿e ja postawi³am na czele dywizji?
- A tego to ju¿ nie potwierdzê, bo pal naostrzony mi siê zwidzia³ miêdzy nogami. - Biafra albo by³ straceñcem, albo pomiêdzy nim a Kró lowa wisia³a jakas niesamowita tajemnica. Cos przedziwnego ich ³aczy³o. Nikt przecie¿, na ca³ym swiecie, nie odezwa³by siê tak do swojego w³adcy! - Nie ja, na szczê scie, stworzy³em ten kretynizm, gdzie baba w mitrze kieruje wielkim zwiazkiem taktycznym.
- Ty siê hamuj!!!
- Oczywiscie, pani. Ju¿ nic nie mówiê .
- Przeciwnie. Mów!
- S³u¿ê. Hm... Tak wiêc, jesli Virion stanie z "synami", nasza przemadra ksiê ¿niczka bêdzie musia³a stanaæ ze swoja rodzina. A dla ¿o³nierza jego oddzia³ rodzina. Szkoda, ¿e taki du¿ y i dobry. Wytna psy ca³a dywizjê.
- Jak z rodzina? Prawo znam. Nie mo¿emy przyprowadziæ, choæ by w kajdanach, jej braci, sióstr, ojca, matki, krewnych... czy co tam jeszcze ma?
- Nie, pani. Prawo, zaraza, " staro¿ytne", niestety stwierdza to bardzo jasno: "Dla ¿o³ nierza jego oddzia³ rodzina". Nie ma ojca, nie ma matki ani sióstr i braci. Ca³a dywizja ma stanaæ na ubitej ziemi, jesli ksiê¿ niczka jest dowódca dywizji. A jest, niestety.
- To¿ trzy tysiace osób rozsieka trzydziestu mistrzó w!
- Moja pani... Nie szukaj dziury w ca³ym, to nas nie uratuje. Wyraznie powiedziane jest: "jeden na jednego". Jeden nasz ¿o³ nierz przeciwko jednemu ich mistrzowi. Ten, który prze¿ yje, walczy z nastê pnym, chyba ¿e g³ó wny pozwany kolejnos zechce zmieniæ. Nie ma tak, ¿eby si dwóch choæby naraz na jednego rzuci³o, bo nasz honor w gruzach legnie momentalnie. Moja pani. Wysieka nam ca³a dywizjê i to dzisiejszej nocy. Bo ta g³upia kurwa powiedzia³a, ¿e pojedynek "tu i teraz".
- Trzydziestu ludzi wysiecze nam trzy tysiace ¿o³nierzy?
- Pani. Virion nie g³upi. On "³ askawie" daruje s³u¿bom ty³owym, zaopatrzeniu, woznicom, kucharzom, kancelistom, pisarzom, koniuszym i goñcom. On nam zabije " jedynie" jakies dwa tysiace liniowych ¿o³ nierzy. Chyba, oczywiscie, ¿ e ktos z reszty zg³ osi siê na ochotnika, ale watpi , ¿eby siê ktos zg³osi³, jak tylko zobaczy, co siê stanie tej nocy.
- Czyli koniec z pierwsza elitarna dywizja górska?!
- Dlaczego koniec? Zostana nam s³u¿by ty³owe, zaopatrzenie, woznice, kucharze, kancelisci...
- Przestañ!
- Wedle rozkazu, Wasza Wysokosæ.
- Przestañ kpiæ! Jak to: trzydziestu na dwa tysiace?
- Ano, przeprowadzmy obliczenie. Trzydziestu ludzi na dwa tysiace, to by znaczy³o, ¿e ka¿ dy z nich ma zabiæ szesædziesiêciu szesciu naszych... Eeeee... Zbyt siê zmachaja. Wiêc Virion ma wiê cej "synó w" ni¿ trzydziestu. Mo¿e mieæ czterdziestu. Wtedy ka¿dy z nich bêdzie musia³ zabi piêædziesiêciu naszych. No... To dosæ rozsadne, zak³adajac, ¿e bê da siê zmieniaæ w trakcie, ale to przecie¿ g³ówny pozwany ustala kolejnosæ. To mistrzowie, wiêc jesli bêda zabijaæ jednym uderzeniem miecza, o co w ich przypadku nietrudno. Do rana powinni skoñ czyæ. A co my zrobimy z tymi górami trupów, to ju¿ nasza sprawa.
- Przestañ! Przesta ! Przestañ!
- Mogê przestaæ.
- Przecie¿ wojsko siê zbuntuje!
- Nie zbuntuje siê. To, niestety, dobre wojsko. Nasze najlepsze.
- Przestañ! Nie... Mów.
- Co mam mówiæ? Dopiek³a pewnie pierwsza dywizja panu cesarzowi, wiê c jej nie bêdzie. I tyle. No, chyba ¿e Wasza Wysokosæ zaryzykuje istnieniem ca³ego Królestwa. Wasz wybór, pani.
- Bogowie! Tak nie mo¿e byæ. Co ja mam im powiedzieæ? Co ja mam powiedzieæ dwó m tysiacom ¿o³ nierzy, których wystawiê na pewna smieræ? Co ja powiem ich matkom, ich ojcom, ich rodze stwu?!
- Ano... Na szczêscie to nie ja, a wy, pani, jestescie Królowa. Nie mnie radziæ. Tu raczej ka¿dy wielki filozof, któ rego spytalibyscie o radê, ucieka³by zygzakiem przez krzaki.
Rozleg³ siê trzask. Potem brzêk t³ uczonego szk³a. Pewnie, sadzac po cichym sykniêciu z bólu, Biafra oberwa jakims naczyniem. Ale i na tym siê skoñczy³o. Co za tajemnica ³ aczy³a tych dwoje? Kto w taki sposób smia³by mówiæ do swojej królowej?
Biafra wyszed³ z namiotu, trzymajac r kê przy czole, któ re najwyrazniej bola o. Ale... Mówiæ takie s³owa do swojej w³ adczyni? Wykpi³ siê w jakis niezrozumia y sposób. Potem wysz³a Kró lowa. Achaja mog³a obserwowaæ tylko samym kacikiem lewego oka, ale nie myli³a siê. Królowa p³aka³a.
Dziewczyna spojrza³ a na kryjace siê za drzewami s³oñce. Jej ostatni w ¿yciu zachód s³oñca. Czterdziestu mistrzó w Viriona! No, trudno. Zawsze w ¿yciu siê cos spieprzy. Nie dzis, to jutro. Niby co za ró¿nica, kiedy?
Oficerowie doskoczyli, widzac Królowa. Ta jednak powiedzia³ a tylko:
- Zebraæ ca³e wojsko. Zdjaæ wszystkie warty i s³u¿by. Gwardia wokó³ mnie.
- Ale¿, Wasza Wysokosæ! Warty? - odwa¿y³a siê któ ras z pañ pu³ kowników.
- Milcz. Wykonaæ - odrzek³a Królowa sucho.
Wszystkie rozbieg³y siê, by spe³niæ niecodzienne rozkazy. Królowa wytar³a ³ zy i posz³a w kierunku g³ównego namiotu, gwardzistki ruszy³y za nia.
Po d³ugim czasie jakas chora¿y zaledwie, zdjê³a Shhê i Achajê z posterunku i kaza³a do³aczyæ do oddzia u, który wraz z innymi formowa³ liniê na placu. Dopiero teraz Shha odwa¿y³a siê spytaæ:
- Co to by³o? Zrozumia³as cos, czy mamy o wszystkim zapomnieæ?
- A co za ró¿nica? Ju¿ po nas, siostrzyczko.
- Co? Niewiele zrozumia³am, ale to... to... - Shha mia³a minê, jakby mia³a siê rozp³akaæ. - To cos se tam mo¿ ni ustalili, nie? I to nie bêdzie tak, jak mówili, prawda?
Achaja podesz³a do niej, delikatnie odsunê³a jej z twarzy warkoczyki i poca³owa³a lekko.
- Bêdzie, siostro! - westchnê³a. - Ju¿ po nas!
Poprowadzi³a ja do oddzia³u. Pluton przywita³ ich zdziwionymi spojrzeniami. Shha nigdy nie by³a w takim stanie, a przynajmniej nikt jej takiej nie widzia³.
- Coscie takie strute, kole¿anki? Da³yscie cia³a tam przy namiocie?
- Czesæ, trupy - powiedzia³a Shha i zwymiotowa³a. To naprawdê sprawi³ o piorunujace wra¿ enie. Nawet te specjalnie dobierane, niskie, do³aczone do plutonu w ostatniej chwili, wiedzia³y, e wszystko mo¿e si zdarzyæ, ale Shha bêdzie mimo to w pogodnym nastroju. Jesli nie jest, to albo siê stru³a, albo nastapi³ koniec swiata!
- Co siê sta³o?
- ¯egnaj, Lanni. Do widzenia, Zarrakh, Chloe, Mayfed i Bei... Fajnie by³o z wami, siostrzyczki.
- Co ty gadasz? Zabija nas?
- No!
- A¿ tak ¿esmy da³ y dupy przy Kró lowej? A¿ tak?
- Nie. Nasza kochana ksiê¿ niczka da³a dupy za nas.
- O czym ty gadasz?
- Legion Moy - rzuci a, ale nikomu nic to nie powiedzia³o.
Jako prosci ¿o³ nierze s³u¿y³y dziewczyny ze wsi, z ma³ych miasteczek, a czasem i z du¿ych, ale z biedoty. ¯adna nie by³a przesadnie wykszta³ cona. Ot, przyszli do domu, zapukali, pokazali listê z podpisem kogos bardzo wa¿ nego i trzeba by³o isæ. Zostawiæ ciep³y domek, jakikolwiek by³, zostawiæ siostrzyczki i braciszków, tatusia i mamusiê, przestaæ roiæ o terminowaniu u krawcowej na rogu ulicy, o szybkim zama¿pójsciu, o tym, czy tato zdo³a daæ jakies morgi w wianie, czy te¿ trzeba bêdzie swieciæ go³ym ty³ kiem w kontrakcie ma ¿eñskim. To by³ koniec takich marzeñ, w kt rych by³y najpiê kniejszymi dziewczynami w sasiedztwie, w któ rych mia³y powodzenie w ca³ej wsi i mog³y wybiera . Trzeba by³o siê po egnaæ z kole¿ ankami (jesli doprowadzajacy sier¿ ant pozwoli³, ale oni z regu³y siê nie wyzwierzêcali, wiêc mo¿na by³o po¿egnaæ siê ze wszystkimi wokó³, jesli tylko nie znika³o siê takiej z zasiêgu wzroku). Zap³akana matka pakowa³a pospiesznie jakis tobo³ek (je¿eli zawiera³ jedzenie, to w porzadku, mog³ o siê przydaæ, je¿ eli ciuchy, to i tak odsy³ano je zaraz poczta z powrotem). Ojciec dawa³ parê groszy, ca³owa³. Bach, bach... Potem siê sz³o ulica lub droga, z p aczem czêsto, ale i z ciekawoscia innego ¿ycia, potem by³ obóz rekrutów. Tam to wiadomo, ró¿ ne swiñstwa, jak w ka¿dej armii na swiecie, a potem wojska liniowe (niby gdzie mieli kierowaæ te "mniej wykszta³cone" - to¿ miejsca w s³u bach ty³owych zajê te by³y przez dziewczyny z naprawd du¿ych miast, z bogatszych rodzin), trochê szturchania. Ale jesli siê mia³ o szczêscie, to potem... Jesli siê prze¿y³ o pierwsza bitwê... to potem zdobywa³o siê kole¿anki, któ re by³y bli¿sze ni rodzone siostry. By³o siê kims w grupie, kims, z któ rego zdaniem wszystkie wokó³ si liczy³y, kims powa¿anym w dru¿ ynie, kims, w przeciwieñstwie do swie¿ego miêsa, kt re podsy³ano jako uzupe³nienia. Wiedzia³o siê co i jak, co robiæ, jak tamci nacieraja, któ ra z oficerów siê przypierdala, a przy której mo¿na nawet gwizdaæ. To by³o cos! Owszem, cos przerywane durnowatymi zwiazkami miêdzy dziewczynami, jakimis g³upimi poca³unkami, albo i czyms wiêcej... ale co mia³y robiæ ? Sz³y do wojska, majac szesnascie lat, wychodzi³y (jesli wychodzi³y) majac dwadziescia szesæ. Z kusa sakiewka, odprawa w go³ych morgach, albo dzier¿ awnym (miastowe mia³ y zawsze szczêscie, z dzier¿awnego mo¿ na by³o skromnie ¿ yæ, a z morgów co? Nie majac cha³upy, narzêdzi ani mê¿ a) no i z nowa wojskowa kurtka, do której wszystkie mia³y prawo. Czasem koñ (dla kawalerzystek), albo jakies inne dobro, jesli siê odznaczy³ y. Czasem dodatek, jesli uzyska³y jakis stopieñ. Oczywiscie, bywa³y wyjatki. Jesli któras zosta³ a zmobilizowana jako zwyk³a ¿o³nierz, a wychodzi³a jako porucznik - to by³ miód. Pensja do koñca ¿ ycia, mo¿liwosæ zostania w armii (ju nie w linii, jesli ktos by³ zabobonny, albo jak kto woli, rozsadny), albo odprawa, ale porzadna, taka, z kt ra da siê jakos wystartowaæ. Ale Lanni by³a jedna z niewielu, kt re mog³y mieæ takie szczêscie. Sier¿ant mia³a jeszcze niezle, ale reszta... Za³ó¿my, po dziesiêciu latach s u¿by dziewczyna wychodzi z wojska w wieku dwudziestu szesciu lat majac: kurtkê, plecak napakowany ¿arciem, dwadziescia srebrnych odprawy i (no niech ma szczê scie, powiedzmy, ¿e z miasta by³a) piê od sta dzier¿ awnego, liczac od pi ædziesiêciu srebrnych, które jej armia z³o¿y³a w depozycie, kiedy zaczyna³a s³u¿bê. Na chleb wystarczy. I ju¿. Mo¿na sobie przecie siedzieæ pod p³ otem i jesæ ten jeden bochenek chleba przez ca³y dzieñ. Woda w rzece jest za darmo. A jak siê ubranie porwie, to zawsze mo na wziaæ cos ze smietnika. Dwudziestoszesciolat ka, bez mê¿a, bez domu (za³ó¿my tym razem, ¿e ma pecha) i bez rodziny. Co ma zrobiæ? Zna jakis fach? Poganianie koni? Rzeznia miejska? E... Jakby siê tak zastanowiæ, to miejsc jest du¿o dla by³ych ¿o³ nierzy. Sprzatanie ulic od swiêta (powiedzmy, e jakas ksiê¿ niczka do miasta zjedzie), wyprawianie skór (tam zawsze nowych potrzeba, bo du¿o ludzi umiera od zwierzêcych choró b), kopalnie (choæ dziewczyny niezbyt tam lubia), wycinka lasu, tartaki (robota przy noszeniu drewna, bo lepsze stanowiska ju mê¿czyzni zajê li). Nie, jakos da siê ¿ yæ. A na pewno z g³odu siê nie umrze, bo o to armia dzier¿ awnym zadba³a. A jak dziewczyna ze wsi? No... Ma te swoje morgi. Wiano czêstokroæ du¿o lepsze ni¿ inne dziewczyny mia³ y. Ale dwudziestoszesciolat ka mo¿e ju¿ liczyæ tylko na tych kawalerów, którzy siê przy siedemnasto- i osiemnastolatkach nie za³apali. Czyli na kawalerów, hm, drugiego sortu, albo na wdowców (wszak sama jedna z druga ziemi nie obrobi, bo czym? Go³ ymi rêkami? Zaczynajac od ugoru?).
Nie mówimy, oczywiscie, o oficerach, które przesz³y swoja w³ asna szko³ê, za kt ra zap³aci³y ich rodziny, o umiejacych pisaæ, czytaæ i g³adko si wys³awiaæ dziewczynach. One mog³y po s³u¿ bie zostaæ wszystkim, czym zostaæ chcia³y. Umia³y swietnie liczyæ, raczej ciê ko je by³o zahukaæ , potrafi³y zadbaæ o swoje, potrafi³y udawaæ, potrafi³y siê sprzedaæ jak chcia³y. Mog³y, oczywiscie, zostaæ w armii, mog y s³u¿yæ na ksia êcych dworach, mog y obejmowaæ stanowiska urzêdowe, wreszcie mia³y swoje oficerskie pensje lub naprawdê du¿e odprawy. Nie, nie. Mówimy o prostych ¿ o³nierzach.
Ale teraz... Przed ¿o³nierzami plutonu "C" pierwszej kompanii stanê³o nagle, ¿e musza zrezygnowaæ nawet z tej bardzo skromnej przysz³ osci, która im zapewnia³a armia. Pewnie, ¿e ka¿dy ¿ o³nierz liczy siê z tym, ¿e zginie. Ale to jakos tam siê odsuwa ze swiadomosci. Mo¿e nie ja? Mo¿e jeszcze nie tym razem. A tutaj? Zginiemy wszystkie? Naprawdê ? To chyba niemo¿ liwe, co? Mo¿liwe? O, kurde... Dziewczyny przyjmowa y to ró¿nie. Shha rzyga³a jak najêta. Mayfed i Zarrakh zaczê³y siê k³ó ciæ o jakis nieistotny drobiazg i to tak, ¿e o ma³ o siê nie pozabija³ y. Lanni usiad³a na ziemi i patrzy³a przed siebie têpym wzrokiem. Chloe pokaza³a (mimo wrodzonego pesymizmu) klasê, uchla³a siê z ukrytego pod kurtka buk³aka i sta³a sobie na bacznosæ (prawie) jakby nigdy nic. Dziewczyny (te ma³ e) klê³y, ¿e nie moga byæ przy swoich macierzystych plutonach, jakby to mia³o jakiekolwiek znaczenie. Reszta k³óci³a si z Bei, która jako jedyna argumentowa³ a, ¿e to nie " nowa" Kaisha przynios³a im pecha. Ale kto by ja tak do koñca powa¿nie traktowa³, m³oda, mia³a raptem szesnascie lat, co ona tam mog³a wiedzieæ w poró wnaniu z " doswiadczonymi" siedemnastolatkami? Achaja najpierw podesz³a do swojej sier¿ant. Zwymiotowa³a na sam widok tamtej. Potem do Lanni, ale tu tylko machnê³a rêka, potem do Chloe i wypi³a jej resztê wódy z buk³ aka.
Otrzezwi³o ja dopiero, jak ktos chwyci³ jej w³osy.
- Ty! - To by³a pani major, jakby czyms "zmê czona", w dowó dztwie widaæ te¿ by³ alkohol na podorêdziu. - Do szeregu! Zbieraj ludzi! - Popchnê³a ja delikatnie. - Lanni! Wstawaj i ustaw swój pluton! Shha! Przestañ rzygaæ, to rozkaz! Zrób cos z tymi swoimi kole¿ankami, bo ci siê rozejda!
- A niech siê rozchodza! - Shha tkwi³a ciagle w tej samej pozycji, na czworakach. - Bogowie z nimi.
- No, wstañ, siostro. - Pani major ujê³a jej ramiê. - No, chodz, ma³a. Tak trzeba.
- A sra³ was pies.
- Wiem, wiem, - Major, o dziwo, nie obrazi³a siê smiertelnie. Zreszta, jakby siê obrazi³a, to niby jaka karê mog³a teraz wymierzyæ? - Ale trzeba.
- Pierdol siê! - Shha zwymiotowa³a znowu.
Achaja podesz³a i odsunê³a rêkê pani major. Powoli podnios³a swoja najbli¿sza kole¿ankê.
- Chodz... Wiem, ¿e to g³ upota. Ale i tak nic nie zrobimy. Niech gnoje wiedza, e siê nie boimy i... ¿e mamy honor.
- Co mamy? - nie dos ysza³a Shha.
- Mamy to, ¿e siê lubimy. I ¿e jestesmy razem.
- Jak chcesz, to dla ciebie stanê w szeregu. Tylko dla ciebie. Bo reszta mi zwisa!
Pani major skrzywi³ a siê, ale zas³oni a je obie w³asnymi plecami, ¿eby nikt z orszaku nie widzia , co tu siê dzieje. Bei tymczasem modli³ a siê g³osno, Zarrakh i Mayfed, nagle pogodzone, nuci³y jakas piosenkê, te ma³e z ty³u p³aka³y w wiêkszosci, reszta k³óci³a siê, kto gdzie bêdzie sta³, jakby teraz dopiero do nich dosz³o, ¿e to nie jest normalny apel. Na prawdziwego ¿o³ nierza wyglada³a jedynie Chloe, pijana w sztok, ale na bacznosæ. Inne plutony nie wiedzia³y jeszcze, co siê dzieje, wiê c ustawiono je ³ atwo. Lanni, klnac i z³ orzeczac tak strasznie, ¿e gdyby Bogowie byli blisko, powinni ja spaliæ piorunem, ustawi³a jednak swoje wojsko, tak ¿e przynajmniej z daleka przypomina³ o to porzadna liniê, a potem stanê³a tu¿ przed Achaja. W ostatniej chwili.
Królowa pojawi³a siê dos³ownie moment pózniej. Nawet stad wydawa³a siê o jakies dwadziescia lat starsza ni¿ poprzednio. Mówi³a... A co siê da powiedzieæ w tej sytuacji? Mówi³a, e wierzy (wiara zawsze pojawia siê w podobnych momentach, co?), ¿e wie (uuuuuu... ³ga³a ani chybi), i¿ sobie poradza. Nakresli³a, oglê dnie, sytuacjê.
Tylne szeregi nie zrozumia³y (albo nie us³ysza³y, bo s³owa by³y dosæ ciche), przednie chyba zrozumia³y, ale nie mog³y do ko ca uwierzyæ. Potem pojawi³ siê Virion z kilkudziesi cioma " synami". Wyznaczono plac do pojedynku. Pierwsza wystapi³a ksiê¿niczka, jeszcze zajad³a, wywijajaca swoim mieczem wykonanym przez najlepszych rzemieslników. Naprzeciw niej sam Virion. Cha, cha, cha... Wykpi³a siê niczym, jak przewidzia³ Biafra. Szermierz natchniony wyja³ swój miecz i zabi³ ja tym samym ruchem! Nawet nie wiedzia³a, ¿e ginie!
Jakas straszliwa cisza zapad³a na placu.
Trzeci pu³k mia³ pecha. A w³asciwie, chyba wielkie szczêscie. Sta³ pierwszy od prawej i od niego si zaczê³o. Niby po co dziewczyny mia³y patrzeæ najpierw na smieræ ca³ej dywizji? Virion ustapi³ z palcu (to on wszak ustala³ kolejnosæ wsród swoich ludzi... tfu! "synó w") i zastapi³ go ktos m³odszy. Pani major, ta przed nimi, zaklê³a nagle.
- Ach! Jestem wy¿ szym oficerem, mogê sobie wybraæ czas. - Odwróci³a siê na piêcie. - Czesæ, dziewczyny! - mruknê ³a i posz³a, wyciagajac miecz.
- Teraz to: " dziewczyny" - warknê³a Shha. - A jak mnie, kurwa, pierwszy raz na Kupiecki Szlak s³a³ a, to krzycza³a: "Zapierdalaj, ¿ o³nierzu!"
- Daj jej spokój - westchnê³a Mayfed. - Posz³a pierwsza. Niech jej bêdzie.
- Pierwsza! Te¿ bym chcia³a byæ pierwsza i nie widzieæ tego wszystkiego! No, Achajka?
- Co, Shha?
- Przesuñ siê w lewo. Nie chcê widzieæ, jak oni to z toba bê da robiæ. Chcê byæ przed toba. Proszê!
- W ¿yciu! Siostro, wybacz, ale nigdy w yciu! To ja nie chc widzieæ, jak oni to z toba bêda robili!
Pani major zosta³a za³atwiona jak ksiê ¿niczka. Jednym ruchem przeciwnika. Jednym zamachem! A to by³y jako tako przynajmniej wyszkolone szermierki. Jakie szanse mieli wiêc ¿o³nierze?
- Ale szczêscie, ¿ esmy w pierwszej kompanii - szepnê³ a Bei. - Pluton " C", wiêc przed nami tylko " A" i " B". Szesædziesiat szesæ dziewczyn. To se za d³ugo przynajmniej nie popatrzymy.
- Ty, widzia³as - szepnê³a któras z ty³u. - Matematyk u nas.
- Szesædziesiat szesæ - kontynuowa³ a Bei, niezra¿ona - a do mnie ile jeszcze zosta³o? - wychyli³a siê z szeregu, ¿eby policzyæ na palcach kole¿anki, które dzieli³y ja od Lanni, czyli poczatku plutonu. - O, ¿esz ty. No, ale dobra, te z ty³u maja bardziej przesrane!
Pierwsza z dziewczyn z ich kompanii wysz³ a na plac. Wyciagnê³a swój miecz. Ciach. Gwardyjki odnios³y jej cia³o. Nastêpna. Ciach! Bogowie! Czy oni naprawdê potrzebuja tylko jednego ciêcia? Jednego zamachu? Co mo¿e zrobiæ zwyk³ y ¿o³nierz ze wsi czy z miasta w walce z mistrzem szermierki? Ciach! To ju¿ trzecia! Kurwa! Kurwa! Kurwa! Niech ktos cos zrobi! Ciach! Bogowie. Gdzie gwardyjki bê da uk³adaæ cia³a przy koñcu? To ju¿ czwarta. Ciach! Piata. O kurwa! Ale szybko!
Ktos tu¿ za nimi zwymiotowa³ g³osno. Reszta trzyma³a siê jednak jakos.
- Achajka - Shha zagryz³a wargi - przesuñ siê za mnie, proszê!
- Gówno! Nie bêdê patrzyæ, jak ciê wynosza!
- Ale ja bêdê musia³a.
- To zamknij oczy! Nnnnn... nie przejdê za ciebie! Nie zrobiê tego!
Bei przerwa³a im nagle.
- Bogowie! Ju¿ po pierwszym plutonie. To tak szybko?
- Nie wzywaj Bogów, dupo! - krzyknê³a któras z tych ma³ ych, do³aczona do nich na si³ê. - Jakby Bogowie byli, to by na to nie pozwolili!
- Gadanie - w³aczy³ a siê Mayfed. - A pozwalaja na wszystkie inne swiñ stwa? Teraz dopiero zwatpi³as, siostrzyczko? Co? Nie by³o ciê na Kupieckim Szlaku zesz³ym razem? Nie widzia³as, co siê tam wyrabia³o?
- Ale ca³y pluton tak szybko?
- Szybko, bo nie mieli pe³nego sk³ adu, a uzupe³nienia do nich jeszcze nie dotar³y. Na swoje zreszta szczêscie.
- Ty, kurwa. Zaraz bêdziesz mniej gadatliwa!
- Stul pysk, cipo!
Kole¿anki z plutonu "B" w³ asnie siê ¿egna³y ze soba. Ciach! I pierwsza nie ¿y³a. Któras os³ab³a w szeregu, gwardyjki ja cuci³y. Ciach!
- O, mamo, ja nie chcê! - Jedna z dziewczyn zwatpi³a wyraznie. - Kurde, darujcie mi, co ja wam zrobi³ am?
Gwardyjki wypchnê³ y ja na plac. Szermierz Viriona musia³ ja goniæ. Ciach! Jedna z tych w gwardyjskim mundurze p³aka³a. Zastapiono ja inna, bynajmniej nie radosna, ale trzymajaca siê jeszcze. Ciach! Co za ró¿ nica, jak siê idzie na smieræ? Odwa¿ nie czy tchó rzliwie? Przy dwóch tysiacach ofiar raczej nie zapamiê taja ¿adnego imienia. Mo¿na siê nawet sfajdaæ, bez ró¿ nicy. To se cesarz Luan wymysli³! Jedna z plutonu "B" nawet nie wyciagnê a miecza. Pochyli³a g³owê i ju¿. Chcia³a, ¿eby ja sciêli szybko. By³ z tym pewien k³ opot i opóznienie. Kodeks honorowy wyraznie stwierdza³, ¿e obaj adwersarze maja mieæ broñ w r ku. Gwardyjki same wyciagnê³y jej w³ asny miecz, usi³owa y w³o¿yæ do rê ki, ale ta nie chcia a trzymaæ. No i co dalej? Przywiazaæ sznurkiem? Przemówi jej do rozumu? Niby co powiedzieæ? Bogowie... Jedna z gwardyjek zwymiotowa³a i sama uciek³a w krzaki. Dos³ownie chwile dzieli³y czekajace oddzia³y od rozprzê ¿enia. Wreszcie ktos wpad³ na pomys³. Wsadzili og³upia³ ej, biednej dziewczynie rêkê za w³asny pasek, tam te¿ wsadzili jej miecz. Ciach! Nastêpna. Ta przynajmniej wyciagnê³a broñ. Nawet wziê³a zamach. Ciach!
- Ile jeszcze? - spyta³a Bei. - Zda¿ê siê pomodliæ za tatê i mamê, i za rodzeñ stwo?
- Módl siê za siebie, ma³po - us³ ysza³a z ty³u. - Tylko cicho!
Major w gwardyjskim mundurze podesz³a do nich, ale jakos dziwnie, jakby bokiem. Po chwili siê okaza o, dlaczego. Mia³a za plecami du y buk³ak z gorza³ ka.
- Chcecie?
- Spadaj - warknê³ a Achaja, nie baczac na szar¿ê. - Jestem ju¿ wystarczajaco struta.
- Dawaj tu, ma³a. - Chloe otworzy³a szerzej oczy. - Ja jeszcze nie mam dosæ.
Pani major siê nie obrazi³a. Pos³usznie podesz³ a do Chloe i da³a jej siê napiæ. Skorzysta³o te¿ kilka dziewczyn wokó ³.
Achaja patrzy³a przera¿ona na gwardyjki uk³ adajace cia³a przy drzewach. Przed chwila te dziewczyny by³y ¿ ywe! Teraz le¿a³y bezbronne w jakichs dziwacznych pozach. O, kurwa, przecie¿ zna³a wiêkszosæ z nich, przynajmniej z widzenia. A co tamte "z obs³ugi" zrobia przy koñcu dywizji? Gdzie po³o a nas wszystkie?
- Jeszcze szesæ - mruknê³a Lanni, zerkajac w bok.
- Uuuuuu... Piêæ. No, to ¿egnajcie siostrzyczki!
- O, ¿esz.
- Szlag! Mama pisa³ a, ¿e mam nowego braciszka. - Porucznik dysza³a ciê¿ko, jak po d³ ugim biegu. - Ju¿ go nie zobacz . Ju¿ nawet do nich nie napiszê. - Usmiechnê³a siê smutno. - No, dobra! Siedemnascie lat i starczy! Co bêdê umiera³a ze starosci w ³ó¿ku, nie?
- Lanni - Achaja przemog³a d³ awienie w gardle - przesuñ siê za mnie!
- ¯eby patrzeæ, co oni z toba bêda wyrabiaæ? I jak ciê k³ada tam pod drzewami? W ¿yciu!
- Nie, szlag! Napisz ten list!
- Za pózno, Achajka. Ju¿ tylko dwie przed nami.
- Lanni, b³agam, przesuñ siê. Nie pozabijam ich wszystkich, bo to nie w ludzkiej mocy! Ale dam ci czas na napisanie listu. Podyktuj tej ma³pie w gwardyjskim mundurze, nawet jak nie ma papieru to zapamiêta, oslica!
- W ¿yciu, Achajko! Nie bêdê patrzyæ, co z toba bêda robili!
- B³agam, napisz, ¿ e kochasz braciszka, ¿e ich te¿ kochasz, ¿eby ciê pamiê tali...
Oficer gwardii podszed³ do nich powoli.
- Poruczniku. Teraz pani!
Rzeczywiscie. Pluton "B" ju¿ nie istnia³. Teraz one. Lanni obciagnê³a spódniczkê, ale zanim zrobi³a choæ krok, Achaja wyskoczy³a do przodu.
- Proszê pani, ja jestem z plutonu "B", ustawili mnie przez pomy³kê, bo pasowa am wzrostem!
- Achaja! - krzyknê a Shha. - Ja nie bêdê na to patrzeæ! - Odwró ci³a siê ty³em. - Jestes strasznie fajna, jestes... moja siostra!
Lanni, zaskoczona, chcia³a cos powiedzieæ, ale gwardyjska oficer nie wnika³a w szczegó³y.
- Dobra - Poprowadzi a Achajê. - Chcesz ³yka?
Ona te¿ mia³a ukryty pod kurtka buk³ak.
- Nie. Napijê siê potem.
Usmiechnê³a siê! Gwardyjka naprawdê to doceni³a i usmiechnê³a siê szeroko. Pos³a³a Achai poca unek samymi ustami. I to ja choæ trochê uspokoi³o.
- Hej, dziewczyny! - wrzasnê³a do ca³ ej dywizji. - Coscie takie smutne?! Teraz damy im wpierdol!
Ktos z ty³u rozesmia³ siê. Pozosta³e dziewczyny odwraca³ y g³owy, nie chcac widzieæ. Achaja wesz³a w wyznaczony krag. Szermierz Viriona przyglada³ jej siê z pewnym zdziwieniem.
- Ty, cos taka weso³ a? - spyta³ nawet.
- Taka siê urodzi³ am. - Wzruszy³a ramionami. - No i wiesz, ustalmy na poczatku, ¿ebysmy to mieli potem z g³owy.
- Co ustalmy?
- No co mi dasz, jak wygram?
- He! - prychna³ ubawiony. - Wez se co chcesz!
Wyszarpna³ miecz, ale ona by³a szybsza. Doskoczy³a b³ yskawicznie i wyd³ uba³a mu oczy. Hekke powinien byæ z niej dumny, s³ yszac ryk bólu przeciwnika! Po co walczyæ? Przecie¿ sam tak mówi³. Trzeba tylko wygraæ. Nie spieszac siê, wyjê³a swój nó¿ i dobi³a go.
- Biorê twój miecz - powiedzia³a do nieruchomego cia³a. - A tak nawiasem mó wiac... Jesli nasze wojsko wynosi nasze trupy, to kto wynosi wasze?
Gwardyjki na szczê scie za³apa³y. ¯adna siê nie ruszy³a. Nawet nie drgnê³a. Dwóch szermierzy Viriona musia³o odciagnaæ cia³o. A Achaja mia³a czas, ¿eby sobie wywa¿y miecz w d³oni. Dywizja zaskoczona milcza³a, nie wierzac w³asnym oczom.
Nastêpny jej przeciwnik by³ bardzo m³ody. Sam jednak jego widok móg³ napawaæ przera¿eniem. Skoczy³ do krêgu jednym susem, wyæ wiczony jak szlag! Du¿a blizna na prawym policzku, obciête kiedys ucho. Mistrz. Ruszy³ na Achajê sk³adajac siê do co najmniej trzech r ¿nych ciosów po drodze. "Czy to jest cesarski balet w Syrinx? - spyta³ Hekke w jej g³owie. - A on zaraz gotów tu zatañczyæ, do wszystkich Bogów razem wziêtych! Uderzy z góry - doda³ w jej wnê trzu. - Liczy, ¿e nie jestes tak silna jak on, pacan jeden" .
Ujê³a miecz ca³a d³onia, nie trzema palcami, jak ja uczy . Chce isæ na si³ê, kretyn? Nie ma sprawy.
Uderzy³ z góry. Dziêki, Hekke! Nadstawi³a w³asna klingê. £omotnê³o tak, ¿ e jego miecz pêk³ w po³owie, w ruchu nie móg³ dobraæ odpowiedniego kata uderzenia, Achaja nieruchomo, mia³a czas, mog³a patrzeæ spokojnie i odpowiednio ustawiæ d³oñ. Jej ledwie rêka drgnê³a. A on? Bez miecza i ze zwichniêtym nadgarstkiem. Co móg³ zrobiæ, kiedy doskoczy³a do niego, neutralizujac w³asnym mieczem jego sztylet i przyk adajac nó¿ do szyi?!
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa a!!! - wrzasnê³a dywizja, widzac walace siê cia³o.
Nastêpny przeciwnik wyskoczy³ jeszcze szybciej, nie chcac jej daæ czasu na odpoczynek. Oni naprawdê nie wiedzieli, co to jest ³upanie litej ska³y przez kilka lat jako niewolnik. Ten by³ du¿o bardziej grozny. Starszy, chudy, sprawny. Podszed³ delikatnie na palcach. Patrzy³ niby gdzies w bok, ale nie da³a siê zwiesæ. Ujê³a miecz trzema palcami. Potem uskoczy³a lekko, kiedy uderzy³ . Z grupy Viriona rozleg³ siê czyjs syk. Dopiero teraz zorientowali siê, ¿ e by³a szermierzem! Dotad mysleli, ¿e to bezczelnosæ, si³ a i szczêscie zapewni³y jej dwa dotychczasowe zwyciê stwa. Mniejsza z tym. Zakrok. Na razie bez ¿ adnego skurczu! Odskok. Swisna³ mieczem o jakas d³oñ od jej ramienia, ale nie wychyli³ siê, spryciarz. Cia³ lekko, niby po co waliæ z ca³ej si³y, skoro mia³a na sobie tylko skó rzana kurtkê. Ale to by znaczy³o, ¿e on ma na sobie kolczugê. E... Niby po co? Chyba ¿ e nie taki znów wielki z niego mistrz? No tak, skad Virion móg³ zebraæ a¿ czterdziestu wielkich w krótkim czasie? No, to zobaczymy. Zakrok, do przodu, odskok. Nawet nie ruszy³a mieczem, a on ju¿ swisna³ swoim. Nie jestes za dobry, stary. Ju¿ po tobie! Co ten Virion, sprawdza przeciwnika, wysy³ ajac najpierw najgorszych, czy chce ja zmêczyæ? No dobra, rozluzni³ a siê, jak on taki cwany, to sobie odpocznie w trakcie walki. Cofnê³a siê kilka kroków.
- Boisz siê, suko? - warkna³ tamten.
- Och tak, tak, tak, panie - zakpi³a i ryknê³a smiechem. - Szczam po nogach!
Mrugnê³a do Viriona, który sta³ poza krêgiem i obserwowa³ ja uwa¿ nie. Widzia³a, jak zakla .
Ten chudy zacza³ ja goniæ, a ona unika³ a go drobnymi zwodami. On siê mêczy³, ona nie. Odpoczywa³a. ¯adnych skurczów, to w ogóle nie ten poziom. To nie by³ przeciwnik dla niej. Móg³by pewnie bez trudu zabiæ prostego ¿o³nierza czy nawet oficera. Ale ja? Tylko we snie! Albo w marzeniach.
- Co? - krzykna³ wreszcie. - Walcz ze mna, tchó rzu!
- Ale¿ proszê uprzejmie. Jak sobie ¿yczysz.
Doskoczy³a i zabi³ a go jednym precyzyjnym ciosem.
Dywizja zaczê³a wy ! Wyæ! Da³o siê rozró¿niæ zasadniczo dwa okrzyki: " Achaja, Achaja" - mniej liczne, bo ma³o kto zna³ ja z imienia, i " Zabij ich, zabij ich wszystkich, siostro!"
"Zabij ich wszystkich". Cha, cha... Ona sama nie mia³a z³udzeñ.
- Lanni? - krzyknê³ a, ale nie wiedzia³ a, czy ktokolwiek ja s³yszy w tym zgie³ ku. - Piszesz ten list? Pospiesz siê!
Podesz³a do s³upa z flaga, znajdujacego siê na obrze¿u ko³a do walki. Opar³a o niego g³ owê. "Rozluznij kark, kiedy d³u¿sza robota przed toba" - mówi³ Hekke. Jaka d³u¿sza, Hekke?, odpowiedzia³ a w myslach, zaraz mnie za³atwia! "Jesli tak zaczynasz mysleæ, to rzeczywiscie ju¿ po tobie!" Mam zabiæ czterdziestu mistrzów? "Ju¿ tylko trzydziestu siedmiu, ma³a."
- O, ¿eby ciê szlag trafi³! - powiedzia³a g³ osno.
- Ona z kims rozmawia! - krzykna³ jeden z "synó w" Viriona. - To czarownica!
- To za³ó¿cie se, ch³opaki, amulety - powiedzia³ Biafra, stojacy tu¿ przy Kr lowej. - Po¿yczyæ wam swó j?
"Co bys zrobi³ a na jego miejscu?" - spyta³ Hekke w jej g³owie.
Masz racjê, pomysla a. Najpierw wystawi³ abym s³abszych, ¿ eby zobaczyæ, z kim mam do czynienia, ¿ eby zobaczyæ co i jak. A teraz da³abym kogos naprawdê dobrego.
"Ano - mrukna³ Hekke gdzies g³ê boko w jej wnêtrzu. - Skoncentruj siê, ma³a, bo teraz to ju¿ nie bêdzie kompletnie zaskoczony facet, jak ten pierwszy, ani pociesznie s³ aby, jak tych dwóch nastêpnych. Teraz podstawia ci prawdziwego mistrza."
"Za³atw go, zanim zaczniesz walczyæ, dziewczyno! - Kró tki te¿ chowa³ siê w jej g³owie. - Po prostu z nim wygraj, g³upia babo. Poka¿ mu, gdzie jego miejsce! Znaczy, gdybys nie zrozumia a aluzji, bo wiesz, wszystkie baby sa g³ upie, to chodzi³o mi o to, ¿e jego miejsce na cmentarzu"
- Zamknij siê, Kró tki! - warknê³a.
- Czarownica! Czarownica! - ktos krzykna³ znowu.
Ten jednak, który wyszed³ na plac, wydawa³ siê nie wierzyæ w czarownice. Móg³ mieæ raptem ze dwadziescia lat, nie mia³ ¿adnych blizn. Jednak... Cos dziwnego by³o z jego lewa rêka, jakby przykurcz czy kalectwo. Nie trzyma³ w niej sztyletu. Mia³ ja jakos tak dziwnie przygiêta z przodu na wysokosci pêpka. Podszed³ do niej zupe³nie spokojnie.
- Co? Zaczynamy?
Uch! Doczeka³a siê u nich nawet pewnego rodzaju szacunku. Teraz to nie " Ciach! I ju¿!", co, ch³opaki?
- Moment, g³odna jestem.
Z zadowoleniem obserwowa³a, jak jego brwi wêdruja do góry. Rozejrza³a siê wok ³ i... podnios³a z ziemi wielka, osliz³a gasienicê. Podnios³a wijacego siê robala do oczu. Mia³ jakies takie malutkie w³oski, jakies cêtki, plamki. W³o¿y³a go sobie do ust i rozgryz³a powoli. Jej przeciwnik wytrzeszczy³ oczy. Zerknê³a na niego, a potem wysunê³a j zyk i spojrza³a w dó³, ¿eby zobaczy , jak wyglada robak po rozgryzieniu. Ktos z otoczenia Kró lowej nie wytrzyma³ i zwymiotowa³. Achaja prze³knê³a g³osno i obliza³a siê.
- Wiesz, co ci zaraz zjem? - Usmiechnê³ a siê do swojego przeciwnika. - Wiesz, co?
Ruszy³, robiac szeroki zamach mieczem, ale nie by³ a a¿ tak g³upia, ¿ eby parowaæ. Nie doprowadzi³ zamachu do koñca! Skoczy³ lekko, leciutko w bok i wyprowadzi³ sztych. Te¿ nie do koñca. Powstrzyma³ swoja r kê, a potem skina³ z pewnym nawet podziwem dla dziewczyny, za to, ¿ e nie drgnê³a. Oboje teraz wiedzieli o sobie, ¿ e sa dobrzy. ¯e sa siebie warci. Bilety wizytowe zosta³y wymienione. Teraz to ju¿ tylko ycie i smieræ. Jedno ¿ycie i jedna smieræ.
Skoczy³a na niego tak miêkko, jakby chcia³a go przytuli i poca³owaæ. Nie ruszy³ siê, gn j. Wysuna³ troszeczkê swój miecz i obserwowa³ jej lewa rêkê z no¿em, czy aby nie rzuci, zaraza! (Niepotrzebnie zreszta, nie umia³a rzucaæ no¿em - ale skad on mia³ o tym wiedzieæ?) Musia³a zmieniæ kierunek, minêli siê w odleg osci kroku mo¿e. ¯adne z nich nie usi³owa³o nawet zadaæ ciosu. Bo niby w co biæ? W powietrze? To¿ ¿ adnego z nich ju¿ dawno nie bêdzie w miejscu, gdzie sta³ o w chwili, kiedy si zaczyna³o wyprowadzaæ cios. Ot, zagwozdka. Obydwoje naraz, jakby na komendê, zrobili krok w ty³. On przesuna³ siê w bok, odrobinê podni s³ miecz. Ona dotknê³a palcem swojej skroni, pokazujac mu, ¿e wie, gdzie bêdzie bi³. Wzruszy³ ramionami, opuszczajac broñ. Ona niedostrzegalnie ustawi³a stopy, on wzrokiem pokaza³ jej miejsce na trawie, z którego zamierza³a siê odbiæ do ostatecznego skoku. I niby co zrobiæ w takiej sytuacji? Czekaæ do rana? Rzucaæ moneta? Sukinsyn! - zaklê³ a w myslach, ale by³ dobry! Ona by³a silniejsza, on za to mia³ doswiadczenie, którego jej brakowa o. Jak zmierzyæ ze soba takie atuty? A mo¿e... Mo¿e ona by³a ciut... dos³ownie ciut szybsza? Mo¿e on nie ³apa³ jadowitych wê¿y go ymi rêkami?
- Dobra, stary - mruknê³a. - Zrobimy cos, czy b dziemy tak stali do switu?
- Niby co? Chcesz, ¿ ebysmy siê rzucili na siebie i niech szczêscie decyduje?
- No, nie wiem. A ty co proponujesz?
Znowu wzruszy³ ramionami.
- No to mo¿e rzeczywiscie, dajmy po dwa kroki do przodu i sytuacja nas zmusi, ¿eby cos zrobiæ.
- No. Mo¿e i tak. Cos siê przynajmniej bêdzie dzia³o, nie?
Kiwna³ g³owa.
- No. To róbmy.
Postapili o krok. Jedno i drugie. Ch³opak wzia³ g³ê bszy oddech, dziewczyna zagryz³a zêby. Oboje zrobili drugi krok. Jego miecz wystrzeli nagle, ale odbi³a bezb³êdnie, tnac no¿em. Odskoczy³. Przypad³ znowu, wyprowadzajac cios, uderzy³a w bok jego miecza, doskoczyli do siebie, kopnê³a go w nogê, ale tylko w bok, bo siê usuna³, on trzasna³ ja g³owa w czo³o. Wcale nie by³a szybsza!
Znowu znalezli siê o cztery kroki od siebie.
- No wiesz co, zdziro? Kopnê³as mnie w nogê!
- A ty mnie w czo³o walna³es! Co to jest, do kurwy nê dzy? Wiejska potañc wka po tym, jak ju¿ siê ch³opi schlali?
Rozesmia³ siê.
- Czemu nie ciachnê as no¿em w zwarciu? - spyta³ nagle.
- A bo ja wiem, czemu ty tak dziwnie tê rêkê trzymasz? I co w niej masz?
- Ty, kurwa, spryciaro! - Odgia³ rêkê, wcale nie by a chora. Ukryty w d³oni mia³ krótki dahmeryjski sztylet. Nie u¿y³ go, bo nie wiedzia³, co ona zrobi ze swoim no¿em. Nie uderzy³a, wiêc nie mia³ wolnego pola. - Kto ciê uczy³, suko?
- Nolaan - sk³ama³ a.
Doceni³ dowcip.
- Mnie te¿ - sk³ ama³ równie nieudolnie jak ona. Potem usmiechna³ si lekko. - No, to wychodzi na to, ¿e siê musimy na siebie rzuciæ. Nie bêdziemy przecie¿ tak staæ, a¿ rosa na nas osiadzie, co?
- No! Z rozpêdu?
- Mhm - skrzywi³ si . - Bêdziemy siê musieli wtedy wreszcie dziabnaæ, bo inaczej wpadniemy na siebie i oboje si pozabijamy. A na szlag dwa trupy, skoro mo¿e byæ tylko jeden?
- No to... z ilu kroków?
Usmiechna³ siê znowu.
- Nie wygladasz na taka, co siê musi d ugo rozpêdzaæ. Robimy po piêæ kroków do ty³u i biegiem na siebie. - Machna³ rêka. - Niech szczêscie decyduje.
- No, dobra - Cofnê a siê o swoje piê , on te¿. Ka¿de z nich obmysla³o sztuczki i szachrajstwa, jakimi zamierza³o oszukaæ przeciwnika. Ale co tu zrobiæ? Jakby jedno przesta³ o biec, drugie te¿ to zrobi. Jakby któres skrê ci³o, drugie te¿ skrêci. A jak walna w siebie cia³ami, to naprawd bêda dwa trupy. Zadadza sobie wzajemnie po kilka ciosów, zanim zgina. Wiêc trzeba bêdzie walczyæ na dystans w u³amkach chwil. W momencie, kiedy jedno cia³o uderzy o drugie... tamto musi byæ ju¿ martwe! A w takiej sytuacji naprawdê tylko szczêscie decyduje. A, szlag!
Rzucili siê na siebie. Achaja w zwodzie run ³a na ziemiê, odbi³a siê z plecó w, wyprowadzajac smiertelny cios, ale on w³asnie nad nia przeskakiwa³. Rêka obcia¿ona mieczem by nie zda¿ y³a, wiêc pusci³a nó¿ i chwyci³a go za stopê, wywracajac na ziemiê . Nie spodziewa³ si , ¿e jest a¿ tak silna. Ona nie spodziewa³a siê, ¿e, nawet padajac, potrafi rzuciæ sztyletem. Uchyli³a siê cudem, ale musia³a go pusciæ. Koniec marzeñ o tym, ¿e zdo³a zgruchotaæ mu kostk . Przewróci³a siê na plecy, zerwa³a siê i natar³a mieczem. Odbi³ lekko, wstajac, ruszy³ na nia, ale odwinê³a siê, blokujac i... Bogowie! Hurrraaaaa!!! Dokonujac cudu, kopn ³a go w g³owê! Polecia³ w ty³ jak walniêty kafarem wodnego m³ota! Nigdy tego nie æ wiczy³a. Parê lat z kajdanami na nogach. Mia³a dwa wredne skurcze, jeden w udzie, jeden w posladku. Cos ja k³u³o w brzuchu. Ale on... Ach! Ledwie, ledwie siê podniós³, potrzasajac g³owa i toczac wokó³ b³ê dnym wzrokiem. Usi³owa³a doskoczy , ale on jakos, chyba instynktownie, wywina³ siê jeszcze.
"Masz go na widelcu, ma³a - powiedzia³ Hekke. - I nie walcz ze skurczami, jesli nie tracisz ¿ycia, bo sobie za³atwisz nó kê i pupciê dokumentnie! Zaskocz go czyms."
- Mo¿e krótka przerwa, m³ody, co? - rzuci³a.
Nie móg³ uwierzyæ, ¿e daruje mu ¿ ycie. W takiej chwili? Kiedy by³a góra? Dywizja wy³a, nape³ niajac wielka polanê niesamowitym wrzaskiem.
- Zabij go! Zabij go!!! Achaaaaajaaaaaa!!! - Teraz ju¿ wszystkie zna³y jej imiê. Poczta pantoflowa dzia³a³a bez zarzutu. - Zabij ich wszystkich!!!
Pokustyka³a do porzuconego no¿a, podnios³a i wbi³a ostrze w ty³ek i udo, likwidujac skurcze. No. Przynajmniej ich najbardziej grozny objaw. Dalej bola³o, ale szlag z tym. Zdjê³a swoja kurtk i odrzuci³a daleko. Usiad³a na ziemi, rozsznurowa³a i zdj ³a paradne buty od razu ze skarpetami. Wsta³a, majac na sobie jedynie kró tka spódniczkê i opaskê. Podesz³a do cia³ tych dziewczyn, któ rym siê nie uda³o, a które le¿a³y teraz pod lasem.
- Czesæ, kole¿anki - szepnê³a. - Zaraz do was przyjdê. Ju¿ nied³ugo po³o a mnie tutaj i bê dziemy razem. Ale póki co... pomó¿cie mi trochê .
Nachyli³a siê i dotknê³a rêkami krwi tej, która le¿ a³a najbli¿ej. Potem posmarowa³a sobie twarz na czerwono.
Powoli wróci³a do cz³owieka, który czeka³ na srodku kr gu. Ju¿ nie by³ tak strasznie opanowany jak za pierwszym razem. Usmiechnê³a siê do niego pokryta krwia twarza.
- Zabija³es, swinio, te bezbronne dupy.
- O, kurde. Z baby zawsze wyleza w koñcu sentymenty. A ty niby co robisz?
- Mówisz o tych trzech, co za³atwi³ am przed toba? A ktos ich tu zaprasza ? Oni sa z Arkach, czy jak?
- Przestañ pieprzyæ . Ju¿?
- Ju¿.
Rzuci³ siê na nia, odbijajac od s³upa. Nawet oszo³omiony by³ niesamowicie dobry. Uchyli³a siê, wyginajac krêgos³ up, i poczu³a, jak zimne ostrze jego miecza, na szczê scie na p³ask, przesuwa siê po jej skórze na boku. Sama wyprowadzi³a cios, ale te¿ siê uchyli³, gnój. Usi³owa³ ciaæ ja w nogi. Wbieg³a na s³up, odbi³a siê, robiac obrót w powietrzu i wyladowa³a za jego plecami. Chwyci³a za ramiê, odwróci³a go sobie przodem jednym ruchem rêki i wbi³ a mu miecz w p³uca po rêkojesæ! Zwiotcza³. Upad³ na ziemiê. Znieruchomia³.
Dziewczyny z dywizji krzycza³y tak, jakby chcia³y g³ osem poprzewracaæ drzewa wokó³. Królowa wsta³a ze swojego z³oconego krzes³a, przyk³ adajac obie d³onie do ust. Achaja zablokowa³a le¿ace cia³o bosa stopa i, stêkajac z wysi³ku, wyszarpnê a swój miecz. Odwróci³a siê przodem w kierunku szermierzy Viriona. Podnios³a swoja bro , wysunê³a jêzyk i samym koñcem przesunê³a po okrwawionej klindze.
"Ju¿ tylko trzydziestu szesciu, dziecko - odezwa³ siê Hekke. - Ale powiedz... co bys na jego miejscu teraz zrobi³ a?"
Stanê³abym do walki osobiscie, odpar³a w myslach natychmiast i bez wahania. ¯egnaj, Hekke.
"¯egnaj, ma³ a."
Oddycha³a regularnie, pró bujac siê uspokoiæ. Zerknê³a na te, kt re le¿a³y pod drzewami. Zerknê³a na Lanni, Shhê, Zarrakh, Mayfed, Chloe, i Bei... Czesæ, dziewczyny, niektórzy mówia, ¿ e nied³ugo siê znowu spotkamy. ¯e niby tam, po drugiej stronie, po smierci mo¿na siê jakos odnalezæ, nawet cierpiac, nawet p³aczac przez ca³a wiecznosæ. Popatrzy³a na mrugajace gwiazdami niebo, na majaczace w ciemnosci wierzcho ki drzew. Kto jak kto, ale ona przecie¿ od dawna liczy³a siê z tym, ¿e umrze. Tylko dlaczego akurat dzisiaj? G³ upia ma³pa!, zgani³ a sama siebie w myslach. A niby dlaczego w³ asnie nie dzisiaj? Osiemnascie lat - powtórzy³a za Lanni - i wystarczy! Przecie¿ nie planowa³a powolnej smierci we w³asnym ó¿ku. Zreszta, niby czym dzieñ dzisiejszy ró ¿ni³ siê od " tego w³ asciwego", niby jej przeznaczonego, dnia smierci? By³y dok³adnie takie same. Sra³ pies! Czy¿by naprawdê chcia³a ¿ yæ wiecznie?
Virion wyszed³, trzymajac ju¿ miecz w rêku. Gruby, ³ysy, z obwis³a dolna warga ukazujaca ¿ó³te, nierówne zêby. Istny demon smierci, jak go siê przedstawia na rycinach w ksia¿ kach o Bogach! Cha, cha, cha... S³aby dowcip. P³aski.
Szed³ powoli, dosæ obojêtny, ale nie "na pokaz", bo patrzy³ na nia uwa¿nie. Przynajmniej tyle. Nie zlekcewa¿y³ jej zupe³nie. Facet, który pijany, obrzygany, obrzucony smieciami przez kurwy, za³ atwi³ w burdelu dwudziestu rycerzy Zakonu. W zamkniêtym pomieszczeniu. Najlepszych! Bo, w przeciwieñstwie do przypadku Achai (nie mówiac o liczbie), tamci rycerze spodziewali siê, ¿ e bêda walczyæ z szermierzem natchnionym. Cz³owiek, który za atwi³ ca³y legion Moy. No, przecie¿ to siê w g³owie nie miesci! Jakby opowiedzieæ tê historiê w lesie, przy ognisku, przygodnym znajomym, to obsmieja jak k³ amcê. Cz³owiek, który nie mia³ sobie ró wnych. No, mo¿e Nolaan, ale nigdy siê nie zmierzyli. Bo i po co? Na Nolaana to mogli skakaæ naiwniacy w rodzaju Hekkego. Nie Virion. Stary pies. O, Bogowie, smieræ idzie. Taka gruba, pyzata, ysa i niepozorna. Kurwa, uklêknaæ przed nim, mo¿e siê zlituje i szybko zetnie? O, ¿esz ty. A jak walnie w brzuch? Przekrêci miecz tkwiacy we flakach, potnie wszystko, tam w srodku, na strzêpy? To¿ i dwa dni umieraæ mo¿na. Albo nawet d³u¿ej.
"Ty, ma³a - mrukna³ w jej g³ owie Krótki. - Ja parê lat na dworze Luan udawa³ em czarodzieja. Mo¿e bys tak przynajmniej poudawa a choæ trochê, ¿ e jestes szermierzem, co? Mo¿e jakies pó ³ modlitwy? Zanim siê zsikasz ze strachu i rozp³ aczesz nad w³asnym, obszczanym osobiscie losem?"
No, mo¿e i tak. Mo¿e zetnie szybko, nie wiedzac do koñ ca, ¿e g³upia ma³ pa mu nie doró wnuje? Ruszy³a przed siebie kilka kroków. Potem zatrzyma³a si i usmiechnê³a.
- Jestes moim mistrzem - powiedzia a szczerze. - To ty zabi³es dwudziestu rycerzy w burdelu i gdyby to ode mnie zale¿a³o, postawi³abym ci za to pomnik! Kocham ci , kocham ciê, ty stary, ³ysy repie. Kocham ciê razem z twoja obwis³a warga i wielkim brzuchem! Ty jestes dla mnie wolnoscia, tys moim szczêsciem, tys legenda, w która wierzy³am. To ty mi siê sni³ es, kiedy marzy³am, ¿eby ktos zdja³ kajdany z moich nó g! Kocham ciê, Virion! Kocham ciê!
By³ zaskoczony. Trochê. W ka¿dym razie nie atakowa³. Achaja usmiechnê³a siê jeszcze szerzej, zrobi³a minê "dziewicy", a potem... wysunê³a jêzyk i obliza³a siê tak, e wszystkich mê¿ czyzn w zasiêgu wzroku przesz³y ciarki. Ciarki i cos jeszcze.
- Przespa³abym siê z toba - mrugnê³a do niego. - Krzycza³abym w twoim ³ó¿ku. Kocham ciê, Virion! S³uchaj, ja umiem to robiæ!
Dotknê³a swojego tatua¿u koñcem no¿ a i przeciagnê³a nim po policzku, zostawiajac czerwona prêgê. Jej w³asna krew sp³ ywa³a po twarzy, mieszajac siê z krwia zabitych kole¿ anek.
- Umiem to robiæ, stary! Jestem kurwa. Jestem nauczona. Ze mna by³oby ci dobrze. Jak w domu na swiê ta, jak z m³oda g³ upia ¿ona, jak z czyms bardzo ciep³ ym, co masz przy boku. Czyms miêkkim, ale i ostrym, czyms, co jest g³upie, ale przylepi³oby siê do ciebie. A potem, po wszystkim, powiedzia bys: "Achaja, skocz po wino", a ja bym pobieg³a. A ty bys marzy³, ¿ eby znowu mieæ mnie przy swym boku, cos ciep³ego, Virion, cos, czemu nie musisz p³aciæ. Powiedzia³bys " spiewaj", to bym ci spiewa³a, powiedzia³bys: "stañ na rzê sach", a ja bym stanê³a. Ze mna by³oby ci fajnie, Virion! Naprawdê bym krzycza³a, nie dlatego, ¿em nierzadnica, po prostu sprawiasz, ¿ e dopiero widzac ciebie, wiem, co to mê¿czyzna. Kocham ciê! Virion, ty stary capie! Nie wygladasz na m³ odego kochanka, ale wszystkie na swiecie, wszystkie takie jak ja... sika³yby po nogach, ¿eby móc byæ z toba! A ja... A ja, niestety, musz ci wypruæ flaki! Niefart, co? - Wzruszy³a ramionami. - Tak siê z regu³y pierniczy w ¿yciu. Spotkasz tego twojego wysnionego bohatera... I go, psiamaæ, musisz zabiæ, albo on zabije ciebie.
Cos tam osiagnê³a swoja przemowa. Stary alkoholik ze zwiotcza³ymi miê sniami, wydatnym brzuchem i obwis³a warga ukazujaca ¿ó te zêby, popatrzy³ na nia, a w jego wzroku by³o cos dziwnego. On te¿ marzy³. On w jakims tam sensie uwierzy³, ¿ e sa na swiecie prawdziwe kobiety, takie, jakimi chca je widzieæ mê¿ czyzni. On poczu³ nagle, ¿ e swiat nie musi byæ taki brzydki, ¿e nie musi ograniczaæ siê do p³atnej mi³ osci (obojêtnie, srebrnymi monetami w burdelu, czy ciuchami, wy¿erka i piêknym malowanym wozem, zaprzê¿onym w szesæ koni w domu). P³aæ jak chcesz, monetami czy dobrem, bylebys wiedzia³, za co p³acisz, palancie. Byle ciê by³o staæ , bylebys by³ pewny, ¿e dostajesz to, za co p³acisz, idioto. Psiamaæ! ¯ycie czasem p³ata figle, czasem ta twoja wysniona baba staje naprzeciw ciebie i m wi, ¿e wypruje z ciebie flaki. Ach! Poka¿ jej. Poka¿ jej, ¿e siê myli! To jej wypruj flaki! Albo daj jej siê zabiæ. Wszystko jedno, draniu. To jest w³asnie ta piêkna smieræ, o której tyle mówia ci wszyscy, którzy jej nie doswiadczyli. No, to zdecyduj siê nareszcie! Chcesz walczyæ... z nia? W³asnie z nia? Czy chcesz siê poddaæ? A... Mo¿e niech to bê dzie taka babska smieræ. Taka g³upia, przypadkowa, która przysz³a gdzies w zupe³nie dowolnym miejscu, kretyñsko usmiechniêta. Bogowie! Jesli tak jest naprawdê... Jesli smieræ jest kobieta, taka w³ asnie g³upio usmiechniêta, paplajaca o bzdetach baba, to czemu nie, ch³opaki? A niech nas bierze, niech paple nad uchem, przecie¿ to, kurde, nie boli. I tak lepiej, ni¿ mia³aby byæ mê¿ czyzna o zacisniê tych wargach, wynios ym, perfekcyjnym, nie chybiajacym nigdy strzelcem. A, szlag! Smieræ to kobieta - nie potrafi nawet porzadnie napiaæ ci ciwy. Dlatego ciagle ¿ yjemy, choæ to na zdrowy rozum niepodobieñstwo i idiotyzm. Smieræ to kobieta. Przecie¿ przyjdzie w koñcu i powie: "Wiesz, to ja" - z debilnym usmiechem. To ja ciebie zrozumiem, to ja ciê przytulê, to ja ci zaspiewam tê piê kna piosenkê, któ rej s³ów pewnie sama nie pojmê. To ja, mój mi³y, to ja. To nareszcie ja. Ju¿ koniec twoich zmagañ, to ju¿ kres, mój ma³y. Ja ci powiem, ¿e jestes piêkny, ja ci powiem, ¿e jestes madry, ja ci powiem, ¿e jestes odwa¿ny, ¿e jestes wielki, ¿e jestes strasznie fajny i naprawdê bêdê w to wierzyæ. To ja. Ja jestem Smiercia, mój mi³y. Chodz. Chodz, proszê, i nie p³acz wiêcej. Ja ciê ukojê, ja jestem twoja ¿ona, ja jestem kochanka, ja jestem ta pierwsza dziewczyna, która poca³owa³es ukradkiem, ja jestem Twoja Smiercia, kochanie, tylko proszê, nie smiej siê przez ³zy, i tak nie zrozumiem, bo ja... jestem tak strasznie g³upia. No, chodz, poca³uj mnie w usta. Tylko uprzedzam - ja mam strasznie zimne usta, mój mi³y. Ale nie bój siê, teraz bêdzie ci dobrze, teraz nie musisz siê gryzæ, nie musisz siê baæ. Jak ja ciê strasznie kocham. No, chodz. To ja. O, Bogowie, jak my dobrze siê znamy. Jak brat i siostra, prawda? Jak kochanek i kochanka. Jak mê¿czyzna i Smieræ, co? Jak Ty i Ja. O, kochanie, jak bardzo Ciê pragnê. No, chodz ju¿, g³ uptasie. Kochanie. Jaki ty jestes piê kny, jaki ty jestes madry, jaki ty jestes odwa¿ny. Kocham ciê. Kocham ciê, mój mê ¿czyzno, no chodz. Cos siê koñczy, a nic siê nie zaczyna. Ale mo¿e i dobrze, co? Przecie¿ wiesz... Przecie¿ wiesz, ty dobrze wiesz. Tylko nie p³acz, proszê. To ja, twoja stara znajoma. Znamy siê dobrze, kochanie. Pamiêtasz mnie przecie¿, pamiê tasz mnie dobrze, jestes mê¿czyzna. Chodz...
Oczy Viriona zamgli³ y siê lekko. By³ stary. By³ nawet nie alkoholikiem ju¿, ale opojem. On zaczyna³ dzieñ od kapieli w wódzie. Pi³ zamiast sniadania, pi³ zamiast obiadu, wch³ ania³ gorza³ê od wieczora do rana, kiedy znowu spragniony móg³ wreszcie wypiæ cos na sniadanie. A jednak patrzac w jej oczy, poczu³ cos, czego nie czu³ od wczesnej m³ odosci, kiedy rzuci³ a go jakas g³upia dziewczyna, bo znalaz³a bardziej wymownego kawalera, a on po raz pierwszy wzia³ miecz do rê ki i machajac nim niewprawnie jeszcze, jak cepem, zachlasta tego mê¿czyznê, zak³u³ ja i wszystkich, którzy stanêli mu na drodze... On zna³ wszystkie burdele na ca³ym cywilizowanym swiecie. Od tych najlepszych w Troy, poprzez przepysznie bogate, ale bezduszne w Luan, a¿ do tych najtañ szych w ka¿dym porcie... Nie, nie, port to cos, gdzie przynajmniej powiewa wielkim swiatem. On zna³ nawet te przy traktach w lesie, przy karczmach, gdzie normalny cz³owiek by nie wszed³, bo do karczmy wchodzi siê po to, by cos zjesæ, a nie po to, by samemu zostaæ zjedzonym przez wszy i pch³y, które tam panowa³y.
Poczu³ ¿al. Po raz drugi w swoim ¿yciu. ¯al prawdziwy, bo on niczego nie robi³ na pokaz. Teraz spotka³ ja w³ asnie i... Skurwysyny! (Nigdy nie u¿ywa³ s³owa "Bogowie" .) I musia³ ja zabi ? Patrzy³ na nia: m³oda, ³adna, gibka, z takim fajnym tatua¿em na twarzy. I przecie¿ nawet ca kiem niez³a w mieczu. No... no, no... no powiedzmy, ¿e niez³a, w koñcu to kobieta, raz w ¿ yciu mo¿na sk³amaæ i byæ szarmanckim wobec dam, nawet jesli siê udaje, ¿ e jest niez³a w mieczu. Musia³ zabiæ to ciekawe i chêtne dziecko. A przecie¿ móg³by ja tyle nauczyæ. Kurde, byæ dla kogos legenda. I to dla takiej fajnej dupki. I to jeszcze pozbawionej g³upich przesadów, skoro mia³a na twarzy to, co mia³a. Nie rozp³aka³ siê, bo po pierwsze, by³ mê¿czyzna, a po drugie, cos by³o nie tak z jego oczami, ³zy nie pojawi³y siê dotad nigdy i pewnie siê ju¿ nie pojawia. Eeeee... Sa na swiecie wiê ksze kaleki. Brak ³ez to nie takie straszne, da siê ¿yæ.
Achaja zyska³a cos swoja przemowa. Tylko dlatego, ¿e by³a szczera. Virion naprawdê nie chcia³ jej ju¿ zabiæ. Nie chcia³, ale musia³. Có¿ wiêc za ró¿ nica? Problem w tym, ¿e ona te¿ nie chcia³a go zabiæ, nawet jesli sprawienie tego by³ oby w jej mocy. On jej naprawdê imponowa³. Æwiczy³a z Hekkem na pustyni, myslac o nim. Myslac o jego rycerzach zabitych w burdelu. Mysla³a o jego zwyciêstwach, powtarzajac sobie jego s³owa: " Nie ma przeznaczenia. To nie mo¿ni i nie Bogowie ustalaja porzadek na swiecie. Nie ma przeznaczenia! Pamiê taj, nie ma przeznaczenia!"
Zagryz³a wargi. Jak siê pieprzy, to siê pieprzy. Na ca³ego! Nigdy si nie pieprzy w ¿ yciu na pó³. Albo na trzy czwarte. Zawsze na ca³osæ.
"No, to - powiedzia³ w jej wn trzu Krótki - zabij go, ma³a. Albo przynajmniej udawaj, ¿e chcesz to zrobiæ."
Dobra.
Skoczy³a nagle, bez ¿adnego uprzedzenia, bez ¿adnego zerkania na przeciwnika, bez ¿ adnego brania g³ê bszego oddechu, bez b³ysku w oczach. W chwili, o której sama w³asciwie nie wiedzia³a, kiedy nastapi, dopóki nie nastapi³a. Wyprowadzi³a cios. O, Bogowie! Hekke, by³bys ze mnie dumny - ale zwód! Co?
Zobaczy³a cos, chyba b³ysk klingi. Ocknê³a siê po zrobieniu jakichs dziesiêciu kroków. O! Skad ta krew? O, kurwa! Z jej lewej r ki krew wali³a jak z cesarskiej fontanny w Syrinx. Miêsnie rozciête tak, ¿e widaæ by³ o z³amanie kosci w dwóch miejscach, rozerwane sciêgna. Nie mog³a nia poruszyæ. Palce tkwi³y w jakims przedziwnym przykurczu, drgajac lekko, zupe³nie niezale¿nie od jej woli. Ale mnie za³atwi³!, przebieg³o jej przez g³owê. O, mamo! Straszny skurcz w lewej ³ ydce, skurcze w obu stopach, w boku. Szlag! Czy cz³owiek ma jakies miêsnie w boku? Skurcze w barku, szyi, jakos tak dziwnie, pod prawym ³okciem i gdzies z ty³u, ale na plecach strasznie trudno okresliæ konkretne miejsce, cz³owiek tam niewiele czuje. Kurwa. Ju¿ nie nadawa³a siê do walki. By³a za³atwiona. Ale boli, skonstatowa³a nagle, chyba siê zrzygam. By³a og³upia³a, jak dziecko wystrychniête na dudka przez starszego kolegê. Ju¿ siê nie nadawa a do walki. Nawet z garbatym studentem poezji, kt ry mia³by zwiazane nogi. Kaszlnê³a kilka razy. Ale ta krew cieknie.
W kompletnej, niesamowitej wrêcz ciszy rozleg³ siê pojedynczy okrzyk:
- Achaja! - To by³a Shha. - Zabij skurwysyna, albo ja to zrobiê!
Nie mog³a siê nawet rozesmiaæ. W tym stanie uda³ oby siê byæ mo¿e zabiæ muchê, pod warunkiem, ¿e ktos by ja trzyma³ unieruchomiona w palcach. Ale przynajmniej jakis cz³owiek w nia wierzy³. Slina ciek³a jej z ust, bo nie potrafi³ a ich zamknaæ. No, ale przynajmniej siê nie zsika³a. Kaszlnê³a jeszcze raz, cos jej podchodzi³o do gard a. Jêknê³a cicho i odwróci³a siê z trudem.
Virion kla³. To by³o dla niej jak szok. Robi³ to cicho, pod nosem, s³ysza³a tylko ona:
- Kurwa! Taka pierdolona maszynka do zabijania! I ktos se ja wyhodowa³ gdzies na boku, w tajemnicy, i ja, psiamaæ, nic o tym nie wiem. Skurwiele przebrali ja w ten pierdolony mundurek i postawili naprzeciw. - Rzuci³ z³ym spojrzeniem i dopiero teraz zrozumia³a, ¿e mó wi o niej. - Normalnie, babska maszyna do mielenia miêsa! W rzezni postawiæ, tam siê nada!
Nagle krzykna³ g³ osniej:
- Ty, kurwa, kto ciê wyszkoli³? - W jego g³osie brzmia³ a z³osæ.
Co on? Nie widzia³, ¿e jest skoñczona?
- Hekke - szepnê³ a.
Niby po co k³amaæ?
- O, ¿esz ty, mog³ em siê domysliæ! By³a niewolnica. Miêsnie z ¿elaza, biegnac, robi ma³e kroczki. Silna jak wó³. Odporna jak pieñ, na którym siê drzewo rabie. - Spluna³ na trawê. - Ma³o jej rêki nie ucia³em, a ta stoi dalej na dwóch nogach i siê g³ upio usmiecha! Teraz ciê powinien ktos batem po plecach walnaæ, jeszcze wiê ksza przyjemnosæ ci robiac, co?
Wzia³ jej grymas bó lu za smiech? A tak. Na twarzy ma krew, g wno rozpozna³.
- A dlaczego nie ucia³es? - spyta³ a.
I dla niej, i dla niego by³o jasne, ¿ e to koniec, nie by³ o co udawaæ.
- No¿, kurwa twoja maæ! Ból szarpie jej wnêtrznosciami i to taki, ¿e dziesiêciu facetów by wy³o i zwija³o siê na trawie, a ta nie dosæ, ¿e stoi, to jeszcze ze mna dyskutuje! No, co ten Hekke z ciebie zrobi³? Co? Kamienna rzezbê, w która jakis czarownik tchna³ ¿ ycie? - Spluna³ jeszcze raz i uspokoi³ siê troch . - Dobra. Zas³ugujesz na ³ askê - mrukna³. - Dehrin, wez sztylet i stañ jej za plecami.
- To wbrew przepisom! - rykna³ Biafra. - Ma byæ jeden na jednego!
- Zamknij siê - warkna³ Virion.
- Niech on to zrobi - poprosi³a Achaja.
Dehrin, jeden z najlepszych szermierzy wsród "synów", stana³ za jej plecami ze sztyletem w rêku. Wbijajac ostrze w jej miêsnie, zlikwidowa³ wiê kszosæ skurczów. Potem zdja³ w³asny pas i przewiaza³ nim przedramiê dziewczyny. To nie by³ opatrunek; pewnie chcia³ sprawiæ, ¿ eby nie oderwa³o si od reszty przy gwa towniejszym ruchu.
Virion spojrza³ z pewna ciekawoscia.
- Dobra, teraz daj jej w pysk, z ca³ej si³y.
Drugi szermierz podskoczy³, ¿eby podtrzymaæ Achajê. Dehrin piêscia przywali³ jej w twarz, a¿ g³owa odskoczy³a, a w oczach ukaza³y siê gwiazdy.
- Jeszcze raz.
Dosta³a z drugiej strony, jeszcze mocniej. Dywizja zaczê³a syczeæ.
- Otrzezwia³a? Nie? Przy³aduj w splot i ustawcie ja na czworakach.
Achaja dosta³a piê scia w splot, zaczê a siê dusiæ, szermierze sprawili, ¿e uklêk³a i pomogli podeprzeæ siê jedyna choæ trochê sprawna rê ka. Zwymiotowa³a. Ale naprawdê otrzezwia³a trochê. Przesta³o jej siê wydawaæ, ¿e wszystko wokó³ to sen.
Virion stana³ nad nia i pochyli³ siê trochê.
- Odzyska³as choæ trochê swiadomosci? Dobra. Odpowiadam na twoje pytanie, dupo. Nie obcia³em ci rê ki, bo ciê musia³ em poznaæ. Musia³em zobaczyæ, jak walczysz.
- Prze... - rozkaszla³a siê znowu - przecie¿ widzia³es...
- Widzia³y moje oczy. A ja musia³em zapoznaæ z toba moje cia³o. Nie rozum, nie oczy, nie mnie samego. Wiedzia³em, ¿e jestes dobra, wiêc musia³em nauczyæ ciebie swoje cia³o. A tego siê nie da zrobiæ, nie krzy¿ ujac mieczy. I teraz ju¿ wiem, jestes nieobliczalna. Jestes jak wiatr w g rach: raz ciê popiesci, przyniesie ulgê w skwarze, a zaraz zepchnie z turni w przepasæ. W tej chwili jestes ju¿ w po³owie za³ atwiona. Ale te¿... jestes pierwszym natchnionym szermierzem z jakim siê bi³em. Pierwszym w moim ¿ yciu!
Usi³owa³a podniesæ g³owê, ale nie mog³a. On... On... naprawdê mówi³ powa¿nie!
- Bo wiesz co? My ze soba nie walczymy. Tych kilku ludzi na swiecie nie staje naprzeciw siebie. Tylko Hekke by³ g³ upi i da³ siê podpusciæ... za m³ody. Ale zdradzê ci pewna tajemnicê. Tu¿ przed tamta walka przyszed³ do mnie Nolaan i poprosi³, ¿ebym powsciagna³ tamtego kretyna, ¿eby on tego nie robi³! Zdziwiona? Sam Nolaan prosi³ w swojej sprawie. Ale tam ju¿ za du¿ e pieniadze wchodzi³ y w grê. Nic nie mog³em zrobiæ. I stanêli naprzeciw siebie. I Hekkemu siê teraz wydaje, ¿e Nolaan to najwiêkszy mistrz, cha, cha... To przypadek, ¿e wygra³! Równy stana³ naprzeciw ró wnego. I jeszcze ci cos powiem, ty moja dziewczynko do mielenia miêsa. Tylko jeden malutki atucik mia³ Nolaan w walce. Tylko jeden! - Rozesmia³ siê znowu. - To g³upszy stana³ naprzeciw madrzejszego. I on to wykorzysta³. A nie walczy siê rozumem, jak wiesz. Rozum nie bierze udzia³u w walce na miecze. W karty, w kosci, w piæki pod mostem - to sa gry, gdzie byæ mo¿e uda siê rozum wykorzystaæ. Tu nie. A jednak Nolaan potrafi³ to zrobiæ !
Virion wyprostowa³ siê nagle.
- Nie wiem, co Hekke ci zrobi³. Nie mam pojêcia. Sprawiasz wra¿enie, jakby od dziecka kazali ci ³upaæ ska³y go³ymi rê kami. Ale tak nie by³o, m wisz jak ktos wykszta³cony i to wybitnie. Jak wiêc w swoim kr tkim ¿yciu zdo³a³ as siê wykszta³ciæ , nauczyæ ³upaæ ska³ê rêkami i walczyæ. Niewolnictwo? Nie. By³as za dobrze od¿ ywiona jak na niewolnika, nie masz ¿adnych zniekszta³ ceñ cia³a. Wniosek: Hekke ciê hodowa³, jak roslinkê. Nauczy³ ciê, ale to nie wszystko. Nie tylko Hekke zrobi³ z ciebie szermierza natchnionego. By³ ktos jeszcze, jakis mistrz nad mistrze! Jakis Pó³ bóg!
Potrzasnê³a g³owa, nie mogac go zrozumieæ.
- By³ ktos, kto ciê nauczy³, ¿e ból czujesz tylko w umysle. ¯e cia³o samo w sobie bólu nie czuje. To tylko rozum! A jest bardzo niewielu ludzi na swiecie, kt rzy dobrze pojêli tê naukê i jeszcze ¿yja. Ty spójrz na siebie. Klêczysz tutaj, wykrwawiajac siê na smieræ, i zamiast wyæ, skomleæ, p³ akaæ... s³uchasz mnie uwa¿ nie. Ty mi powiedz jedna rzecz, dziewczyno. Kto to by³? Kto ciê tego nauczy³?
Zrozumia³a nagle. Stêknê³a g³ucho, i zaciskajac zêby, wsta³a na nogi. Odetchnê³a g³ê boko.
- Mistrz Anai.
Tamtemu zwêzi³y si oczy.
- A¿ przez to trzeba przejsæ? - wyszepta³. - A¿ przez to? - Potrzasna³ g³owa. - Czasem myslê, ¿e chcia³bym, ¿eby on mi to zrobi³.
- Nie chcia³bys, Virion. Uwierz mi, nie chcia bys. - Oddycha³a z trudem. - Chyba ¿e lubisz siê budziæ, krzyczac w obszczanej poscieli.
Kiwna³ g³owa. Cofna³ siê poza srodek krêgu.
- No, dobra. Uderzaj, kiedy bê dziesz gotowa. Tylko nie czekaj za d³ugo, bo zaraz siê wykrwawisz, stracisz si³y, a potem umrzesz. - Usmiechna³ siê lekko i wypowiedzia³ s³owa, które nia wstrzasnê³y: - ¯ egnaj, siostro!
- ¯e... ¿egnaj... braciszku.
Wszyscy wokó³ s³ uchali jak skamieniali. To siê nikomu w g³ owie nie miesci³o. O czym oni mówili? Bogowie! Co tu siê dzieje? Ktos z armii Arkach naprawdê dor wna³ Chodzacej Legendzie, Virionowi? I to tak, ¿e on sam nazwa³ dziewczynê siostra? O co im chodzi³o, to jakies krêtactwo, byli wczesniej umó wieni, skumali siê gdzies, znali wczesniej?
Owszem, znali siê, choæ nie widzieli siê nigdy. Znali siê, choæ poznali przed chwila. Wiadomo. W tym stylu to mo¿ na mówiæ godzinami i nie powiedzieæ niczego. Ale jak to lepiej wyjasniæ? Powiedzie , ¿e znali siê jak smieræ i... smieræ? A niby co to znaczy? Zgadnijcie sami.
Sta³a sobie naprzeciw niego, powoli umierajac. Powiedzia³, ¿e ona te¿ jest szermierzem natchnionym. Przynajmniej niech siê cieszy, g³upia, przed smiercia, os³ abiona, z jedna tylko, czêsciowo sprawna rêka.
"No i co, ma³ a? - odezwa³ siê w jej g³owie Hekke. - Zrobi³ ciê jak chcia³? A nie mówi em? I co teraz? Ty krwawisz jak pies w luañskiej rzezni, on zdrowy! Ha! Nie uda³o siê! Przegra as! To koniec. Ju¿ mu nie staniesz. To ju¿ koniec, ma³ a. To koniec. Koniec z toba! Teraz ju¿ tylko p³akaæ mo¿esz, krzyczeæ i wyæ. Ale si³ nie starczy na d³ugo, wiêc p³ acz po cichu, wiê cej bêdzie oddechu. Dno! Taki stary pacan o sflacza³ych miêsniach, o refleksie, który dawno temu zastawi³ w zaplutej karczmie. Taki gnój. Takie nic. I za³atwi³ ciê jak chcia³, bo on morderca, mê¿ czyzna, a ty g³upia baba! Nie lepiej by³ o nabiæ siê na w³ asny miecz? Przynajmniej sromoty bys uniknê³a. Nikt by ciê nie zna . Pochowaliby ciê w zbiorowym grobie, nikt by nie pamiêta twego imienia. A tak? Bêda mówiæ : "Achaja? A tak, tak, ja Virion za³atwi³ w s³ ynnym pojedynku. Bo ja, wiesz, Hekke, uczy³. Jedno z drugim to banda nieudañców. A pamiêtasz, jak rycerzy Virion za³ atwia³? W burdelu, kiedy wszyscy byli przeciw niemu? Jak zabi³ ca³y legion Moy, jak zachlasta³ ca³a elitarna gó rska dywizjê kró lestwa Arkach? On mistrz, prawdziwy szermierz natchniony. Nie tobie siê z nim równaæ, córko. Jestes nikim, jestes zerem, jestes nic niewa¿na dupa na jego drodze, jestes niewarta spluniêcia, dziewczyno!"
- Dziêki, Hekke - szepnê³a. - Dziêkujê ci, ¿e pokaza³es mi, gdzie moje miejsce. A wiesz, ¿e szczerze mówiê.
Co mia³a do przeciwstawienia staremu mistrzowi? ¯ e m³oda, szybsza, silniejsza i bardziej zwinna? To sobie spokojnie mo¿ na miêdzy bajki w³ o¿yæ. Nic nie zrównowa¿y jego potwornego doswiadczenia. Nawet niemowlê mog³ oby go pewnie zabiæ swoja grzechotka, gdyby tylko wczesniej zabi³o tak wielu ludzi jak on i wysz³o z tego ca³o. He... Virion to by³a sama smieræ. Ale nie babska, g³ upia. To by³ stary mê¿ czyzna ubrany w bia³ a szatê z kosa. O zimnych, zacisniê tych ustach. To by³ nie chybiajacy nigdy strzelec. To by³a smieræ w wydaniu mêskim: sprawna, perfekcyjna, zimna, wydajna jak m³yn wodny, nie poddajaca siê emocjom, skupiona, myslaca, skoncentrowana, oboj tna. Ona nie mówi³a: "No chodz, kochanie!" Ona mówi³a: "Raz, dwa, trzy..." i strzela³a palcami! Widzac babska smieræ , Bogowie mówili: "O, patrz, smieræ idzie po kogos". Widzac mêska smieræ , Bogowie niczego nie mówili, tylko chowali siê po katach. Niby Bogowie niesmiertelni, ale... "A nu¿, zaraza, siê pomyli i wezmie Boga zamiast cz³owieka?" Lepiej jeden z drugim siedz cicho pod sto³em! Chocia¿ , ma³pa, myli³a si raczej rzadko, no ale... Wedle powiedzenia: "Nie stój przy cepie, kiedy m³ó ca". "Sukinsyn... Przeszed³ ju¿ ?" "Mo¿ ecie wyjsæ spod sto u. Zabra³ tego, po któ rego przyszed³ ." To by³ nie chybiajacy nigdy strzelec. To by³ snajper z zimnym skrzywieniem warg. Madry, stary, doswiadczony, pozbawiony emocji. On to potrafi³ robi . On to robi³ dobrze. On by³ skuteczny. On by³ wydajny. ¯adnych skarg, ¿ adnych reklamacji. Wart tego, co mu p³ aca. Nic wiêcej... ale i nic mniej. Uczciwa praca za uczciwa p³acê. To by³a Smieræ, a nie posmiewisko w burdelu. "Ilu dzisiaj dostarczyæ? Zrobi siê. (ziewniêcie) Tylko powy¿ej dniówki mi zapisz."
Co mog³a mu przeciwstawiæ? Swoje m³ode ¿ycie, które po³o¿y na szalê? Smieszne. Bêdzie je mia³ i tak. Co jeszcze mog³a w sobie odnalezæ? Zastanawia³a siê... Nic? Naprawdê nic? Poczu³a siê nagle bardziej go³a, ni¿ gdyby stanê³a bez szat przed tymi wszystkimi ludzmi. Naprawdê niczego nie mia³a? No... Jakas straszna krzywda. Parê lat niewolnictwa. Wioska, wojsko. A on? On mia³ doswiadczenie. On spotka³ setki takich jak ona. Skrzywdzonych, mo¿e i gdzies wyszkolonych. On im mówi³: " Raz, dwa, trzy" i strzela³ palcami.
Czy mo¿na mieæ jakikolwiek argument na... "Raz, dwa, trzy i pach!"? Czy mo¿na w ogóle gdzies w sobie znalezæ argument na "Raz, dwa, trzy"?
"Uuuu... ju¿ naprawdê po tobie, dziecko - powiedzia³ w jej g³ owie Hekke. - Zabij siê sama, bo nie ma sensu tego przed³u¿aæ". "Ale jaja, widzia³es? - powiedzia³ Krótki. - Niczego siê nie nauczy³a. Mia³es racjê. Ja tylko do burdelu sprzedaæ, niech podstawia ty³ek temu, kto zap³ aci." " Taaaaaa... Dno!" " Baba, wiadomo!" "Nic, zero, pustka, kupa flaków obciagniêta skóra, która zreszta zaraz Virion potnie na kawa³ki." "Co za upadek."
Poradzcie mi cos!, chcia³a krzyknaæ, ale g³os uwiaz³ jej w gardle.
"A co tobie radziæ? - zapyta³ Hekke. - Tylko nie wa¿ siê powtarzaæ, ¿e to ja ciebie uczy³em, bo wstyd bê dzie." " Radziæ? Tobie? A po co? - powiedzia³ Kr tki. - Ca³a radê ju¿ ci przedtem da³em: zabij go i ju¿ ."
Rozp³aka³a siê nagle. Nie mia³a w sobie niczego? Niczego ³ adnego? A mo¿e mia³ a, choæby cos strasznie ma³ego?
- Shha! - krzyknê³ a. - Chodz tu!
Dziewczyna podbieg³ a pêdem z rêka na rêkojesci swojego miecza, gdyby któ ras z gwardyjek chcia³a siê przeciwstawiæ.
- Co, dziecko? - spyta³a przejêta.
- S³uchaj, siostrzyczko, umieram - szepnê³a Achaja.
- Nie!
- Ciiiii... Mówmy szeptem, ¿ eby nikt nie s³ysza . - Achaja z trudem prze³knê³a slinê przez wyschniête gard³o. - Pomó¿ mi.
- Na kogo mam siê rzuciæ?
- Po... powiedz mi... wybacz, nie jestes wielkim filozofem, wiêc mo¿e w to jakos uwierzysz... Bo chcê, ¿ebys wierzy³a.
- Co mam powiedzieæ, Achajko?
- ¯e... ¿e go zabijê.
- Zabijesz go, siostrzyczko! - Shha by³a naprawdê jedynym cz³owiekiem na tym wielkim placu, która szczerze w to wierzy³a. - Wyprujesz z niego flaki, ma³a. - Poca³owa³a ja lekko. - Zrobisz to! Zrobisz!
Achaja spojrza³a przez ³zy na Viriona.
- Bêdzie ci przeszkadza³o, jak ona mnie popchnie? - spyta³a g³osniej.
Usmiechna³ siê lekko i podszed³ do nich, bo nie chcia³, ¿eby to, co ma do powiedzenia, s³ysza kto inny.
- Co? Strach ci ty³ ek scisna³? - W jego g³osie nie by³ o jednak kpiny. Tylko wspó³czucie. Pewnie sam to prze¿ y³ za m³odu i to nie raz. - S³uchaj, niech ona ciê nie pcha, bo stracisz rytm. Jesli mogê cos radziæ. Niech ciê kopnie w dupê. Wtedy ruszaj z zamkniêtymi oczami.
Oddali³ siê z powrotem na swoje miejsce. Achaja spojrza³a na kole¿ankê.
- Shha, psiamaæ, umieram, a jednoczesnie tak strasznie siê bojê ! Po prostu mnie ze strachu zamurowa³o i nie mogê siê ruszyæ. Ale walczy nie umys³ tylko cia³o. Proszê ciê, kopnij mnie w ty³ek z ca³ ej si³y, ale tak, ¿ ebym nie wiedzia³a, kiedy to zrobisz, co?
- Achajko, siostrzyczko moja, b dê ciê kocha³a, jak ju¿ go zabijesz... - Shha kopnê³a ja w ty³ek znienacka i mocno jak stary mu³ .
Achaja wystrzeli³a do przodu, zamykajac oczy... Aaaaaaaaaa!!! Cos nia szarpnê³o, cos swisnê³o. Ocknê³a siê po trzech krokach, na kolanach, patrzac jak z jej w³asnego brzucha tryska krew.
- Kurwa! Zabi³ mnie - jêknê³a.
Ju¿ nie mia³a miecza w d³oni. Le¿a³ obok. Chwyci³a siê wiêc sprawna rêka za brzuch. Jakos tak strasznie miêkko zrobi³o jej siê w nogach. Jakos tak strasznie ciep³o. Mia³a skurcze we wszystkich miê sniach swojego cia³ a. Ale nie czu³a bólu. Ju¿ unosi³a siê gdzies w górê, ku smierci, czy - jak m wia niektórzy - innemu ¿yciu. Ju¿ nie by³a za bardzo przytomna. Zobojêtnia³a, p³ aka³a cicho. Tu jestem. No, gdzie ta pierdolona smieræ, czy i ona musi siê spózniaæ? Tu jestem. No, chodz!
Ale cisza.
Tak miêkko w nogach... Dlaczego siê nie przewraca? Ach! To skurcze ja trzymaja. Ale cisza. A mo¿e to ju¿? Ju¿ umar³a?
Otworzy³a oczy.
Ktos wrzasna³. A potem ca³a dywizja zaczê³a wy ! To by³o cos niesamowitego. Parê tysiêcy zerwanych strun g³ osowych, bo które mog³yby to przetrzymaæ?
Królowa z rêkami przy twarzy krzycza³ a, jakby o po¿ar w pa³acu chodzi³o. Jakby ju¿ ja p³ omienie liza³y.
Achaja z trudem odwr ci³a g³owê. Shha, z oczami jak talerze, klêcza³a na trawie. A bli¿ej... le¿a³ Virion z szeroko rozrzuconymi rêkami.
- Achajaaaaaaaaaaaaaaa !!! - dar³a siê dywizja i dos³ownie brakowa³o chwil, ¿ eby dziewczyny zabi³ y wszystkich wokó³, albo pozabija³y si wzajemnie. To by³ sza³! To by powrót do wieków dzikich! To by³y normalne dzikuski, które w tej chwili czu³y ju¿ tylko zew krwi! Nic wiê cej! To by³o szaleñ stwo, za którym ju¿ nic nie ma. Tylko pustka.
Ryk wypali³ siê jednak. Wszyscy patrzyli przed siebie jak og³ upiali, jakby nagle wulkan wyrós³ im przed oczami na tej zagubionej miêdzy g rami polanie. Prosta kapral z plutonu "C" za³atwi³a Pana Legendê Viriona! To niemo¿liwe, to niemo¿liwe, to niemo¿liwe, czy wszyscy naraz moga sniæ ten sam sen?
Achaja jêknê³a w kompletnej ciszy, kt ra zapad³a znowu. I us³ysza³a ten g³ os:
- No, chodz. Spróbuj dokoñczyæ - To by³ Virion, nieruchomy, ciachniê ty w cos (nie mia³a pojêcia w co), ale ywy. - Chodz, przecie¿ muszê wygraæ to starcie.
- Nie mogê - jêknê ³a Achaja.
- Mo¿esz! Spróbuj przynajmniej.
- Nie mogê siê ruszyæ!
- To ja siê nie mog ruszyæ. Ty mo¿esz przynajmniej spró bowaæ.
Spróbowa³a siê odwróciæ na kolanach. Zrobi³o jej siê ciemno w oczach.
- Ja mam takie miê kkie nogi - jêknê³ a. Slina ciek³a jej po brodzie. Obsmarka³a siê dokumentnie.
- No, chodz, ma³po.
Zagryz³a wargi do krwi. Nie czu³a bólu, to nie w bólu by³a teraz sprawa. Po prostu nie czu³a swojego cia³a. Krew p³ynê³a jej z rêki i z brzucha. Nie za bardzo mog³a oddychaæ, bo cos ja dusi³o, chcia³o jej siê wymiotowaæ, ale te¿ nie mog³a. Odwróci³a siê jakos, widzac (tak, widzac, a nie czujac), ¿e jest ca a mokra od potu. Spróbowa³a przesunaæ nogê do przodu, ciagle na kolanach. Mia³a skurcze wszê dzie. Wszêdzie! Czy on tego nie widzia³?
- Mnie kiedys ktos pomóg³ - szepna³. - I ja tobie pomogê. Chodz, kurwo, tutaj, choæbys mia³a siê posikaæ!
- Ja ju¿, kurwa, nie ¿yjê! - za³ka a.
- Póki co, ¿yjesz, chodz.
Zrobi³a jeszcze "krok" na kolanach.
- Miecz, idiotko! Miecz musisz mieæ ze soba, bo nó¿ zgubi³as. Co mi niby chcesz zrobiæ? Napluæ w oko?
- Nie mogê wziaæ miecza! - rozp³aka³ a siê znowu. - Jak puszczê brzuch, to mi flaki wyp³yna.
- Tak od razu nie wyp³yna. - Nie móg³ siê za bardzo ruszyæ, ale umys³ mia³ jasniejszy ni¿ ona. - No, ju¿. Uda ci siê!
Oderwa³a rêkê od brzucha, przera¿ona tak, ¿e gdyby ktos nagle krzykna³, to by umar³a ze strachu. Siêgnê³a po miecz. Nie mog³a go uniesæ . By³ tak strasznie ciê¿ki! Zagryzajac wargi, pchnê³a go trochê po trawie. Przesunê³a siê na kolanach, chwytajac swój brzuch, potem oderwa³a rêkê i przesunê³a miecz znowu.
- To siê nie uda - jêknê³a.
- Uda siê! - westchna³ Virion ci ¿ko. - Spróbuj! I nie patrz, ¿e jeszcze przed toba odleg³os wiêksza ni¿ dwa normalne kroki. Tak nigdy nie dojdziesz. Musisz mysleæ, ¿e ju¿ mnie masz.
- Nie dam rady!
- Dasz, kretynko. Skup siê!
Posunê³a siê znowu trochê. Potem przesunê³a miecz. Potem znowu chwyci³ a siê za brzuch i znowu trochê do przodu... Jêcza³a przy ka¿ dym poruszeniu. £zy p³ynê³y jej po twarzy, rozpuszczajac krew i ¿³obiac dwa potoki w ciemnej czerwieni na policzkach.
- Nie mogê ju¿.
- Mo¿esz, ma³po! Skup siê!
- S³uchaj... Zaraz siê rozpadnê na kawa³ki.
- Musisz sobie przysiac, idiotko, ¿ e nie zdechniesz, zanim do mnie nie dojdziesz! No! Jeszcze trochê!
Posunê³a siê kawa ek. Przesunê³a miecz, jêczac i p³aczac. Jeszcze trochê.
- Nie dam rady! - Zaczê³a beczeæ g³ osno, o ma³o nie upad³a. Smarki miesza³y siê ze slina.
- Przysiêgaj! No! Powtarzaj za mna. Przysiêgam...
- P... p... przysiêgam... - Posunê³a siê jeszcze kawa³ek.
- ... ¿e nie zdechnê jak suka.
- ¯e... nie... zdechnê jak suka - P³aka³a tak, ¿e ledwie s³ychaæ by³ o jej s³owa.
- ... zanim do niego nie dojdê!
- Zanim... nie dojdê... do tego palanta! Do tego oprawcy pierdolonego!
Przesunê³a siê znowu.
- No, widzisz? Cos tam jednak z siebie wykrzesa³as.
Jeszcze krok. Przesunê³a miecz. Jeszcze trochê. Jeszcze. Bogowie, nie pozwó lcie umrzeæ w tej chwili. Dajcie jeszcze choæ pó³ modlitwy ¿ ycia! Jeszcze trochê ! Jeszcze trochê! Przesunaæ miecz na trawie. Jeszcze trochê! ¯ eby tylko pamiêtaæ o mieczu. Trzeba go, psiamaæ, przesuwaæ, bo zostanie z ty³u i ju¿ po niego nie si gnie. Jeszcze troszeczkê, proszê was, Bogowie, co? Troszeczkê. Tyci, tyci.
- Trzeba ich zdjaæ z pola! - krzykna³ którys z luañskich szermierzy. - Walka widaæ nie rozstrzygniêta, trzeba prze³o¿yæ pojedynek, a¿ oboje wydobrzeja! Sciagnaæ ich z pola! Sciagna !
W ciszy rozleg³ siê czyjs krzyk.
- Ja ci sciagnê, pacanie! - To Bei wyskoczy³a z szeregu, napinajac kuszê. - Ja ci sciagnê, sukinsynu! Sciagnê ale... spust tej broni! - Podbieg³a i wymierzy³a w niego. - No, co? Sciagnaæ? Chcesz ¿eby sciagna ?! - Cos jej siê w rozumie poprzestawia o, ale widaæ by³o, ¿e reszta dywizji poprze swoja ¿o³ nierz i w ka¿dej chwili mog³o to siê skoñczyæ fatalnie. - No mów, tchórzu! - krzycza³a Bei. - Mam sciagnaæ spust? Mam sciagnaæ ?!
¯adna z gwardyjek nie poruszy³a siê choæby o palec. ¯adna nie chcia³a umieraæ na tej polanie. I by³o naprawdê bez znaczenia, czy Bei strzela dobrze, czy zle. Z ty³u, za jej plecami znajdowa³o siê jakies dwa tysiace kusz, w ka¿ dej chwili gotowych do u¿ycia jak jasna zaraza.
- Ju¿ nie mogê - j knê³a Achaja, posuwajac siê jeszcze trochê. - Ju¿ naprawdê nie mogê. Wszystko mi wysiad³ o. - Wskaza³a na swoje cia³o: - Ju¿ nic nie dzia³a.
Virion zerkna³ na nia spod oka. Nie móg³ odwróciæ g³owy.
- No, dobra. Mo¿e starczy - mrukna³. - Podnies miecz.
- Jak?
- Rêka - wyjasni³.
- Kurwa twoja maæ! - Rozp³aka³a siê znowu Achaja. - Czy ty myslisz, ¿ e jestem Bogiem?
- Myslê, ¿e dasz radê. No, ju¿! I przestan ciê mêczyæ. Zrób to jakos.
- On jest za ciê¿ ki! On jest za ciê¿ ki, gnoju!
- Z³ap go tak jak n ¿, od kciuka w dó . Wiem, ¿e na wiêcej ciê nie staæ, ale to akurat zrobisz, a ja ci poka¿ê, jak siê wygrywa. Pomogê ci, tak jak mnie ktos swego czasu pomóg³.
- Nie mogê.
- Mo¿esz, g³upia dupo! Zrób to!
Ujê³a rêkojesæ, ale ¿adna moca nie mog³a jej uniesæ z ziemi. Mia³a wra¿enie, ¿ e cos ja rozrywa od srodka. U niej naprawdê nic ju¿ nie dzia³a³o jak nale¿y! By³a wrakiem. Czy on tego nie widzia³? Czego on chcia³, psiamaæ? Smierci? Ona tego nie sprawi.
- No - szepna³ - jeszcze trochê i ci poka¿ê.
Szarpnê³a rêkojes , o ma³o nie wypuszczajac jej ze zmartwia³ych palcó w. Jêknê³a, mocno, to p³ynê³o gdzies z jej trzewi, i... unios³a miecz.
- Jestem teraz w twojej mocy, dziewczyno? - spyta³ .
- No... jestes... - szepnê³a z trudem, bo robi³o jej siê ciemno w oczach.
- To patrz. Tylko najpierw muszê siê po¿egnaæ z moim dwuletnim dzieckiem. - Teraz on zagryz³ wargi, z najwy¿szym trudem siêgajac do kieszeni. - Mam takiego brzdaca, dziewczynkê ... Jest strasznie fajna, dopiero ona pokaza³ a mi, co to mi³osæ. I mam ze soba jej - spojrza³ jakos tak smutno - jej ma³y szaliczek i czapeczk .
Wyja³ z kieszeni k³ êbek kolorowej we³ ny, która jakas biedna, niczemu nie winna jego dziewczyna zamieni³ a w taki ma³y... malutki szaliczek i czapeczkê dla swojego dziecka.
O, Bogowie. Oczy Achai wywróci³ y siê i straci³a przytomnosæ. Upad³a tu¿ przy jego twarzy.
- Prawdziwy mistrz, dziecko - szepna³, choæ nie mog³a go s³yszeæ - zwyciê¿ a nawet wtedy, kiedy nie mo¿e ruszyæ rê ka ani noga. Ktos ci kiedys wyjasni, o co chodzi. Pomog³em ci. Tylko musisz to zrozumieæ.
Sam straci³ przytomnosæ chwilê pózniej.
Biafra podszed³ do skonsternowanych szermierzy cesarstwa Luan.
- No co, panowie? - rozesmia³ siê. - Ruszamy dalej?
- Ty, kur... - Dehrin powstrzyma³ siê jednak, protok ³ dyplomatyczny nie przewidywa³ s³ w zaczynajacych siê na " kur...". Chyba, ¿e chodzi³o o "kurê", ale kur raczej nie jada³o siê na dyplomatycznych przyjêciach. - Ty se myslisz, ¿e bez Viriona nie poradzimy sobie z reszta tych bab?
Biafra usmiechna³ siê promiennie.
- Ale¿ poradzicie! - Klepna³ tamtego po ramieniu. - Ale najpierw przed wami pluton " C". O, przepraszam. Tak zwany pluton "C". - Rozesmia³ siê znowu. - Bêdzie siê o was mówi³o: " zrobieni w pluton C", panowie!
- O co ci, pacan... O co, znaczy, panu chodzi? Co?
- Nie widzicie ich mundurów?
Mundury plutonu "C" rzeczywiscie ró¿ni y siê od reszty, jak jedwab ró¿ni siê od p³ótna. ¯adna tajemnica, one mia³y po prostu wystapiæ przed Kró lowa, ale Luañczycy o tym nie wiedzieli.
- Ot, baby - kontynuowa³ Biafra. - Zebralismy je z ca ego swiata, p³ acilismy z³otem, niektórym to nawet tyle, ile same wa¿a. Na przyk³ad tej, co Viriona za³atwi³a. - Usmiechna³ siê, ale tym razem zimno. - Sporo wa¿y³a, ma pa, ale zap³ acilismy. W koñcu op³aci³o siê. Co? - Westchna³ ciê ¿ko, wskazujac na le¿acego Viriona. - Powiedzia³a, ¿e za³atwi i s³owa dotrzyma³a. No, ale wracajac do tematu. To kobiety. Nie chcia³y siê wszystkie ubraæ w zwyk³e skórzane mundury i musielismy uszyæ specjalne, sliczne. One przyzwyczajone do przepiêknych sukien. No, baby, normalnie, nie nam mê¿czyznom to zrozumieæ.
- O czym ty mówisz?
- Ano powiem. Ju¿ siê nie wycofacie, bo nie mo ecie, wiêc powiem. Wiedzia³em, co cesarz zamierza, znacie mnie, wiecie, czym siê zajmujê. Królowa mówi³a, ¿ eby poselstwa nie przyjmowaæ w ogóle. Ale mia³em inny plan. Moi ludzie zebrali te dziewczyny po ca³ ym swiecie. To szermierki. Swietne. I Królowa osobiscie podpisem zaswiadczy³ a, ¿e to nasi ¿o³ nierze, mo¿ecie sobie sprawdziæ w kancelarii. Zap³aci³em tym dziewczynom z³otem, jak mówiê... Du¿o! Tylko po to, eby was, gnoje, za³ atwiæ wszystkich. Tu na miejscu. ¯eby was z³apaæ we w³asne sid³a i pokazaæ cesarzowi, gdzie mam jego g³ upie pomys³y.
- £¿esz, Biafra! - krzykna³ Dehrin. - Nie ma na swiecie tylu szermierzy natchnionych!
- No, co ty, Dehrin? Oczadzia³es? Po co mi natchnione na was? Ta jedna - Biafra wskaza³ na Achajê - by³a natchniona. Ona tylko Viriona mia³a zabiæ. I suce trzeba by³o zap³aciæ naprawdê tyle w z³ocie, ile wa¿y³a. A wa¿y³a, jak mó wiê, zaraza, sporo. Ty s³ysza³es kiedys o takich pieniadzach, Dehrin? Dosta³es kiedys a¿ tyle? A mo¿e Virion dosta³, co? Ale op³ aci³o siê... Bo kto tam teraz le¿ y na trawie? - Biafra wskaza³ na Viriona. Achajê w³asnie kró lewski medyk z pomocnikami odnosili na bok. - Mówi³a, ¿e gada sposobem za³atwi i s³owa dotrzyma³a, jak mówiê. I co teraz, kochanie ty moje? Ano, teraz te zwyk³e mistrzynie wypruja z was flaki.
- Gadanie - Dehrin nie by³ jednak ju¿ tak pewny siebie.
- Tak? Za³ó¿my wi c, ¿e zwyciê¿ ycie. ¯e na przyk³ad dwó ch z was zostanie. I bêdzie mia³o ju¿ "tylko" naprzeciw siebie dwa tysiace zwyk³ych dziewczyn z tej dywizji. Kto ¿ywy do rana doczeka? Co? Czemu tak milczysz, Dehrin? Zatka³o ciê ?
- Ty ³¿esz, normalnie, ty...
- Ja ³¿ê? Ja poswiêci³em dwa plutony, ¿eby siê za wczesnie nie wyda o! A widzisz te ma³ e z ty³u? - Biafra wskaza³ na szczegó lnie niskie dziewczyny wybrane z ca³ej dywizji tylko po to, ¿eby mog³y stanaæ w drugim szeregu przy wizytacji Królowej. - To Dahmeryjki! Ich mê¿owie to mistrzowie w kuszy. A one... Te malutkie w³asnie, przyuczone specjalnie, ¿eby przeciwnikowi obciaæ jaja jednym pociagniêciem.
Dehrin prze³kna³ slinê.
- No, chyba nie zwatpi³es nagle? - kpi³ dalej Biafra. - I tak nie mo¿esz siê ju¿ wycofaæ. A widzisz tê tutaj? - Wskaza³ Bei, któ ra ciagle sta³a w pobli¿u. - Podoba³a ci siê jej akcja z kusza? Co? Czemu milczysz, Dehrin? Szkoda, ¿e nie kichna³es wtedy, bo mia³bys ju¿ dziurê w p³ucach. A ta druga? - Wskaza Shhê. - Widzia³es, jak podbieg³a i poradzi a kole¿ance, jak ma Viriona za³atwiæ ? Tej suce te¿ musielismy zap³aciæ takie pieniadze, ¿ e normalnemu cz³ owiekowi mog³yby si one jedynie przysniæ. - Biafra klasna³ w d³onie. - Nastêpna walka! - krzykna³. - No, ch³opaki - usmiechna³ siê do szermierzy. - Dalej, dalej!
- Akurat! - warkna³ Dehrin. - My w ka¿dej chwili mo¿emy zrezygnowaæ!
- Dobra, dobra. Teraz ty, kolego. Ta dupa, która na ciebie czeka, nazywa siê Shha. Zapamiêtaj sobie, bo dziêki temu, co ona ci zrobi, bê dziesz opisany w kronikach. Ona by³a nastêpna, jakby ta pierwsza Viriona nie zabi³a. Ale trudno. Zadowoli siê toba. S³ysza³es wszak, jak krzycza³a do kole¿anki: " Zabij Viriona, a jak nie - ja to zrobiê ?" S³ysza³es przecie¿, g³uchy nie jestes. Teraz ty i ona!
- A gówno! My siê mo¿emy wycofaæ i nici z twojego planu, Biafra!
- He. Niby jak?
- My jestesmy pozwani i my te¿ mo emy obrazê darowaæ . Ot co!
- Cz³owieku... Tu ca³a moja dywizja stoi. Jak daleko ujedziesz ca³y?
- Ty, kurwa, mi grozisz, normalnie! A ja jestem cz³ onkiem poselstwa Luan, durniu!
- Tak? To rusz siê dziesiêæ kroków. Zobaczymy, co bê dzie, tchórzu!
Dehrin zawy³ nagle:
- Pose³! Pose³! Mordowaæ nas chca! Mordowaæ cz³onków poselstwa!
- Ty tchórzu! Nie wstyd ci?
- A gówno mi mo¿ esz zrobiæ, palancie! Mo¿esz mi dupê polizaæ, bo ja wam ³askawie obrazê darujê! Ot co!
Szermierze zaczêli siê cofaæ w kierunku swoich koni. ¯aden, po tym co us yszeli, nie by³ sk onny stanaæ do walki. To byli normalni, wynajêci ludzie.
- Wy gnoje jedne! - rycza³ Biafra. - Jak daleko, ciekawym, ujedziecie, zanim was moi ¿o³ nierze dopadna?
Pose³ Luan zbli¿y³ siê, patrzac z pewna pogarda na adwersarza.
- Panie generale Biafra - powiedzia³ spokojnie. - Pan grozisz godnosci pos³a! Opamiêtaj siê pan, bo Arkach zdolnosæ honorowa utraci.
- Co?
- Nie godzi siê poselstw atakowaæ, o czym pan wiesz ró wnie dobrze jak ja. Przegra³es pan, wasza mistyfikacja siê nie uda³a. Trudno. Teraz ju¿ tylko zê by zagryzæ mo¿na, bos siê pan za wczesnie wygada³. - Pose³ usmiechna³ siê z wy¿szoscia. - Bywaj! - Skina³ na swojego woznicê. - Przykro mi, ¿e w takich okolicznosciach siê rozstajemy.
- Zaraz. Ubiæ was nie mogê ... Ale krzyczeæ chyba wolno?
- Krzyczeæ wolno - odpar³ wyniosle pose³, wsiadajac do wozu. - Jak i szczekaæ psom zawsze dozwolone, mój panie.
- A to mi w zupe³ nosci wystarczy. - Biafra usmiechna³ siê skromnie. Odwróci³ siê i rykna³ do zgromadzonego na placu wojska: - Dywizjaaaaaaaa... Na moja komendêêê êê, krzyczeæ: "Tchórze" ! Wykonaæ!
Dywizji nie trzeba by³o powtarzaæ. Wykona³a ten niezbyt regulaminowy rozkaz z wielkim poswiêceniem, poczatkowo niezbornie, potem w wiêkszym ³adzie. Skandowanie: " Tchó-rze!!! Tchó- rze!!! Tchó- rze!!!" za odje d¿ajacym poselstwem Luan nios o siê echem wsród drzew.
Królowa podesz³a do medyka.
- Bêdzie ¿yæ? - spyta³a, nachylajac siê nad Achaja.
- To ju¿ w woli Bog w, Wasza Wysokosæ - sk³oni³ siê medyk. - Rana brzucha, nie wiem jak g³êboka, rêka rozciêta do z amanej kosci i... w ¿yciu nie widzia³ em tego, pani. Ona ma skurcze chyba we wszystkich miê sniach swojego cia³ a.
- Zrób, co mo¿esz. Szlachectwem nagrodz , jak ci siê uda!
- Zrobiê co w mojej mocy, Wasza Wysokosæ . - Medyk uklak³, jeszcze ni¿ej sk³ aniajac g³owê. - Ale jej ¿ycie w r kach Bogów teraz. Ja niczego nie zaniedbam. Niczego nie pominê. Ale jej ¿ycie w rê kach Bogów.
Ksiê¿niczki otaczajace w³ adczyniê patrzy³y przera¿one, jak medyk rozbiera Achaj . Wszystkie zobaczy³y niewolnicze piêtno na jej posladku.
- Muszê ja nagrodzi , jesli prze¿yje - powiedzia³a Kró lowa. - Jesli ktos odznaczy siê jak ona. Honor Królestwa uratuje. Powinnam ja ksiê¿ niczka uczyniæ.
- Pani! - Jedna z ksiê¿niczek przypad³a do nóg w adczyni. - To¿ to prostytutka i niewolnica!
- Pani! - pochyli³a siê w uk³onie druga. - Jak bêda mówiæ o honorze Arkach, jesli ksiê¿niczka zostanie... - Zawaha³a siê. - Ja ju¿ nie mówiê , ¿e niewolnica, kt ra mo¿e nas zdradziæ. Co bêdzie, jesli ksiê¿niczka zostanie ladacznica?! Co powiedza inni w³ adcy? ¯e w Arkach prostytutki sa ksiê niczkami?
Królowa zawaha³a siê, ale tylko przez chwilê.
- Wolê prostytutkê, która mi ca³a dywizjê uratowa³a, swoim ¿yciem p³ acac, ni¿ ksiê¿ niczkê, która mi t dywizjê straci³ a.
- Bêdzie jak rozka¿ esz, pani - powiedzia³a trzecia. - Ale czy godzi siê wystawiaæ honor Arkach na smiesznosæ ? Co powie król Dery, jesli jego poselstwo przyjmie prostytutka w barwach ksia¿êcych i sukniê zadrze, ¿ eby siê przypodobaæ ? Czy to siê godzi, pani?
- A godzi siê ca³a dywizjê na smieræ wystawiæ tylko dlatego, ¿e siê ktos schla³, mia³ tytu³ i by³ za g³ upi, ¿eby knowania nieprzyjació³ rozeznaæ?
- To siê nie godzi, pani - odpar³a ta na kolanach. - Ale to by³a ksiê niczka, o honor walczy³a.
- Czyj? - krzyknê³ a Królowa. - Ca³a dywizjê mogli rozsiec! To g³ upie, ma³e dziecko, które tu le¿y, i Biafra, który jedyny ma g³owê na karku, uratowali razem trzy tysiace ludzi! Gdyby nie oni, mielibysmy tu trzy tysiace trupów! Co ja bym powiedzia³a ich rodzinom? ¯e co? ¯e bitwa by³a? Musia³abym siê zabiæ albo abdykowa !
- Pani, ja...
- Milcz! Oznajmiam wszystkim, ¿e jesli dziewczyna prze¿yje, bêdzie ksiê¿ niczka Arkach i byæ mo¿e po raz pierwszy w dziejach ten tytu³ zabrzmi dumnie.
Królowa, wsciek³a, nagle odwróci³a si i odesz³a szybko. Biafra czeka³ ju¿ jednak w pobli¿u.
- Pani?
- Ach, to ty - Zatrzyma³a siê. - Dziêkujê ci, Biafra.
- Za có¿, pani?
- S³uchaj... Jestes ostatnim gnojem, jestes taka swo³ocza, ¿e ziemia nie powinna ciê nosiæ! Ale za to, ¿e uratowa³es te moje biedne dziewczyny... Za to Bogowie mo¿e odpuszcza ci choæ czêsæ swiñstw, jakie uczyni³es.
Biafra usmiechna³ siê i przestapi³ z nogi na nogê.
- Pani, Bogowie Bogami. Ja rozumiem, darowanie, te sprawy. Ale ja konkretnej nagrody wygladam.
Królowa ¿achnê³a siê tylko.
- Czego chcesz? Ksia êcego tytu³u? Tys mê¿czyzna przecie¿ , ksiê¿niczka nie zostaniesz nigdy.
- E... Wszystkie wakujace tytu³y ksia¿êce prostytutki teraz biora, jak s³ysza³ em. Ja, jak rzekliscie, mê¿czyzna, ty³ka nikomu nie nadstawiê , wiêc to nie dla mnie.
Cos ³aczy³o Kró lowa i Biafrê. Cos bardzo silnego. On by³ chyba naprawdê jej strasznie potrzebny. Ktokolwiek inny, kto powiedzia³by te s³ owa w obecnosci w³ adczyni, zosta³by skrócony o g³owê, zanim móg³by zorientowaæ siê, co zasz³o.
- Czego chcesz? - warknê³a.
- Jej - powiedzia³ Biafra rzeczowo, wskazujac na Achajê le¿aca w namiocie medyka. - Na w³asnosæ!
- To¿ ona ledwie ¿ ywa! - ¿achnê³a siê Królowa. - Zaraz... Co ty chcesz z nia robiæ, swintuchu?
- Chcê ja mieæ na w³asnosæ - powtó rzy³. - Do wy³acznego rozporzadzania.
- Co tobie? U nas niewolnictwa nie ma.
- Nie zrozumieliscie mnie, pani. Ona ksiê¿niczka, nie moja niewolnica. Chcê ja mieæ w s³ u¿bach zaopatrzenia i rozpoznania.
- To¿ jako ksiê¿ niczka bêdzie toba rzadziæ! Takie jej prawo.
- Poradzê sobie. - Usmiechna³ siê lekko. - Naprawdê sobie z nia poradzê. Niech mna rzadzi, jesli tak trzeba. Ma byæ u mnie. Zrób ja, pani, majorem wojsk zaopatrzenia i rozpoznania, wy¿ej i tak nie podskoczy z kaprala, nawet jako ksiê¿niczka, tylko ty to mo¿esz sprawiæ. Ja bêdê nad nia mia³ w³adzê s³u¿ bowa jako genera³, ona nade mna administracyjna, jako ksiê¿niczka. Zupe³nie mi to wystarczy.
- Dobra. Masz ja - mruknê³a. - Nie zrób jej krzywdy, swinio!
- Nie wyglada na taka, co sobie da zrobiæ krzywdê - usmiechna³ siê zimno. - Nawet Virion nie za bardzo potrafi³ to sprawiæ.

Rozdzia³ 8
G
rubo ponad rok przygotowañ, intryg i topienia pieniê dzy w ró¿nych przedsiêwziêciach zaczê³y nareszcie przynosiæ efekty. Wielki Ksia¿ê Tau zosta³ zwiazany wojna na wschodzie - Symm zaatakowa³o, ale tym razem wsparte si³ami swojego niedawnego wroga, ksiêstwa Linnoy. Armia Wschód zosta³ a wiêc spacyfikowana. Wielki Ksia¿ê Dahren zaniemóg³ nagle. Wydawa³oby siê, ¿ e nie mo¿na otruæ Wielkiego Ksiêcia, wszak wszystkie jego potrawy by³y wielokrotnie pró bowane przez wielu ludzi, zanim dotar³ y to tych najwa¿ niejszych ust. Ale... Czasem te mniej wa¿ ne usta zamykaja siê nagle bez powodu, a te wa¿ne otwieraja bez potrzeby. Tytu³ i wielkoksia¿ êca w³adzê odziedziczy³a po ojcu kilkunastoletnia Nauzea (bez sprzeciw w zreszta, bo by³a ws³awiona swoja nieugiêta postawa podczas zarazy), a jej nadwornym doradca zosta³ Zyrion. Cholernie drogo to kosztowa³o, ale pal piorun. Po roku zaczê³o si op³acaæ.
Rada Królewska wierzga³a jak nieudolnie podkuwany ogier. Królewscy Donosiciele byli jednak spenetrowani przez Mikê na tyle g³êboko, ¿e Rada mog³a sobie wierzga . Wiedzia³a mniej wiê cej tyle, ile powiedzia³o jej jedyne zród³o informacji, czyli tyle, ile Mika zdo³ a³ wypociæ w swoich lipnych raportach.
Zakon odzyska³ swoich informatorów. Tyle tylko, ¿e dziê ki Zaanowi Biuro Handlowe wiedzia³o, kto jest kim i o czym donosi. Mika musia³ stworzy specjalny wydzia³ pisania donosów, kt ry kszta³towa³ przesy³ana informacjê, cyzelowa³, w³ asciwie to nawet piesci³, przemienia w poezjê, wykuwa³ prawdziwa maestriê skurwysyñstwa.
Sytuacja jednak wcale nie by³a dobra. Zmontowanie wiê kszego spisku, któ ry obejmowa³by choæ by trzy wielkie rody, nie udawa³o siê i pozostawa³a jedynie opcja brutalna: frontalny atak na wszystkich, czyli pope³nienie samobó jstwa. Jesli jednak nic siê nie uda zrobiæ, to szansa na to, ¿e Sirius prze¿yje kolejny rok, by³a ¿ adna.
Zaan zaaferowany, kaszlacy jak zwykle, z czyms, co blokowa³ o mu p³uca i rzêzi o w nich okrutnie, wszed³ do osobistej komnaty Wielkiego Ksiêcia.
- Wielki Panie. - Pochyli³ siê w uk³onie, czujac, jak reumatyzm dos³ ownie rozrywa mu stawy.
- Zdejmij sanda³y - mrukna³ Orion.
Sam chodzi³ boso po wielkiej mapie roz³ o¿onej na pod³odze. By³a tak du¿a, ¿e s³udzy musieli jej krawêdzie zawinaæ na sciany.
- Jestesmy w kropce, cz³owieku w czarnym p³aszczu.
- Wielki...
- Czekaj - powstrzyma³ go ksia ê. - Armia Zachód nie mo¿e uderzyæ. Tu¿ za pasem swojego dzia³ania ma cos w rodzaju powstania. A nie mo¿emy wys³a tam oddzia³ów pacyfikacyjnych, bo to zadanie Armii Domowej. Ale Armia Domowa nie istnieje w³asciwie. Ktos to bardzo sprytnie wymysli³ - Ksia¿ê powstrzyma³ go znowu ruchem rê ki. - Kraj spustoszony zaraza, g³ównie jej ekonomicznymi skutkami, rozsypka urzêdów i instytucji publicznych, a teraz jeszcze to. Maja nas w rêku.
- Co siê sta³o? - odwa¿y³ siê zapytaæ Zaan.
- Pomieszali nam szyki - westchna³ ksia¿ê. - To nie jest zwyk³ a burda, która moglibysmy powstrzymaæ swoimi si³ami, albo przekupujac oddzia³ y stra¿ników. Ktos bardzo w³adny piêknie tu namiesza .
Zaan przygryz³ wargi. Wiedzia³ kto.
- Co siê sta³o? - powtórzy³.
- Nowa filozofia - odpar³ Orion enigmatycznie. - Po wsiach je¿d¿a oddzia³y, jacys trybuni ludowi z nimi, czy co? Prawia ch³opom, ¿e wszyscy ludzie sa ró wni, ¿e ju¿ dosæ panoszenia siê jasniepañstwa, ¿e ju¿ nie trzeba p³ aciæ podatków, ¿e ka¿dy cz³owiek powinien utrzymywaæ siê z w³asnej pracy i spo¿ywaæ samemu jej owoce. Ma ju¿ nie byæ tytu³ów szlacheckich, wszyscy ludzie sa tacy sami, nie ma ju panów i ch³opów. Sa po prostu ludzie i ka¿dy ma mieæ takie same prawa. - Ksia¿ê znowu westchna³ ciê¿ko. - Przy tej okropnej biedzie teraz... Znajduja pos³uch. Ch³opi wierza w te brednie. Pojawi³y siê jakies oddzia³y partyzanckie grabiace resztki naszego zaopatrzenia. Ale to nic. Ch³opi ukrywaja ziarno. Nie p³aca. Nic nie robia. Nie mo¿emy zdobyæ dostaw dla wojska. A Armia Domowa nic nie zrobi.
Orion zszed³ z mapy zasêpiony i spojrza na Zaana.
- Za³atwili nas - prawie szepna³. - Jak ¿o³nierze nie bêda mieli co jesæ, to nied³ugo bêdziemy mieli swó j w³asny miecz wra¿ ony w swoja w³asna dupê!
Zaan usmiechna³ siê promiennie.
- Lepszego prezentu nie mogli nam zrobiæ wrogowie - powiedzia³, obserwujac z satysfakcja, jak brwi ksiêcia unosza siê do góry.
- Co ty mówisz? Cz³ owieku!
- Problemy mamy trzy. Nie ma zaopatrzenia, raz. Ch³opi siê buntuja, dwa. Nie mo¿emy ich spacyfikowaæ, bo nie ma Armii Domowej, trzy. Genialny plan naszych wrogów. Aaaaaa... Tyle, ¿e sami podsunêli nam rozwiazanie wszystkich problemó w. - Usmiechna³ siê jeszcze szerzej. - Wszystkich trzech.
Ksia¿ê star³ niewidzialny py³ek z nosa. On naprawdê zna³ wartosæ Zaana. Ale nawet teraz nie móg³ uwierzyæ, ¿ e jest na swiecie ktos, kto stojac boso na mapie, w przeciagu kilku chwil móg³ znalezæ rozwiazanie. Bo w to, ¿e rozwiazanie ju¿ zosta³o znalezione, nie watpi³.
- Mów.
- Trzeba wydzieliæ lotne oddzia³y z Armii Zachód. Sama kadra. Ka¿ im, Wielki Panie, zdjaæ mundury i przebraæ siê za ch³opów. Moga dostaæ uzupe³ nienia z kryminalist w, wiêzienia przecie¿ przepe³ nione. Takie oddzia³y musza jezdziæ po wsiach i przekonywaæ wszystkich, ¿e ludzie sa równi, ¿ e nie powinno byæ jasniepañstwa, ¿e nie wolno p³aciæ podatków, ¿e ka¿ dy cz³owiek powinien ¿yæ z owoców w³asnej pracy...
- Coooo???
- Tak. Trzeba wynajaæ jakiegos m³odego filozofa za pieniadze, ¿eby napisa³ im instrukcjê, jak przemawiaæ do ch³ opów, i pomóg³ im nauczyæ siê na pamiêæ. To musza byæ ³adne s³owa. A potem, jak ju¿ wszystkich przekonaja w danej wsi, to taki oddzia³ musi przecie¿ pobraæ zaopatrzenie dla siebie. I dla innych "r wnych" ludzi, którzy przecie¿ biedê klepia gdzie indziej.
- To¿ ch³opi nie dadza!
- I o to chodzi. - Zaan usmiechna³ siê szeroko. - O to, mniej wiê cej, chodzi.
- I co potem? Jak ju odmówia?
- Wtedy... wójta nabiæ na pal, spaliæ parê cha³ up, zgwa³ciæ troch dziewczyn, myslê, ¿e ¿o³nierze, a ju¿ na pewno kryminalisci, nie bê da mieli nic przeciwko i... No, zabraæ ziarno si³a.
Orion wybuchna³ smiechem.
- Myslê, ¿e ch³ opi szybko zrozumieja, do czego prowadzi sprzyjanie tym specjalistom od równosci wszystkich ludzi.
Ksia¿ê usmiecha³ siê coraz szerzej. Zaan kontynuowa³:
- Zrabowane zaopatrzenie dostarczy siê po cichu oddzia³om Armii Zachód. To raz. Spacyfikujemy ch³ opskie bunty, nie mieszajac siê w to oficjalnie, to dwa. Nasze bojówki, któ re mog³yby cos zeznaæ, a tak¿e wrogie bojówki, któ re nam mieszaja, zostana rych³o powywieszane przez ch³opów na przydro nych drzewach, albo zmasakrowane za pomoca wide³, ewentualnie otrute. I wszystko wróci do normy.
- Zreszta, prawdopodobnie to w³ asnie nas poprosza o zaprowadzenie porzadku. - Ksia¿ê rozmasowa policzki. - Bardzo dobrze. Mo¿esz zaczaæ przygotowania do tej akcji.
Zaan, odprawiony ruchem rêki, z najwy¿szym trudem w o¿y³ buty, ju¿ za drzwiami, na korytarzu. Dysza³ ciê¿ko po tym wysi³ku, ws³ uchujac siê w coraz mocniejsze rzê¿ enie gdzies wewnatrz w³asnych p³uc. Nie móg³ siê wyprostowaæ. Ruszy³ wiêc zgiê ty, opierajac siê o scianê. Jego cia³o sk³ada³ o siê prawie wy³ acznie z organów, które ju¿ nie dzia a³y poprawnie. Wszystko wysiada³o. Poza jedna, jedyna rzecza. Umys³em.
Ledwie dotar³ do pomieszczenia za pa³ acowym prosektorium, gdzie czekali jego wspó³pracownicy. Zyrion i Mika podniesli g³owy znad mapy, która studiowali. Zaan, opierajac siê na ramieniu matematyka, usiad³ na wielkim zydlu przy stole, usi³ ujac nie stêkaæ.
- Bêdê mia³ dla was zadanie, ale to pózniej.

Rozdzia³ 9
A
chaja ocknê³a siê w czyms miêkkim. By³o jej tak ciep³ o i przyjemnie, ¿e postanowi³a siê nie budziæ. Ale to raczej trudno sobie nakazaæ, wiê c po d³u¿szej chwili zmagañ otworzy³a oczy. Jak przez mg³ê zobaczy³a nad soba twarz jakiejs dziewczyny. Ta krzyknê³a, Achaja poczu³a na ramieniu cos ciep³ ego.
- Medyk! Medyk! Panienka siê ocknê a!
Gdzie ona jest? W swoim pa³acu w Troy?
- Medyk! No, co jest, psie! Spisz?! - Dziewczyna by³a co prawda tylko s³u¿ aca. Ale za to pierwsza s u¿aca ksiê¿ niczki Arkach - mog³ a sobie pozwoliæ na to, ¿eby pogoniæ kota paru g³upim mê ¿czyznom. Nie wszystkim, niestety. Wraz z medykiem do pokoju wszed³ Biafra. A jemu raczej niczego nie udawa³o siê pogoniæ. On sam goni³ i to dosæ skutecznie.
Achaja otworzy³a szerzej oczy. Jakies mêskie rêce obmacywa³y ja dok³ adnie.
- Kto rozla³ kleik? - rozdar³ siê Biafra.
- Ja, panie. - S³u¿aca stanê³ a odwa¿nie do pojedynku. By³a wszak pierwsza s³u¿aca. Mia³a prawo walczyæ o swoje miejsce przy panience. - Ocknê³a siê, i ja...
- Ju¿ mysla³em, ¿ e smok ogniem ziona³ . Obla³as jej ca³e ramiê.
- Przecie¿ wycieram, panie. Ja...
- Ja i tylko ja - zakpi³. - To ju¿ by³ jeden filozof powiedzia³, wieki temu. Dobra, won!
- Ale¿ panie! Ja...
- Won - ucia³ Biafra.
Purpurowa z wsciek³ osci dziewczyna wysz a, pomstujac w duchu. Biafra przyczepi³ siê wiêc do mê¿ czyzny:
- No, d³ugo tam jeszcze? Uciekaj mi, ale ju¿.
- Panie! Ona siê dopiero ocknê³a, trzeba zbadaæ, trzeba...
- S³uchaj, pacanie. Od chorób i ran, no owszem, parê osób umar³o na swiecie - wyjasnia³ cierpliwie. - Ale od pomocy udzielanej przez medyków umiera ka¿ dy, za kogo byscie siê nie wziêli. Wiêc zrób mi uprzejmosæ i wynies siê natychmiast.
- Ja trzeba karmiæ, panie.
- Precz.
Biafra przysiad³ na brzegu ³ó¿ka, nie patrzac na umykajacego medyka. Wzia³ z podrê cznego stolika resztkê kleiku, nabra³ go wielka ³ y¿ka i wsadzi³ dziewczynie do ust.
- Dobre?
Nie mog³a odpowiedzieæ, bo usta mia³a pe³ne ohydnej, klejacej si mazi. Usi³owa³a mu pokazaæ oczami, ¿e nie chce wiêcej.
- Cieszê siê, ¿e ci smakuje - mrukna³ i w³adowa³ jej nastêpna porcjê.
Jêknê³a cicho. Przecie¿ tego siê nie da prze³knaæ! Jak mu powiedzieæ, eby da³ wódki? Ty oprawco, ty... klê³a w myslach z kompletnie zaklejonymi ustami. Ty zboczeñcu! Co ty mi robisz? Mo¿e umr przez ciebie!
Wpakowa³ jej nastê pna porcjê. Postanowi³a nie mysleæ o nim niczego z³ego. Mo¿e czyta³ w myslach, swinia, i b dzie siê msci³? Zadusi ja ta ohydna kaszka.
- Rozumiesz, co do ciebie mówiê? - spyta³ z pewnym zaciekawieniem.
Skwapliwie, energicznymi ruchami g³owy pokaza³a, ¿ e tak. Mo¿e chce spytaæ, czy ma dosæ tego swiñstwa? Mo¿e przestanie ja dusiæ tym klejem. Sprawcie, Bogowie, ¿ eby tak by³o.
- Mam dla ciebie dwie wiadomosci. Dobra i z³a. Która chcesz najpierw?
Zdoby³a siê na nadludzki wysi³ek. Jesli tylko dobra wiadomosæ oznacza, e skoñczy³a siê kaszka, to warto by³ o siê poswiêciæ. Prze³knê³a!
- Dobra - szepnê³ a.
- Swietnie, podobasz mi siê. - Zakneblowa³ ja nastêpna porcja kleiku. - Dobra jest taka, ¿ e tylko lewa rêka wysiad³a ci tak naprawdê. Ju¿ nie chwycisz niczego w lewa d³oñ . Mo¿esz ruszaæ ³ okciem, ale nic poza tym. Nie tak zle. Bêdziesz musia³a prawa d³onia æ wiczyæ swoje lewe palce i nadgarstek. Bêdzie bola³o jak szlag na poczatku, ale medyk mówi, ¿e musisz, bo inaczej cos tam siê stanie z miêsniami i bê dzie brzydko wyglada . No, to - nowa porcja kaszki - najwa¿ niejsze przekaza³em. Jedna rêka ci w zupe³nosci wystarczy.
O, Bogowie! A jak brzmi ta z³a wiadomosæ? ¯e ma przy ³ó¿ku jeszcze dwa wiadra tej makabrycznej mazi? Tego nie prze¿ yje. To niemo¿liwe! Swiat nie mo¿e byæ a¿ tak okrutny! Zawziê³a siê w sobie i prze³knê³ a to, co mia³a w ustach.
- Aaaa...
Wykorzystujac, ¿e otworzy³a usta, wpakowa³ jej nastê pna, olbrzymia ³y¿ kê. Nie mog³a siê broniæ. Nie mog³a nic zrobi . Czym zawini³a, ¿e przy jej ³ó¿ku posadzili kata?
- A ta z³a wiadomos ? - domysli³ siê. - No, niestety. Zosta³as ksiê¿ niczka Królestwa Arkach, biedactwo. Twoja Starsza Siostra, odtad, Jej Wysokosæ Królowa Arkach - wpakowa³ jej na si³ê kolejna ³y¿kê kaszki, trochê rozlewajac po policzku - ona ci to zrobi³a. Nie wiem, za co ciê tak nie lubi. Mo¿e podpad³as na przegladzie wojsk? Ale ¿eby a¿ tak? - Wzruszy³ ramionami. - Nie ka¿dego niesubordynowanego ¿ o³nierza karze siê od razu tytu³em ksi ¿niczki. Najwy¿szy wymiar kary przewidziany tylko dla tych, co podpadli szczegó lnie.
Prze³knê³a.
- Co...
Niestety. Mówiac g³oskê "o" musia³ a otworzyæ usta szerzej, a on to wykorzysta³.
- No i wiesz. Masz na twarzy, co masz, awansowali ciê nagle. Wszystkie pozosta³e ksiê¿niczki bêda ciê odtad nienawidziæ jak psa. Gnêbiæ, nastawaæ na twoje dosæ wat³ e, chwilowo, ¿ycie. Ale wiesz, Arkach to prowincja swiata, u nas nie takie metody jak choæby w Troy. - Machna³ rêka. - Ot, jakas ksiê¿ niczka wrzuci ci kamieñ przez okno, liczac, ¿e dostaniesz w ³eb. Druga podstawi ci nogê na oficjalnym przyjêciu. Jest cieñ szansy, ¿ e jakos prze¿yjesz.
Musia³a prze³knaæ .
- Ja...
B³ad. G³oska "a" te¿ wymaga³a otwarcia ust, które wykorzysta³ natychmiast. Czy da siê powiedzieæ: " Nie chcê wiêcej tej kaszki" bez samog³osek? Mo¿e przez zêby? ¯eby mog³a tak ruszyæ noga albo rêka. Albo dobra! Nie bê dzie ju¿ prze³ykaæ . Przecie¿ nie bê dzie wlewa³ do pe³ nych ust! Nie bê dzie prze³ykaæ!
Chwyci³ ja za nos i przytrzyma³. Zaczê³a siê dusiæ . Prze³knê³a.
- Ile to jest dwa razy cztery?
- O...
Chcia³a powiedzieæ, ¿e osiem, ale on wykorzysta³ ju¿ pierwsze " o", uniemo¿ liwiajac jej powiedzenie czegokolwiek wiêcej. Wycieñczona chora nie mia³a ¿adnych szans! Jak poradziæ sobie z oprawca? Znowu zatka³ jej nos. Prze³knê³a.
- Hej! A mo¿e ty ju nie chcesz wiêcej tej kaszki?
- Ta...
Wykorzysta³ " a". To koniec. Mia³a znowu pe³ne usta tego klejacego siê swiñstwa. W sytuacji, w któ rej siê znalaz³a, on by³ silniejszy i bardziej sprytny. Wrednie wykorzystywa to, ¿e by³a s³ aba i otêpia³a. Jak mu pokazaæ samymi oczami, ¿e go zabije, jak tylko choæ trochê wyzdrowieje? Rozerwie go zêbami na strzêpy. Potnie go na paski! Albo nie. Ka¿e mu zjesæ ca³ a kaszkê!
Prze³knê³a. Odstawi³ talerz na stolik.
- Ile masz lat?
Nie da siê zrobiæ. Zacisnê³a usta. Niedoczekanie.
- Osiemnascie, tak?
Skinê³a g³owa. Parskna³ smiechem.
- Nie bój siê. Jestes odwa¿na dziewczyna?
Zaprzeczy³a.
- S³u¿y³as jako kapral?
Skinê³a g³owa.
- Jak masz na imiê?
- Achaja.
B³ad. Siêgna³ po ³y¿kê i zda¿y³ na ostatnie " a" w jej imieniu. Mog³a siê pilnowaæ ! Ca³y czas chcia³, ¿eby tylko otworzy a usta. Co za swinia! Wykorzystywa³, ¿e by³a sko³owana i s aba.
- No, dobra. Koñczymy z tym swiñ stwem. Ostatnia ³y¿ka!
Zaprzeczy³a ruchem g³owy.
- No, nie wyg³upiaj siê. Jak os³abniesz, Kró lowa mnie zabije.
Zaprzeczy³a. Nie da siê zrobiæ. Ale Biafra potrafi³ wiele.
- S³uchaj. Jak zjesz tê ostatnia, dam ci spokój. Jak nie... to przyniosê jeszcze dwa wiadra kaszki i mojego speca od przes³ucha . Zapewniam ciê, ¿e do wieczora zjesz te dwa wiadra i przyznasz siê, potwierdzajac podpisem, ¿e niczego tak nie lubisz jak kleiku.
Nie ma g³upich! Nie da siê wziaæ na taki numer. Nie otworzy ust. Biafra straci³ cierpliwosæ.
- Dobra! Chcesz, ¿ ebym poszed³?
- Ta...
B³ad. Znowu przegra³a.
- S³uchaj. Sa tu te twoje dziewczyny.
Nie otworzy wiêcej ust choæby siê pali³o.
- Jakie? - nie wytrzyma³a jednak, ale tym razem nie wetkna³ jej ³y¿ ki.
- No, te z twojego plutonu. I tak, jako ksiê¿ niczce, nale¿y ci siê pluton przyboczny, wiêc sprowadzi³em tamte. I tak bys je pó zniej wyciaga³a z dywizji, wiêc zrobi em to sam.
- Ale które z nich?
Wzruszy³ ramionami.
- A skad mam wiedzie , z którymi by³as bli¿ej? Przenios³ em ca³y pluton do s u¿b zaopatrzenia i rozpoznania. Sa tu wszystkie, ³ acznie z tymi ma³ ymi, co wam je przydzielili w ostatniej chwili. A nawiasem mówiac, ta taka postawna, Shha, czy jak jej tam, zda¿y³a ju¿ daæ w zêby jednej ze s³u¿by, bo ta nie chcia³a jej wpusciæ. I teraz nie cierpia siê jak psy. Nie wiem, czy siê dobrze wyrazi³em? Jak suki? - Nie chwyci³a niezbyt wyrafinowanego dowcipu, wiêc ciagna³ dalej: - Og lnie jednak pluton raczej chwali sobie przeniesienie.
- Gdzie ja jestem?
- W swoim pa³acu... o! - Machna³ rêka. - Nie wyobra¿aj sobie od razu pa³ acu jak w Troy. Na wasze warunki to raczej rodzaj dworku. Domku ogrodowego, czy jak tam.
Wyja³ z kieszeni nowe naszywki i rzuci³ na stó³.
- Zosta³as te¿ majorem. A major to dopiero ma fajne buty i sliczna kurteczkê. Bêdzie ci do twarzy - zakpi³ lekko. - Jeszcze cos chcia³ abys wiedzieæ?
- Co z dywizja?
- Nikogo wiêcej nie zabito. - By³ swinia, ale te¿, trzeba mu przyznaæ, nie zabiega³ o poklask. Nie powiedzia³, ¿e on to sprawi³, co zrobiliby w tym miejscu wszyscy inni ludzie. Biafra nie nale¿a³ do ludzi paplajacych byle co tylko, po to, ¿eby paplaæ.
- Co z Virionem? - spyta³a.
Biafra usmiechna³ siê szeroko.
- ¯yje i ma siê dobrze. Znacznie lepiej ni¿ ty. - Popatrzy³ uwa¿ nie na swoje paznokcie. - Jak mog³as uwierzyæ, ¿e on ma dziecko? - spyta³. - Do tego dwuletnie. On przecie¿ ca³e ¿ ycie tylko po knajpach i burdelach. Wóda i dziwki. Nigdy nie mia³ ¿ ony ani ¿adnej dziewczyny! Ot, kupi tê czapeczkê i szaliczek na jakims targu. I za³atwi³ ciê jak chcia³. W momencie, kiedy ju mia³as miecz wyciagniêty nad jego szyja... - Biafra pokrêci³ g³owa. - Daæ siê zrobiæ na " szaliczek"! I to ty. Z Troy. To¿ wiesz dobrze, ¿ e w Luan i w lecie i w zimie goraco jak w piecu! Nawet gdyby mia³ dziecko jakims cudem, to na co jemu szaliczek, ¿e nie wspomnê ju¿ o we³ nianej czapeczce?
Usmiechnê³a siê s abo.
- Pokaza³ mi, jak siê zwyciê¿a - szepnê³a. - Nawet nie mogac za bardzo ruszyæ noga lub rêka. Krótki mia³ racjê. Nie wystarczy zabiæ. Trzeba wygraæ i tyle. Ale... dopiero Virion pokaza³ mi, ¿e to siê da zrobiæ, nawet jak nie ma ¿ adnych szans. Bogowie! Nie ma przeznaczenia! Nie ma przeznaczenia. Teraz w to uwierzy³ am.
Biafra klepna³ ja w ramiê.
- No, pani major. Kurujcie siê. - Wsta³, lekko krzywiac swoja przystojna twarz o zimnych, martwych oczach. - Pogadamy powa¿nie, jak bêdziesz choæ tak silna jak wró bel.
- Mogê jeszcze o cos spytaæ?
- No?
- Jak to jest, ¿e m wisz takie rzeczy... przy Królowej? Nie boisz siê?
Ziewna³ rozbawiony.
- Niespecjalnie. To moja matka.
- Co?
- Nie zdradzam ¿ adnej tajemnicy, bo to jest tajemnica raczej publiczna. Jestem jej pierworodnym synem. I k³opot siê zrobi , bo ch³opak si³a rzeczy nie mo¿e zostaæ ani Królowa ani ksiê¿niczka, wiêc zgodnie z tradycja, ¿eby zwolniæ miejsce dla nastêpnych dzieci, musia³a mnie zabraæ inna wysoko urodzona baba. Wybrano taka, która by³a akurat w zaawansowanej cia¿y. Mia³o to wygladaæ, jakby urodzi³a blizniaki. Ale z mojej " siostry" taki m j blizniak, jak - nie przymierzajac - ty. Nie jestesmy podobni. No i wiesz. Moja " przyszywana", nowa mama nie cierpia³a mnie jak psa, ale obowiazek... Jak wyros³em, przyczyni³em siê do jej smierci. Nie w³asnymi rê kami oczywiscie, a to, ¿e da³a siê wplataæ w idiotyczna intrygê, to naprawdê jej w³ asna wina. Za du¿o ambicji, za ma³o inteligencji! - Usmiechna³ siê promiennie. - Królowa ma racjê, ¿e ze mnie straszny gnój. Ale gnój potrzebny zawsze. W ka¿dym kró lestwie, choæby tylko do rozrzucania po polach.
Ruszy³ do drzwi.
- No zdrowiej, zdrowiej szybko.
Achaja przymknê³a oczy. Szkoda, ¿e nie mog³ a poruszyæ rêka ani noga. By³a naprawdê tak strasznie s³aba. Ale ¿yje... Przegra³a z Virionem, ale ¿yje. A to samo w sobie by o wielkie zwyciê stwo.
Miejsce Biafry zajê a w pokoju pierwsza s³u¿aca.
- Strasznie siê cieszê, ¿e panienka ju¿ przytomna - usmiechn ³a siê ciep³o. W jej zachowaniu nie by³o nawet cienia tej uni¿onosci tak charakterystycznej dla wszystkich s³ug Troy. Ona by³a po prostu mi³a. - Teraz nakarmimy kaszka, a potem umyjemy panienkê.
- Ja ju¿ jad³am!
- Nie. Sni³o siê panience. - S³u¿aca usiad³a na brzegu ³ó¿ka, trzymajac w rêkach ogromny talerz mazistego gówna.
- Ja naprawdê jad³ am. - Achaja zrobi³aby wszystko, ¿eby tylko nie mieæ wiê cej w ustach tego swiñstwa. - Biafra mnie nakarmi³!
- Ju¿ ja znam pana Biafrê. Pewnie za okno wyla³ , on nie od karmienia panienki. - S³u¿aca nabra³a wielka ³y¿kê pachnacej mlekiem trucizny.
- Nie! Proszê, nie... B³agam!
- No, niech panienka otworzy usta.
- Nie! - krzyknê³a Achaja i to by³ jej pierwszy b³ad.  

Otworzy³a oczy w kompletnych ciemnosciach, s³ yszac ciche skrzypni cie. Jej instynkt niewolnicy wraca³ widaæ powoli. Obserwowa³a uwa¿ nie. I tak nie mog³a siê ruszyæ, wiêc raczej z ciekawosci.
- Widzê te twoje wielkie oczy - rozleg³ siê cichy szept.
To by³a Shha. Sprawnie podczo³ga³ a siê do ³ó¿ka i w mundurze wpe³z³a pod ko³drê.
- Czesæ, malutka. - Poca³owa³a ja w policzek. - No jak z toba, siostrzyczko?
- Ledwie siê mogê poruszyæ. Dziêki, ¿e przysz³ as.
- No. Raz ju¿ takiej jednej w zêby da³ am, bo wpusciæ nie chcia³a. Czekaj, przynios³am ci cos do zjedzenia, bo wiesz... W mojej wioseczce tych medyków to nie ma. Ale jedno wiem, chcesz isæ na tamten swiat, wo³aj medyka. - Wyraznie Shha zgadza³a siê w tej mierze z Biafra. - Ja ciê sama wyleczê, siostrzyczko.
W³o¿y³a Achai do ust kawa³ek czegos, co dawa³o siê ³ atwo pogryzæ i naprawdê by³o miê sem! Dziewczyna prze knê³a z ulga.
- Kurde, ty wiesz, siostro, czym oni mnie tu karmia?
Shha wetknê³a jej do ust nastêpna porcjê.
- Pewnie kaszka - mruknê³a. - E¿, to swo³ocz te medyki wszystkie. Zabija chorego, a potem gadaja, ¿e Bogowie wziêli. - Poda³a trzecia porcjê. - Takiego kijem pê dziæ to ma³o.
- O kurcze, dziêki! - szepnê³a Achaja. - Co to jest?
- Miêso.
- A czemu siê tak ³ atwo gryzie?
- Bo ci wstêpnie prze¿u³am. Przecie¿ chora i s³ aba jestes.
Achaja o ma³o nie zwymiotowa³a, ale Shha chwyci³a ja za usta i przytrzyma³a. W wojsku pozna³a ju przecie¿ wiele miastowych dziewczyn i wiedzia³a, ¿e wszystkie sa dziwnie obrzydliwe.
- No ju¿, ju¿, popij teraz.
Przytknê³a jej buk ak do ust.
- To wódka - doda³ a, widzac, ¿e tamta siê wzdraga. - Rozmiesza³am ci z woda i miodem, ¿ ebys siê nie zakrztusi³a.
Achaja prze³knê³a kilka ³yków, czujac, ¿e naprawdê robi jej siê lepiej.
- Shha...
- Co?
- Dziêki, siostrzyczko.
- No, ma³a, co ty? Po to jestem. Potosmy siê chyba skuma³y, nie? ¯eby jedna drugiej pomaga a. U was w Troy nie ma takiego zwyczaju, ¿ e wojskowe siostry to wiêcej ni¿ rodzone?
- Nie. U nas g³ównie mê¿ czyzni w armii.
- U... to rzeczywiscie do dupy tam macie.
- No.
- Ale teraz ty u nas. Nasza ksiê¿niczka! A wiesz. Ten Biafra to o ciebie dba. Pewnie siê zakocha³ .
- Akurat, zakocha³! Pewnie se cos wyduma i jestem mu potrzebna.
- Wyjdziesz za niego?
- No, co ty? On nie z tych, co siê zakochuja. Dam se rêkê uciaæ, ¿e... Tfu! - przypomnia³a sobie. - ¯eby to szlag! Nie w porê powiedziane, co?
- Popluj przez lewe ramiê! Daj, ja ci g owê przytrzymam, bos za s³aba.
Kot³owa³y siê przez chwilê w ³ó ku. Potem Shha spyta³a znowu:.
- Spa³as ju¿ z nim? No, opowiadaj. Jak by³o?
- No, co ty?! Ledwie z boku na bok siê mogê przewróciæ.
- E... A przynajmniej mówi ci jakies swiñ stwa do ucha? Co ci zrobi, jak wyzdrowiejesz? Pamiê taj, jakby co nie wahaj siê d³ugo. Daj mu ty³ka i wychodzcie za siebie.
- Shha, przestañ.
- Ja nic, nic. Ale fajny kawaler. £adny, bogaty. Jakby co, to siê nie wahaj! Siostra ci to mówi.
- Shha! Zabijê ciê, ma³po jedna!
- Akurat - Ugryz³a ja w ucho. - Ruszyæ siê nie mo¿esz, to i nie zabijesz. Bo jak?
Achaja westchnê³a ciê¿ko.
- Powiedz - szepnê³ a - jak wam tu jest?
- Fajnie! Wiesz, teraz jestesmy w zwiadzie! ¯o³d dwa razy wy¿szy, dali nam nowe mundury. Ale sliczne! Przy kurtce sa takie d³ ugie frêdzle, na rê kawach i z ty³u. I mam mundur letni i zimowy, ze spodniami na szelkach, wiesz? Podbity prawdziwym barankiem. Nigdy czegos takiego nie widzia³am. I jeszcze osobno mundur taki, no, na wyjscie do miasta i osobno taki do bitki! Kurde! Przeglada³am siê w lustrze pó³ dnia, bo tu sa takie wielkie lustra! Ale mi fajnie w tym mundurze. Teraz to dopiero ze mnie sliczna dupka! Ch³opaki a¿ piszcza. A wszystko dopasowane. Le¿y na tobie jakby krawiec szy³, bosmy trzy dni nowe mundury w magazynie wybiera³y. Ale to jeszcze nic! Jestesmy ze zwiadu. Widzia³as te nowe odznaki? A jakie buty! Kurtki maja podbite ramiona. I taki ko³nierz szeroki, mo¿na se go postawiæ, regulamin dozwala. A tu wiesz, w miescie sama piechota w tych swoich prostych tunikach z p³ótna. Ale nam zazdroszcza! Wiesz? Wchodzê do karczmy w tym swoim slicznym mundurze, z b³yszczacymi odznakami i wiesz, mam swój stopieñ na twarzy namalowany, taka ¿ó³ta farba, bo tak jest w tej formacji, i... No i wchodzê do tej karczmy, a tu przy wszystkich sto³ach rozmowy cichna! Piechociarki zasrane tylko zêby zaciskaja, tak zazdroszcza! I boja siê, mordy g³upie. Bo sier¿ant zwiadu, to wiêcej ni¿ byle chora¿y zwyk³ej piechoty. Ale fajnie. A to jeszcze nic. Ten mundur, gal... galo...
- Galowy?
- No. To jest dopiero prze ycie. Jeszcze nigdy nie by am tak ³adnie ubrana! Normalnie, czarna, g³adka kurtka a¿ lsni, ale pod tym sukienka! Nie ¿adna tam skó rzana spódniczka, ale cieniutka, zwiewna, krótka sukienka. Kurde blade! Buty do kolan, wyglansowane, a plutony to siê odró¿nia po kolorze chust, co si je na szyjach wia¿ e. Achajko, jakby mnie w czyms takim w mojej wioseczce zobaczyli, to by mysleli, ¿e Kró lowa do nich przyjecha³a. By wszyscy na pysk padli przede mna. Ja ciê nic nie k³ amiê, pod s³owem. Jeden taki mundur to pewnie kosztuje tyle, co wyposa¿enie kompanii w dywizji g rskiej, gdziesmy razem s³u¿y³y. Ale, kurde, w³o¿ ysz i... Ch³opom na ulicy buty spadaja! A piechociarki to by se da³y jêzyki nawet uciaæ, ¿eby choæ przez dzieñ tak pochodziæ. Kawaleria to samo. A te wszystkie s³u¿ by ty³owe, to by si pozabija³y normalnie, ¿eby ich tylko do zwiadu wziê li. Wiem, co mówiê, s³ u¿ba ty³owa jest fajna, bo ciê na wojnê nie wysla, ale chodziæ po ulicy w tych p³ó ciennych mundurach? To wstyd i hañba! Kocham nasza armiê. Bo tu jest jasno powiedziane. Odwa¿na z ciebie dupka? To tak ciê wystroimy, ¿e tym mniej odwa¿nym slina na twój widok pocieknie!
Zauwa¿y³a, ¿e Achaja zasnê³a w trakcie jej przemowy, wiêc poca³owa³a ja w czo³o i bezszelestnie (jak przysta³o na zwiadowcê) wysliznê ³a siê z ³ó¿ka, a potem z pokoju.  

Zaczê³a najpierw siadaæ do karmienia, na szczêscie ju¿ nie tym ohydnym kleikiem, potem nawet wsta³a i, czujac zawroty g³ owy, zrobi³a kilka kroków, podtrzymywana przez dwie s³u¿ace. Ale zdrowia³a szybko.
Tylko ta rêka. Na przedramieniu by³ a ogromna blizna, ale to nic w poró wnaniu z tym, ¿e nie mog³a poruszaæ palcami. Wszystkie piêæ tkwi³o nieruchomo w dziwnym przykurczu, jakby chcia³a ujaæ nimi jakies drzewce. Medyk siê myli³ - niczego nie czu³a w palcach. ¯adnego bólu, nic, mog³a je druga rê ka wykrêcaæ jak chcia³a. Raz nawet ugryz³a siê, ¿eby sprawdzi , czy mo¿e jednak... i ze zdziwieniem obserwowa³a kapiaca spod paznokcia krew - zupe³nie jakby to nie by³a jej rêka. No i trudno, mia³a te swoje osiemnascie czy dziewiêtnascie lat, wypalone na ty³ ku piêtno, tatua¿ na twarzy i by³a kaleka. Niez³a kolekcja jak na ten wiek.
Po paru dniach wsta³ a ju¿ sama, podesz³ a do drzwi i wróci³ a o w³asnych si³ ach. Dwa razy w nocy odwiedzi³a ja Shha, przynoszac pozdrowienia od dziewczyn i trochê wódki. Jedno i drugie bardzo jej pomog³o.
A potem przyszed³ Biafra.
- Witaj.
Od progu ju¿ olsni³ ja swoim niesamowitym usmiechem. Swinia, nie swinia, ale z ca³a pewnoscia by³ najbardziej przystojnym mê¿ czyzna, jakiego widzia³a w ¿yciu. Wysoki, z wojskowa, regulaminowa fryzura, ale jemu to nie przeszkadza³o, wprost przeciwnie. Z ta swoja inteligentna twarza, b³yszczacymi, troch " martwymi" oczami. Wygadany, pewny siebie, usmiechniê ty. Gdyby tak wyglada³y wszystkie swinie na swiecie, to mo¿na by nawet pomieszkaæ trochê w chlewie. Gdyby tak wyglada³y wszystkie skurwysyny, to jesli nawet nie by³oby na swiecie lepiej, to przynajmniej by³oby znacznie ³adniej. Podciagnê³a ko³dr pod szyjê.
- O! Ju¿ siê nawet mo¿esz zas³oniæ sama. Gratulujê.
- Ju¿ chodzê.
- Wiem, wiem. I nawet ju¿ ciê tak czêsto koszmary w nocy nie nachodza. Swietnie.
Zagryz³a wargi.
- Skad o tym wiesz? S³u¿ace pods³ uchuja, co robiê w nocy?
- Co? - By³ szczerze zdziwiony. - S³u¿ace pods³ uchuja? Ja im dam, sukom! - Przysiad³ na skraju ³ó¿ka. - Pods³uchuja ci, którzy otrzymali takie zadanie. Nie s³u¿ace. I pamiêtaj, jakbys zobaczy³a, ¿e s³u aca pods³uchuje... Wywalaj na zbity pysk!
Rozesmia³a siê.
- Ty swinio. Kaza³es pods³ uchiwaæ nawet, co majaczê po nocach?
- No widzisz? - On te¿ siê usmiechna³ . - Rozmawiamy drugi raz i dopiero nazwa³ as mnie swinia. K³adê to na karb rekonwalescencji i os³abienia umys³u. Inni ludzie nazywaja mnie swinia z regu³ y w pierwszej rozmowie.
Parsknê³a smiechem jeszcze g³osniej.
- Czym ty siê zajmujesz? O, kurde... - zreflektowa³a siê - mogê ci mówiæ na ty?
- To dla mnie zaszczyt byæ na "ty" z ksi ¿niczka Achaja, có rka Wielkiego Ksiê cia Archentara.
- A¿ tyle o mnie wiesz?
Machna³ lekcewa¿ aco rêka.
- O tym to ju¿ wie nawet Drugi Wydzia³ Imperialnego Sztabu Generalnego Cesarstwa Luan, a to znaczy, ¿e informacja jest niewiele warta. - Nie z³apa³a fachowego dowcipu z jego bran¿y, wiêc ciagna³ dalej: - Ja wiem o tobie trochê wiêcej ni¿ oni. A zajmujê siê... - Machna³ rêka. - Zacznijmy od poczatku. Wina?
Zaprzeczy³a ruchem g³owy.
- Kiedys by³o tak, e zaopatrzenie armii by³o podporzadkowane naczelnemu dowó dztwu. Zwiad natomiast poszczególnym jednostkom. I robi³ siê problem. Jak dostarczyæ pasz dla koni na zimê, sprzêt do ustawienia fortu w g rzystym terenie droga, która na mapie mia³a odpowiednia przepustowosæ, natomiast w rzeczywistosci wozy grzêz³y na niej ju w drugim dniu. Kto za to odpowiada? Zwiad? A co te kilka osób w jakiejs zagubionej jednostce ma do zaopatrzenia ca³ej armii? Wiêc zaopatrzenie winne? A co niby maja te s³ u¿by do badania, jak naprawdê wyglada droga, któ ra kiedys tam na mapie wyrysowa³ im kto inny. Pogoniæ mocniej zwiadowców? A skad oni maja siê znaæ na przepustowosci dr g i wytrzyma³osci mostów? Oni to tylko, ¿eby poczo³ gaæ siê przez krzaki i zobaczyæ, czy obce wojsko nadchodzi. Tyle ich wiedzy.
- I ty po³aczy³es te formacje?
- Nie. Stworzy³em nowa, dosæ s³ynne ju¿ dzisiaj " Rozpoznanie i Zaopatrzenie". Nazywaja nas Zwiadem, choæ z klasycznym armijnym zwiadem mamy tyle wspólnego, co tygrys z kotem. My oczywiscie sprawdzamy drogi, miejsca sk³adowania zaopatrzenia, rysujemy plany, ale wiesz, jak to jest... Szybko siê okaza³o, ¿e potrzebujemy wi cej informacji. - Usmiechna³ siê kpiaco. - I wiêcej... i jeszcze wiêcej... a potem siê okaza³ o, ¿e najlepsze informacje mo¿na zdobyæ bezposrednio u nieprzyjaciela. Nie tylko w Luan. Ale wszêdzie tam, gdzie mamy jakies interesy. I ten tryb postê powania zacza³ siê bardzo op³acaæ. Czêsto wiemy wczesniej, co nas czeka. Du¿o wczesniej.
- Wiecie wszystko o waszych wrogach?
- Achaja - zgani³ ja - nie badz dzieckiem! Gdybym wiedzia³ wszystko, to bym nie dopusci³ do straszliwego niebezpieczeñstwa utraty ca³ej dywizji przy wizycie luañskiego pos³a. Nikt nie wie wszystkiego i prawdê powiedziawszy, to niepotrzebne, bo by za du¿o kosztowa³o. Staramy siê wiedzie o rzeczach wa¿ nych. Jestesmy wywiadem.
- Czym? - Nie zrozumia³a.
- Wywiadem. Wywiad to takie nowe okreslenie u¿ywane przez paru fachowcó w, którzy siê tym zajmuja w ró¿nych pañstwach. Oznacza grupê ludzi, która zbiera informacje, nie przebierajac w srodkach: szanta¿, przekupstwo, podsy³ anie agentów, skrytobójstwo, podpuszczanie, podk³ adanie swiñ, wykorzystywanie nienawisci i ambicji, szkalowanie... Mam wymieniaæ dalej? - Usmiechna³ siê. - To gnój! To kloaka! Robimy straszne swiñstwa, ale w jakiejs mierze dziêki nam jeszcze istnieje nasze maleñ kie królestwo. Po ostatnich wyczynach naszej armii, smia³bym twierdziæ, ¿e chyba wy³acznie dzi ki nam, ale to oczywiscie przesada. Ktos jednak musi sprzataæ to gówno, jakiego narobi wojsko, nie mogac odniesæ ¿adnego sukcesu strategicznego. Po prostu cofamy siê , cofamy i cofamy. Ale to nie jest do koñca wina armii. Nie ma pieniêdzy na wojsko, politycy nie sa w stanie zrozumie , ¿e Luan napiera coraz silniej, nikt nie chce walczyæ, armia nie ma ¿ adnego strategicznego celu. Jak mo¿na wypusciæ wojsko w pole, nie dajac im celu walki?
- A obrona?
- Obrona to nie cel, to tylko przejsciowa forma dzia³añ, wymuszona przez przeciwnika. ¯o³nierze to nie filozofowie. Im trzeba powiedzieæ : "W przeciagu dwóch lat zajaæ prowincjê Negger Bank!" Proszê, zaczna planowaæ, mysleæ, robiæ cokolwiek... A tak? Wojna o Kupiecki Szlak, któ ry ju¿ dawno nie jest kupieckim szlakiem tylko arena mniejszych i wiê kszych rzezi. I w imiê czego?
- Obrony królestwa - powtórzy³a.
- Obrona to atak. Wyobraz sobie, ¿e masz w tej chwili nó ¿ i chcesz mnie zabiæ. Ja mam kij, na przyk ad. I co? Mam staæ w kacie tego pokoju i machaæ kijem, opê dzajac siê przed toba, liczac siê z tym, ¿e mogê siê posliznaæ, ¿e do pokoju mo¿e ktos wejsæ znienacka i wykoñczycie mnie od ty³u, ¿e wreszcie mo¿e tu wybuchnaæ po¿ar i wszyscy siê spalimy? Póki co jestes chora i s³ aba. Mam wiêc czekaæ z kijem w kacie, opê dzajac siê niemrawo, a¿ ty wyzdrowiejesz? To¿ wtedy za³atwisz mnie jednym palcem. Po co wiêc? Czy nie rozsadniej bêdzie rozwaliæ ci g³owê kijem dopóki jeszcze le¿ysz w ³ ¿ku?
- A Luan le¿y w ³ó ¿ku?
- Nie. Luan jest zdrowe jak m³ody dzik w lesie. Pojedynczy pies nie mo¿e siê z nim mierzyæ. Ale tych psów jest wiêcej. A czy sfora psów boi siê dzika? - Usmiechna³ siê zimno. - Odpowiedz brzmi: Zupe³nie siê nie boi.
- Gdzie znajdziesz t sforê? Królestwa Pó³nocy? Ka¿de z nich mniejsze ni¿ Syrinx sama w sobie. A mo¿e liczysz na Troy? Przeliczysz si .
- A je¿eli siê nie przeliczê?
- Cos ci poselstwo nagada³o? O wspó lnej akcji, tak? Nie ufa³abym ¿adnemu s owu ksiêcia Siriusa! Po pierwsze Sirius jest nikim! Ale nawet jesli mó wi³ w imieniu Rady Królewskiej, to wsp lna akcja bêdzie wyglada³a tak: uderza Arkach, uderzaja Królestwa Pó³nocy, uderza Troy. Szybki marsz z trzech stron i efekt bêdzie nastê pujacy: Arkach zatrzymane w prowincji Negger Bank, Królestwa Pó nocy zatrzymane na ich w³asnej granicy, Troy zdobywa ze cztery nowe porty. Wojna na wyczerpanie. Troy siê cofa, oddajac dwa porty. Z Luan walcza Kró lestwa Pó³nocy i Arkach, ale zapewniam ciê, ¿e nie bêdzie to d³ uga walka, bo Troy ograniczy siê wy³ acznie do d³ubania we w³asnych zê bach.
- No i niby po co im to? Jesli Luan nas zwyciê¿y, bêdzie jeszcze wiêksze i silniejsze. Troy wtedy stanie samotnie naprzeciw najpotê¿niejszego przeciwnika na swiecie. Nie dra¿ni siê dzika kijkiem. Mo¿na siê na niego rzuciæ, ale tylko po to, by zabiæ.
- I Troy siê rzuci... Ju¿ widzê. Ju¿ widzê, jak siê rzuca. ¯eby tylko sanda³ó w nie pogubili w biegu. S³uchaj, nie wierz Siriusowi!
- Zostawmy na chwilê Siriusa na boku i powróæmy do rozmowy o wywiadzie. Szpiegowano od zarania ludzkosci i pewnie do jej koñca bêdzie siê to robi . Ale pierwsza zorganizowana s³u¿ bê powo³a³ Luan. To Drugi Wydzia³ Imperialnego Sztabu. Kolosalne pieniadze, straszliwa tradycja donosicielstwa, jedna skoncentrowana wojskowa s³u¿ba wywiadowcza - ta sama do spraw wewnê trznych i zewnê trznych. Majstersztyk. Drugiej takiej nie ma na swiecie, no mo e poza Zakonem, ale to zupe³nie co innego. Troy z kolei nigdy nie dowierza³a swoim wojskowym i armia nie ma ¿ adnego wywiadu. Jest za to parê s³ u¿b cywilnych.
- Myslisz o Kró lewskich Donosicielach?
- Nie. Oni siê zajmuja samym Troy, tylko wewnatrz. To po prostu oko, ucho, a tak¿e rêka ze sztyletem Rady Kr lewskiej. To nie jest wywiad; jesli ju¿ mo¿na wymysliæ jakies s³ owo na ich okreslenie, to raczej... kontrwywiad. Cha, cha... ale mi siê ³adne s owo stworzy³o. Muszê zapisaæ.
- Dyplomacja? - podsunê³a.
- Owszem. Twój ojciec, Wielki Ksia¿ê Archentar, odpowiedzialny za dyplomacjê Troy, powiedzia³by ci wiele na temat metod zdobywania informacji i ludzi, którzy to robia.
- Trochê wiem - usmiechnê³a siê.
- Trochê wiesz, wiê cej nie wiesz, wybacz. Ale Archentar, znowu wybacz, za bardzo dba o siebie i swój honor, ¿eby to by³ a dobra s³u¿ba. No, niemniej trzeba siê z nia liczyæ. Trochê lepsza jest S³u¿ba Skarbu.
- Co?
- Ludzie, którzy maja u was pieczê nad skarbem kró lestwa, te¿ zbieraja informacje. - Usmiechna³ siê. - Nie wiesz? I tak to wyglada. Król z rada nie ufaja wielkim rodom, wielkie rody nie ufaja sobie wzajemnie, nikt nie ufa armii. S³u¿by sa wiêc rozproszone, niedofinansowane, ¿ race siê wzajemnie. By³y koncepcje, ¿ eby to wszystko po³ aczyæ, uzbroiæ w du¿o z³ota i oddaæ jednej osobie pod komendê, ale upad³ y, bo niby komu? Komu mo¿na daæ taki bicz bo¿y do r ki, nie tracac w perspektywie w³ asnej g³owy? Dlatego Troy...
- Jest s³absze od innych w tym wzglê dzie?
- Wprost przeciwnie. Nie uda³o siê scaliæ tamtych? Nie ma sprawy. Powsta³a nowa cywilna s³u¿ba, zapewniam ciê, wzorowo finansowana i kierowana, tworzona przez lata w ukryciu, a ostatnio ktos nagle tchna³ w nia ¿ycie. I to jakie.
- Co to jest? - By³ a autentycznie zdziwiona.
- Biuro Handlowe.
- Bogowie! Co za nazwy? Zaopatrzenie i Rozpoznanie, Drugi Wydzia³, S³u¿ba Skarbu, Dyplomacja i Biuro Handlowe. Czy nikt z was nie m g³by siê nazwaæ wprost: "Szajka szpiegów", "Mordercy i Sukinsyny", "Wielkie gówno i spó³ka", czy cos w tym stylu? Po co wam eufemizmy?
- Królewscy Donosiciele nie u¿ ywaja eufemizmów i budza strach sama swoja nazwa. A wywiadu nie mo¿e siê nikt baæ. Wywiad jest straszny, owszem, ale nie mo¿ e budziæ strachu, a to zasadnicza ró¿ nica. Nazwy zreszta, to tylko jeden ze sposobów, ¿eby ukryæ wydatki przed tymi, którzy chcieliby w nie zerkaæ. Ot i ca³a tajemnica. Ukryæ forsê i nie pokazaæ nikomu, na co siê ja wydaje. Dlatego my okreslamy przejezdnosæ dróg i zajmujemy siê zaopatrzeniem - naprawdê spore pieniadze mo¿na przy okazji poupycha po ró¿nych sakiewkach ró¿nych osób, w ró¿nych krajach - a Biuro Handlowe prowadzi jakies durnowate interesy kupieckie na ca³ym swiecie. I ¿aden Drugi Wydzia³ Imperialnego Sztabu nie sprawdzi, gdzie wêdruje wiêkszosæ sum, tak jak my nie sprawdzimy ich, bo przez ten wydzia³ przep³ywaja pieniadze na wyposa¿ enie armii Luan - ile i na co odprowadzaja bokiem? Nikt nie stwierdzi.
- A jak ma siê do tego ksia¿ê Sirius? I to, co zaproponowa³ w imieniu Troy?
- Ksia¿ê niczego nie zaproponowa³. Rozmawia³em z Zaanem.
- Z Zaanem? Tym ochroniarzem ksiê cia?
- On ochroniarz?
- A kto?
- Szef Biura Handlowego Kró lestwa Troy.
Spojrza³a na niego zdziwiona.
- I uwierzy³es mu? e ma byæ wspólna akcja?
- Nie bêdzie ¿ adnej wspólnej akcji. To w ogóle nie ten etap rozmów. Zaan zasugerowa³ tylko, ¿e gdyby, przyk³adowo mówiac, Arkach chcia³o wystawiæ armiê ofensywna, której na razie nie ma, to Troy chêtnie pokry³ oby czêsæ wydatkó w.
- O nie! Ju¿ widzê, jak Troy p³aci na cudza armiê! Ju¿ widzê! Chyba nie jestes naiwny?
- Otó¿ jestem naiwny. Kalkulujê tak: bê da pieniadze, bê dzie ofensywna armia, nie bêdzie pieniê dzy, nie bêdzie i armii. To rzeczywiscie straszna naiwnosæ, prawda?
- Oni chca Arkach w cos wpusciæ! Chca was wystawiæ!
- Po pierwsze: po co? Nic na tym nie zyskaja. Po drugie: Troy ma n ¿ na gardle.
- Z powodu Luan? Smieszne, walczymy z nimi od setek lat.
- Luan to teraz poboczny problem. Dla nich. A dla nas nie. My te¿ mamy nó¿ na gardle, ale z zupe³nie innych powodów. To nam upada handel. Przez nasz kraj nie wiedzie ¿aden wa¿ niejszy szlak handlowy, nie mamy sp³awnych rzek, nie mamy dostêpu do morza, nie mamy niczego do zaproponowania, czego nie mieliby inni. I nie mogac obni¿aæ cen, jeszcze ¿ yjemy. P³acimy horrendalne sumy tylko za to, ¿ e ktos nam spuszcza towar rzeka do portu. Jak to wliczyæ w cenê? Jak sprawiæ, ¿eby ktos jeszcze chcia³ kupowaæ te nasze gówna? Handel umiera, Luan wygrywa, rok w rok posuwajac siê bardziej do przodu, i co dalej? Wiesz, co to jest Kupiecki Szlak? To jest droga, która by³a przez nas ostatnio u¿ywana jakies osiemnascie lat temu. Nie wierz w te wszystkie bzdury, kt rymi karmi siê wojsko. To ju¿ ostatnie pasmo gór, które nas dzieli od luañ skiej armii. Jesli posuna siê jeszcze trochê, wyleza na pagó rkowata równinê wokó³ stolicy i po nas. Tam ich nie powstrzymamy. Czy wyobra¿asz sobie tê twoja gó rska dywizjê, jak staje w szczerym polu naprzeciw odpowiednika ciê¿ kiej dywizji piechoty Luan? A do tego ich kawaleria? A do tego czterokrotna przewaga liczebna. To bêdzie rzez! To bêdzie koniec Arkach w przeciagu roku!
- Biafra. Ja nie wiem, co ty chcesz zrobiæ, ale to jest piêkny kraj. Tu jest wolnosæ. Tu jest...
- Nie mamy pieniê dzy na dalsze utrzymywanie wolnosci. Przykro mi.
- To¿ ludzie stana w obronie swoich dom w! Sadzisz, ¿e nie bêda chcieli walczy za takie kró lestwo?
- Grabiami i wid³ ami?
On wiedzia³, ¿e armiê trzeba po staremu wyszkoliæ i wyposa¿yæ w broñ. Ale jesli ona uwa¿a a, ¿e ch³opskie kupy z grabiami powstrzymaja Luan, to nic nie sta³o na przeszkodzie, ¿eby pochodzi³a trochê od wsi do wsi i przekonywa³a kmiotó w, ¿e pod cesarska w³adza bêdzie gorzej. Mo¿e ktos jej uwierzy. Ale póki co, wolnos . Arkach naprawdê nie staæ by³o na utrzymanie wiêkszej armii. Arkach w³asciwie nie by³o staæ nawet na tê, która mia³o. Biafra sprzeniewierzy³ na wydatki swojej s³u¿ by fundusze na odprawê przysz³ych roczników ¿o³ nierzy. Za dwa lata, kiedy wiêkszy rocznik opusci szeregi wojska - dziewczyny bêda zdychaæ z g³ odu, bez pracy i bez tej nawet odrobiny grosza, która dostawali weterani. Jego pewnie wbija na pal. Ale na szczêscie dwa lata to ju¿ nie by³ problem. Luan po zajêciu Arkach na pewno go zatrudni, choæby po to, by wykorzystaæ jego agentów, na przyk³ad tych ulokowanych w Troy. Bêdzie wiêc sobie y³ w luksusowym wi zieniu w Syrinx, jesli przedtem nie wybierze innej przysz³osci. A co bêdzie z kole¿ ankami Achai z plutonu? Porucznik Lanni, praktycznie go³a, z kneblem w ustach bêdzie podawaæ do sto³u jakiemus palantowi w Luan. Sier¿ant Shha przy budowie cesarskiej drogi. Po roku pozostanie z niej wspomnienie. Szeregowa Bei w burdelu. Szeregowa Chloe (bo ruda, a oni lubia rude) w haremie. Szeregowa Mayfed w kopalni, zacznie plu krwia po jakichs czterdziestu dniach. Szeregowa Zarrakh przeznaczona na ofiarê w swiatyni; najpierw przeleci ja ze trzydziestu ¿a³ obników, potem, ³ askawie, rozetna jej brzuch i bêda wró¿ yæ z wnêtrznosci? No... Moga mieæ oczywiscie szczê scie i zginaæ w bitwie. Moga te¿ mieæ pecha i trafiæ jako zaprzêg do kierató w nawadniajacych lua skie pola, podobno tam mo¿na prze¿yæ i dwadziescia lat, chodzac w kó³ko dzieñ po dniu. "Sier¿ancie, szybciej ciagnij, bo mi kark pê knie!" " Tak jest, pani porucznik." Spojrza³ na Achajê, ale ona, mimo ¿e nie powiedzia³ ani s³owa, zdawa³a siê mysleæ o tym samym.
- ¯eby daleko nie szukaæ. Pewnie jestes ciekawa, jak posz³o twojemu ch³opcu w tej wiosce, gdzie mieszka³as przez rok? Zgodnie z twoim poleceniem sakiewkê dosta³, o¿eni³ si z m³oda, ³adna dziewczyna, kupi³ ziemiê. Teraz on gospodarz, k³aniaja mu siê we wsi. Raz na dziesiêæ dni idzie z ¿ona do swiatyni, szmat drogi, oboje dziê kuja Bogom i prosza o ³askê oraz zachowanie ¿ycia dla ciebie, biednej Achajki, która wojsko wziê³o, ale która ich uczyni³a ludzmi, z biedy podzwignê³a. I zawsze, raz na dziesiêæ dni ofiar sk³adaja za twoje szczêscie. I ¿eby ciê w bitwie nie ubili.
- Nawet o tym wiesz?
- Lubiê wiedzieæ du¿o. A ten ch³opak, teraz gospodarz, szesnascie listów ju¿ wys³a³ do sztabu w twojej sprawie. - Biafra wyja³ spod kurtki zwitek papier w i rzuci³ na ³ó ko. - P³aciæ musia³ sporo w gminie, bo przecie¿ on sam pisaæ nie umie. - Podniós³ jeden z nich, z³o¿ony w pó ³ papier zat³ uszczony czyimis palcami. "Pani dowódco wojska... Ja siem wstawiaæ chcem, za Achajê, dziewczynê. Z naszej wsi wzienta. Pani Dowódco wojska... - O, nawet du¿a litera - zakpi³ z pisarza gminnego - ona ca³kiem m³oda jeszcze. I ona dobra. Nie trza jej na zmarnowanie. My z ¿onom ofiarujemy, ¿e jak nam siê curka - uuuu... ale byki - urodzona zostanie, to my jom do wojska przeznaczym, za tom Achajê. Moja ¿ona zdrowa. Du¿o curek porodziæ zamiaruje. Jak byscie jom, tom Achajê, chocia¿ do ty³u dali, nie na bitkê, to my curke damy, jak bêdzie du a, do wojska! Niech ods³u¿y za tamtom co siê nale¿y. Proszê bardzo za niom. Kiela"
- Nie czytaj tego wi cej! - warknê³a Achaja.
Cos jej siê zaszkli o pod powiekami.
- Oczywiscie, moja droga. Prosba ksiê¿niczki dla mnie rozkazem. - Usmiechna³ siê tym swoim wystudiowanym skrzywieniem warg wyrafinowanego intelektualisty. Wyja³ inne listy spod kurtki. - Te sa od twojego gospodarza. "Wy psiekrwie i krwiopijcy - uuuuu... ten sam pisarz gminny p³odzi³, widzê - Wy pany w - s³owo nieczytelne - jebane. Ja was na sund pozwê !!! Ja da³ dwie dziewki do wojska zesz³ego lata i wy jeszcze mnie zabrali Achajê? To wam tamtych ma³o? Parobczyce mnie scie zabrali, psubraty? Ja was na sund pozwê . Jest prawo! Jest na was kara! Jest sprawiedliwosæ jeszcze! Do koñca ¿ ycia pozwy na was pisaæ bede! We gminie gadajo, ¿e wam mus na sund sie stawiæ, pani Dowó dco armii arkah - Biafra a¿ sykna³, widzac ortografiê - a jak nie bêdziecie chcieli to was so³ tys odwiedzi i stawi sie naka¿e! Bo sund to sund a nie jest posmiewisko na odpuscie! Parobczyce, Achajê, dziewczynê , ¿escie mi zabrali! A prawo po mojej stronie! O! I tak i pisarz powiedzia³! O!"
- Przestañ to czyta !
- Oczywiscie. - Biafra rzuci³ nowe listy na ko³dr . - A tak nawiasem mó wiac... W przysz³ym roku musimy skróciæ front. Ta twoja wioska znajdzie siê pod panowaniem Luan.
- Co?!
- Naprawdê musimy skróciæ front. Nie staæ nas na utrzymanie a¿ tak d ugiego odcinka. Obóz, w którym by³ as, wioska, to ju¿ Luan w³asciwie. Najpierw pofigluja sobie z nimi ¿o³ nierze. Na przyk³ad z ¿ona tego twojego ch³ opaka. A potem przyjda nadzorcy. Ciekawe, gdzie wtedy bêda pisaæ listy ci dwaj, nadzwyczaj wymowni, panowie?
- Ty swinio!
- Wszyscy mówia, ¿ e jestem swinia. Ale to akurat, o skr ceniu frontu to decyzja Twojej Starszej Siostry, Kr lowej. O rok zreszta spó zniona, ale mniejsza - westchna³. - Ten Kiela, czy jak mu, bêdzie mia³ pecha, jesli zostanie w wiosce i dowie siê, o czym ty ju¿ wiesz. Jak bêdzie mia³ szczêscie, to ucieknie. ¯eby zostaæ ¿ ebrakiem w któryms z miast. On, jego m³oda ¿ ona, jego dziecko, które siê dopiero urodzi. ¯ebracy, ale tylko przez jakis rok, dwa, bo nasze miasta te¿ padna nied³ugo. Potem niewolnicy. A tak nawiasem mó wiac, gdzie Luan kieruje dzieci niewolników? Wiesz cos o tym?
Achaja popatrzy³a mu w oczy.
- Dopiero teraz wiem, co to jest wywiad - mruknê³a. - Dziêkujê za wyjasnienie terminu!
- Proszê. - Znowu olsniewajacy usmiech. Podrapa³ siê w brodê ta swoja wypielêgnowana rê ka. - Ty jestes wykszta³ cona, doswiadczona. Zawsze jakos tam dasz sobie radê. Zwiewaæ do Dery? Czy przyjma taka mas wysoko urodzonych? Przyjma, przyjma, ka da z was bogata, inteligentna, zawsze siê przyda. A ch³opi ze wsi? A na szczêscie nikt nie pyta³ o ch³opó w. Najpierw droga na Syrinx, a potem... to ju¿, co nadzorca rozka¿e.
Achaja zagryz³a wargi.
- Co chcesz, ¿ebym zrobi³a?
- Chcê, ¿ebys ze mna pracowa³a.
- W tym gównie? To znaczy... w tym Zaopatrzeniu i Rozpoznaniu?
- Mhm.
- ¯eby ciê szlag trafi³!
- Powtarzano mi to wielokrotnie - usmiechna³ siê. - Zawsze jednak z kiepskim skutkiem.
- A konkretnie?
- Konkretnie co? Jako ksiê¿niczka masz nade mna w³adz administracyjna w s³u¿bach. Jako major podlegasz mi w szar¿y. Trzymamy siê za ³ by oboje. Królowa da³a mi ciebie w prezencie. Dziwiac siê zreszta niepomiernie. Bo co to za prezent: ksiê¿niczka, któ ra nade mna w³adzê czêsciowo mieæ bê dzie. A ja jej powiedzia³ em, ¿e sobie poradz . Bo wiesz. Ja bardzo lubiê rozmawiaæ z ludzmi inteligentnymi. Takiemu to raz cos wyklarowaæ wystarczy, raz listy pokazaæ, raz sprawê naswietliæ... i ju¿ twój. I ju¿ robi, co siê mu powie. - Kpi³ okrutnie, ale mia³ racjê. - Bo najgorzej to z chamem rozmawiaæ. Takiemu to mo¿na i dziesiêæ razy powt rzyæ, a potem i tak do roboty trzeba batem pêdziæ. A z toba? Nawet siê wina napiæ nie zda¿ y³em. Madra jestes dziewczynka. Tobie raz powiedzieæ w zupe³nosci wystarczy.
- I na co ci ten sarkazm? - wsciek³a siê nagle. - Powiesz wreszcie, kogo mam zabiæ, czy bêdziesz czeka³, a wyzdrowiejê?
- Nie mówi³em? Madremu raz powiedzieæ, wyt³ umaczyæ powoli i ju bêdzie zbrodnie pope³nia³. Nie to co cham, któ rego najpierw w mord trzeba biæ, potem g³odziæ, potem smiercia zagroziæ. Inteligentny cz³ owiek zbrodniê pope ni z przekonania. To¿ to nie wsiok. Daæ mu w mordê, to wtedy siê zatnie i zbrodni ¿adnej gotó w nie pope³niæ. Ale po prosbie? "Kogo zabiæ ?" - spyta od razu. "Wiêcej ni¿ jednego? Wioskê? Ca e miasto?"
- Przestañ kpiæ.
- Dlaczego? Kiedy ja tak strasznie lubiê. Uwielbiam, jak rozsadni ludzie najpierw mnie swinia nazwa, skurwysynem - i bêda mieli racjê ! no bo przecie¿ to nie ich swiat³y poziom, nie im siê w gównie grzebaæ - ale po chwili rozmowy, kiedy siê oka¿e, ¿e trzeba jakos obroniæ kole¿ anki, tatusiów i mamusie, które siê same obroniæ nie zdo³aja, to wtedy... gotowi sa do wszelkich swiñstw. W gównie siê grzebiemy, ale cel mamy szczytny. My ju¿ nie zwyk³e swinie, ale swinie ze swietlanym celem.
- Przestañ. Jestes, wybacz, smieszny.
- Lubiê siê pastwi - kontynuowa³ niezra¿ony. - Otó¿ w imiê swietlanych celów zabito wiêcej osób ni¿ dla grabie¿y. A ja w zwiazku z tym chcê ci cos wyjasni . - Patrzy³ na nia badawczo. - Tobie siê byæ mo e wydaje, ¿e ja ciebie potrzebujê do szlachetnych pojedynków. Ty kontra Nolaan, na przyk³ad. Straszliwe ryzyko, ale mo¿e kraj uratowany? Nie. Uwierz mi, nie zabija siê winnych, bo tych naprawdê winnych nigdy dosiê gnaæ nie mo¿emy. To nie jest tak, ¿e pewnego dnia ci powiem: "Oto pan, który w³asnor cznie zabi³ sto niemowlat, dwiescie rodzin doprowadzi³ do g³odu, trzysta miast osobiscie spali³, a na sniadanie zwyk³ jadaæ niewinne dziewice"! Nie ma tak dobrze. Jesli nawet jest taki facet, to jest... poza naszym zasiê giem. Bo on dobrze wie, co go mo¿e spotkaæ. I potrafi siê obroniæ. To mo¿e byæ tak: "Musimy za³ atwiæ tê biedna dziewczynê, która w³asnie rodzi. Ona niczemu niewinna, ale tak wysz³o, ¿ e jej ma¿, te¿ sam w sobie niewinny, musi wiedzieæ, ¿e propozycja, która mu z³o¿ylismy, jest powa¿na". I co wtedy? Dalej masz ochotê babraæ siê w gównie dla obrony kole¿anek, tatusiów i mamus?
- Musi byæ z wami naprawdê zle, skoro potrzebujecie szermierza natchnionego do zabicia matki w po³ ogu.
Usmiechna³ siê.
- Ja ci tylko chcê powiedzieæ, ¿e to nie jest tak, ¿e cel piêkny ci pomo¿ e w czymkolwiek. Jesli nam siê uda, to równie¿ zgina kole¿anki, mamusie i tatusiowie... tyle ¿e nie nasi. Tamci. Równie zreszta niczemu niewinni.
- No, dobra - przerwa³a mu - a mó g³bys teraz ju¿ powa¿nie powiedzieæ , o co chodzi? Nie napawajac siê przy tym w³asnym gnojstwem?
Rozesmia³ siê g³ osno.
- Naprawdê jestes dosæ trzezwa - mrukna³. - A wydawa³o mi siê , ¿e kobiety nie potrafia trzezwo mysleæ.
- To dlatego, ¿e tylko co druga przesz³a przez to co ja. - Machnê³a zdrowa rêka. - Czego ode mnie chcesz?
Biafra podszed³ do okna i spojrza³ na wierzcho³ki drzew w malutkim parku poni¿ ej. By³a kobieta, wyszkolona do walki w kajdanach. Mog³aby wiêc walczyæ, majac na sobie ksia¿êca, balowa sukniê. Przyzwyczajona do robienia ma³ych kroków, suknia jej nie skrêpuje. Wyobra¿a³ sobie wspania³e przyjê cie, dyplomaci, pos³ owie, szpiedzy. Ktos kogos umiejê tnie prowokuje, pojedynek, ale prowokator mdleje nagle, w obronie jego honoru staje pi kne dziewczê, smiech na sali... Chwilê pózniej dziewczê zarzyna w³ asciwa osobê, nie zadyszawszy siê nawet, i ju¿ nikt siê nie smieje. Piêkne. Ale to tylko teoretyczna mo¿ liwosæ. Po pierwsze, dziewczyna jest znaczna z powodu tatua¿u, nie mo¿na jej przebraæ za kogos innego - po drugie, jest zbyt s³ awna, bo prze¿y³a walkê z Virionem. Na ka¿dym przyjê ciu, które zaszczyci³aby swa obecnoscia, nikt nie da siê sprowokowaæ, nikt pewnie nawet nic nie zje ani siê nie odezwie, bo ka¿ dy bêdzie mysla³, e to w³asnie jego przysz³a ukatrupiæ. Mia³ wra¿enie, ¿e po jej wejsciu na salê atmosfera sta³ aby siê grobowa, a ka¿dy z gosci bê dzie mysla³ tylko o tym, jakby czmychnaæ i to tak, ¿eby pod ¿adnym pozorem nie mo¿na by³o tego poczytaæ za obrazê ksiê¿niczki.
I co jej mia³ powiedzieæ? ¯e oficerowie, których dostaje, sa za ma³o wykszta³ceni? Za ma o znaja ¿ycie, za ma³o znaja ludzi? ¯ e to kobiety (co prawda w wywiadzie by³o kilka zadañ, które kobiety wykonywa³y lepiej ni¿ mê¿czyzni i to zdecydowanie)... Kobiety takie, któ re jednak maja jeszcze jakies skrupu³y? ¯e potrzebowa³ kogos, kto móg³by sam mysleæ i jednoczesnie nie da³ by sobie nadmuchaæ w kaszê? Przecie¿ to bzdury. Jego babskie s³u¿ by dzia³a³y naprawdê dobrze. Wiele dziewczyn potrafi³o siê poswiêciæ i tkwi³ y teraz w bardzo w³ adnych domach... tfu! w bardzo w³ adnych ³ó¿kach, szepczac mu do ucha wa¿ne informacje. No, ale brakowa³o mu ludzi takich jak on. Noszacych w sobie jakas zapiek³a uraz i przez to patrzacych na swiat trzezwiej ni¿ inni. Wrednie trzezwo. Oceniajacych ludzi po tym, co robili, a nie po tym, co mó wili. Wed³ug Biafry ka¿ dy, kto ocenia³ ludzi po ich uczynkach, nie móg³ mieæ z³udzeñ i widzia³ w tym oceanie jedynie p³ ynace fekalia. Owszem, by³y te¿ piêkne rzeczy. Nawet bardzo piêkne. Tylko czemu wszystko Bogowie tak strasznie upaækali na brazowo?
Sam dorasta³ na dworze ksiê¿niczki, która go nienawidzi³a, choæ usi³owa³a za wszelka cenê nie da tego poznaæ. Czu³ to jednak - zacza³ wiêc byæ skryty, ma³omówny, zacza³ siê jakaæ. Inne dzieci na dworze nie cierpia³ y go serdecznie, dokucza³y (na ile mog³y oczywiscie - to nie wiejskie podw rko, nikt nie smia³ go pobiæ). Nie nazywano go inaczej ni¿ B...b...b...b...biaf ra, nie móg³ zjesæ ¿adnego posi³ku, by nie naraziæ siê na kasliwe uwagi, ¿ e zle trzyma widelec, ¿e za g³osno siorbie... A on zacina³ siê jeszcze bardziej. Mia³ wszystko, przecie¿ nie by³ dzieckiem ch³opki. M³ode lata up³ywa³ y mu wiêc wsród bogactwa, spe³ niania wiêkszosci zachcianek, najlepszych nauczycieli, wspania ych ksia¿ek, któ re poch³ania³ i... skrywanej nienawisci, jawnej niechêci, ma³ych swiñstw, kt re mu robiono. Powoli przyzwyczaja³ siê do mysli, ¿e budzi niechêæ u ka dego napotkanego cz owieka. Kiedy dorós³ na tyle, ¿eby zrozumie , ¿e jednak nie wszyscy moga mu zrobiæ cos z³ego, sta³ siê wrednym dzieckiem. Zacza³ pokazywaæ s u¿bie, gdzie jej miejsce, a kiedy dosz³o do niego, ¿ e jako "dziecko ksiê¿niczki" jest jednak dosæ wysoko postawiony w hierarchii dworu, zacza³ pokazywaæ innym dzieciom, kto tu naprawdê rzadzi. Przybrana matka powsciaga³a go twardo, ale by³ ju¿ na tyle sprytny, by znalezæ luki w pajê czynie osób zajmujacych siê jego wychowaniem i dobraæ siê do tych, co wo³ali na niego B...b...b...b...biaf ra. Krag nienawisci zaciesnia³ siê coraz bardziej. Inne dzieci zaczê³ y go ignorowaæ, a kiedy i to nie przynios³o skutku, zaczê³y dokuczaæ mu jeszcze bardziej. Koniec udrêki nastapi³ w momencie, kiedy obla³ jedno z nich wrzatkiem. Przybrana matka kaza a go wych³ostaæ i odes³aæ na dwa lata do wiejskiego dworku, gdzie mia³ dorastaæ w samotnosci, w otoczeniu kilku zaledwie nauczycieli.
Kiedy powróci³ z zes³ania, by³ ju¿ innym cz³owiekiem. Z brzydkiego ch³ opca o zbyt d³ugich rêkach i za du¿ej g³owie przeistoczy³ siê w piêknego m³ odzieñca o zniewalajacym usmiechu. Potrafi³ byæ mi³y, grzeczny, potrafi³ zjednywaæ sobie ludzi. Przesta³ siê jakaæ . By³ ujmujacy, swietnie wykszta³ cony, naprawdê mi³ y. Biafrê lubili teraz wszyscy. No, prawie wszyscy... Jednak cos dziwnego zaczê³o siê dziaæ w pa³acu. Pierwszego z dawnych drêczycieli znaleziono utopionego w stawie. Niby nic. ¯adnych sladów walki (a ju¿ tylko tak nawiasem mówiac, gdzie by³ wtedy Biafra? Wyjecha³ na polowanie? Widzieliscie go przez ca³y czas? Dziwne... ale nic, nic). Drugi drêczyciel powiesi³ siê na pa acowym dziedziñcu. Macocha sprawdzi³a dok³adnie, gdzie w tym czasie by³ Biafra. Jego przybrana siostra i dwoje s³u acych przysiêgali, ¿e czas spêdzi³ z nimi.
Trzecia ofiara wypad a z okna. Podczas balu. Na sali by³ oczywiscie Biafra, pod przeciwleg³a sciana, na oczach wszystkich, którzy chcieliby na niego patrzeæ (a by³o parê takich wynajê tych par oczu, któ re siê od pewnego czasu nie zamyka³y i nie odwraca³y). Ch³opca znowu otoczy³a atmosfera nieufnosci, choæ niepodobieñstwem by o ³aczyæ go ze wspomnianymi wypadkami. Ten problem szybko jednak musia³ zejsæ na plan dalszy, poniewa¿ wszystko nagle zaczê³o siê psuæ. Ksiê¿niczka prowadzi³a rozmowy z pos³em Dery. Niestety, Arkach traci³o lwia czêsæ wp³ywów z przewozowego i nad obydwoma pañstwami zawis³a grozba wojny handlowej. Luan umiejêtnie wmiesza³ siê w spó r, odbierajac dosæ wa¿nego partnera, jakim by³o dotad Dery i sprawiajac, ¿ e na pó³nocnej granicy Królestwa by³ ju¿ nie " nasz" sojusznik, ale, przynajmniej czêsciowo, " ich". Sytuacja sta³a siê na tyle grozna, ¿e sama Królowa pofatygowa³a siê z ca³ym orszakiem, by "zapytaæ" ksiê¿niczkê o przyczyny tak ¿ enujacej klêski w rokowaniach. Pachnia³o zdrada; by³o jasne, ¿e skoro w³adczyni nie wzywa, a przyje¿d¿ a sama, to czyjas g³ owa musi rozstaæ si z szyja. Ksiê¿niczka nie mia³a wiele na swoja obronê, w³ asciwie mia³a tylko jedna kartê, ale rozegra³a ja bardzo g³upio. Zwali³a wszystko na Biafrê, twierdzac, e kilkunastoletni ch³opak pods³ucha³ jej rozmowy z doradcami, zdradzi³ wszystko pos³om z Dery, a poza tym zabi³ trzy osoby, które mu dokucza³y w dzieciñstwie. Zdarzaja siê czasem osoby prostolinijne a¿ do przesady. Ale raczej nie ¿yja zbyt d³ugo. B³yskawiczne sledztwo dowiod³o, e: po pierwsze, Biafra mo¿e i móg³ cos tam pods³uchaæ , ale z ca³a pewnoscia nie " wszystko", po drugie, nie mia³ absolutnie ¿adnej mo¿liwosci przekazania czegokolwiek pos³ owi, nie móg³ nawet widzieæ kogokolwiek z jego otoczenia, po trzecie, nie mia³ ¿ adnych szans zabiæ kogokolwiek w pa³ acu... (by³o jeszcze " po czwarte", ale nie mog³o siê znalezæ w oficjalnym wyliczeniu, wiêc wspomnijmy po cichu i prywatnie: po czwarte, by³ synem Królowej). Nastêpnego dnia có rka ksiê¿niczki zosta³a sierota i to sierota wydziedziczona z majatku. Biafra pojecha³ z prawdziwa matka do stolicy.
Majstersztyk. To nie zas³uga ch³ opaka, oczywiscie. Jeden z jego nauczycieli w wiejskim dworku by³ pracownikiem Drugiego Wydzia³u Imperialnego Sztabu Luan. Zatrudniony w pa³ acu ksiê¿niczki nie móg³ dopusciæ, by taka gratka przesz³a mu ko³o nosa. Sam wystara³ siê o to, by pos³ano go z Biafra na zes³anie. Dwuletnia przerwa w "bie¿acej pracy" op³aci³ a siê sowicie. Omota³ ch³opca wizja wszechmocy, obieca³ zemstê, obieca³ wiele innych rzeczy jedynie za to, ¿e w odpowiedniej chwili ten zrewan¿uje mu siê drobna przys³ uga. Ch³opak wcale nie musia³ pods³uchiwa " wszystkiego" ani ogladaæ " wszystkich" papierów. Informacja nigdy nie pochodzi z jednego zród³a. Ta te¿ by³a tylko kamyczkiem z mozaiki, bardzo wa¿nym, kluczowym, ale nie jedynym. W Drugim Wydziale nie pracowali idioci, i nie idioci zepchn li Arkach na skraj upadku - o tej intrydze mo¿na by³ oby napisaæ wiele tomów i mimo to nie powiedzieæ wszystkiego.
Nauczycielowi nie by potrzebny wredny, powszechnie nielubiany ch³opak. Nauczy³ go wiêc kluczenia, opanowania, ukrywania wszelkich zamiarów i uczuæ. Pokaza³ mu, jak sprawiæ, ¿eby ludzie go lubili, jak dowiadywaæ siê o sprawach, które inni woleliby trzyma w ukryciu. Jak przekonywaæ ludzi, ¿e pope³ niajac zbrodniê, wcale jej nie pope³ niaja, a w³asciwie to nawet robia dobry uczynek. Nauczy³ go, ¿e nie mo¿na siê rzucaæ samemu przeciw wszystkim. Madry cz³owiek sk³ ca wszystkich i stoi z boku, patrzac, jak tamci wyrzynaja siê wzajemnie.
Biafra by³ inteligentny i dobrze poja³ naukê. Donosi³ swietnie, mia³ zawsze pierwszorzêdne materia³y, w stolicy nie by³o przed nim zamkniê tych drzwi. Nauczy³ siê korzystaæ ze swojej urody i wdziêku, za atwi³ sobie u matki stanowisko w wojsku - niestety, w najmniej wa¿nej dla jego ambicji formacji - w zaopatrzeniu. Wiedzia³, ¿e normalna droga nawet on nie zrobi kariery. Jedyny ch³opak wsró d samych kobiet... Nie rzucaj siê sam na wszystkich - dobrze to zapamiêta . To ju¿ nie by³ ten Biafra, który infantylnie msci³ siê na swoich zmorach z dzieciñ stwa. Bez trudu przekona³ swoich luañskich mocodawców, ¿e jesli pomoga mu stworzyæ s³u¿bê zajmujaca siê zbieraniem informacji, to sami przecie¿ od niego otrzymaja ka¿da informacjê, która zechca otrzymaæ, szybko, tanio i bez trudu. Dziêki wp³ywom Drugiego Wydzia³u awansowa³ szybko, a potem za ich pieniadze po³aczy³ Rozpoznanie i Zaopatrzenie, tworzac pierwszy z prawdziwego zdarzenia wywiad Kró lestwa Arkach. Sam smia³ siê z tej perfidii. Wywiad Luan stworzy³ wywiad w Arkach. Ale rzadzi³ nim Biafra. Tylko Biafra. Sam przeciw wszystkim? Nie, nie. Za pomoca swojej nowej zabawki szybko odnalaz³ paru agent w S³u¿by Skarbu z Troy. Zaproponowa³ wspó³ pracê, zosta³ ich agentem, trochê podonosi³. Potem napusci³ S³u bê Skarbu i Drugi Wydzia³ na siebie. Nie mo¿na siê przecie¿ rzucaæ samemu przeciw wszystkim. Madry cz³owiek sk³ ca wszystkich i stoi z boku, patrzac, jak tamci wyrzynaja siê wzajemnie. Biafra by³ pojê tnym uczniem. Podczas kiedy na terenie Arkach trwa³ a tajna wojna pomiê dzy Luan a Troy, Biafra zreorganizowa armiê (mia³ ju¿ takie wp³ywy, no i... mia³ mamê na w³ asciwym stanowisku). On po prostu zrezygnowa³ z tradycyjnych " setek" i stworzy³ plutony, kompanie, bataliony, pu³ki. Sprowadzi³ oficerskie dowodzenie do szczebla trzydziestu ludzi, a nie stu. Ustali³ scis³a hierarchiê przejmowania obowiazków w razie strat. I sta³o siê cos dziwnego. Wojsko, które do tej pory przegrywa³ o fatalnie, zaczê³ o nagle przegrywaæ tylko trochê. Parê nag³ych zgonó w w Dery (to naprawd nie on, to S³u¿ ba Skarbu, której sprzeda³ za s³one pieniadze trochê informacji o strategicznych interesach Luan w tym kraju) zapobieg³ o zaostrzeniu siê wojny handlowej, Dery nie by³o ju¿ "pewnym" sojusznikiem Luan, Arkach zdoby³o lekka przewagê na tej granicy. Jego mocodawcy w Drugim Wydziale zacz li siê trochê denerwowaæ, ale mia przecie¿ swoich "mocodawcó w" tak¿e w S³ u¿bie Skarbu, któ rzy ciagnêli z ca³ ej si³y za cugle Imperialny Sztab, ilekroæ ich agentowi (podwó jnemu? potrójnemu?) powinê³a siê noga. Dla kogo pracowa³ wiêc Biafra? Dla nikogo? Dla siebie? On sam nie za dobrze wiedzia³. Pociaga³a go gra. Gra sama w sobie. By³ hazardzista, ale nie z tych rzucajacych kosæmi na targu, on preferowa³ grê w ludzkie g³owy. Grê w królestwa. Przeklina³ tylko los, który kaza³ mu urodziæ siê w prowincjonalnym pañ stewku. Gdyby tak by³ Luañ czykiem... Albo ¿eby by³ ksiê ciem w Troy... Bogowie! Wtedy by im wszystkim pokaza³, co to jest Gra o Swiat. A tak? To by³ jedynie szósty stolik pod sciana w podmiejskiej szulerni.
Biafra sam nie wiedzia³, kim jest. Pewne jego sprawki zaczê³y jednak wychodziæ na jaw, zdoby³ miano swini i skurwysyna. Ale w miêdzyczasie zda¿y³ ju¿ zostaæ prawa rêka matki, kims nie do zastapienia, wiêc zawistnicy mogli mu najwy¿ej polizaæ buty. Móg³by pewnie staæ siê zbawca Arkach, móg³by te¿ byæ grabarzem Królestwa. Nie mia³ pojêcia, co mu bardziej lube. Szef wywiadu, odrzucony syn Kró lowej, agent co najmniej dwóch obcych s³u¿b (bo nie liczymy pomniejszych), swinia, jeden z najbardziej inteligentnych ludzi w Królestwie, jeden z najbardziej pogardzanych ludzi w Królestwie, morderca niewinnych (choæ nigdy w³ asnymi rêkami - on sam nawet bezdomne pieski i kotki ho³ ubi³, bo by³ wra¿ liwy jak ka¿dy inteligent, w jego domu roi³o siê od przygarniêtych zwierzat), cz³owiek, który nie dopusci³ do ³ez wielu rodzin tych dziewczyn, które zginê³yby niepotrzebnie w wojsku z powodu archaicznej taktyki... Czego wiêc chcia³?
Pewnej nocy, pijany jak bela, a w³ asciwie narabany jak kompania wojska w dzieñ zwolnienia ze s³u¿by, zszed³ do kuchni, bo zaczyna³ o go suszyæ. Tam wsród s³u¿by, wsród pomywaczek, kucharek, sta³a... Pozna³ ja od razu, mimo chwiejnej g³ owy. To by³a jego przybrana siostra, c rka ksiê¿niczki, która go wychowa³a. W przemoczonej, rozche³stanej koszuli, która ja niezbyt okrywa³a, z wy¿artymi czyms d³ oñmi, wykrêconymi ju¿ przez reumatyzm. Przynios³a pranie. Ich spojrzenia spotka³y siê. "Wszyscy won!" - zakomenderowa³. Wiedzia³a, ¿e nie do niej ten rozkaz. Nie ruszy³a siê, kiedy reszta s³u¿ by w panice opuszcza a kuchniê. "No i co, ma³ a? - wybe³kota³. - Chrzani siê ¿ ycie, co?". Skinê³a g³owa. Nawet z pralni chcieli ja wyrzuciæ, bo do niczego siê nie nadawa³a. "Zjedz cos" - mrukna³. Jak by³oby piêknie powiedzieæ, ¿e wzgardzi³a, unios³ a siê honorem i tym podobne bajdy z ludowych podañ. Rzuci³a siê na jedzenie, prawie d³ awiac siê i duszac od nag³ego nadmiaru. Naprawdê by³a g³ odna. Nie zas³ania³a siê , nie okry³a (niby czym zreszta), jej przemoczona koszula sprawia³a, ¿e móg obserwowaæ wszystkie szczegó³ y chudego cia³a. Machna³ rêka. "Nie dam ci pieniêdzy, bo nie mam, nie noszê przy sobie. Wez co chcesz z kuchni i odejdz." " Nie wygadaj, ¿e mnie nienawidzisz - powiedzia³a z pe³ nymi ustami. - Jak mnie wyrzuca z tej pralni, to zdechnê". Wzruszy³ ramionami. Czy ktos smia³by go w ogóle pytaæ? Czy on mia³ cos do niej? "Wiesz - popi³a winem z dzbanka - nie tak dawno bym ciê zabi³ a, gdybysmy siê spotkali". O ma³o siê nie rozesmia³. "Ale teraz... Mo¿e Bogowie ci przebacza? - Wskaza³ a na ca³a masê mniej lub bardziej puchatych stworzeñ, które w amoku szczê scia goni³y siê po wszystkich pokojach. - Te wszystkie kotki i pieski wstawia siê za toba. Adwokatów masz. W ogóle nic nie powiem za kawa³ek sera. Wiesz? Marzy³am w³ asnie o serze. G³upie, co? Masz gdzies?" Nie wiedzia³ czy mia³. Do kuchni wchodzi³ tylko po to, ¿eby siê napiæ, a s³u¿ ba by³a zbyt powolna, by przynies . "Jak nie masz, to ci powiem. Moja mama zginê³a za Arkach i ja te¿ chyba za to ginê. Przynajmniej sobie tak mówiê, wtedy choæ przez chwilê czujê siê jak ¿o³ nierz w tej swojej pralni, kiedy mnie szefowa bije. Nie rozwalaj wszystkiego. Wtedy, jak bêdê zdychaæ, powiem sobie, ¿e cos w ¿ yciu zrobi³am". Rozesmia³ siê. Powiedzia³, ¿e nie rozwali Arkach, jesli ona klêknie i poca³uje go w ty³ ek. W³asnie wymysla³ jeszcze wiêksza drwinê, kiedy dziewczyna uklêk³a nagle i... Kurwa maæ! Poca³ owa³a go mocno w posladek, zanim zamroczony alkoholem zda¿y³ zareagowaæ. O, ¿eby ja szlag trafi³! Czy mo¿na a¿ tak nie mieæ dla siebie szacunku? Mo¿na... Sam wiedzia³, ¿e mo¿na. Sam wiedzia³, ¿e nie o to chodzi. Nie móg³ zasnaæ i nie mia³ pojêcia dlaczego. Nie. Nie zamieni³ jej ¿ ycia w piêkny sen, choæ móg³by. Nie spotka³ jej nigdy wiêcej. Nigdy nie zleci³ swoim babom w zwiadzie przyniesienia garsci informacji na jej temat. A, szlag! Przecie¿ w³asciwie nic siê nie sta³o. Chcia³? To poca³ owa³a go w ty³ek, bo i tak by³a ju¿ na dnie upadku! Czy... czy... trzeba dotrzymywaæ obietnic danych po pijanemu? Dureñ, dureñ, dureñ! Przecie¿ w ogóle nie o to chodzi! Obietnice... I to mówi³ cz³ owiek, który ³ama³ wszystkie. Dlaczego tak go to m czy? Czy trzeba dotrzymywaæ obietnic danych po pijanemu?
Biafra nie zmieni³ siê. To ¿ycie, a nie g³ upia bajka. Ale te¿ nie potrafi odpowiedzieæ teraz na pytanie Achai, czego w³ asciwie od niej chce. Po prostu instynktownie wyczuwa³ w niej bratnia duszê. Kogos, kto przeszed³ wystarczajaco du¿o, by zobaczyæ, co to sa ludzie, i na tyle wykszta³conego, by zrozumieæ, ¿e nie nale¿y podejmowaæ prób zawracania mot ochu kijem. Kogos, kto by³ na tyle doswiadczony, ¿ e wiedzia³, i¿ jedyna pociecha na tym swiecie jest wtedy, jak siê zamknie samemu w czterech scianach z duuuuuuu¿a wódka na podorêdziu.
Achaja te¿ wyczuwa³ a go instynktownie. To by³o inne doswiadczenie, inne losy, ale czu³a, ¿ e mogliby siê zwachaæ jak dwa wsciek³e psy w ca³ ym wielkim gonie. Wcale go przez to nie lubi³a, choæ i na niej robi³a wra¿ enie jego uroda i styl bycia. Nie lubi³a, bo... bo i za co lubiæ kogos, kto wie o niej to, do czego nie do koñca potrafi³a siê przyznaæ sama przed soba? Ale " lubienie" kogokolwiek i " bliskosæ" to dwie zupe³nie ró¿ ne rzeczy, o czym wi cej móg³by powiedzieæ ka¿dy, kto odwiedza burdele. Z tym, ¿e " bliskosæ" by³ a nawet bardziej potrzebna, bo " lubienie" mo¿ na sobie zmieniæ, a tego drugiego nie.
- D³ugo bêdziesz tak sta³? - spyta³ a, opierajac siê na ³okciu.
- Zamysli³em siê - sk³ama³. - Ju¿ wiesz? - Odwr ci³ g³owê.
- Co wiem?
- ¯e ze mna bê dziesz mia³a przynajmniej ciekawe ¿ycie.
- To akurat tak. Choæ nie mam pojê cia, czy chcê ciekawego ¿ycia.
Usmiechna³ siê lekko.
- Masz wybór, ma³a. Uratowa³as elitarna dywizjê i Twoja Starsza Siostra nieba ci przychyli. Mo¿esz nawet zostaæ ksiê¿niczka odpowiedzialna za wypasanie kóz w najbardziej zapad³ ej prowincji najbardziej zapad³ ego królestwa, jakim jest Arkach. Bêdziesz mia³a spokój przez, powiedzmy, dwa lata, zanim Luan nie zwyci ¿y. Ale potem te¿ nie b dzie ci ciê¿ko w Dery, Symm, czy gdzie tam uciekniesz.
Zmêczona pokiwa³a g³owa w gescie rezygnacji.
- Nie znam siê na wypasaniu kóz, g³ upku. Chcesz, ¿ebym cos dla ciebie zrobi³a, to zrobiê, tylko nie bierz mnie pod w os, pacanie!
Spojrza³ szczerze zdziwiony.
- Tak sobie tylko gram - westchna³. - Bo ja móg³bym zostaæ aktorem, jakby co, a ty nie.
Przymknê³a oczy. I bez s³ów wiedzia a, ¿e móg³by zostaæ aktorem. Czasami ¿a³owa³a, ¿e sceny amfiteatró w sa zamkniête dla kobiet.

Rozdzia³ 10
A
chai dopiero po d³u szym b³adzeniu w plataninie korytarzy królewskiego pa³ acu uda³o siê opusciæ mroczne wnê trze. Z przyjemnoscia wciagnê³a do p³uc przenikliwie ch³ odne, jesienne powietrze. Mia³a na sobie wspania³a balowa sukniê i szybko zrobi³o jej siê zimno w ods³oniête ramiona. Mimo to poczu³a spora ulgê. Obecne na przyjêciu ksiê¿niczki mia³y nadziejê, ¿e " nowa" siê skompromituje, wykona jakis prostacki uk³on, zrobi cos, z czego b dzie mo¿na kpiæ przez resztê wieczoru. Ale ona... potrafi³a powiedzie trzy s³owa, robiac przy tym a¿ cztery przydechy! Ciekawe, czy ktos w tym zapad³ym Arkach wykona³ kiedykolwiek cos takiego? Uk³onów uczy³ jej mistrz na dworze w Troy. Mia³a wra¿enie, ¿ e nikt tutaj nie potrafi powtórzyæ nawet tych srednio skomplikowanych. Ksiê¿niczki by³y wyraznie zawiedzione. Niektóre wrêcz zszokowane. Jaki cud sprawi³, ¿ e by³a kurwa i prosta ¿o³nierz potrafi³a siê zachowywaæ lepiej ni¿ one? W³adczyni przeciwnie. Nadzieje na wykorzystanie jakiegos kruczka w etykiecie, którym mo¿na by ja pognê biæ, rozwiewa³y si szybko w g³owach jej nowych "sió str". Oficjalne przyjêcie na dworze by³o wiê c nudne jak ka¿de inne, potencjalnie najwiêksza atrakcja okaza³a siê jakims cudem perfekcyjnie wychowana, jesli chodzi o sprawy swiatowe. Zdoby³a kilka nowych kole¿anek (no, powiedzmy...), w ka¿dym razie znajomych, a przynajmniej " nie wrogów". Po raz pierwszy od wielu lat mia³a na sobie tak wspania³a sukniê, ale nie czu a siê dobrze. To ju¿ nie by³ jej swiat. Intrygi, "mó wienie obok", pa³acowe uk³ady, zosta³y gdzies za nia - umia³a to robiæ, mia³a we krwi, ale... Mia³a te¿ wielka ochotê usiasæ przy któryms ze sto³ów i najesæ siê po prostu, nie lawirujac w gaszczu konwenansów. Zmieni³a siê. Dopiero teraz, dopiero dzisiaj odczu³a to z taka moca. Owszem, mog³a swietnie udawaæ ksi ¿niczkê (mo¿e nawet i lepiej ni¿ wiêkszosæ tych tutaj), ale jako prawdziwa ksiê¿ niczka czu³a jedynie pustkê. Jako niewolnica marzy³a o powrocie do takiego ¿ycia. Dzisiejszy dzieñ, niestety, wydawa³ siê jej po prostu nudny.
A, szlag. Z ulga przyjê³a go ca, który ja wywo³ a³.
- No i jak tam? - Biafra usmiechna³ siê promiennie, wychodzac z cienia rzucanego przez okap, nad którym p³onê y pochodnie.
- Ujdzie. - Usmiechnê³a siê równie¿. - Zasnê³abym z nud w, gdybys po mnie nie przys³a³.
- Musia³em.
- Dziêki. Co siê sta³o?
Usmiechna³ siê jeszcze szerzej, ale wiedzia³a ju¿, ¿e u¿ywa³ swojej twarzy tak jak inni ludzie jêzyka. To, co ktos mówi³, nie mia³o przecie¿ ¿adnego zwiazku z tym, co ten ktos pó zniej zrobi. To, jak wyglada³a twarz Biafry, nie mia³o ¿adnego zwiazku z tym, co znajdowa³o siê w jego g³owie.
- Trzy fakty - powiedzia³. - Po pierwsze: przej lismy du¿a ³ódz Chorych Ludzi, nasi agenci odkupili ja od piratów razem z resztka za³ogi, po drugie: zdoby³em jedna z najlepszych czarownic, jakie mog y istnieæ w tym zapomnianym przez Bogów królestwie, po trzecie: mamy chyba najbardziej sucha jesieñ, poprzedzona najbardziej suchym latem w naszej historii. Rozumiesz?
- Nic nie rozumiem - przyzna³a siê szczerze. - Ni w zab. Wiem jednak, ¿e muszê siê przebraæ , prawda?
Nie wymaga³o to wielkiego talentu strategicznego. Po prostu widzia³a, ¿e mia³ jej mundur przewieszony przez ramiê.
- Mhm - mrukna³. - Chodzmy do stajni.
- A¿ tak zle?
Z trudem unoszac dó sukni jedna rêka, ruszy³a w stronê wspania³ego budynku ze z³oconego drewna. Widok Biafry wywia³ wszystkich s³u¿ acych bardziej skutecznie ni¿ najazd stu rycerzy Zakonu tnacych wszystko, co ¿yje. Otworzy³ przed nia drzwi, unoszac pochodniê. Kilka koni zar¿a³o gwa³townie od nadmiaru swiat³a. Którys strzeli³ kopytami w drzwi boksu. Nie trzymano tu wa³ achów.
Biafra przewiesi³ jej mundur przez najbli¿szy pa³ak, zapali³ lampkê i odwróci³ siê demonstracyjnie.
Achaja zaklê³a szpetnie.
- S³uchaj - przygryz³a wargê. - Nie zdejmê tej sukni jedna rêka. Musisz mi pomóc, wi c przestañ siê g³ upio odwracaæ.
Poczu³a na plecach jego delikatne d³ onie rozsznurowujace gorset.
- Z kurtka sobie poradzê sama - doda a. - Ale musisz mi w³o yæ spódniczkê i zasznurowaæ buty.
Zdja³ jej wspania³ a sukniê jednym ruchem.
- Przepraszam - powiedzia³ cicho.
- Za co?
- Za to, ¿e patrzê tam, gdzie patrzê... - Prze³kna³ slinê .
- Dziêki - usmiechn ³a siê. - Ale ubierz mnie, zanim zamarznê.
Pomóg³ jej w³o¿y opaskê, ciep³a kurtkê podbita bia³ ym barankiem, a potem...
- No, dobra - mruknê ³a. - Teraz odwrócê si do ciebie przodem. I opusæ wzrok, ma³ po!
Wziê³a g³êbszy oddech i odwróci³a siê. Za³o¿y³ jej spó dniczkê i zapia³ szeroki pas z mieczem. Nie wiedzia³a, gdzie zerka³, bo sama usi³owa³a patrzeæ gdzies w bok. Kiedy jednak w³o¿y jej i zasznurowa³ buty, a potem siê podniós³, ich oczy spotka³y siê na chwilê. Wiedzia³a ju¿, ¿e nie odwraca³ wzroku.
- Ty swinio! - szepn ³a.
- Tak na mnie mówia - przytakna³.
- ¯eby ciê... - Machnê³a zdrowa rêka, zmieniajac temat. - No, dobra. Co siê dzieje?
- Eeeeee... - Zaskoczy³a go, bo chyba siê rozmarzy³ . Nie móg³ tak od razu powróciæ do tematu. - Mam dla ciebie rê kawiczki. - Pomóg³ jej wsuna na lewa d³oñ skó rzana, specjalnie usztywniona rêkawic . Kiedy za pomoca zêb w w³o¿y³a podobna na prawa d³ oñ, uzna³a, ¿e to swietny pomys³. Przynajmniej z daleka nie widaæ by o jej kalectwa.
- Mam jeszcze cos. - Wyja³ z sakwy kolejna rêkawicê. Tym razem ¿elazna. - Pokazaæ ci?
Skinê³a g³owa. Za³o¿y³ niesamowicie ciê¿ kie urzadzenie na jej lewa rêkê.
- Niez³e, co?
- Myslisz, ¿e jak palnê tym kogos w g owê, to umrze?
- To te¿... ale najpierw spró buj uderzyæ siê sama wnêtrzem d³ oni w bok.
Rabnê³a siê w biodro i syknê³a zaskoczona. Spomiêdzy jej nieruchomych palców wyskoczy³o ostrze d u¿sze ni¿ w normalnym sztylecie.
- I jak?
- Niez³e! - rozesmia³a siê. - Kosztowa³o majatek, prawda?
Usmiechna³ siê.
- Tanie nie by³o.
- A jak to siê chowa?
- No, niestety, ktos ci musi pomóc. - Majstrowa³ przy ¿ elaznej rêkawicy. - Powtórne napiê cie mechanizmu wymaga osoby oburê cznej. Ale... ty te¿ ju¿ masz w pewnym sensie obie raczki.
- Sprawne do zabijania? - zakpi³ a.
- Owszem.
Niepotrzebnie kpi³a. Pomys³ ze skó rzanymi rê kawiczkami by³ naprawdê swietny. Przynajmniej nikt nie bêdzie siê gapi³ na jej przygi te wiecznie palce. Wiedzia³a, ¿e szlachta z gór te¿ nosi takie, jesli jest mróz. Naprawdê by³a mu wdziêczna. Bo faktu, ¿e jedna z nich jest usztywniona metalowymi listwami, ¿aden postronny obserwator nie móg³ odkryæ od razu.
- No a co z tymi trzema faktami?
- Gromadzê w³asnie dokumenty - mrukna³. - Podeslê ci wszystko po drodze, bo chcia³bym, ¿ ebys ju¿ jecha³a.
- Gdzie?
- W stronê Wielkiego Lasu. - Poda³ jej ma³a kartkê. - To sa miejsca, gdzie siê zatrzymasz. Bêda czeka³y na ciebie wszystkie papiery i... - Popatrzy³ na nia uwa¿nie. - Podejmij decyzjê.
- Kurde! Jaka?
- W³asciwa. - Znowu usmiechna³ siê promiennie. - Ja muszê tu zosta , bo pose³ Dery nadciagnie lada dzie . A dobrze by³oby nie wszczynaæ nowej wojny handlowej na tej granicy.
- Jak dobrze znaæ cz³owieka, który sam jeden powstrzyma wojnê handlowa - zakpi³a.
- Gówno mogê sam powstrzymaæ. Ale twoja Starsza Siostra chce, ¿ebym by³ przy niej, bo wa¿niejsze dla nich wszystkich jest to, co siê stanie jutro, od tego, co siê stanie za dziesiêæ dni. Nawet jesli jutro grozi nam najwy¿ej wziêcie kijem w mordê, a za dziesiê æ dni wszyscy zginiemy w powodzi. - Odkaszlna³ lekko. - S³uchaj, nie ¿ ebym ciê pogania³, ale...
- Tak, tak, sprawa gard³owa. - Zna³a go ju¿ na tyle, by wiedzieæ, e rozmowê z kobieta uwa¿a za stratê czasu. Ale tym razem siê myli³a.
- Odprowadzê ciê kawa³ek. Porozmawiamy na koniach.
- A¿ tak zle? - powtórzy³a.
- Mo¿e: a¿ tak dobrze? - Poprowadzi ja w stronê g³ó wnej bramy w murze okalajacym pa³ac. - S³uchaj, mamy jakas ma³a... bardzo ma³a szansê. Byæ mo¿e po raz pierwszy.
- Znowu handel?
- Znowu wojna! - Pchna³ ciê¿kie skrzyd³o bramy w³ asnymi rêkami. Wartownicy wokó³ nie mogli siê ruszy ze swoich stanowisk, a resztê obs³ugi sam pewnie przedtem porozstawia po katach. - Przygotowa³em wszystko.
Jej pluton przyboczny, wszystkie trzydziesci trzy dziewczyny, czeka³y ju¿ na gosciñcu na koniach.
- Oddziaaaaaa³!... Salut! - ryknê³a Lanni.
Bêdac w siodle, trudno jest stanaæ na bacznosæ. Twórcy regulaminu wymyslili wiêc salut wierzchowców - rzecz trudna do wykonania nawet dla doswiadczonych kawalerzystów. Wszystkie jej dziewczyny, choæ by y doswiadczonymi ¿ o³nierzami, od niedawna dopiero by³ y æwiczone w jezdzie na prawdziwych wierzchowcach (wszak kuców, których dosiada³y wczesniej, koñmi w pe³nym tego s³owa znaczeniu nazwaæ nie by³o mo¿na). No i sta³o siê to, co siê sta³o. Linia zmiesza³a siê , pêk³a w kilku miejscach, Mayfed wpad³a na Zarrakh, Shha o ma³o nie zlecia³a. Kilka dziewczyn pogubi³o juki, jakis ogier, korzystajac z zamieszania, ugryz³ kolegê, do którego musia³ mieæ ¿al, i biedna Bei wyladowa³a na ziemi. Malutka i piegowata Sharkhe palnê³a z ca³ej si³y kole¿ ankê, która najwyrazniej zamierza³a ja stratowaæ.
- Ty nie rób " salutu" po nocy, bo ca³e miasto obudzisz! - ochrzani pania porucznik Biafra. - Ale masz wojsko, ksiê¿niczko!
- To nie g³upia kawaleria! - odciê³ a siê Achaja, wskakujac na siod³o w³asnego wierzchowca. - One potrafia cos wiêcej.
- Jasne. - Obserwowa³ pechowe dziewczyny, które w³asnie wsta y z ziemi i goni³y konie. - Kawaleria to aby siê zwaliæ z siod³ a i ju¿. A te tutaj wyczysci³ y ty³kami pó³ gosciñca!
- Lanni, nie przejmuj siê! Pan genera³ dzisiaj w wyjatkowo z³ym humorze.
- Jakbym by³ w z³ ym humorze - podchwyci³ - to te baby zatrzyma³yby siê dopiero w Syrinx. Jedziemy. I niech pani skompletuje oddzia³ na powrót, pani porucznik.
- Tak jest! - Gdyby Lanni by³a czarownica, to sadzac po jej spojrzeniu, ze dwadziescia dziewczyn straci³ oby ¿ycie w jednej chwili. - Shha, zbieraj ludzi!
Biafra dosiad³ swojego konia i dogoni³ Achajê, kt ra ruszy³a, nie chcac patrzeæ na desperackie wysi³ki kole¿anek.
- Powiem ci, co z ta ³odzia. Chorzy Ludzie maja jakas nowa broñ. Takie rury, czy jak to zwa³, prawie ró wnie skuteczne jak kusza.
- Ach, wiem. Muszkiety do zwalania powa³y.
- Co? - By³ szczerze zdziwiony.
Achaja rozesmia³a siê. Przypomnia³a sobie opowiesæ Mereditha, która s³ysza³a jeszcze na dworze ojca w Troy, o Chorych Ludziach sprowadzonych przez Tyrana Symm, by zrobili huk na uczcie. Zrobili i zwalili powa³ê na zebranych gosci.
- Mniejsza z tym. Jesli sa prawie jak kusze, to dlaczego ci kusze nie wystarcza?
Usmiechna³ siê.
- Najwiêkszymi mistrzami w strzelaniu sa Dahmeryjczycy. Najlepsze ich formacje to ³ ucznicy, ci z d³ ugimi ³ukami. A wiesz, jak d³ugo trzeba æwiczyæ takiego ³ucznika? Dziesiêæ lat! - odpowiedzia³ sam sobie. - Dok³adnie tyle, ile trwa ca³a s³u¿ ba w wojsku Arkach.
- Kusznicy te¿ sa niezli.
- A ile trzeba æ wiczyæ kusznika, ¿ eby dorówna³ Dahmeryjczykom? Dwa lata? Trzy? I tak szybkoscia nie doró wna "d³ugim ³ ukom". A wiesz, ile trzeba wiczyæ ¿o³nierza, który strzela z tej rury czy... muszkietu?
- Ile?
- Dwadziescia dni. Mo¿e trzydziesci. - Usmiechna³ siê szeroko. - Oni sami twierdza, ¿e trzy dni, ale im nie wierzê.
- No, cos ty? A si³ a ramion, a wywa¿ anie, a oddech?
- Nie ma si³y, nie ma wywa¿ania, nie ma oddechu. Oddech to naprawdê wystarczy tylko wstrzymaæ. Dziecko zastrzeli rycerza.
- Wybacz... Snisz?
- Tak - rozesmia³ siê. - Ale to piêkny sen.
Dojechali do bram miasta. Stra¿niczki, widzac zbrojnych, wybieg³y z wie¿y. Nie wiadomo, co tam by³o pite dla rozgrzewki, ale wszystkie dziewczyny wytrzezwia³y momentalnie na widok Biafry.
- Otwieraæ bramê! - ryknê³a ta, któ ra nimi dowodzi³a, choæ by³ to najbardziej nieregulaminowy rozkaz w armii Arkach. Bram miasta nie otwiera³o siê po nocy nigdy. No, chyba ¿e w zasi gu wzroku by³ Biafra.
Ca³y pluton przedosta³ siê nad fosa po opuszczonym pospiesznie moscie. Stra¿niczki modli³ y siê z wdziê cznosci do wszystkich Bogów, ¿ e jakims cudem ¿ adnej z nich nie wys ano na front. ¯adna nie mia³a ju ochoty na wódkê. Prawdê powiedziawszy, cos dziwnego sta³o siê z ich cia³ami. Wszystkie czu³y, ¿ e nawet gdyby pi³y na umór przez reszt nocy, to ¿adna nie zdo³a siê upiæ .
- Wiesz - podja³ Biafra - powiedzia³ em ci, ¿e mo¿e... znowu wojna.
- Tak, trochê dziwne.
- Wiem. Przecie¿ walczymy ca³y czas. - Opanowa³ swojego konia i znowu siê do niej zbli¿y³. - Ale chodzi mi o inna wojnê. Taka, która bêda prowadzili wszyscy.
- Grabiami i wid³ ami? - przypomnia³a mu w³asne s³owa.
Potrzasna³ g³owa.
- Nie w tym problem. Powiedz... - zastanawia³ siê d³u¿sza chwilê - ...jak sprawiæ, by wszyscy ujêli siê za w³asnym kró lestwem? Potrzebujê jakiejs nowej idei. Jakiegos zwrotu, s³ owa czy sformu³ owania, które pociagnê³oby wszystkich.
- Kurde, jakiego?
- No, w³asnie nie wiem. O co mo¿na walczyæ ?
- No... bo tamci atakuja, co?
- A co obchodzi ch³ opa spod Wielkiego Lasu, ¿e jest wojna na granicy z Luan? Nic!
- No, to... - Sama nie wiedzia³ a, co wymysliæ. - Niech walczy w obronie swojego Kró lestwa.
- Czyli w obronie Kr lowej i ksiê¿ niczek? A co go to obchodzi? S³uchaj, ja potrzebujê jakiegos nowego s³ owa.
Mysla³a intensywnie, marszczac brwi.
- Kraj? W obronie kraju?
- A co to jest kraj? Czym to siê ró¿ni od królestwa? No... Kraj to chyba ziemie nale¿ace do kró lestwa w literackim znaczeniu, tak?
Skinê³a g³owa.
- Jakos tak.
- No i kto stanie w obronie ziemi? Skoro granice wszêdzie zmieniaja siê z ka¿ dym rokiem. Zreszta, czego ma jeden z drugim broni ? Pola nale¿acego do innych ch³opów? Lasu? Jakiejs drogi le¿acej Bogowie wiedza gdzie?
- Nic innego siê nie da wymysliæ.
- Ja nie chcê wymyslania. Chcê tylko nowego s owa.
D³u¿sza chwilê jechali w milczeniu. Achaja wysila³a pamiêæ, usi³ujac sobie przypomnieæ wyk³ady filozofów na dworze ojca w Troy.
- Czekaj, by³o takie nowe s³owo... - Nie mog³a sobie przypomnieæ. - Naród?... Tak. Naród!
Spojrza³ na nia, szczerze zdziwiony. Najwyrazniej poziom filozofii w Troy by³ znacznie wy¿szy ni w Arkach.
- A co to jest ten naród?
- No... - zawaha³a siê. - To by³o w s³ owniku Liebera. Nie pamiêtam dok³ adnie.
Sykna³, zagryzajac wargi. Potem obejrza³ siê do ty³u na poda¿ ajacy za nimi pluton.
- Nie mogê kazaæ im przyniesæ Liebera, bo pewnie wróca do miasta i przyprowadza w pê tach ze dwudziestu ludzi, których imiê zaczyna siê na "L". Nie przypomnisz sobie?
- No... Naród, to... - Chcia³a podrapaæ siê w czo³o i paln ³a siê w g³owê elazna rêkawica. Zapomnia³a o dwóch rzeczach: ¿e ma rê kawicê i ¿e nawet bez niej nie podrapa aby siê w czo³o lewa rêka. Za to przypomnia³a sobie w miarê dok³ adne znaczenie: - Naród to sa ludzie.
- Jacy ludzie, do kroæset?
- No, ludzie, któ rzy zamieszkuja w danym królestwie, poddani, ale bez znaczenia jest tu kraj, czyli ziemia i królowa jako suweren.
Spojrza³ na nia z pewnym zainteresowaniem.
- No, ludzie - powtó rzy³a. - Je¿eli siê zmienia granice i cz sæ wsi przejdzie pod obce panowanie, to sa ju¿ poddanymi innego króla. Ale sa czêscia swojego starego narodu. Na przyk³ad sa dalej Arkachczykami... Kurde! Arkachczycy? Dobrze powiedzia³ am?
- Nie wiem, jak to siê odmienia, bo takiego s³owa siê nie u¿ywa. - By³ wyraznie zamyslony. - Naród... naród... Brzmi niezle, kró tkie s³owo, ³atwe do zapamiêtania - Spojrza³ na nia nagle. - A jak siê kró lowa zmieni, to naró d jest dalej ten sam?
- Tak.
- No, ale przecie¿ ludzie umieraja. To co? Jest nowy nar d?
- Szlag! To pojêcie z wy¿szej filozofii! Theu by mnie zabi³ za to, ¿ e nie pamiêtam dok³ adnie, wt³acza³ mi te i podobne bzdury do g³owy, nie ¿a³ ujac rózeg. - Usi³owa³a wyrzuciæ z pamiêci niezbyt przyjemne wspomnienia. Mia³a serdecznie dosæ rozwa¿añ na temat odleg³osci gwiazd i wyliczeñ, wed³ug których kamieñ zrzucony z gwiazdy powinien dotrzeæ po stu z gó ra latach, a cz³ owiek podró¿ujacy z szybkoscia dwudziestu piêciu tysiêcy kroków dziennie, móg³by dotrzeæ do gwiazd po 7157 latach... Ziewa³a z nudów podczas wyk³adów, gdzie odpowiadano na pytania w rodzaju: co siê dzieje z ogniem, kiedy wygasa, dlaczego promienie s³oñca zabarwiaja ludzka skórê na ciemno, a wybielaja p³ótno, co jest przyczyna szaleñ stwa, dlaczego Bogowie dopuszczaja z³o, nêdzê, chorobê i wystêpek. Jakim jêzykiem pos³ uguje siê w g³êbi swego umys³u cz³ owiek g³uchoniemy od urodzenia, dlaczego woda tym lepiej gasi pragnienie, im bardziej jest zimna, jesli jednak jest za zimna, to niczego nie gasi, bo zamienia siê w kamieñ... Potrzasnê³a g³owa. - Naród jest jeden. Naród siê nie zmienia. Nie jest wa¿ny kró l ani urzêdy, ani granice. Naród to ludzie, kt rzy czuja, ¿e nale a do jednej wspó lnoty. Bracia, siostry, ci sami - Wzruszy³a ramionami. - I jak niby wyt³ umaczysz to ch³opu? - rozesmia³a siê. - Zorganizujesz objazdowe wyk³ady filozofów?
- Ty siê nie martw ch³opami. - Usmiechna³ siê do siebie. - Naród, naród - powtarza³ nowe s³ owo. - To znaczy, ¿e my to jeden naród, a oni to inny naród?
- Chyba tak. - Nie pamiêta³a dok³adnie.
- I to mi wystarczy. Dobre, krótkie s³ owo, ³atwe do wymó wienia! My, a nie oni. Rewelacja! - Wstrzyma³ konia - Niech filozof Theu ¿ yje wiecznie! - krzykna³, bo siê spózni³a w szarpni ciu wodzami i odjecha³a trochê. - Nied³ugo us³ yszysz s³owo naród na ustach wszystkich! I Wielki Theu te¿ us³yszy!
- Biafra. Przecie¿ ci t³ umaczê, ¿e to pojê cie z zakresu filozofii wy¿szej. I niby co ty chcesz z tym zrobiæ?
- S³owa " my" i " oni" nie sa wy¿ sza filozofia. - Usmiechna³ siê do siebie. - No, niezle... No to mamy w³asnie narodziny narodu!
- I myslisz, ¿e ktos z tych, co siê nazywaja " my", skoczy na tamtych tylko dlatego, ¿e oni sa "oni"? Upi es siê? Ch³op na ch³opa, sam z siebie? Bez bata?
- S³uchaj, Achajko - usmiechna³ siê ciep³o. - Brakowa³o mi tylko s³owa. Resztê mam ju¿ wymyslona. - I nagle powtórzy³ : - Narodziny narodu. Dobre.
Potrzasnê³a g³owa. Nie mog³a sobie wyobraziæ, na co komu takie s³owo. Równie dobrze mo¿ na by³o podrywaæ ci¿bê okresleniami w rodzaju: "Do boju, ¿o³nierze, którzy wierzycie w idealistyczna estetykê!" Chocia¿... S³owo "naró d" rzeczywiscie by³o krótkie i ³ atwe do wypowiedzenia.
- Chcia³em ci powiedzieæ jeszcze o kilku sprawach - mrukna³. - Ale muszê ju¿ wracaæ. Papiery dostaniesz na kolejnych przystankach. - Skina³ jej g³owa. - Powodzenia. I dziêki za Theu!
Wzruszy³a ramionami. Nie do koñca mog³a go zrozumieæ. Obserwowa³a, jak zawraca i zmusza konia do galopu na piaszczystej drodze. Potrzasnê³a g³ owa.
- Lanni!
Dziewczyna podjecha³ a, usi³ujac opanowa narowistego wierzchowca.
- S³uchaj, wiesz gdzie siê po drodze mamy zatrzymaæ?
- Tak.
- Daleko? Napi³abym siê czegos.
- Jakies pó³ kroku - usmiechnê³a siê Lanni.
- Co?
Dziewczyna wyjê³a z juków ma³y buk³ ak i poda³a go Achai. Ta równie¿ siê rozesmia³a. Wyszarpnê³a zê bami korek i wypi³a kilka ³yków.
- To prowadz, co? - Odda³a jej buk³ak. - I strzel sobie ³ yka, wy¿szych szar¿ nie ma chyba w okolicy.
Pani porucznik nie trzeba by³o powtarzaæ. Potem jednak ustawi³ a pluton, wywrzaskujac komendy, i ruszy³y w noc wijaca siê leniwie wsród drzew droga. Shha podjecha³a do Achai, zrównujac konie.
- Daj rêkê, siostro.
Nie zrozumia³a poczatkowo. Shha jednak sama siê gnê³a po jej lewa d³oñ i, szarpiac z powodu trudnosci w dostosowaniu tempa swojego konia, sciagnê³a jej ¿ elazna rêkawicê.
- Wszyscy mê¿ czyzni to idioci - wyjasni³a.
- Kurde, czemu?
- No, na³o¿yæ ci, siostrzyczko, cos takiego i kazaæ jechaæ przez ch³ odna noc - Schowa³a urzadzenie do w³ asnych juków. - To tak, jakbys mia a trzymaæ rêkê w przerêbli. To¿ ¿elazo zimne jak szlag.
- Ale ja nic nie czujê.
- No, w³asnie. Potrzymaj sobie rêk w przerêbli przez pó³ nocy, nawet jak nic nie czujesz. Niemoc zaraz ciê chwyci.
Lanni skinê³a g³ owa, popierajac swoja sier¿ant.
- Taaaa... Mê¿czyzni to durnie - mruknê³a. - Ale ten Biafra jest fajny. Wyjdziesz za niego?
- No, co wyscie? Powariowa³y jedna z druga?
Shha usmiechnê³a siê szeroko.
- Pamiêtaj, co ci ju¿ wczesniej mówi am. Daj mu ty³ka i siê pobierzcie!
- Odczep siê!
- Ma racjê - powiedzia³a Lanni. - Masz szansê teraz, to nie czekaj na kr lewicza z bajki.
- Wy w ogóle macie cos popieprzone w g³ owach, dziewczyny. To straszny sukinsyn.
- Lepiej mieæ mê¿ a sukinsyna ni¿ niedorajdê - skomentowa³a Shha.
- O¿, kurde, co za wojsko! Porucznik z sier¿antem swataja majora. No nie, nazwijmy siê od razu plutonem weselnym i kupê pieniêdzy zarobimy, swatajac naszych ¿o nierzy.
- Te¿ nieg³upia mysl - rozesmia³a siê Lanni. - Fajne dupki mamy do przehandlowania.
Achaja machnê³a rê ka. Jecha³y w milczeniu przez coraz bardziej ch³odna noc. Bezchmurne niebo sprawia³o, ¿e gwiazdy swieci³y jasno, umo¿liwiajac utrzymanie du¿ej szybkosci nawet na krêtym gosciñcu. Wypoczête konie rwa y do przodu, jakby chcia³y udowodniæ, ¿e w ¿y³ach maja prawdziwa krew, a nie jej wa³achowate pop³uczyny. Oddzia³ jakims cudem utrzymywa³ nawet równy szyk. Wyglada³ bojowo. Jak stado wilków pê dzacych przez noc za swoja ofiara.
- Tam! - krzyknê³a nagle Shha, wyciagajac rêkê.
Dopiero po d³u¿ szej chwili dostrzeg y nik³e swiate³ ko.
- Karczma. - Shha mia³a naprawdê niesamowity wzrok.
- Mamy siê w niej zatrzymaæ. - Lanni unios³a siê w strzemionach, kiedy podjecha³y bli¿ej. - Kurde, ale zwierzaków wokó³.
Rzeczywiscie, wokó³ kilku niewielkich budynków sta³o ze dwiescie koni przykrytych derkami. Co najmniej dwie kompanie kawalerii musia³y tu popasaæ .
- Sier¿ancie - zakomenderowa³a Lanni. - Nasze konie do stajni. ¯o³nierzy ulokuj w stodole i zamelduj.
- Tak jest! - Shha mia³a jednak watpliwosci. - Stodo³a pewnie pe na jak szlag. Tyle wojska...
- To ich wywal na zbity pysk. - Lanni zeskoczy³a z konia. - Stajniê te¿ opró ¿nij, jak zajdzie potrzeba.
- Tak jest!
- Nie za ostro? - spyta³a Achaja, rzucajac sier¿ antowi swoje wodze.
- Tak nas uczyli na szkoleniu. - Lanni mrugnê³a porozumiewawczo. - Teraz jestesmy S³ u¿ba Rozpoznania i Zaopatrzenia. Nie bêda nasi ¿o³ nierze po krzakach nocowaæ, jesli to nie jest konieczne.
Achaja rozesmia³a siê, otwierajac ciê ¿kie drzwi. W karczmie mimo pó znej pory by³o pe³ no gosci. Oprócz ch³opów i okolicznej szlachty zauwa¿y³y kilku oficerów kawalerii przy jednym ze sto³ w. Zasalutowa³y obie, bo by³a tam nawet pani pu³kownik. Usi³owa³y nie s³ yszeæ cichych, rzucanych pó³gê bkiem uwag:
- O, ¿esz ty. Pierdolony zwiad! Wywala nam ¿o³ nierzy ze stodo³y, jesli ich wiêcej.
- Widzisz, co ta m³ oda major ma na twarzy? Zwiad ³ó¿ kowy, czy jak?
- A widzia³as porucznik? Siksa nie ma nawet osiemnastu lat.
- A sama major? Nie ma nawet dziewiê tnastu. Co oni w tym zasranym zwiadzie?
- Ciiii... To ksiê¿niczka.
- No to co? Idac dalej tym tropem w hierarchii, to ich ¿ o³nierze maja pewnie po dwanascie.
Obie usiad³y z dala od oficerów kawalerii. Ospa³y gospodarz postawi³ przed nimi talerz z niesmiertelna baranina i garniec gorza³ki.
- Pokroisz mi? - Achaja zerknê³a na Lanni.
- O, ¿esz ty - us³ ysza³y od sto³u zajmowanego przez oficerów kawalerii. - Jasnie pani nawet nie raczy wziaæ no¿ a do rêki.
Lanni rzuci³a im wsciek³e spojrzenie, ale Achaja by³a szybsza.
- Jak wam nie pasuje, drogie panie, pokrojê sobie sama.
Wsta³a lekko, prawa rêka wyszarpnê³a nó¿, wskoczy³a na ³awê, postawi³a prawa nogê na stole, tak ¿eby but wyladowa³ w srodku misy przytrzymujac miêso, i powoli odkroi³a sobie kawa ek. Pu³kownik zerwa³a siê ze swojego miejsca.
- Pani major! Chyba pani przesadza!
- To proszê napisaæ raport!
Siêgnê³y do swoich mieczy. Wszystkie kawalerzystki jak na komendê. Ksiê¿niczka nie ksiê¿niczka, ale honor armii by³ naprawdê nara¿ony na smiesznosæ.
- Nie radzê - osadzi³a je Lanni cichym g³osem. - Ona za³atwi³a Viriona.
Zwatpi³y. Wszystkie. Dopiero teraz, kiedy przysz³o otrzezwienie, zauwa¿ y³y, ¿e z lewa rê ka pani major jest cos nie tak. ¯e trzyma ja przy boku jak przysznurowana. Zrobi³o siê jakos g³upio. Na szczêscie do karczmy wesz³a Shha, kierujac ca³a z³ osæ na siebie. Zasalutowa³a tamtym tak niedbale i lekcewa¿aco, ¿e w³ asciwie mo¿na by³o z tego wyciagnaæ konsekwencje. Ale... By³a sier¿antem tej, która za³atwi a samego Viriona. I niby co zrobiæ? Kawalerzystki usiad³ y na powrót za swoim sto³em.
- Co, dziewczyny? - Shha zwali³a siê z hukiem na ³awê. - Zamówi³yscie gorza³eczkê? - Wzi ³a sobie kubek i nala³a wszystkim. - Achajka, czemu stoisz na stole?
Ksiê¿niczka zeskoczy³a zgrabnie, zajmujac swoje miejsce. Kawalerzystkom nie miesci³o siê w g³ owie, ¿e sier¿ant mo¿e siedzieæ przy jednym stole z oficerami, ani tym bardziej, ¿e mówi do nich na " ty".
- Tak sobie sta³am.
Lanni usmiechnê³a siê do sier¿ant.
- Z wojskiem... Uda³o siê?
- Co siê mia³o nie udaæ? - Sier¿ant nachyli³a siê nad misa. - No, kto tu, kurde, butem naciapa³?
- Tak wysz³o z rozmowy.
- Achaja, co ty? W baraninie tañczysz?
Wypi³y nastêpna kolejkê, z przyzwyczajenia zamykajac oczy. Dwie ch³opki przy innym stoliku usmiechnê³y siê. Przepi³y do zwiadowców kolejkê równie¿ "po ciemku". Swoje znaczy. Weteranki. Zrobi³o siê cieplej. Shha pos³a³a im ca usa ustami. Kilku ch³opów rozesmia³o siê cicho.
- Wasze zdrowie, panie oficyjerowie! - Jeden osmieli³ siê nawet podniesæ swó j kubek. - Z pañ ¿o³nierzy to najlepsze ¿ oneczki! ¯e nie gadam o morgowym, co we wianie wnosza.
- Kurde! Kocham ten kraj! - Achaja odpowiedzia³a mu swoim kubkiem.
Zignorowa³y ciche uwagi kawalerzystek. Ch³opi natomiast nie zignorowali. Ksiê¿niczka, wyra¿ ajaca siê po ludzku i odpowiadajaca na toast ch³opa, wyraznie im siê spodoba³a. Sarkajace jasnie panie oficyery z kawaleryi natomiast nie przypad³y im do gustu. Zaczêli sykaæ i z pogarda laæ resztê wódki z kubków na pod³ogê. Wybuchowi burdy na szczêscie zapobieg³ o wejscie kolejnego goscia.
Sliczna dziewczyna w mundurze zwiadu zrobi³a kilka krokó w i zasalutowa³a sprê¿yscie.
- Pani! Kapitan Hermeen melduje siê na rozkaz!
Achaja odsalutowa³a, unoszac siê trochê .
- To ty? - Oczy jej siê zasmia³y.
Harmeen rozpozna³a ja równie¿. Usmiechnê³a siê, potem pad³y sobie w objêcia, co spowodowa³o kolejne nieprzychylne komentarze ze strony dowództwa kawalerii. Zna³y siê od czasu, kiedy Sirius z poselstwem dotar³ do Arkach. To Harmeen da³a Achai kurtkê i spodnie. Nie wspominajac o drobnym fakcie moralnego rozsieczenia obcego ksiêcia.
- Awansowa³as. Wtedy by³as chyba porucznikiem.
- Ty te¿. - Harmeen usiad³a naprzeciw.
- Mia³as racjê co do tego kraju.
Harmeen usmiechnê³ a siê na wspomnienie tamtej rozmowy.
- S³ysza³am, ¿e zabi³as Viriona. Podobno za³atwi³as te¿ stu jego najlepszych szermierzy. Tak?
Shha wyba³uszy³a oczy. Lanni tylko machnê³ a rêka.
- Szesciuset! - mruknê³a. - Nasza ksiê¿ niczka za³atwi³a szesciuset mistrzów Viriona!
- O, kurde! Naprawdê ?
Achaja ryknê³a smiechem.
- Zabi³am czterech. - Nie mog³a pohamowaæ chichotu. - A Viron mnie okaleczy³. - Podnios³a lewa d³ oñ i strzeli³a siê prawa w swoje nieruchome palce.
- Wszyscy mówia, ¿ e stu! I ¿e Virion ca³owa³ ciê po stopach, b³agajac o ³askê.
Tym razem nawet Shha nie wytrzyma³a. Zaczê³a siê smiaæ , potem zakry³a usta, nie mogac siê powstrzymaæ.
- Siê pani napije, pani kapitan - mrukn ³a. - £atwiej bêdzie uwierzyæ.
- Czterech, Harmeen, czterech. - Achaja nape³ni³a jej kubek. - Napisza o nas w kronikach, jesli a¿ takie cuda kra¿a w plotkach. I kto po piêciuset latach uwierzy w te brednie?
Harmeen strzeli³a kolejkê, potem nachyli³a siê nad misa.
- O, kurczê, kto wam rozdepta³ baraninê? Jest wyrazny odcisk buta.
- Nie powracajmy do tego tematu, co?
Wzruszy³a ramionami. Odciê³a sobie najmniej sponiewierany kawa³ ek i w³o¿y³a do ust.
- Przywioz³am papiery. - Po³o¿y³a na stole skórzana teczkê, która odpi ³a od paska. - I przywioz³am te¿ czarownicê.
- Mmmm? Gdzie jest?
- Myje siê przy studni. A to trochê potrwa - Harmeen zrobi³a minê, jakby nie chcia³a, ¿eby ja o to wiêcej pytaæ. Widocznie temat by³ dra¿liwy. - Chodzcie spaæ, dziewczyny, co? - mruknê³a. - Jutro musimy wstaæ skoro swit, niewiele czasu zosta o.
- No. - Achaja wziê³a sk rzana torbê i unios³a siê lekko. - Gospodarz! Dwa pokoje i daj cos na zab na górê.
Podskoczy³, chcac t umaczyæ, ¿e wszystkie pokoje zaj te, ale zwatpi³, widzac dystynkcje majora, te wszystkie swiecace metalicznie gwiazdki i belki na jej rêkawie, i... dodatkowo... cieniutki z³oty wê yk znamionujacy ksi ¿niczkê.
- Proszê. - Poprowadzi³ je wszystkie na górê schodami przyklejonymi do sciany g³ównej izby. - S³u¿ê uprzejmie. - Zastanawia³ siê, jak wyt³umaczyæ pozosta³ym gosciom, ¿e ich pokoje nie sa ju¿ wolne. - Tutaj, proszê. - Otworzy³ waskie drzwi do klitki, któ ra mog³a pomiesciæ najwy¿ej dwie osoby. - Pozosta³e panie tu obok, proszê.
Achaja wsunê³a siê przez waskie drzwi. Mia³a spaæ z czarownica, bo Harmeen i Lanni posz y do drugiego pokoju. Na waskim podescie stanê³a Shha, rozkraczona lekko, z lekcewa¿acym wszystkich wyrazem twarzy i napiêta kusza w rêku. Zwiad rzeczywiscie r ¿ni³ siê od innych formacji. Tu naprawdê czu³o siê cos szczegó lnego. Nie przy ka¿dej kwaterze oficera sta a wartownik z bronia, a na pewno, adna nie robi³a tego tak demonstracyjnie jak jej w³asna sier¿ ant.
- Shha - szepnê³a. - Jak skoñczysz wartê... wpadnij na chwilê, co?
- No! - Shha usmiechnê³a siê szeroko, ani na moment nie odwracajac wzroku od zasypiajacych powoli gosci w sali poni¿ ej. - Dobra!
Pomocnik gospodarza postawi³ na ma³ym koslawym stoliku tac z miêsem, owocami i ma³y garnek z gorza³ka. Achaja rzuci³a siê na ³ó¿ko. Opar³a jedna nogê o scianê druga podciagnê³a pod siebie, by oprzeæ na niej teczkê z papierami. Wypi³a kubek wódki, zagryz³a jab³kiem i zaczê³a przegladaæ zawartos teczki.
Pierwszy raport by³ po prostu zestawieniem dostê pnych w pismiennictwie opisó w Wielkiego Lasu. Z regu³y okreslano go jako niezmierzona kniejê po³o¿ona w nieprzebytej, ogromnej dolinie pomiêdzy górami. W dolinie zawsze panowa³a mg³a, by³ o wilgotno i ch³ odno. Nikt nie wiedzia³, jak wielki jest Wielki Las. Wiedziano natomiast, ¿e po drugiej stronie istnia³o kr lestwo Chorych Ludzi. ¯adnej z kupieckich ekspedycji nie uda³ o siê przebyæ kniei. ¯adna nie wróci³a. Chorzy Ludzie ró wnie¿ usi³owali si przedostaæ od swojej strony, z ró wnie niezadowalajacym skutkiem. W lesie mieszka³y potwory. Opisywano je jako wielkie smoki, olbrzymy, demony, kar³y z rogami i ogonami, wielkie owady, malutkie mró wki atakujace zewszad odwa¿nych podró¿nych i zjadajacych ca³e cia³o w czasie kró tszym ni¿ oddech... Autorzy nie mieli wi c pojêcia o charakterze potworó w z Lasu.
Drugi raport stanowi analizê ekonomiczna kró lestwa Chorych Ludzi. By³ to kraj otoczony górami, pozbawiony dostêpu do morza i, tak jak Arkach, bez dostêpu do sp³awnych rzek. Chorzy Ludzie produkowali jednak wspania³e wyroby, abstrahujac nawet od ich broni, poznali sztukê wytwarzania niesamowicie odpornej stali, niezwykle dok³ adnych zegarów, maszyn do nawadniania pól, dzwigów i ko³owrot w, których u¿ycie wymaga³o tylko po³ owy normalnie potrzebnej si³y, rozciagliwych lin, narzêdzi. Achaja przebieg³a wzrokiem ca³a listê . Imponujace osiagni cia. Jednak ceny towarów by³y wprost niebotyczne. G³ówna przyczyna by³ transport. Kraina Chorych Ludzi by³a praktycznie niedostêpna. Z ty³u Góry Bogów, z boku góry du¿o mniejsze, ale ró wnie¿ nie do przebycia dla ekspedycji handlowych, z przodu Wielki Las. Pozostawa³a droga do najbli¿szego morza, wiodaca najpierw przez (najni¿sze z opisanych dotad) gó ry, potem (w miarê obni¿ania siê terenu) przez coraz bardziej tropikalna puszczê zamieszkana przez dzikie plemiona, a¿ do pierwszej sp³awnej rzeki. Koszty i straty ponoszone przy takiej drodze si³a rzeczy windowa³y ceny towarów do nieprawdopodobnych wrêcz wartosci. Chorzy Ludzie parokrotnie podejmowali agresywne wojny (cho by zajêcie Hem) ale na d³u¿sza met koñczy³y siê one fatalnie z braku jakiejkolwiek realnej ³acznosci z w³asnym pañstwem, z braku porzadnej floty - jedyne ³ odzie, którymi dysponowali, musieli ka¿dorazowo sami zbudowaæ po dotarciu do sp³ awnych rzek. Utrzymanie faktorii w puszczy koñczy³o siê zle z powodu zabójczego klimatu i ciag³ych ataków piratów, którzy w³ adali morzem i ujsciami rzek w tym rejonie. Królestwo najprawdopodobniej dusi³o siê ekonomicznie i uzyskanie ladowego po³aczenia z partnerami handlowymi by³o dla nich priorytetem. Niestety, jedyna mo¿ liwa droga ladowa musia³aby biec przez Wielki Las.
Kolejny raport by³ rzeczowa analiza mo¿ liwego wygladu potworów z Wielkiego Lasu. Tym razem nie by³y to ju¿ fantazje autorów kronik. Poszczególne czê sci zawiera³y opis sk³adu i wyposa¿ enia kolejnych wypraw, z których ¿ adna nie powróci³a. Analiza ma³o warta, poniewa¿ z powy¿ szych przyczyn nie mo¿na by³o wyciagnaæ racjonalnych wnioskó w co do skutecznosci danych formacji. Trudno by³o siê w ten sposób zorientowaæ w taktyce zamieszkujacych Las istot. Niemniej kolejne wypalania drzew, któ re prowadzono intensywnie, aczkolwiek z miernym skutkiem z powodu panujacej tam wilgotnej mg³y, doprowadzi³y do pewnego rodzaju konfrontacji. Potwory kilkakrotnie zaatakowa³y osiedla po³o¿one poza Lasem. Achaja przeglada³a spisane zeznania nielicznych ocala³ ych swiadków:  

"...s³ysza³em, jak Hene usi³uje skrzesaæ ogieñ. Krzesiwo, choæ dobre przecie, nie dawa³o iskier. S³ychaæ by³o okrzyki i wrzaski mordowanych ludzi. Ktos strzeli³ z ³ uku, ale w kompletnych ciemnosciach nie mó g³ trafiæ. Wyjrza³em przez okno. Nigdzie, w ca³ej wsi, nie widaæ by³ o ¿adnych swiate³, nie widzia³em nawet swiat³a gwiazd, mysla³em, ¿e oslep em, tak czarno by³ o wokó³. S³ysza³em, jak Hene wysypywa³ wê gle z pieca, ale te, mimo ¿e chwilê przedtem przecie siê pali³y, teraz nie mia³y ju¿ ¿aru. Dusi³em siê. Nie mog³em prawie oddychaæ, czu³em jednak jakis dziwny zapach. Wyskoczy³em z cha³ upy i zacza³em biec na oslep... Hene te¿. Bieg³, p³aczac g³ osno, potem us³ysza em, ¿e w cos uderzy³. Mo¿e w scianê innego domu. Sam te¿ p³aka³em ze strachu. Wpad³em do strumienia i porwa³ mnie nurt. Dlatego pewnie ¿yjê . Ocala³em jako jedyny."  

Achaja od³o¿y³a na chwilê papiery. Wypi³a trochê wó dki i nadgryz³a kolejne jab³ko. Potem wróci³a do lektury.  

"...wedle rozkazu stra¿nica by³a ca³y czas zamkniêta. Pani porucznik w³ asnie mia³a zmieniæ warty, kiedy poczu³ ysmy jakis dziwny zapach. Pochodnie zaczê³y gasnaæ. Trudno by³o zaczerpnaæ oddech. Ktos kaszla³, jedna z kole¿anek zaczê³ a siê nawet dusiæ. Nie uda³o siê na powrót rozpaliæ ognia. Krzesiwa nie dawa³y iskier. Zajê³ysmy stanowiska przy strzelnicach, ale na zewnatrz by³o tak ciemno, ¿e nie widzia³am nawet swiat³a gwiazd. Kole¿anki zaczê³y ginaæ. S³ysza³am, jak ktos zabija je, wsuwajac cos przez otwory strzelnic. Zaczê³ysmy strzela z kusz na oslep, ale nie wiem, czy w cos trafi³ysmy. S³ysza³am, jak pani porucznik wyrzuca wêgle z pieca, ale one... przecie¿ siê pali³ y chwilê przedtem... ale teraz by³y zupe nie bez ognia. Dusi³am siê. Ktos chyba nie móg³ wytrzymaæ. Po omacku otworzy³ drzwi stra¿nicy. Cos wpad³o do srodka. Zapadnia z kolczasta krata nie zadzia³a³ a, a tam by³y przecie¿ trzy liny, nie sposób przejsæ po ciemku jak siê nie wiedzia³o, gdzie sa. Uruchomi³am kratê rêcznie. Kolce w cos trafi³y, s³ysza³am wyraznie. Potem ktos na mnie wpad³. Strzeli³am z kuszy. Nie wiem, czy zabi³ am potwora, czy kole ankê. Pani porucznik krzycza³a, ¿eby atakowaæ. Wyjê³am miecz i ciachnê³am na oslep. Trafi³am, ale tym razem na pewno by³a to kole¿anka, bo us ysza³am jej krzyk. Zaczê³am p³akaæ. Kiedy cos zabi³o pania porucznik, odrzuci³am miecz. Po omacku odnalaz³ am sznur od alarmowego dzwonu i wspiê³am siê po nim na dach - jego dzwiêk by³ przy tym dziwnie zduszony, zupe³nie jakbym s³ ysza³a go z du¿ej odleg³osci. Potknê³am siê i spad³am z dachu, wprost do zagrody, pomiêdzy konie. Ma³o mnie nie stratowa³y, ale dzi ki temu zamieszaniu potwory mnie nie dopad³y. Zdo³a³am przeskoczyæ p³ot i pobieg³am przed siebie na oslep. Mia³am szczêscie, bo z³ama³am nogê dopiero po kilkuset krokach. ¯ywa doczeka³am ranka w krzakach."  

Achaja, patrzac w sufit, dokoñczy³a jab³ko. Potem podnios³a do oczu kolejny dokument, zatytu³ owany " Analiza".  

"Mieszkañcy Wielkiego Lasu przeprowadzili trzydziesci siedem ataków na nasze osady, zabijajac w sumie piêæset trzydziesci dwie osoby, w tym szesæ dziesiêciu trzech ¿ o³nierzy. Dwie osoby prze¿y³ y: pisarz gminny Fane i chora¿y Thenna (ich zeznania w za³aczeniu). Na podstawie ich s³ w atak obcych mo¿ na podzieliæ na nastêpujace fazy:
1. Pojawia siê nienaturalny dym lub mg³a o intensywnym, trudnym do okreslenia zapachu.
2. Nie mo¿na skrzesaæ ognia, gasna pochodnie, wypalaja siê lub gasna nawet wêgle w piecu.
3. Pojawia siê silne uczucie dusznosci, na zewnatrz pomieszczeñ nie widaæ ju¿ nawet swiat³a gwiazd.
4. Nastêpuje atak w³ asciwy. Ofiary zabijane sa przy u¿yciu d³ ugich, dosæ têpych narzêdzi (najprawdopodobniej mieczy) oraz strza³ z utwardzonego drewna z ostrzami niemetalowymi (albo nieznany rodzaj drewna, albo nieznany rodzaj ¿ ywicy).
5. Nastêpuje szybka degradacja dowodzenia w atakowanych oddzia³ ach, wybucha panika, nikt nie podejmuje jakichkolwiek skoordynowanych dzia añ obronnych. Przypominamy, ¿e oddzia³ atakowany w stra¿nicy nie by³ zwyk³a piechota, ale elitarna jednostka zwiadu. Daje siê jednak mimo to wyró¿niæ:
a) brak jakichkolwiek rozsadnych rozkazów wydawanych przez dow dców (porucznik nie podjê³a ¿ adnej próby skupienia ludzi wokó ³ siebie, przecie¿ ¿o³nierze nawet po ciemku mogliby kierowaæ siê jej g osem, wyda³a natomiast bezsensowny rozkaz ataku. Podobnie chora¿y Thenna nie podjê³a takiej próby, podczas ca³ej akcji nie wyda³a ¿adnego rozkazu).
b) brak jakichkolwiek rozsadnych prób wyprowadzenia choæ czêsci ludzi spod ostrza ataku.
6. Agresorzy dobijaja ostatnie ofiary i podejmuja poszukiwania uciekinierów w promieniu jakichs pi ædziesiêciu krokó w od atakowanych (tam znajdowano cia³ a ofiar). Jesli uda siê pozostaæ niezauwa¿ onym, to przebiegniê cie kilkuset kroków (Thenna) lub przep³ yniêcie nieca³ych stu kroków (Fane) wystarczy, ¿eby zapewniæ sobie bezpieczeñstwo, pod warunkiem, ¿e pewien czas le¿y si nieruchomo w jakiejs kryjówce (krzaki lub zag³ê bienie koryta potoku).
7. Atakujacy przeszukuja bardzo pobie¿nie zabudowania. Nie zabieraja niczego cennego, nie zabieraja ¿adnych przedmiotów, nie zabieraja ¿ywnosci (choæ pewne slady zdaja siê sugerowaæ , ¿e kuchnie i spi¿ arnie sa dok³adnie badane i znika z nich sól).
8. Nastêpuje szybkie wycofanie oddzia³u bioracego udzia³ w ataku, poprzedzone zatarciem sladów. Zbieraja nawet w³ asne strza³y - we wszystkich miejscach ataku znaleziono jedynie piêæ obcych strza³, wszystkie piêæ z³ amanych.
Wnioski:
- Dym (przypominajacy mg³ ) jest wywo³ywany sztucznie. Jego podstawowym zadaniem jest zmniejszenie widocznosci (a¿ do zupe³nego zaniku) i dezorientacja przeciwnika. Dym najprawdopodobniej ma jakies dzia³anie odurzajace lub osza³ amiajace. Jednak dzia³anie osza³amiajace mija bardzo szybko. Thenna nie by³a w stanie wydaæ ¿ adnego rozkazu, jej dzia³anie w pierwszej fazie ataku przypomina³o dzia³anie dziecka, potem jednak podjê³ a bardzo rozsadna i udana próbê ucieczki - warto zwr ciæ uwagê, ¿e nawet po szoku walki, po upadku z dachu zdo³a³a przedsiê wziaæ racjonalne i skuteczne dzia³ania dla zmylenia pogoni, wywo³ujac panikê wsród koni w zagrodzie.
- Dym nie jest powodem gasniêcia pochodni, niemo¿ nosci skrzesania ognia, ani wygasania wêgli w piecach. Przeprowadzono doswiadczenia, któ re pozwalaja jasno stwierdziæ, ¿e mo¿ na co prawda osiagna takie natê¿enie dymu, które zgasi pochodnie, ale znacznie wczesniej ludzie udusza siê na smieræ. ¯aden dym nie powstrzyma iskier z krzesiwa. ¯aden te¿ dym nie sprawi, ¿e wêgle natychmiast straca ¿ ar (zgasna, owszem, ale nie stana siê zimne). Komisji badajacej opisywane wypadki uda³o siê tylko w przybli¿eniu odtworzyæ taki efekt - zrobi³ to wynajêty czarownik. Jednak nasuwaja siê w zwiazku z tym nast pujace uwagi:
- czarownik musi widzieæ obiekt swych czarów, nie jest w stanie zgasiæ pochodni w zamkniê tym pomieszczeniu, do którego nie ma dostêpu wzrokowego
- czarownik mo¿e zgasiæ pochodniê, nawet jej nie widzac, musi jednak znaæ jej przybli¿one po³ o¿enie. Siedzac z zas³oniê ta g³owa w pokoju, gdzie w pobli¿u niego rozpalono nie znana mu ilosæ pochodni, nie by³ w stanie zgasiæ ani jednej.
Reasumujac powy¿sze nale¿y stwierdziæ, ¿e wsród atakujacych oddzia³ w by³o wielu czarowników, albo wrêcz ka¿dy obcy ¿ o³nierz jest czarownikiem. Obydwie mo¿liwosci sa raczej niepodobie stwem. Nikt o zdrowych zmys ach nie ryzykowa³ by ¿ycia takiej liczby czarowników (nawet gdyby mia³ tylu) do wyr¿niê cia, na przyk³ad, wioski ze spiacymi ch³opami. Przecie¿ da siê to zrobiæ przy pomocy plutonu pijanej piechoty, którego to u¿ycie nie prowokuje praktycznie ¿adnych kosztów.
¯eby wyjasniæ, co siê w³asciwie sta³ o, komisja zorganizowa³a symulowany atak na stra¿nicê zwiadu, w której zamkniêto dwa plutony ¿o³ nierzy. Atak przeprowadzono w dzieñ (by atakujacy mogli wszystko widzieæ) natomiast ¿o³ nierzom broniacym si zawiazano szczelnie oczy. By symulacja by³a zbli¿ona do rzeczywistych zajsæ (chodzi o efekt odurzenia wywo³any przez dym), oficeró w w stra¿nicy upito prawie do nieprzytomnosci alkoholem. Jedna ze stron uzbrojono w kije umoczone w farbie ¿ ³tej, druga mia³a kije z farba czerwona.
Atak w tych warunkach, oczywiscie, powiód³ siê i stra¿nica zosta³a szybko zajê ta. Jednak nale¿y stwierdziæ, ¿e oficerowie, nawet pijani w sztok i nawet z zawiazanymi oczami, wydawali rozkazy do koñca (prawdê powiedziawszy stan upojenia w niewielkim tylko stopniu zmniejszy³ ich wartosci bojowe). ¯o³nierze nawet na oslep wykonywali rozkazy dosæ sprawnie. Dosz³o do kilku "zabiæ" kole¿anek, ogólnie jednak po sforsowaniu drzwi przez atakujacych, dziewczyny broni³y siê, skupione wokó oficerów, dosæ skutecznie. "Zabito" dziewiêciu agresoró w, " raniono" dwudziestu jeden. ¯o³nierzom przed symulacja zapowiedziano, ¿e kiedy uznaja za stosowne, moga uciekaæ ze stra¿ nicy. Ucieczka uda³a siê a¿ szesciu ¿o³ nierzom. Nic nie spowodowa³o wiêc, jak w rzeczywistosci, ani za³amania siê dowodzenia, ani totalnej klêski elitarnego oddzia³u, ani braku (poza jedna) prób ucieczek, kiedy sytuacja w stra¿ nicy sta³a siê beznadziejna. O sromotnej klêsce podczas nocnego ataku (tego prawdziwego) musia³ decydowaæ wiêc jeszcze jakis, nieznany komisji, czynnik.
Przypuszczalny opis istot:
Agresorzy z Wielkiego Lasu nie sa demonami - to istoty z krwi i kosci, które mo¿na zabiæ. Przypuszczalnie podczas ataku na stra¿nicê zabito dwie lub trzy takie istoty (zginê³a na pewno jedna - pozosta³e dwie mog³ y zostaæ ranne). Komisja uda³a siê na teren bitwy w zwiazku z rozkazem genera³a Biafry, po tym jak oddzia³ luzujacy (zgodnie z wczesniejszymi postanowieniami) zabezpieczy³ slady.
Zgodnie z zeznaniem chora¿y Thanne przystapiono do demonta¿u kraty-pu³ apki naje¿onej kolcami przy wejsciu do stra¿nicy. Slady krwi na kolcach swiadczy³y o tym, ¿e rêcznie uruchomiona przez chora¿y krata przyszpili³a kogos, a poniewa¿ ¿adne z cia³ ¿o³nierzy nie mia³o sladów g êbokich nak³uæ, komisja zyska³a pewnosæ, ¿e ¿ycie straci³a jedna z atakujacych istot, której zw³oki zosta³y zabrane. Na du¿ej p³achcie papieru narysowano krata i zaznaczono farba miejsca tych ko³ków, które by³ y zakrwawione. Ukaza³ siê rysunek istoty o ludzkim wygladzie, wzroscie srednim ludzkim, z lekko odchylona na bok g³owa, o rozstawionych rê kach. Analizujac g³ê bokosæ zakrwawienia ko³ków stwierdzono, ¿e te z nich, któ re znajdowa³y siê na wysokosci dwóch trzecich klatki piersiowej, sa zakrwawione na wiê kszej d³ugosci ni¿ pozosta³e - stad wniosek, ¿e by³a to kobieta. Ofiara w prawej rê ce najprawdopodobniej trzyma³a miecz, dos d³ugi, wykonany z bardzo lichego metalu - nawet ¿ eliwne ko³ki zdo³a y go nadkruszyæ (dwa ma³e od³amki znaleziono na pod³ odze). Ilosæ krwi pod krata wskazywa³a na ewidentny zgon przyszpilonej osoby, a tak¿e na to, ¿e ktos w nieumiejêtny sposób usi³owa³ ja zdjaæ z kraty.
Ka¿dy z ¿o³nierzy zmasakrowanego oddzia³u mia³ trzydziesci regulaminowych be³t w do kuszy. Przeszukano wiêc ko czany, wnêtrze stra¿nicy i ca³y teren wokó³ w promieniu ró wnajacym siê strza³ owi z tej broni. Dwóch strza³ nie uda³o siê odnalezæ - stad wniosek, ¿e dwóch napastników zosta³o trafionych.
Tutaj w sledztwie pomóg³ przypadek. Thenna opisuje jak "cos na nia wpad³o". Chora¿y wystrzeli³ a wtedy z kuszy, czujac, ¿e w to cos trafi³a. Chora¿y pochodzi z bardzo dobrej, bogatej rodziny i mia³a w zwiazku z tym w³asna, niestandardowa kuszê (znacznie lepsza od ogólnowojskowych), która kupi³a sobie sama. Kusza (pochodzenia dahmeryjskiego), któ ra odnaleziono na miejscu bitwy, mia³ a trochê krótsze be³ty ni¿ standardowy wojskowy model. Wsród brakujacych dwóch nie by³o w³ asnie be³tu Thenny. A ka¿dy medyk opatrujacy rannych, w pierwszej kolejnosci usuna³by wszak grot z cia³a. Nie zrobi³by tego w dwóch przypadkach: kiedy ofiara by³aby ciê¿ko ranna (wyjê cie pocisku mog³oby ja rychlej zabiæ), lub kiedy ofiara by³ aby ju¿ martwa (wyj cie pocisku jest wtedy niepotrzebne). Stad nasz wniosek, ¿ e zginê³o co najmniej dwóch agresorów (krata i kusza - obie " obs³u¿one" przez chora¿y) oraz, byæ mo¿e, ktos trzeci (jeszcze jedna brakujaca strza³a), ale ten przypadek móg³ siê zakoñczyæ równie inaczej (strza³ w jakas czêsæ wyposa enia obcego ¿o³ nierza, a nawet, cho to ma³o prawdopodobne, w jakies przypadkowe zwierzê, które ranne uciek³o daleko poza obszar badañ).
Komisja stwierdza wi c z ca³a odpowiedzialnoscia, e agresorzy sa ludzmi, których mo¿ na zabiæ jak ka¿ dego innego cz³ owieka. Maja jednak szereg niezwyk³ych zdolnosci.
Na pewno sa zdolni widzieæ w nocy, w kompletnych ciemnosciach, powiê kszonych jeszcze przez dym. Poruszaja siê bezszelestnie. ¯aden z dwóch ocala³ych swiadków nie przypomina sobie jakiejkolwiek komendy rzuconej przez wrogich oficer w - pozostaje wiêc niejasna sprawa, jak oni siê porozumiewaja. Oglad zw³ok nie przyniós³ wiele nowego, jednak stwierdzono dwa fakty: na ramionach kilku ofiar stwierdzono slady ukaszeñ (albo wiêc agresorzy maja jakies szczególnie wielkie psy szkolone do walki po ciemku i bez szczekania, albo wytresowali jakies wielkie koty - tygrysy? lwy? - ma³ o prawdopodobne, skoro u nas takie zwierzêta nie wystê puja). U kilku ofiar stwierdzono z³ amania kosci ³ opatek. Byæ mo¿e jest to efektem stosowania broni w rodzaju ciê arka na rzemieniu - wtedy cios sprawi³ by, ¿e sznurek zawija³by siê na ramieniu, o ciê¿ arek ³ama³by ³ opatkê (skad jednak taka prymitywna broñ przy wyrafinowanych technikach sprowadzania dymu? - rozstrzygnaæ nie sposób).
Pozostaje ostatnia kwestia: dziwna taktyka. Przepytalismy wielu naszych oficerów, co mo¿e sk³oniæ napastnika do poszukiwania uciekinierów w promieniu akurat piê ædziesiêciu krokó w od miejsca ataku. Nikt nie udzieli³ nam zadowalajacej odpowiedzi. Bowiem jesli otrzymuje siê rozkaz bezwzglêdnej eksterminacji na przyk³ad jakiejs wioski czy stra¿ nicy, to albo zabija siê wszystkich w pierwszym ataku i uchodzi czym prê dzej, albo (jesli pad³ rozkaz wy³ apania wszystkich) najpierw otacza siê miejsce ataku kordonem, a potem prowadzi d³ugotrwa³ e poszukiwania w celu odnalezienia wszystkich kryjówek ewentualnych uciekinierów (wtedy oczywiscie ani pisarz gminny, ani chora¿y nie mieliby szans na udana ucieczkê).
Poniewa¿ komisja ma siê zajmowaæ faktami, nie fantazjami ani czczymi wymys³ami, nie bêdziemy formu³ owaæ dalszych wniosków, ograniczajac siê do zadania kilku pytañ : jakiego zagro¿ enia z naszej strony spodziewa³ siê nieprzyjaciel? Kto m g³ na tyle szybko przyjsæ z odsiecza na masakrowany odcinek? Konnica? Czy oni wyobra¿aja sobie, ¿e kawaleria mog³aby atakowaæ po omacku, w gêstym dymie, w nocy? Czy przypuszczaja, ¿e zastawiamy na nich pu³apki? Ale jesli tak, to dlaczego w ogóle prowadza te dziwne akcje pacyfikacyjne? Czego wiêc siê boja?
Nie odpowiemy na te pytania. Wydaje siê jednak, e oni za wszelka cenê nie chca nam pokazaæ... jak wygladaja. A czy to mo¿e nam nasunaæ jakis pomys ?"  

Achaja potrzasnê³a g³owa, odk³adajac papier. By³a pod wra¿eniem nieprawdopodobnej wr cz fachowosci ludzi, którzy sporzadzili ten raport. Z dwóch kró ciutkich zeznañ, z paru wizji lokalnych ktos wyciagna³ takie wnioski, jakby by³ osobiscie swiadkiem wydarzeñ. Symulacja ataku, ¿ eby siê dowiedzieæ, co zawiod³o. Pierwszy raz s³ysza a o czyms takim. Badanie, co potrafi czarownik, a czego nie potrafi, majac zawiazane oczy. Przeszukanie Bogowie wiedza jak wielkiego terenu, stopa za stopa, w poszukiwaniu jednej strza³y! Stwierdzenie, ¿e z kuchni ginie sól? Ktos nawet wykoncypowa³, ¿e krata zosta³a przyszpilona kobieta, której przebi³o piersi, poniewa¿ w przypadku mê¿ czyzny wszystkie ko³ ki trafiajace w klatkê piersiowa powinny byæ zakrwawione na tê sama g³êbokosæ... Wiedzia³a, ¿e wywiad to gnoje i sukinsyny, ale... teraz wiedzia³a ró wnie¿, ¿e wywiad to wyjatkowo inteligentne gnoje i sukinsyny.  

"Za³o¿enia taktyczno- strategiczne.
Najpewniejsza metoda walki z mieszkañ cami Lasu sa jak dotad sukcesywne wypalenia. Nale¿y je bezwzglê dnie kontynuowaæ w coraz bardziej zmasowanej formie. Taktyka mieszkañcó w lasu wskazuje, ¿e nie sa w stanie podjaæ przeciwko nam ¿adnej zorganizowanej akcji na wiêksza skalê. To raczej b³azeñ skie, smieszne odwety, a nie operacja o charakterze militarnym, w naszym rozumieniu tego s³ owa. Wypalania, choæ skuteczne, sa dosæ d³ugotrwa³e (wilgotnosæ), proponujemy wiêc dokonywaæ ich w ca³ ym pasie granicznym przy pomocy du¿ych oddzia³ów, os³ anianych wielkimi zwiazkami kawalerii w drugiej linii i wspartych jednostkami uniwersalnymi (w rodzaju dywizji gó rskich)..."  

Achaja przerwa³a czytanie i wsunê³a z powrotem papiery do teczki, poniewa¿ ktos zapuka³ energicznie. Nie mog³a sobie poradziæ jedna rê ka, grzeba³a siê jeszcze, kiedy drzwi otworzy³y siê, przepuszczajac wysoka, dosæ ³adna nawet dziewczynê w d³ugiej, jasnej sukience. Shha za jej plecami zrobi³a minê w rodzaju: "Kurde, lepiej chodu!" i przeciagnê³a sobie palcem po szyi.
- Dzieñ dobry. - Dziewczyna dygnê³ a, unoszac dó³ sukni.
Achaja wyba³uszy³a oczy. Tamta by³a jej ró wiesnica, mia³a co najmniej osiemnascie, mo¿e dziewiê tnascie lat i dyga³ a jak ma³e dziecko.
- Jestem Arnne - przedstawi³a siê. - Jestem czarownica.
- Witaj. - Achaja wreszcie upora³a siê ze swoimi papierami.
- Czy mog³aby pani przyjaæ bardziej skromna pozycjê? - wypali³a czarownica, wskazujac wzrokiem jej nogi, jedna na scianie, jedna podciagniêta pod siebie. - Nie chcê byæ wulgarna, ale takiego bezwstydu jeszcze nie widzia³ am.
Shha zagryz³a wargi i zrezygnowana domkn ³a drzwi.
- Nie ma w tym nic wulgarnego. - Achaja, zdziwiona, usiad³a skromnie na ³ó¿ku, przyciskajac kolano do kolana. - Jestesmy tu same dziewczyny.
- I proszê obciagna na sobie spó dniczkê, proszê pani! - Arnne podesz a do swojego ³ó¿ ka, krzywiac siê na widok nieporzadnie u o¿onej poscieli. - Tylko mê¿czyzni mogli wymysliæ tak krótkie spódniczki dla kobiet!
Achaja westchnê³a ciê¿ko.
- Przy d³u¿szych ciê¿ko by³oby dosiasæ konia - mruknê³a.
- W ca³ym pomieszczeniu smierdzi alkoholem! - zaatakowa³a czarownica. Nachyli³a siê nad sto³em, sprawdzajac naczynia. - Bogowie! Pani sama wypi³a to wszystko?
- Przepraszam. Ale dla ciebie jeszcze zosta³o. Jakby by³o ma³o, to Shha wezwie gospodarza.
- Po pierwsze, nie jestesmy na ty! - Oczy czarownicy miota³y gromy. - Po drugie, nie tykam tego swiñ stwa! I bardzo prosz , ¿eby pani, przynajmniej w mojej obecnosci, nie doprowadza³a siê do tego stanu!
- Do jakiego?... - Achai wydawa³o si , ¿e jest zupe³ nie trzezwa. Wypi³a raptem ze trzy ma³e kubki.
- Jest pani... - Arnne szuka³a w g owie odpowiedniego s³owa - ...upita do nieprzytomnosci!
- O, kurwa - wyrwa³ o siê Achai.
- I proszê nie klaæ wulgarnie w mojej obecnosci!
- To¿ to wojsko, nie szkó³ka swiatynna. Jesli siê pani wydaje, ¿e w bitwie mo¿na...
- Na szczêscie nie ma tu ¿adnej bitwy - przerwa³a jej Arnne. - Widzê tu tylko ksiê¿niczkê i czarownicê. Mia³am nadziejê, ¿ e obie nale¿ymy do krêgu ludzi kulturalnych.
Drzwi otworzy³y siê z trzaskiem.
- Jakby co, to ja tu stojê z kusza, siostrzyczko. Pamiêtaj!
Shha zaklê³a bezg³ osnie i powróci³a na posterunek, domykajac drzwi.
- A co to by³o za chamstwo? - Arnne, krzywiac siê z obrzydzenia, zajê³ a miejsce na swoim ³ ó¿ku.
- Ty, s³uchaj - syknê³a Achaja. - To jest moja siostra! Jeszcze raz cos powiesz o niej nie tak, to...
- Wiem, wiem. - Czarownica wydê³ a pogardliwie wargi. - Pani zaszlachtowa³ a Viriona i kilkuset jego ludzi. Wspania³e rzeznickie osiagniê cie. Ale musimy jakos spê dziæ razem tê noc, wiêc proszê, zachowujmy siê jak ludzie kulturalni. Mo¿emy przynajmniej udawaæ, prawda?
Achaja zrezygnowana machnê³a rêka. Wziê³a ze sto³u i rzuci³a jej ostatnie jab³ko.
- Zechce siê pani posiliæ przed spoczynkiem?
Czarownica chwyci³a je, krzywiac siê odruchowo. Musia³a byæ jednak g³odna. Ze swej ma³ej torby wyjê³a jedwabna szmatkê i zaczê³a wycieraæ dok³adnie owoc. Potem w jej rêce pojawi³a siê lniana szmatka i zabieg zosta³ wykonany od poczatku. Wyjê³a ma³y no¿ yk i zaczê³a obieraæ skórkê. Odkroi³a malutki kawa³ek i w³o¿y³ a sobie do ust. Nagle, zupe³nie irracjonalnie, Achai zrobi³o siê jej ¿ al. Ona mia³a... swoja w³asna chorob . Ale Achaja chyba zamieni³aby swój porabany umys³ na r wnie¿ porabany tamtej dziewczyny. Mo¿e z tamtym, mimo wszystko, by³o ³ atwiej ¿yæ? Choæ trochê?
- Smakuje pani?
Arnne skinê³a lekko g³owa. Jej wzrok ani trochê nie wyzby³ siê podejrzliwosci.
- Czy udamy siê teraz na spoczynek? - zakpi³a leciutko Achaja.
Nowe skinienie, nowy kês jab³ka, tak ma y, ¿e mo¿na by³ oby karmiæ tym niemowlê.
- Aaaaa... jak siê rozbierzemy razem? - Achaja prowokowa³a teraz specjalnie.
Kawa³ek jab³ka musia³ byæ jednak za du¿y. Wyraznie utkwi³ w gardle czarownicy. Wyba³uszy³a oczy.
- Zzzz... zgasmy swiat³o i...
- O, Bogowie! - zakpi³a Achaja, tym razem wyraznie. - I co? Obie do go³ a naraz?
- Proszê przestaæ!
Achaja westchnê³a i choæ z jej strony by³ to nieprawdopodobny wrê cz wyczyn z powodu jednej czynnej rêki, ukry³a siê pod ko dra, z wielkim trudem zdjê³a kurtkê, opaskê, potem spódniczkê i buty. Arnne by³a odwró cona plecami, ale jad³a to swoje jab³ ko. By³a kompletnie popieprzona. Biafra jak zwykle mia³ racjê. Musia³a byæ naprawdê dobra w swoim fachu, choæ taka m³oda. To siê czu³o.
Obserwowa³a spod oka, jak tamta koñ czy jesæ, a trwa³o to d³ugo. Potem wyjmuje z tej swojej torby nocna koszulê i ukrywa ja wstydliwie pod ko³ dra.
- Niech pani siê odwróci, proszê. - Zdmuchnê³a lampk .
Achaja w kompletnych ciemnosciach odwró ci³a siê pos³ usznie twarza do sciany. S³ysza³a szelest tkanin, odg³osy szarpania, potem skrzyp ³ó¿ka. Kiedy po³o¿y³a si z powrotem na wznak, tamta by³a ju¿ zakryta ko³dra po nos.
- Ile masz lat? - spyta³a.
- Dziewiêtnascie i pó³.
"I pó³". Jak dziecko akcentowa³a po³ó wki.
- A pani?
- Cos ko³o tego. Mo¿e pó³ mniej, a mo¿e nie. Nie wiem.
- Jak mo¿na tego nie wiedzieæ?
- Straci³am rachubê .
- Przecie¿ wystarczy porównaæ rok urodzenia z dzisiejsza data.
- Nie chcê wiedzieæ , jaki mamy rok. Nic mnie to nie obchodzi.
Zapad³a cisza. Arnne jednak nie zamierza³a zasypiaæ . Cos nurtowa³o jej umys³.
- A... skad pani ma ten tatua¿? - spyta³a niesmia³o.
- By³am kur... o przepraszam. By³am prostytutka. Chocia¿ dosæ kró tko, prawdê mó wiac.
Znowu cisza.
- A pani spa³a ju¿ kiedys z mê¿ czyzna?
Przed³u¿ajaca siê cisza. Potem ciche, cichutkie, prawie na granicy s³ yszalnosci:
- Nie.
Achaja przewróci³a oczami. W³asciwie trochê zazdrosci³a tamtej jej nad wyraz higienicznego sposobu ¿ycia.
- Czy... proszê wybaczyæ smia³osæ... czy pani jest naprawdê go³a pod ko³dra? - szepnê³ a czarownica.
- Mo¿e pani sama sprawdziæ. - Achaja z trudem opanowa³a smiech. Biafra powinien ja wys³aæ na dziesiê dni do wojska, zanim zleci³ jej tajna misjê. - Spa³am ju¿ z dziewczyna, jesli o to pani chodzi.
- Proszê tak nie mó wiæ!
- Jesli pani woli mojego sier¿anta...
- Proszê natychmiast przestaæ !
- Dobranoc. - Achaja przewróci³ a siê na bok i nakry³a ko³dra razem z g³owa.
Nie by³o jej jednak dane zasnaæ. Mo¿e w jakies pó³ modlitwy pózniej czarownica zaczê³a ryczeæ.
- Tu siê cos rusza! Ratunku!
Shha o ma³o nie wywali³a z zawiasó w drzwi nag³ym kopniêciem. Mierzy³a z kuszy w okno, stojac na rozkraczonych nogach. Lanni i Harmeen musia³y siê zderzy g³owami. Obie, pó³go³e, trzyma³y siê za obola³e czo³a, kiedy w kilka oddech w pózniej stanê³ y w drzwiach z obna¿ onymi mieczami. Mayfed o ma³o nie stratowa³a ich wszystkich, biegnac z do³u z pochodnia.
- Kurwa, gdzie? Skad zaatakowali?!
- Pewnie szczur - mruknê³a Achaja.
- O, ¿esz ty! Jaja se robicie? - warknê ³a Shha. - O ma³o nie odpali am z tego urzadzenia! - Potrzasnê³a kusza.
- Ratunku! - wrzeszcza³a czarownica.
- Proszê pani - zaczê³a Lanni, zwracajac siê do Arnne, ale Harmeen chwyci³a ja za rami wzruszajac ramionami. By³a doswiadczona, bo eskortowa³a ja od samej po³ udniowej granicy.
- Chodz - szepnê³a do porucznik. - Mam jeszcze kilka yków w buk³aku.
- Zróbcie cos z tym szczurem!
- Niby co? - warknê a Mayfed.
- Ty, s³uchaj - zdenerwowa³a siê Shha. - Jak nastêpnym razem krzykniesz, to pamiêtaj... mam w rêkach napiê ta kuszê! Ty siê hamuj, zanim odpalê gdzie nie trzeba!
Zamknê³a drzwi z g osnym trzaskiem.
- No... co... coo... co za chamstwo! Niech pani zareaguje jakos!
- Proszê pani! - Achaja równie¿ zdenerwowa³a siê naprawdê. - One maja za soba kilka prawdziwych bitew. Jesli ktos krzyczy, e cos siê rusza, to one maja na mysli wroga, który chce je zabiæ. I niech pani wiêcej nie krzyczy. Bo ta za drzwiami naprawdê nastêpnym razem strzeli.
- Ale szczur...
- Nie zje nas. Dobranoc.  

- Pobudka, dziewczyny! Pobudka, pani oficer! - Chloe opar³a kuszê na ramieniu i sciagnê³ a ko³drê z Achai.
Ta przeciera³a oczy sprawna rêka.
- Czesæ - ziewnê³ a.
- Czesæ, kole¿anko. Wstawaj, ma³peczko, pomogê ci siê ubra .
- Proszê stad natychmiast wyjsæ! - krzyknê³a ledwie obudzona Arnne. - Co pani wyprawia?!
Chloe spojrza³a szczerze zdziwiona.
- O co jej, kurwa, chodzi?
- Ja sobie wypraszam! - zawy³a czarownica. - Proszê stad natychmiast wyjsæ!
Chloe patrzy³a og³ upia³a. Mia³a ostatnia, poranna wartê i przez moment wydawa³ o jej siê, ¿e sni. Achaja machnê³a rê ka.
- Ja sobie wypraszam! Proszê stad natychmiast wyjsæ, albo poskar¿ ê siê genera³owi!
Chloe, skonfundowana, wzruszy³a ramionami i wysz³a, zamykajac za soba drzwi. Achaja, wsciek³a, nagle wyskoczy³a z ó¿ka. Chwyci³a swój mundur i zarzuci³a sobie na ramiê. Wziê³a do rêki buty i teczkê, zê bami chwyci³a pas z mieczem. Z³osliwie pokrêci³ a tamtej przed twarza go³ym ty³ kiem, bo by³a naprawdê z³a.
- Co pani wyrabia? - Arnne zas³oni³a sobie oczy d³oñmi.
Achaja chcia³a cos odpowiedzieæ, ale z pasem w ustach mog³ a nie zostaæ zrozumiana. Potrzasnê³a tylko g³owa i wysz³a do Chloe, kopiac w drzwi bosa stopa.
- Pomo¿esz mi? - wymamrota³a.
- Pewnie. - Dziewczyna odrzuci a z twarzy rude warkoczyki i wyjê³ a kole¿ance pas z ust. Pomog³a jej siê szybko ubraæ. Potem zbli¿y³a usta wprost do ucha Achai. - Co jej odpierdoli³ o? - szepnê³a.
- Wiesz... ca³e ¿ycie w pa³ acu, w odciêciu od ludzi. Chyba kiedys te¿ taka by³am.
- E... Ty? Ty jestes normalna, a nie popierdolona.
- Ludzie siê zmieniaja. - Achaja mrugnê³a do Chloe. - Chodz, mo¿e zda¿ ymy cos zjesæ.
Zesz³y na dó³. Harmeen i Lanni siedzia³y ju¿ skupione nad misa z czyms ciep³ym. Móg³ to byæ gulasz, ale zapach wskazywa³, ¿e w srodku mog³y te¿ p ywaæ resztki ró¿ nych posi³ków z ostatnich dziesiê ciu dni.
- Co, Achajka? - usmiechnê³a siê Lanni. - Atakowa³y was jakies mrówki, chrzaszcze, pajaczki czy zabójcze æmy? Bo my z pania kapitan czuwa³ysmy nad waszym bezpiecze stwem ca³a noc.
- S³ysza³am, s³ ysza³am. Jakis p³yn przelewa siê u was nieustannie.
Harmeen rozesmia³a siê g³osno.
- Nie ma tak dobrego s³uchu, jak mówi³ as. - Zerknê³a na Lanni.
Achaja te¿ siê rozesmia³a.
- Powtórzê za swoja kole¿anka: "Co to za wojsko, ¿eby kapitan z porucznikiem?".
- S³ysza³a! - Harmeen potrzasnê³ a g³owa.
- Mówi³am - doda³ a Lanni. - W nocy siê nie da strzeliæ palcami w odleg³osci stu krok w, ¿eby nie s³ ysza³a.
- Ale szczur was zaatakowa³. Dlaczego nie wezwa³ as ca³ego plutonu?
- S³uchaj - Lanni machnê³a rêka. - Mayfed tylko grozi a, ¿e go zje. A ona jedna jedyna z nas wszystkich - wskaza³a na Achajê - naprawdê zjad³ aby szczura.
- E... zalewacie, poruczniku.
- W ¿yciu! Widzia³ am, jak zjad³a osliz³ego robala!
Harmeen spojrza³a na major.
- Powa¿nie?
- Mhm. - Achaja schyli³a siê, szukajac pod sto³em.
Po chwili znalaz³a sporego karalucha. Wrzuci³a go sobie na ³y¿kê z gulaszem i podnios³ a do ust.
- Ty! Przestañ! - Harmeen chwyci³a ja za rêkê w ostatniej chwili i zmusi³a do wyrzucenia zawartosci na pod³ ogê. - Jeszcze nie skoñ czy³am jesæ! - Pokrêci³a g³owa z niedowierzaniem. - Naprawdê bys to zrobi³a. Bogowie! Naprawdê.
- Pewnie.
Kapitan rozesmia³a siê znowu.
- Ot, wyrafinowane oficerskie zabawy. To mi siê najbardziej podoba w wojsku.
- Myslisz o karaluchu czy o Lanni? - odpali³a Achaja.
Ryknê³y smiechem. Spowa¿nia³y jednak, kiedy na schodach ukaza³a siê Arnne, w zapiêtej pod szyj sukni.
- Drogie panie! - syknê³a. - Czy to wypada, ¿ eby oficerowie ryczeli tak, ¿e a¿ gospodê roznosi?
Oniemia³y wszystkie. Czarownica podesz³a do sto³u.
- A w ogóle to... dzieñ dobry paniom.
Lanni i Harmeen musia³y siê wczesniej umówiæ. Wsta³y obydwie, ró wnoczesnie chwyci³y za swoje krótkie sp dniczki i dygnê³y jak na komendê.
- Dzieñ dobry pani! - powiedzia³y chó rem.
Achaja zas³oni³a usta d³onia. Dwóch ch³opów, kt rzy mimo wczesnej pory byli ju¿ w karczmie, o ma³o nie spad³o z ³awy na widok dygajacych liniowych oficerów zwiadu.
Arnne usiad³a, rzucajac oczami gromy, ale nie by³ to koniec.
- Pani porucznik - Harmeen spojrza³a na Lanni - czy zechce pani skosztowaæ jeszcze gulaszu?
- Dziêkujê uprzejmie. Jednak odmówiê sobie. - Lanni uk³oni³a siê z gracja. - A pani, pani major, moja ksiê¿niczko - wyrecytowa³a pe³ na regulaminowa formu³ê - czy mog³ abym czyms s³u¿yæ ?
- Skoro ju¿ pani taka uprzejma - podchwyci³a Achaja. - Poprosi³abym o ten - wskaza³a na srodek misy - smakowity kasek.
- Ale¿ proszê bardzo! - Lanni wsadzi³a do misy rê kê a¿ po nadgarstek i palcami podnios³a kawa³ek miêsa. Potem w³o¿y³a go Achai do ust. - Aby smaczny wybra³ am?
- Dziêkujê serdecznie. - Achaja nie zwa¿a³ a na sos cieknacy po brodzie. - Mam wra¿enie, ¿e troszkê ch³odny, ale...
Ch³opi wyba³uszyli oczy i tak ju¿ zostali. Gospodarz sta³ przy kuchni z otwartymi ustami. Arnne jednak nie uda o siê za³atwiæ. Wyjê³a z torby jedna ze swoich szmatek.
- Pozwoli pani? - Wytar³a Achai brodê . - Gospodarzu!
- Eeeee... S³ucham, jasna panienko! - ockna³ siê dopiero po d³u szej chwili.
- Poproszê o dwa jajka sadzone. Tylko bez tego swiñ stwa, które gmin nazywa chlebem. Poproszê.
Gospodarz prze³kna³ slinê.
- Znaczy... jajecznicê?
- Jajka sadzone poproszê - powtó rzy³a czarownica. - Dwa. - Pokaza³a na palcach, ile to jest dwa.
Podrapa³ siê w brodê, potem za uchem, potem w kark.
- Znaczy... surowe mam podaæ?
Achaja zlitowa³a si , bo w ten sposób mogli nie ruszyæ a¿ do po³udnia.
- Wez dwa jajka, rozbij skorupki, wrzuæ na p³ytê i nie ruszaj przez jakis czas - wyjasni a.
- Na jaka p³ytê? - obruszy³a siê Arnne. - Nie masz nowej, czystej patelni? Zap acê.
Gospodarz spojrza³ na nia skonfundowany.
- To co ma byæ, jasna panienko? Jajka czy palatelnia? - Poskroba³ siê znowu w g³owê. - Ale palatelni nie ma - wyjasni³. - Mysliwi ju¿ nie dostawiaja tyle dziczyzny co dawniej. ¯adnej palatelni nie upolowali.
Arnne westchnê³a, Achaja natomiast straci³a cierpliwos . W koñcu to ona mog³ a dostaæ w dupê za spóznienie.
- Moga byæ na miê kko? - zwróci³a si do czarownicy. Zerwa³a siê lekko z ³awy i podesz³a do kuchni. - Masz jakis czysty garnek?
- Mam! - usmiechna³ siê, bo nareszcie cos zrozumia³. - Pewnie, ¿e mam!
Achaja zerknê³a na to cos, co podawa³ i doda³a:
- Niech pacho³ek wyczysci piaskiem, ale migiem. - Wcisnê³a mu do r ki z³ota monetê. - Potem niech wymyje w wódce, a na koniec sp³ucze woda.
Znowu nie zrozumia³, ale monetê przyja³ . Pacho³ek albo musia³ byæ krótko trzymany, albo mu dobrze p³acono, bo uwina³ siê migiem. Achaja nala³a do kocio³ka swie¿ej wody, wrzuci³a jajka i klnac w duchu tak wulgarnie, jak tylko potrafi³a, ugotowa³a je sama. Zdoby³a siê nawet, ¿eby je och³odziæ w zimnej wodzie, potem przynios³a do sto³u.
- W imieniu gospodarza ¿yczê smacznego - mruknê³ a.
- Dziêkujê. Jest pani nawet uprzejma.
Harmeen zagryz³a wargi. Lanni spojrza³a pod stó³ i tak ju¿ zosta³a.
Arnne rozscieli³a sobie na stole wyjê ta z torby snie¿ nobia³a serwetkê. Wyjê³a srebrna ³y eczkê, kryszta³ owa solniczkê, jakies s³oiczki z zio³ami. Jedna chustê rozscieli³a sobie na kolanach, druga zawiaza³a pod szyja... Ch³opi zaczêli mrugaæ niepewni, czy dobrze widza. Harmeen zrezygnowana opar³a siê o scian , z Achai usz³o ca e powietrze, Lanni siedzia³a ze wzrokiem utkwionym ciagle pod sto³em.
Czarownica wysuszy³ a oba jajka jedna szmatka, potem wytar a je dok³adnie druga. U¿ywajac trzeciej zdjê³a czêsæ skorupki. Ch³opi popatrzyli na siebie. Gospodarz za³ama³ rêce i wyszed³ z izby. Pewnie szukaæ w lesie palatelni, albo wieszaæ siê w stodole.
Na szczêscie ka¿dy posi³ek ma swój koniec. Nawet taki, do któ rego potrzebna jest srebrna ³y¿eczka, kryszta³owa solniczka i s³ oiczki z zio³ami.
Opusci³y gospodê w grobowych nastrojach. Pluton, wsciek³y, czeka³ od dawna na koniach.
- Salut! - krzyknê³ a Shha, widzac swoich oficerów.
- Nie! - ryknê³y Achaja i Lanni jednoczesnie. Konny salut uda³o siê powstrzymaæ w ostatniej chwili.
Wszystkie trzy wskoczy³y na siod³ a, ale Arnne nie zamierza³a jeszcze ruszaæ.
- Muszê siê umyæ. - Podesz³a do studni.
- Kur...!
Harmeen na szczê scie zakry³a Achai usta. Kawalerzystki budzi³ y siê w³asnie. I tak ju¿ s³ychaæ by³o wokó³ ciche docinki i kasliwe uwagi na temat plutonu zwiadu sterczacego na koniach.
- Ciiii... Powiemy, ¿e po drodze musia³ysmy oddaæ komus wa¿ne papiery. Ja zaswiadczê, ¿e spóznienie nie z naszej winy.
- Papiery? Komu?
- Nie bêda wnikaæ. Spokojnie.
Zagryzajac zêby, obserwowa³y, jak czarownica nalewa sobie wodê do specjalnego naczynia (mia³a w swojej torbie nawet naczynie do mycia), powoli p³ucze twarz i d³onie, wyciera dok³adnie, a potem... suszy szmatki!
Kawalerzystki u¿ywa y sobie w najlepsze. Pluton zaciska³ szczêki. Arnne czesa³a swoje w³osy. Wiêkszego ubawu ¿o nierzom z konnicy nie mog³y dostarczy . Wokó³ stawiano coraz wy¿sze kwoty, robiac zak³ady, czy uda im siê ruszyæ przed po³udniem.
Ruszy³y. Ale nie od razu. Czarownica podesz³a do swojego konia, z damskim siod³em oczywiscie.
- Czy móg³by mi ktos pomóc?
- Kur...!
Harmeen znowu zatka³ a usta Achai. Tym razem poswiêci³ a siê Lanni. Zeskoczy³a szybko i splot³a d³onie, pomagajac czarownicy dosiasæ swojego wierzchowca. Z du¿a ulga powró ci³a na siod³o i krzyknê³a:
- Oddziaaaa³! Za mnaaaaa...
- O, Bogowie! Nie tak g³osno - przerwa³a jej Arnne. - G³owa mi pêknie.
- Kurwa! - Lanni by³ a szybsza, albo po prostu by³a za daleko, ¿eby Harmeen zdo³a³a zareagowaæ.
- W konie! - warknê a Achaja, usi³ujac wycofaæ oddzia³ sprzed wrogich oczu. Kawalerzystki o ma³ o siê nie posika³y ze smiechu. Radosne wycie i gwizdy goni³y je jeszcze d³ugo po tym, kiedy sama karczma znik³a ju¿ za drzewami.
Nie uda³o siê jednak utrzymaæ du¿ ego tempa. Achaja zwolni³a wiê c jeszcze bardziej.
- Mayfed, Zarrakh! Wy jestescie najbardziej rozsadne w tym plutonie. - Nachyli³a siê do kole¿anek: - Czy mo ecie jechaæ po obu stronach tej czarownicy? Tu¿ obok. Jakby zaczyna³a spadaæ z siod³a, to ja z³apcie, co?
- Dobra.
- Nie ma sprawy.
- No. I pilnujcie jej, bo musimy naprawdê przyspieszyæ.
Obie skinê³y g³ owami. Achaja ruszy³a ostrzej.
- Shha!
- Co, siostro?
- Sformuj jakas szpicê, ¿eby przynajmniej jakis przygodny genera³ nas nie obsobaczy³, gdyby pech nam takiego zes³a³.
- Siê robi, ma³a.
Achaja powróci³a na swoje miejsce w szyku, przy oficerach.
- Dotad mia³am wra¿ enie, ¿e w wojsku obowiazuje regulamin - odezwa³a siê Arnne. - Czy ze wszystkimi szeregowymi jest pani na " ty", pani major?
Achaja rzuci³a jej z³e spojrzenie.
- Proszê zachowaæ dla siebie uwagi w tej kwestii, proszê pani.
- Zachowaæ, oczywiscie, mogê. Jednak jesli sier¿ ant mówi do majora per "ma³a" , to mam prawo podejrzewaæ, ¿e autorytet oficera tu nie istnieje. A to z kolei daje podstawê do przypuszczeñ, ¿e w razie czego nie bê dzie pani w stanie zapewniæ mi prawid³ owej ochrony.
Achaja st³umi³a przekleñstwo.
- Sier¿ant mówi do mnie per "ma³ a", bo sier¿ ant jest ode mnie wy sza o pó³ g³owy. Sier¿ant mówi do mnie te¿ per " stara", bo sier ant jest ode mnie m odsza o jakis rok. I to wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie, proszê pani.
- A który z szeregowych mówi do pani per "g³ upia"?
Harmeen z wra¿enia o ma³o nie w³adowa a siê w przydro¿ ne drzewo. Mayfed i Zarrakh zupe³nie jawnie opar³y d³onie na r kojesciach mieczy. Shha kilka kroków z przodu, za szpica, wyjê³a swoja kuszê i niby przypadkiem odchyli³a ³adujaca dzwigniê.
Bei oczywiscie nie mog³a, jadac z ty³ u, s³yszeæ rozmowy oficerów, ale widzac Mayfed i Zarrakh z rêkami na rêkojesciach mieczy i Shhê z kusza, rozerwa³a szyk i podjecha³a bli¿ej, bawiac siê no¿em. Za nia Chloe, Sharkhe i jeszcze kilka dziewczyn. Nie wyglada³y na takie, które ulê kna siê czarów.
- Czy¿bym nie mówi a w³asnie, ¿e tu regulamin nie istnieje? - mruknê³ a Arnne.
- Ale fajnie jest mieæ siostrzyczki - usmiechnê³a siê Achaja. - Nawet jak nazywaja ciê "ma³ a", " stara" czy "g³upia". - Unios³a siê w strzemionach i odwró ci³a. - Zróbmy jakis porzadny szyk, dupki - mrugnê³a do ty³ u.
Dziewczyny wróci³y na swoje miejsca. Harmeen usmiechnê³ a siê, odwracajac g owê. Arnne za³atwi³a sobie jedno. Jesli rzeczywiscie mia³aby spasæ z siod³a, Mayfed i Zarrakh na pewno jej nie chwyca, a potem bêda siê t³umaczy , ¿e naprawdê nie mog³y.
Na szczêscie dalsza podró¿ minê³a bez kolejnych bezsensownych dyskusji. W górach nie mog³y jechaæ zbyt szybko. Ale potem, na obni¿ ajacym siê, pagó rkowatym terenie przyspieszy³y i uda o siê jakos, jeszcze przed zmrokiem, dotrzeæ do obozu warownego.
Warty przepusci³y je bez wiêkszych problemów. Us³ysza³y jedynie cicha uwagê oficer operacyjnej:
- O, kurwa! Pluton zwiadu, ksiê¿ niczka w stopniu majora i czarownica! No, to ju¿ po nas, kole¿anki. Wymyslili jakies makabryczne zadanie.
Nie wnika³y, co tamte maja na mysli. Pu³kownik piechoty przydzieli³a im kwatery w namiotach i nieludzko zmê czone mog³y nareszcie zsiasæ z siode³.
- Zap³aci³abym z³ otem za mo¿liwosæ kapieli - stêknê³ a Harmeen, przeciagajac siê.
- No - Lanni ziewnê a szeroko. - Kapiel i spaæ! Marzenie.
- Widzia³am cos jakby baliê przy namiocie dowództwa - w³aczy³a siê czarownica. - Zap³aæmy komus, eby nagrza³ wody i wniós³ baliê do namiotu.
- To jest wojsko, proszê pani - usi³ owa³a ja zgasiæ Lanni. - Nie sadzê, ¿eby komukolwiek uda³o siê zap³aciæ.
- Brednie. - Arnne zatrzyma³a dwie dziewczyny w tunikach piechoty i pe³nym oporzadzeniu. - Hej, wy tam! Skoczcie po wodê, zagrzejcie i...
- Jestesmy wartownikami - powiedzia³a w miarê jeszcze spokojnie ta z naszywkami kaprala.
- No w³asnie. To teraz skoczcie po wodê i...
- Nam nawet rozmawia z nikim nie wolno. - Dziewczyny odwró ci³y siê i, klnac w duchu, ruszy³y w dalszy obchód.
- Dobra - szepnê³a Achaja. - Niech ona siê dalej ¿o³adkuje, a my skombinujmy jakies wiadra, to si przynajmniej polejemy.
- Spokojnie. - Lanni mrugnê³a do kole¿anek. - Za³atwiê nam prawdziwa kapiel. - Usmiechnê³a siê z³osliwie. - Bo wiem jak. W przeciwieñstwie do niej.
Harmeen rozesmia³a siê cicho.
- Zwiad jest najlepszy w ca³ej armii!
- Pewnie - mruknê³ a Achaja. - Rozsrodkowujemy si , dziewczyny, ¿eby nas nie wysledzi³a. Zbiórka za trzy modlitwy przy balii.
- Rozkaz! - Lanni i Harmeen zasalutowa³ y ukradkiem.
Rozesz³y siê nagle, ka¿da w swoja stronê. Achaja posz³a do wielkiego namiotu zajmowanego przez pluton. W wejsciu o ma³o nie zosta³a stratowana przez malutka Sharkhe, któ ra w³asnie skads wraca³a.
- O, kurde! - krzykn ³a. - Spotka³am dwie dziewczyny z mojego miasteczka! Z tej samej ulicy! Szlag. Zawsze ze mnie kpi³ y, ¿e jestem taka niska. Posz³y do woja rok przede mna. Tak siê chwali³y, e mi buty spada³y. A teraz podesz³am do nich w tym swoim slicznym mundurze zwiadu. ¯o³nierz elitarnej jednostki! Z odznaka pu³ku z prawdziwego srebra. I z trzema baretkami za kampanie, w któ rych bra³am udzia³. Z rozeta za s³u¿bê w górskiej dywizji. Aaaaaaaaaach!!! A one w tych zwyk³ych p³óciennych tunikach. Trzeci rok tu kwitna wsród pagórków.
Dziewczyny zaczê³y siê smiaæ.
- Macie jakas wódkê ? Napi³abym siê z nimi.
Znalaz³ siê spory buk³ak. Achaja przejê³a go szybko.
- Co? Piæ nie wolno?
- Wolno. Ale lepiej dobijmy nasza kochana piechotê.
Wyjasni³a swój plan.
Sharkhe, smiejac siê , posz³a przodem. Achaja i Shha odczeka³y chwilê, potem ruszy³y jej sladem. Odnalaz³y ja pod jakims namiotem siedzaca z kole¿ ankami.
- Achaja - zawo³a³ a i mrugnê³a tak, eby tamte nie widzia³y.
- Co?
Obie piechociarki zerwa³y siê i stan ³y na bacznosæ.
- Masz cos do picia?
- Pewnie. - Rzuci³a jej buk³ ak.
Shha wyjê³a z torby kawa³ek wê dzonego miêsa zawiniêty w szmatê .
- Chcesz mieæ czyms zagryzæ? - Poda³a jej zawiniatko. - Picie bez zakaski to potem zgaga.
- Dziêki.
- No - wtraci³a siê Achaja - i uwa¿aj na wszystko wokó³. Bo wiesz... Tej piechocie to nie mo¿na ufaæ.
Obie dziewczyny z piechoty o ma³o nie skamienia³y z szoku. Ich kole¿anka ze zwiadu by³a... na "ty" ze swoja ksiê¿niczka w stopniu majora! A sier¿ant sam dawa³ jej zakaskê?! To niemo¿liwe. To niemo¿liwe. To niemo¿liwe. To tylko sen. Maslanym wzrokiem odprowadza³y odchodzace major i sier¿ant, a Sharkhe ros³a tak, ¿e by³ a ju¿ prawie normalnego wzrostu.
- Pani major - Shha klepnê³a siostrê w ty³ek, kiedy znalaz³y siê poza zasiêgiem wzroku tamtych - twój pluton ciê kocha.
- Zwiad jest najlepsza formacja w tej armii.
- Najlepsza na swiecie!
- Nawet nie wiesz, jak bardzo masz racj . Nic nie mów, chodz ze mna, to siê wykapiesz w prawdziwej goracej wodzie.
- Nie!?
- Tak!
- S³uchaj, my w takim razie naprawdê jestesmy najlepsze na swiecie.
- Masz - Achaja roz³ o¿y³a rêce. - A na dodatek powiem Harmeen, ¿ eby skombinowa³a goraca kolacjê.
- O, kurde! Niech Bogom bêda dziêki za to, ¿e jestem w zwiadzie.
- Ty Bogów lepiej nie wzywaj. - Dobrze zapamiêta³ a naukê Mistrza Anai, Krótkiego, Hekkego, Viriona i innych. - Bo jak przyjda naprawdê, to ciê zaraz za³atwia, nie wiesz, co to za banda.
Shha wzruszy³a ramionami i znowu strzeli³a siostrze klapsa.
- Ty siê tak nie przejmuj, ma³a - rozesmia³a siê. - Jak mówia: nie ³ am siê, bo ciê ¿ ycie szybciej z³ amie.
- S³uszna racja, siostrzyczko.
Przy balii ju¿ nape nionej ciep³a woda czeka³a na nie porucznik zwiadu, tak zakurzona, ¿e ledwie mog³y rozpoznaæ rysy twarzy.
- Pani major Achaja, ksiê¿niczka moja?
- To ja.
- Mam dla pani pisma i rozkazy. - Poda³a jej skó rzana teczkê.
- Od kogo?
- Nie wiem. - Porucznik wzruszy³ a ramionami. - Ze stolicy jadê, zmieniajac konie - Nie mog³a siê oprzeæ, ¿eby nie zerknaæ na olbrzymia, pe³na baliê. - Przepraszam, ale... Nie zostawi³ybyscie mi, panie, trochê wody?
- Wskakuj z nami. Zmiescimy siê.
- Nie mogê. - Dziewczyna zmru¿y a zmêczone oczy. - Muszê przekazaæ rozkazy dowództwu obozu. Ale dziêki.
- Nie bój siê. Zostawimy cos.
- Dziêkujê, pani major! - Dziewczyna zasalutowa³a sprê¿ yscie.
Harmeen siedzia³a ju¿ w srodku.
- Chodzcie, dziewczyny. Szybko stygnie.
Lanni rozbiera³a si b³yskawicznie. Achaja i Shha posz³ y w jej slady. Wszystkie wskoczy³y do ogromnej balii tak szybko, jak tylko mog³y.
- Kurde, dawno nie by³o mi tak dobrze - mruknê³a Lanni.
- Szlag. Ta teczka - Achaja wskaza³a na dokumenty i rozkazy, które dopiero co otrzyma³a - mo¿e tak le¿eæ na ziemi?
- A co siê przejmujesz? - Harmeen wsadzi³a dwa palce do ust i gwizdnê³a g³osno. Wartownik z piechoty pojawi³a siê prawie natychmiast. - Pilnuj teczki! ¯ ebys mi jej nawet na chwilê z oka nie spusci³a!
- Tak jest!
- Fajnie jest byæ w zwiadzie - mruknê³ a Lanni.
Harmeen przygryz³a wargê.
- A... to ju¿ zale¿y od tego, co jest w tej teczce. - Zamysli³a siê na moment. - Nie?
- E... co tam mo¿e byæ?
- Mam nadziejê, ¿e nie atak na Dery.
- Cicho! Wartownik s ucha.
- Tam jest cos znacznie gorszego - mruknê³a Achaja, która jedyna z nich cos wiedzia³a. - Znacznie gorszego. Ale nie przejmujcie siê dziewczyny.
Tylko Harmeen siê domysli³a. Jêknê³a cicho i zerknê³a w stronê, gdzie le¿a³ Wielki Las. Potem zaklê³a, wychyli³a siê z balii, siêgajac do swoich rzeczy. Podnios³a p³aski, specjalnie wyprofilowany buk³ ak.
- Po ³yku, kole¿ anki? - Wyszarpnê³ a korek zêbami i wyplu³a na d³oñ. - Tylko siê nie upijcie na smutno.  

W d³u¿szy czas potem Achaja, rozgrzana kapiela i ciep³ym posi³kiem, le¿a³a pod kocem w swoim namiocie studiujac papiery. "Za³o¿enia strategiczno- taktyczne", któ rych nie dokoñczy³ a poprzednio, zawiera³y niewiele ciekawego. Podstawowa sugestia by³o, by oddzia³y zas³oni³y twarze szmatami, grubo wiazanymi, nasaczonymi woda. Autorzy przyznawali, ¿e takie rozwiazanie jest skuteczne raczej w przypadku py³u ni¿ dymu, ale lepsze to ni¿ nic. Wa¿niejsza informacja by³o to, ¿e proponowali, by w momencie pojawienia siê odurzajacego dymu ¿ o³nierze usiedli plecami do siebie z napiêtymi kuszami i nie wykonywali ¿ adnych niepotrzebnych ruchó w. Wtedy trucizna w ich krwi bêdzie kra¿yæ wolniej i spowoduje mniejsze skutki. Z tym siê akurat zgadza³a. Wiedzia³a, jak ³ atwo siê upiæ w sztok, smiejac siê z kole¿ankami, tañ czac. Natomiast kiedy siê siedzi nieruchomo na krzesle w samotnosci, mo¿na wypiæ ze trzy razy wiêcej bez ¿adnego widocznego skutku. To cos, co odurza³o w dymie, dzia³a³o bardzo krótko i autorzy za³o¿eñ twierdzili, ¿e wystarczy przeczekaæ pierwszy moment, nie oddychajac zbyt gwa³townie. Ciekawe, jak oni wyobra¿aja sobie spokojny oddech w trakcie bitwy? Mniejsza z tym.
Nastêpny dokument stanowi³ analizê ekonomiczna stosunkó w produkcji ¿ ywnosci wsród mieszkañców Wielkiego Lasu. Achaja przeczyta³a tytu³ kilka razy, nie rozumiejac go zbytnio. Sam dokument by³ jednak ciekawy. Autor dowodzi³, ¿e jest niezwykle ma³o prawdopodobne, by w g³êbi lasu istnia³ y pola uprawne lub jakas hodowla. Dlatego te¿ mieszka cy musza siê utrzymywaæ z polowania i zbieractwa. Pozwala to jednak na utrzymanie z jednego kwadratu o boku tysiaca kroków piê dziesiêciokrotnie mniejszej liczby ludnosci ni¿ w Arkach. Zaklê³a cicho. Stad wniosek, ¿e gdyby do lasu wkroczy³o nagle piê æ dywizji, to ka¿ dej z nich, na danym odcinku, przeciwnik bêdzie móg³ w pierwszej chwili przeciwstawiæ najwy ej si³ê bêdaca odpowiednikiem batalionu (a i to wydaje siê wygó rowana liczba - najprawdopodobniej b dzie to odpowiednik wzmocnionej kompanii).
Achaja tylko pokrê ci³a g³owa. Ciekawe, czy potwory z lasu wiedza, ¿e moga utrzymaæ piêæ dziesiatkroæ mniej ludzi ni¿ my? Ale... Kamyk do kamyka - mozaika zaczyna³a siê uk³adaæ w jakis choæ trochê widoczny wzór.
Analiza produkcyjna. Autor stwierdza³, ¿ e tamtym brakuje rud ¿elaza. Nowe gatunki drzewa lub ¿ywice wystarczaja do produkcji wspania³ ych strza³, jednak produkcja mieczy mo¿ e odbywaæ siê wy³ acznie na bezwê glowym lub ma³owê glowym ¿elazie (niczego nie zrozumia³a). Tamci nie maja utwardzanej stali! To zrozumia³a. Jakby rabnaæ mocno w ich miecz, to taki powinien siê po prostu z³amaæ. Cenna uwaga, narzucajaca taktykê prze³amujaca.
Analiza medyczna. Achaja zwatpi³a. Jak ktos móg³ wiedzieæ cokolwiek o potworach, skoro nikt ich nie widzia³ . A jak widzia³, to nie prze¿y³. Jednak... Autor zajmowa³ siê g³ównie sola. Uczeni z Arkach nie wiedzieli co prawda, czy sól jest absolutnie konieczna do ¿ycia, zwrócono siê jednak z prosba o ekspertyzê do uczonych medyków z Troy. Oni te¿ nie wiedzieli. Napisali jednak, ¿e skoro nadmiar soli jest zabójczy, to byæ mo¿e niedomiar równie¿. Sól uwa¿ana jest powszechnie za przyprawê. Teoretycznie mo¿na smarowaæ miêso popio³em z ogniska i te¿ bêdzie smaczne. Niemniej w klimatach ciep³ych brak soli jest bardzo grozny. Byæ mo¿e te¿ w klimatach ch³odnych d³ugotrwa³y brak soli równie¿ mo¿e byæ grozny.
To by zgadza³o siê z odciêciem przez Nimmeth Wielkiego Lasu od morza wiele dziesiatków lat temu. Brak soli.
Kurwa maæ, zaklê³ a Achaja. Czy naprawdê mo¿na wykoñczyæ kogos zwyk³a kuchenna sola? Co oni w tym wywiadzie... Oszaleli?
Wyjê³a kolejny dokument. To by³ list od Biafry:  

"Achajko, pani major, ksiê¿niczko moja. Problemy masz trzy: po pierwsze zadanie do wykonania, po drugie piechotê i konnicê, która bê dzie z Toba oraz po trzecie czarownicê Arnne - pewnie ju¿ ja pozna³as. Zadanie jest takie: spróbuj siê z nimi dogadaæ. Wiem, ¿e potrzebuja okrutnie soli i stali. Damy im sól. Damy im stal. Nawet narzêdziowa, jesli otworza trakt do Chorych Ludzi. Pewnie potrzebuja ca ej masy innych produktów. Dostana wszystko! Jesli tylko zgodza siê na otworzenie traktu handlowego. Na dowolnych warunkach. Niech sami decyduja, co bêdzie wolno, a co nie, jakie c³a, myta, op³aty. Musimy mieæ ten szlak, to dla nas by albo nie byæ! Jesli nie... Spalimy skurwysynów. Byæ mo¿e dokoñczy wypaleñ ju¿ Luan, który nas zajmie, ale dla nich to bez ró¿nicy, prawda? Chorzy Ludzie te¿ fajcza te sliczne drzewka po swojej stronie.
Zrób co mo¿esz, ¿ eby siê dogadaæ. Jak nie... Ka¿ paliæ i wracaj. Mamy nó¿ na gardle, wiêc, gdyby jednak dosz³o do rozmów, musisz im uzmys³owi , ¿e skierujemy na nich wszystko, co mamy, nawet piêæ dywizji wycofamy z luañskiego frontu, eby przeprowadziæ koncentryczny atak i spopieliæ im te ukochane knieje. To ju¿ ich koniec, jesli nie bêda chcieli gadaæ. Musisz im to uzmys³ owiæ. Kupilismy w Luan nowy metal zwany magnezem, który p³ onie tak, ¿e czarownik nie zdo³a go zgasiæ. Jesli chca mieæ tysiac pochodni z magnezu wetkniêtych w dupê, to sa na najlepszej do tego drodze.
I jeszcze jedno. W za³aczeniu masz papier podpisany przez... wiesz kogo... który pozwala ci na przejêcie dowodzenia w razie czego. U¿yj tylko w ostatecznosci, ¿eby w razie wpadki nie by³o na nas. W za³aczeniu masz te¿ wyszczegó lnienie wszystkich rozkazów dla dowó dztwa obozu warownego - przeczytaj i spal, ¿ eby potem armia nie pyskowa³a znowu, ¿ e zwiad zna z góry ich tajne rozporzadzenia.
Nie ryzykuj. Wracaj szybko.
Powodzenia - Biafra"  

Achaja zerknê³a na listê rozkazów i j knê³a cicho. Schowa³a wszystkie papiery do teczki i przewróci³a siê na wznak. Kiedy zdmuchnê³a lampkê, nik³e swiat³o gwiazd zacz ³o przebijaæ przez p³achtê namiotu. Jej mysli p³ynê³y coraz bardziej leniwie. Ciekawe, co siê czuje, jak ogarnia cz³owieka tamten dziwny dym? Ciekawe, co siê czuje, jak siê umiera...?

Rozdzia³ 11
B
atalion piechoty posuwa³ siê niespiesznie w stron lasu. Ca³a jednostka zosta³a przeformowana i sk³ ada³a siê teraz z dwóch wzmocnionych kompanii piechoty oraz kompanii specjalnej, z³o¿ onej z plutonu sztabu i dwóch plutonów saperów. Trzysta dziewczyn w pancerzach, z mieczami i kuszami, bo piki kazano im zostawiæ. Przy sztabie by³ pluton Achai, za nim, w odleg³osci jakichs trzystu krok w, posuwa³ siê batalion kawalerii. Dalej za nimi, na wzgórzu, sta³y pozosta³e dwa bataliony pu³ku jako odwody i zabezpieczenie.
Okolica przedstawia³ a ponury widok. Od rana posuwa³y si przez wypalony teren. Najpierw by³y jeszcze jakies pola uprawne, wioski. Potem "las" wypalonych pni, jakies malutkie krzaczki i trawa, a teraz ju¿ tylko suche kikuty drzew. Wszystko wokó³ pokrywa³ popió³ swie¿ego pogorzeliska. Chusty, które ka¿ da ¿o³nierz musia³ a za³o¿yæ na twarz podczas ataku, przyda³y siê ju¿ tutaj; wzbudzony nogami popió³ dusi nie gorzej od dziwnego " dymu" obcych.
Major piechoty przygalopowa³a do zwiadu i zasalutowa³ a Achai.
- Wchodzimy z marszu, proszê pani. Jakies sugestie?
By³a wyraznie wsciek³a, ¿e musi jezdziæ na posy³ki i pytaæ oficera ró wnego sobie stopniem tylko dlatego, ¿e tamta by³a w zwiadzie i by³a ksi ¿niczka.
- Mam jedna. - Achaja siêgnê³a do juków i wyciagnê ³a swój buk³ak. - Sugerujê, ¿eby pani wziê³a ³yka.
Tamta rozesmia³a si . Przyjê³a naczynie i pociagnê³a ostro, sciagnawszy przedtem chustê z twarzy. Jakies tam niewielkie lody zosta³y prze³ amane.
- Co to za wojsko?
Tamta odda³a buk³ ak.
- Same weteranki. Tak jak by³o w rozkazie - westchnê a ciê¿ko. - Ale ci w dowó dztwie... - Zawaha³a siê.
- Proszê siê nie krêpowaæ w u¿ ywaniu dowolnych okresleñ dotyczacych naszego dowództwa.
Znowu usmiech.
- To naprawdê sa weteranki. Ale wszystkie zosta³ y wycofane z luañ skiego frontu, jak zosta³y ranne, na urlopy i tak dalej. Nigdy nie walczy³y razem, jako jeden oddzia³.
- O, Bogowie - jêkn ³a Harmeen. - Napisa³yscie testamenty, dziewczyny?
- To dobrzy ¿o³ nierze - wtraci³a major piechoty. - Jak siê rozpierzchna w ucieczce, to naprawd nie bêdzie ich wina.
- Swietnie. - Harmeen przejê³a buk³ak Achai. - Zginê z winy dowó dztwa. Czyli jak zwykle zreszta.
- A du¿o ju¿ razy zginê³as? - spyta³ a Lanni.
- S³uchajcie, szlag! - Achaja odebra³a im buk³ak i pociagnê³a sama. - Spróbujmy wyniesæ z tego jakos nasze ty³ki. Pani major, czy mo¿ emy podciagnaæ pluton zwiadu w pobli¿e dowództwa operacji?
- Myslê, ¿e spotka siê to z du¿a przychylnoscia. Wzmocnienie plutonu sztabowego jest w tej sytuacji wysoce wskazane.
- Dobra. Lanni, rusz ludzi do przodu. Shha. Ka¿ napinaæ kusze. Harmeen, my dwie do sztabu.
Pusci³y konie w galop, mijajac saper w prowadzacych mu³ y obcia¿one beczu³ kami. Ka¿da z beczu³ek zawiera³a smo³ê, ka¿da by³a przywiazana do zwierzêcia dosæ kr tkim sznurem. Wystarczy³o ja zrzuciæ z grzbietu, wybiæ dziurê ciosem siekiery i podpaliæ. Mu³, podgrzewany od ty³u, zaczyna³ biec rozlewajac p³ onaca smo³ê i podpalajac las. Wredne rozwiazanie, jesli chodzi o zwierzêta. Wrednie skuteczne rozwiazanie, jesli chodzi o podpalanie lasu. Przynajmniej na æ wiczeniach.
- Pani pu³kownik! - zasalutowa³a Achaja, zatrzymujac konia.
- Pani major, moja ksiê¿niczko! - odpowiedzia³a na salut pu³kownik piechoty.
- Wchodzimy z marszu?
- P³ytkie rozpoznanie. Chyba ¿e pani woli u¿yæ swojego plutonu.
Achaja st³umi³a przekleñstwo.
- Podciagnê³am go w pobli¿e sztabu. Jakby te weteranki z piechoty zaczê³y nagle pierzchaæ...
B³ad. Pani pu³kownik zacisnê³a szczê ki.
- To dobre wojsko, pani major. Ale cieszymy siê ze wzmocnienia kompanii waszym plutonem. Daliby Bogowie, bê dziemy mia³y czas przynajmniej siê pomodliæ.
Achaja przymknê³a oczy. Czy w ka¿dej armii musza istnieæ animozje pomiêdzy poszczególnymi formacjami?
- Pozwoli pani - zwr ci³a siê do Arnne. - Czy pani cos czuje?
- Owszem - odpar³a czarownica. - Zmêczenie.
- A - wskaza³a ruchem g³owy na las - obecnosæ tam jakichs czarownikó w?
- Nie wyczujê ¿ adnego czarownika, jesli ten nie u¿yje magii. W tej chwili jest tam pusto jak na targowisku w srodku nocy.
- Dziêkujê paniom - mruknê³a pu³ kownik. - Za wyczerpujace informacje wywiadowcze, jakich dostarczy³ nam zwiad. Jak zwykle zreszta. Posprzata po was zwyk³a piechota.
Achaja usi³owa³a trzymaæ usta zamkni te na skobel. Harmeen patrzy³a gdzies w bok. Oficerowie wokó³ usmiechali siê lekko.
- Dobrze. - Pu³kownik odezwa³ a siê g³osniej. - Porucznicy do swoich plutonów! Pani kapitan, pani obejmie dowództwo szpicy. Pani major podciagnie saperów w pobli¿e. Wchodzimy!
Rozleg³y siê ostre gwizdki chora¿ych i sier¿antów. Pierwsza kompania zag³êbia³a siê w las. Kurwa! Achaja przypomnia³a sobie atak luañskiej piechoty, podczas kiedy jej oddzia³ by³ ukryty miêdzy drzewami. Podjecha³a do czarownicy.
- Czy...
- Zechce pani powstrzymaæ emocje - przerwa³a jej Arnne w pó³ s³owa. - To mi przeszkadza.
- Chcia³am spytaæ, czy mo¿e pani przekazaæ im jakies informacje?
- Jakie?
- ¯e chcemy siê dogadaæ.
- A komu?
- No, mieszkañcom Wielkiego Lasu.
- A w jaki sposób?
- O, kurwa jebana w dupê maæ! - Achaja zawróci³a konia, wracajac do plutonu. - Dziewczyny! Trzyma ty³ki scisniête, napiaæ kusze i wykonywaæ rozkazy! Wszystko jasne?
Shha skinê³a g³ owa z usmiechem.
- A czemu nie dzis? - spyta³a. - Czym niby ten dzie ró¿ni siê od dnia naszej smierci? A mo¿e w³asnie to ju¿, co?
- Kocham ciê, Shha!
- Nie jestem co prawda ch³opcem. Ale doceniam, siostrzyczko.
Usmiechnê³a siê. O ile mog³a oceniæ na oko, pluton by³ srednio trzezwy. Zwiad zawsze mia³ wiêksze mo¿liwosci zdobycia wódki w porównaniu z piechota. Wiêkszy ¿o³d, wiê kszy spryt, wiêkszy strach budzony u pokatnych kupców. A mo¿e i dobrze? W koñcu nie by³o prawa, ¿e trzeba umieraæ bêdac trzezwym. Nawet wredni Bogowie czegos takiego nie ustanowili. Jakas tam ³aska, choæby szczatkowa, zosta³a jednak ludziom dana.
- No, baby! Poka¿ emy im, ¿e jestesmy najlepszym plutonem dywizji górskiej! Pieprzyæ zwiad! Poka¿emy tym g³ upim gnojom z lasu, e nasza macierzysta jednostka wys³a³a nas tutaj, ¿eby im uzmys³owiæ wreszcie, gdzie ich miejsce! ¯eby im pokazaæ, ¿e lizanie naszych butó w ma byæ odtad ich g³ównym zajêciem!
- Aaaaaaaa! - zawy³ pluton.
- Tak! Nasza Kró lowa powiedzia³a mi wyraznie: Achaja, masz wziaæ swój pluton i pokazaæ tej swo³oczy, jak maja lizaæ nasze buty. Proszê, powiedzia³ a, ¿eby nie zabiæ ich wszystkich pierwszego dnia, bo przyjemnosci nie bê dzie. Powiedzia³a to dwa razy. Powiedzia³a: Achaja, jak ich wszystkich zapierdolicie od razu, to wam kosci porachujê!
- Aaaaaaaa! - wrzasna³ pluton.
- Ale ja was zwalniam z tego przyrzeczenia. Róbcie co chcecie, dziewczyny! Róbcie co chcecie. Wielki Las le¿y przed wami. Wasz! Ca³y wasz! A jakby was ktos o ³ askê prosi³, to powiedzcie, ¿e kredyt wczoraj, niestety, cofnêli. Powiedzcie im, ¿e to, co czuja w swoich ustach, to nie jest fasola. Ten dziwny smak, to sa ostrza waszych mieczy! I nawet jak wyjmiecie, to i tak nic im z dalszego ¿ ycia nie bêdzie! Po prostu poka¿cie im, ¿e ich kochacie. ¯e ich kochacie, tak jak smieræ kocha cz³owieka. Szczerze!
- Aaaaaaaa!
Achaja zawróci³a konia i ruszy³a ku linii drzew. Harmeen dogoni³a ja jednak.
- To by³a jedna z ciekawszych mów, jakie s³ysza³am przed bitwa.
- Dziêki. Filozof Theu zawsze twierdzi³, ¿e do wojska nale¿y mówi w sposób wulgarny.
- Nie wiem jak filozof Theu. Ale te twoje baby trochê wytrzezwia³ y. Nie chodzi mi o wó dkê, raczej o strach.
- Czas poka¿e.
Wjecha³y pomiêdzy pierwsze drzewa. Ogarna³ je lekki ch ód. Zrobi³o siê ciszej - po prostu wiatr nie dociera³ miê dzy splatane ga³ê zie.
- Ale gêstwina. - Achaja podjecha³a bli¿ej do oficerskiej swity.
Arnne zrówna³a z nia konia.
- Przykro mi, ale mam ju¿ naprawdê dosyæ pani wulgarnych wyzwisk! - warknê³a.
- Przepraszam - powiedzia³a Achaja ugodowo. - Ale proszê zrozumieæ, ¿e to jest wojsko. A poza tym zadanie i nerwy...
- Ach - przerwa³a jej tamta. - Pani siê zastanawia, czy przejaæ dowodzenie?
Achaja oniemia³a.
- Skad pani wie, ¿e mam ten papier? Czyta pani w moich myslach?
- Owszem - usmiechnê ³a siê Arnne. - Ale proszê mi wierzyæ, nie trzeba do tego ani trochê sztuki czarnoksiê skiej.
- Chyba nie rozumiem.
- To proste. Jest pani jedynym oficerem, który jecha³ d³u¿szy czas, trzymajac palec w ustach. Ja pani nie cierpiê, ale muszê uczciwie przyznaæ, ¿e nie wyglada pani na kogos, kogo mo¿na przestraszyæ albo zahukaæ. Stad prosty wniosek, ¿e skoro a¿ tak nie mog³a pani opanowaæ odruchów, to by³a to jakas bardzo powa¿na kwestia. A reszta to ju¿ wy³ acznie czysta kalkulacja. Major zwiadu, a do tego ksiê¿niczka, pod rozkazami pu³ kownika piechoty. Trudno sobie wyobraziæ bardziej dziwna hierarchiê, chocia¿ od strony s u¿bowej nie mo¿na jej niczego zarzuciæ . Ci, którzy pania tu wys³ali, a konkretnie pan Biafra, to naprawdê inteligentny cz³ owiek. Jesli akcja siê nie uda - to wina piechoty. Jesli siê uda, zwiad przejmie dowodzenie i po³o¿ y swoje ciê¿kie ³ apsko na dalszym rozwoju spraw. - Arnne usmiechnê³ a siê cynicznie. - Jesli mogê cos radziæ. Niech pani nie przejmuje dowodzenia do samego koñca. Jesli ju¿ zamierzacie zrobiæ to swiñstwo pani pu kownik, niech to bê dzie swiñstwo konsekwentne.
Achaja potrzasnê³a g³owa. Równie¿ nie cierpia³a czarownicy, ale musia³a przyznaæ, e tamta jest dosæ trzezwa w swoich przemysleniach. D³u¿sza chwilê jecha³y w milczeniu. Potem Arnne zerknê³ a na nia spod oka.
- Chce pani wiedzieæ , co siê stanie, prawda?
Achaja nie odpowiedzia³a. Jeszcze w Troy rozmawia³a wielokrotnie z czarownikiem Meredithem o sprawach magii. Wiedzia³a, ¿e przysz³osci nie da siê przewidywaæ. Wielki mag móg³ czasem doznawaæ "b³ysków" , siêgaæ w przysz³ osæ nawet o tysiace lat. Ale to nie by³a "prawdziwa przysz³osæ" - to by³y tylko mo¿ liwosci. Nikt nie zna³ s³ó w, ¿eby dok³adnie to okresliæ. Sami czarownicy nazywali to " teoretycznie mo¿ liwa przysz³ oscia" i sami te¿ smiali siê z tego okreslenia. Czasem mo¿na by³o porozumieæ siê z nienarodzonym jeszcze cz³owiekiem. Nie s³owami oczywiscie. Mo¿na by³o poczuæ jego bliskosæ, jesli by³o siê w miejscu, gdzie tamten pojawi siê za setki lat i na przyk³ad g³êboko zamysli. Nikt nie wiedzia³, czy taki cz³owiek narodzi siê rzeczywiscie. Ale móg³by siê narodziæ, a sam fakt kontaktu móg³ pokazaæ pewne konfiguracje, " teoretycznie mo¿ liwe", cha, cha, cha.
Arnne odchyli³a siê w siodle i przymknê ³a oczy. B³ysk? Ona naprawdê sama potrafi wywo³ aæ b³ysk i nim pokierowaæ? Meredith twierdzi³, ¿e to niemo¿liwe. Ale on by³ mê¿ czyzna. Babska magia wyglada a zupe³nie inaczej. Jak to okresla³: "prowokowa³a wiêcej mo¿liwosci - a¿ tyle, ¿e mo¿ na by³o zagubiæ si w ich gaszczu" . Czarownica podrapa a siê w policzek. Ciekawe, czy to jakis rytua³, czy zwyk³y komar? Podrapa³a siê w szyjê, potem w brew i w kark. Mrówki ja oblaz³y? Drgnê³a nagle i otworzy³a oczy. A potem zrobi³a min , jakby zobaczy³a cos obrzydliwego. Spojrza³a na Achajê trochê nieprzytomna.
- Zobaczy³a pani cos?
- Tak. - Skrzywi³a siê jeszcze bardziej.
Wyglada³a na kompletnie rozbita.
- A¿ tak zle?
- N... nie... Nie wiem, co siê stanie - zajaknê³a siê. - Zobaczy³am siebie sama na tej drodze poza lasem. - Wskaza³a kciukiem kierunek za plecami. - Siebie. Kompletnie naga!
E... To nie ¿aden b³ysk, pomysla³a Achaja. Zwyk³e fantazje seksualne, a raczej "niezwyk³ e", bo chodzi³ o o dziewicê. Kompletnie go³a na drodze. Podnieca³o ja to? Zaraz. Chloe, przynajmniej jak twierdzi³a Shha, te¿ by³a dziewica. Trzeba ja spytaæ, czy kiedykolwiek wyobra¿a³a sobie siebie sama go³a na publicznym trakcie.
- Przepraszam na moment. - Achaja zawróci³a konia. Szybko podjecha³a do swojego plutonu.
- Shha, za³ó¿ mi tê rêkawicê.
- Chodz bli¿ej. - Sier¿ant wyjê³a ¿elastwo z juków i zaczê³a montowaæ na lewej rêce siostry.
Achaja nachyli³a si i szepnê³a:
- S³uchaj, czy Chloe naprawdê jest dziewica?
Shha jak stara, doswiadczona spiskowiec nachyli³ a g³owê, ¿eby ukryæ usta.
- No! - tchnê³a wprost do ucha. - Jest. A co?
- A mog³abys ja delikatnie wybadaæ, co ona sobie wyobra¿ a, no wiesz... Czy kiedykolwiek widzia³a siebie go³ a na drodze, co?
- Na drodze, go³a? O, ¿esz ty. Pani pu³kownik o to pyta³a?
Dziewczyna potrzasnê ³a g³owa zdziwiona.
- Nie. Ja chcê wiedzieæ.
- Dobra. Sama nie spytam, bo mnie, ma³pa, nie lubi. Ale poslê Sharkhe. One siê cos skuma³ y ostatnio.
- Tylko, kurde, ¿ eby ca³y pluton o tym nie gada³.
- No. Nie ma sprawy.
- A mo¿e lepiej Mayfed wys³aæ? Ona jest taka rozsadna.
- Nie. Mayfed jest skumana z Zarrakh. A jak Zarrakh siê dowie, to zaraz ca³ a armia Arkach bê dzie o tym gadaæ. A nawet w Luan, po karczmach, bêda o tym spiewaæ minstrele. Nawet Król Troy ka¿ e to wyryæ na kamiennych tablicach. Ona ma jêzyk po kolana. A ostry jak dahmeryjski miecz. Jak siê Chloe wygada, to ja zabija potem ozorami.
- Dobra.
Nie dokoñczy³a. Oddzia³ stana³ nagle i z przodu rozleg³ siê dzwiê k traby.
- Szlag! Pózniej pogadamy.
Achaja szarpnê³a wodzami. Galopowa³a do sztabu, s³yszac jak herold og³asza mieszkañcom lasu przybycie poselstwa z Arkach. £ga³ jak pies. ¯adnego pos³a nie by³o. Ale pu³kownik mia³ a swoje pe³ nomocnictwa, a Achaja (choæ ukryte g³êboko w torbie) swoje.
Nastrój, który panowa³ w sztabie, nie przypomina³ nastroju poselstwa.
- Pani kapitan, skad wieje wiatr?
W lesie nie mo¿na by³o wyczuæ wiatru. Rozleg³y siê trzy ostre, przenikliwe do granic mo¿ liwosci gwizdki. Spod lasu, od pozostawionych tam oddzia³ów dobieg³ ich inny, modulowany dzwiêk gwizdka.
- Z zachodu, pani pu kownik!
- Dobrze. Pani major, mu³y z beczkami na lewa stronê. Niech saperzy trzymaja siekiery w pogotowiu!
- Tak jest!!!
- Niech zbli¿a batalion piechoty do samej granicy lasu!
- Tak jest! - Nowy modulowany gwizd.
- Pierwsza kompania, wachlarz! Druga kompania, rygiel!
- Tak jest!
- Okopujemy siê?
- Tu? Czy pani sni na jawie?
- No to... - odwa¿y³a siê major. - To po co nam drugi batalion przy lesie?
- ¯eby wyrabaæ korytarz w razie czego. Nie bêdê sciagaæ ich strza³ na siebie, bo i tak przez te ga³êzie niewiele przeleci. - Pu³kownik odwró ci³a g³owê. - Pani major zwiadu! - zawo³a³a. - Moja, psiamaæ, ksiê¿niczko!
- Tak jest! - zameldowa³a siê Achaja.
- Czy jest pani w stanie zrobiæ p³ ytkie rozpoznanie?
Kurwa! Ta g³upia cipa chce wystawiæ jej ludzi! Niedoczekanie, krowo!
- To niemo¿liwe w tych warunkach, pani pu³kownik.
- Znam regulamin ró wnie dobrze jak pani. Pytam, czy mo¿e pani wys³aæ kilku o³nierzy do kontroli terenu?
- Tak jest! - ryknê a Achaja. - Sier¿ant Shha, do mnie!
Sama jednak powodowa a wierzchowcem tak, ¿eby oddaliæ siê od sztabu choæ o kilka kroków.
- Tak jest! - wywrzeszcza³a Shha. - Sier¿ant Shha melduje siê na rozkaz!
- Przeka¿ Lanni, ¿ e rozkaz to lipa. Dwa kroki, nie wiê cej i chodu nazad - szepnê³a. - Rozsypaæ pluton! - zawy³a na u¿ytek oficerów sztabu. - Porucznik Lanni, do mnie!
- Tak jest! - krzykn ³a Lanni.
- P³ytki zwiad dwó jkami w trzech kierunkach. Rozpoznaæ teren, na szesædziesiat krokó w!
- Tak jest!
Shha na szczêscie zda¿y³a doskoczyæ i szepnaæ cos Lanni do ucha. Szesæ dziewczyn ze zwiadu ruszy³o w krzaki. Szesæ trupów mniej. Wszystkie ukry³y si jak mog³y, odczeka³y i wróci³ y, meldujac, ¿e teren czysty.
- Ty ma³po! - syknê ³a pu³kownik do Achai, tak, ¿eby inni nie s³yszeli. - Jeszcze porachujê siê z toba, dziwko!
Dobrze wiedzia³a, jak naprawdê wyglada³ zwiad. Ale czego chcia³a? Szesciu niepotrzebnych trupó w? Ka¿dy, kto nie by³ urodzonym idiota, wiedzia³, ¿ e po zapowiedzi herolda obce si³y zaciska³y krag wokó ³. A ich liczebnosci dw jkowy zwiad i tak by nie odkry³.
- Saperzy! Dziesiêæ kroków w przód!
Porucznik pierwszego plutonu saperów poca³owa³a jakis amulet i posz³a pierwsza ze swoimi ludzmi. Za nia drugi pluton i ubezpieczenie.
- Harmeen.
Kapitan zwiadu podskoczy³a natychmiast.
- Jak siê zacznie - szepnê³a Achaja - przejmiesz mój pluton. Lanni jest fajna, ale za m³oda. Poniesie ja, uderzy frontalnie i straci ludzi. Naprawdê wiem, do czego jest zdolne to za bardzo odwa¿ne dziecko.
- Dobra, kotku.
- I jeszcze jedno. Jak tylko poczujecie dziwny zapach, wszystkie zsiadajcie z koni.
- Bogowie! To wbrew regulaminowi!
- Zamknij siê, Harmeen. To ja czyta³am tajne papiery, nie ty. Jak ju¿ zsiadziecie, to przy³ó¿cie koniom mieczami po zadach, niech rusza w panice i zdezorganizuja tamtych. Potem róbcie jak w rozkazach dla piechoty, siadajcie na ziemi, plecami do siebie, kusze i tak dalej. Nie macie tarcz. Wiem. Ale pamiêtaj. Bêdziesz mia³a za plecami wyrabany korytarz. Pu³kownik siê wygada³a. Myslê, ¿e sa umó wione z majorem z drugiego batalionu. Harmeen, pamiêtaj. Drugi batalion bê dzie wyrabywa³ korytarz cokolwiek siê stanie! Tak se wczesniej piechociarki ustali³ y. Wiêc uratuj te moje siksy z plutonu. Proszê ciê.
- Dobra, kotku. Niech mnie potem pod sad nawet za z³ amanie regulaminu w obliczu nieprzyjaciela.
- Harmeen. Nikt nie bêdzie swiadczy³ przeciwko tobie. To sa naprawdê fajne dupy. Tylko szepnij s³ó wko Lanni, a... jak siê Lanni nie uda, to powiedz sier antowi. Ona niezbyt inteligentna, wiêc wyt³umacz jej powoli i dok³adnie, a potem ca³y pluton zezna, co bêdziesz chcia³a.
- Nie ma sprawy, kotku. A ty?
- Ja muszê byæ przy tej czarownicy, której siê zwiduje w³asny ty³ek wystawiony na drodze. Ale nie bój siê, nie zamierzam po³o¿ yæ tu g³owy.
- Trzymaj siê. - Harmeen zawróci³ a konia i do³aczy³ a do plutonu.
Achaja pok³usowa³a znowu do sztabu. Robi³o siê coraz ciemniej, wieczór zapada³ powoli. Drzewa wokó³ przybiera³y coraz bardziej fantastyczne kszta³ ty. Saperzy rozgrzewa³y w przenosnych piecykach ¿elazne prêty, które mia³ y s³u¿yæ do rozpalenia tych dziwnych swiec z magnezu. Herold nawo³ywa³ znowu. Nikt w sztabie nie mia³ jednak watpliwosci co do skutecznosci jego krzyków i trab. Inaczej na sprawy patrzy siê, siedzac w pa³acu w stolicy, inaczej stojac w lesie z mieczem w garsci naprzeciw nieznanych potworów. Byæ mo¿e dogadanie siê i uk³ady by³y naprawdê jedynym rozsadnym wyjsciem wed³ug praw logiki stosowanej, która uprawia³ sztab generalny. W lesie, wsród drzew, patrzac zza w asnej, trzymanej coraz bardziej spotnia³a d³onia tarczy, mia³o siê wra¿enie, ¿e sprawy wygladaja jednak inaczej.
Herold umilk³ w pó s³owa. Zakrztusi³ siê... od strza³y tkwiacej w gardle.
- Zaczyna siê - powiedzia³a pani pu kownik spokojnie.
- Nie - mruknê³a Achaja - to tylko ich zwiad. Jakis szczyl odpali³ z ³uku, bo mu nerwy zagra³y.
Pu³kownik zerknê³ a na nia spod oka.
- Mo¿e i tak. W ka¿dym razie gada nie chca. Pani Arnne - zwróci a siê do czarownicy. - Niczego pani nie czuje?
- Kompletnie.
- Dobra. Cofamy siê.
- Rygiel w ty³! Wachlarz na moja prawa! - ryknê³a pani kapitan.
Pu³kownik wsadzi³a dwa palce do ust i gwizdnê³a na kapitan saperów.
- Odcinaæ bary³ki! - krzyknê³a, a potem doda³a ciszej do otaczajacych ja oficerów. - No, drogie panie, zaraz tu siê bê dzie slicznie paliæ .
Saperzy odciê³y rzemienie i bary³ki ze smo³a opad³y z grzbietów zwierzat. Teraz ³aczy³y je z mu³ami jedynie dosæ krótkie sznury. Siekiery i specjalne piecyki by³y przygotowane. ¯o³nierze napina³ y wielkie kusze z kilkoma be³tami ka¿ da, o specjalnych, palnych koñcówkach zamiast grotów.
- Co tak smierdzi? - spyta³a pu³kownik.
- Smierdzi? Szlag! - Achaja odruchowo pociagnê³a nosem, ale niczego nie czu³ a od czasu, kiedy Kr tki za³atwi³ jej nos tym swoim specyfikiem. - Jednak atakuja.
- Co? - Pu³kownik zawaha³a siê tylko przez króciutki moment. - Odpalaæ! Odpalaæ wszystko! - ryknê³ a. - Pierwsza i druga kompania... Je¿!!!
Saperzy uderzeniami siekier wybi³y dziury w beczu³kach, a potem zapali³y smo³ê. Szesædziesiat demon w ognia runê³o w las, dajac poczatek szesædziesiêciu p³ onacym potokom. Chwilê potem odpali y z kusz ognistymi pociskami.
- Siadaæ, siadaæ! Formowaæ je¿e! - krzyczeli oficerowie do ¿o³nierzy piechoty. - Szmaty na twarz! Spokój! Wszyscy spokój! Nic siê wam nie stanie, ¿o³ nierze!
Achaja zeskoczy³a z konia wraz z reszta sztabowców batalionu. Podczas kiedy adiutanci pêtali konie, zawiazywa³a sobie na twarzy gê sto zwiniêta zmoczona w wodzie szmatê. Stojaca tu¿ obok major piechoty dosta a strza³a i upad³ a na wznak, rozk³ adajac rêce.
- Padnij!
Obie z Arnne opad³y na kolana i obie naraz zarobi³y dwie nastêpne strza³y. Arnne dok³adnie pomiêdzy piersi, a Achaja w ty³ek. Obydwie mia³y jakies nieprawdopodobne wrê cz szczêscie. Arnne mia³a zawieszony na szyi ¿ elazny amulet, ty³ ek Achai os³oni³a skórzana torba, grubo wypchana tajnymi papierami. Chwilê pózniej piechociarki os³oni y je tarczami.
- O, mamusiu! - jê cza³a Arnne, wyciagajac strza³ê. - Mamo...
Achaja chwyci³a swoja strza³ê, któ ra przebi³a wypchana torbê i wesz³a w posladek mo¿e na g³êbokosæ po³owy paznokcia raptem.
- Jestesmy w czepku urodzone - szepnê³ a.
- Mamo, mamo...
Robi³o siê coraz ciemniej. Gryzacy w oczy, dziwny dym rozprzestrzenia³ si coraz bardziej. Achaja usiad³a za Arnne i przycisnê³ a szmatê mocniej do jej ust.
- Nic nie mów teraz! Spokojnie.
Rozpalone w miê dzyczasie pochodnie zaczê³y nagle gasnaæ.
- Zapalaæ magnez! - krzyknê³a pu³ kownik.
Saperzy wyjmowa³y z piecyków roz¿ arzone ¿elazne prê ty i wk³ada³y je do specjalnych metalowych tulei. ¯adna z magnezjowych pochodni nie chcia³ a jakos zap³onaæ. Widocznosæ by³a coraz gorsza. Mru¿ac ³zawiace oczy, mo¿na by³o dostrzec cz³owieka, który znajdowa³ si najwy¿ej kilka kroków dalej. Dym przypomina³ gê stniejaca mg³ê, by ch³odny, jakos dziwnie duszacy. Ale to nie by³o szczególnie przykre uczucie. Tak jakby cos miê kkiego stanê³o w gardle, albo jakby siê dosta³o lekkiej chrypki. Kilka osób obok rozkaszla³o siê jednak.
- Opanujcie siê! - warknê³a pani pu³ kownik. - Nie wdychaæ tego swiñstwa!
Czyjs koñ dosta³ strza³a i zacza³ szaleæ. Pozory spokoju w sztabie pêk³y momentalnie.
- Kurwaaaa!!! Niech ktos go opanuje!
- Dobiæ!
Krag tarcz piechociarek rozerwa siê momentalnie. Zaswiszcza³y kolejne strza³y. Nie widaæ by³o ju¿ kompletnie niczego. Jesli siê wyciagnê o rêkê do przodu, to w³asna d³oñ niknê³a w nieprzeniknionych ciemnosciach. Ka¿dy znalaz³ siê w indywidualnym, kompletnie nieprzejrzystym kokonie ciemnosci. Z szalejacym z bólu koniem w pobli¿u, ze zrywajacymi siê pozosta³ymi, wsród panikujacych, duszacych siê ludzi. Achaja mia³a nadziejê, ¿e pozosta³ym kompaniom powodzi si lepiej. Arnne chcia³a siê wyrwaæ, ale trzyma³ a ja ¿elaznym chwytem. Teraz w³asnie nie wolno by³o siê ruszaæ.
Pu³kownik piechoty pokaza³a jednak klasê. Us³ysza³y jej donosny g³os:
- ¯o³nierze, kolby kusz oprzeæ o ziemi ! Podniesienie na ³ okieæ. Uwagaaa... Strzelaj!
Swist be³tów prujacych powietrze zla³ siê z kilkoma okrzykami trafionych. Achaja domysla³a si , skad to dziwne ustawienie kusz. Tamta nie chcia³a, eby dosta³o siê ¿ o³nierzom z innych kompanii. Ale jesli ktos atakowa³ w³asnie i by³ o kilka kroków, zarobi³ na pewno. Cos wpad³o miêdzy i tak szalejace konie. Ktos strzeli³ w panice. Achai wydawa³o siê, ¿e strza³a przelecia³a tu¿ obok jej twarzy. Wywróci³a siê, ciagnac Arnne.
- Czujesz cos? - syknê³a.
- Tak! Boli mnie strasznie mostek.
- Czy czujesz jakichs czarowników, krowo?!
- Pieprz siê! - Arnne pokaza³a, ¿e plugawe przekleñ stwa wbrew pozorom wcale nie sa jej obce. - Odwal siê, ty suko!
Cos wpad³o pomiê dzy ¿o³nierzy i zaczê³o ich zabija . Jednak tym razem, w przeciwieñstwie do samotnej stra¿nicy zwiadu, rozleg³y si ostre gwizdki oficerów.
- Do mnie! Do mnie! o³nierze, do mnie!
Ktos p³aka³ g³ osno. Ktos jêcza³, ktos wy³ z bólu. Parê osób kaszla³ o ciagle, ktos wzywa pomocy. Czyjas noga nadepnê a Achajê, swisna³ miecz, ale na szczê scie obie z czarownica le¿a³y na ziemi. W³ascicielem miecza musia³ byæ ¿o³ nierz piechoty, a nie potwór - powtó rny cios nie pad³, poprawki nie by³o.
- Tu druga kompania! Tu druga kompania! - rozleg³y siê krzyki w oddali. - Nie strzelaæ! Wycofujemy siê.
Cos swisnê³o nad g owa Achai. Nie mia³a pojêcia co. Sciagnê³a z ust szmatê i pusci³a Arnne - to cos, co odurza³o w dymie, nie mog³o ju¿ dzia aæ.
- Tu druga kompania! Kole¿anki! Nie strzelajcie!!!
Niby kto mia³ strzelaæ? Kompania sztabowa stanowi³a jedno wielkie k³ê bowisko wpadajacych na siebie i przewracajacych siê cia³. Cos mordowa³o ¿o³ nierzy, ale nawet ci, którzy skupili siê wokó³ ocala³ych oficerów, nie byli w stanie temu przeciwdzia³aæ. Rzeczywista walka niezbyt przypomina³ a symulacjê.
- Tutaj! Tutaj! - krzycza³a pu³ kownik. - Wszyscy, co ¿yja, niech biegna w stron drugiej kompanii!
- A gdzie to, kurwa, jest? - spyta³a Achaja.
- Kapitan! Czy jest tu kapitan?
- Jestem... - rozleg³ siê czyjs zduszony g³ os.
Dziewczyna musia³a byæ ranna.
- Masz jeszcze gwizdek?
- Mam!
- Podaj komendê do drugiego batalionu: Strzelaæ na mnie!!! Niech strzelaja w miejsce skad gwi¿d¿ esz - Pu³kownik kaszlnê³a nagle, potem jêknê³a. Musia³a czyms dosta . - Wszyscy niech... strzelaja w moje pozycje! - powiedzia a jeszcze zduszonym g³osem.
Dzwiêk gwizdka nie by³ tak przenikliwy jak poprzednio. Dym musia³ go g³ uszyæ. By³ jednak wystarczajaco g³ osny, bo po chwili us³ysza³y gwizdki batalionu, który zosta³ pod lasem.
- Bogowie! Jak to: strzelaæ w nas? - j knê³a jakas dziewczyna. - Przecie¿ nie jestesmy okopane.
- Kryæ siê pod tarczami! - ryknê³ a Achaja. - Jak któras zgubi³ a tarczê, braæ najbli¿szego trupa na plecy i biegiem do drugiej kompanii!
- Ale, kurwa, gdzie to jest?! - powtó rzy³ ktos jej poprzedni okrzyk.
Trzysta strza³ zaswiszcza³o w powietrzu. Wiêkszosæ zatrzyma y ga³êzie, ale i tak smiertelny deszcz opad³ na ziemiê. Rozleg³y siê okrzyki trafionych, nikt nie mia³ pojê cia, ¿o³nierzy Arkach czy obcych. Us³ysza³y z daleka nowe gwizdki. Trzeci batalion do³ acza³ do drugiego. Bogowie! Szesæset strza³ naraz!
- Chodu! - rycza³a Achaja. - Wychodziæ spod ostrza³u!
Ktos wpad³ na kogos tu¿ obok. Us³ysza³a charakterystyczny cichy odg³os miecza uderzajacego o pancerz. Dym rzedna³ na szcz scie. Wytrzeszczajac oczy a¿ do bólu, mo¿na by³o dostrzec s³ abe ogniki. To p³ona³ las po lewej. Nie uda³o siê zgasiæ czarodziejskimi sztuczkami. Przynajmniej taka satysfakcja.
- Oddzia³! Do drugiej kompanii. Przebijaæ siê!
Szesæset be³tów z kuszy! Ju¿ s³ysza³ a ich zabójczy swist! Pociagnê³a czarownicê i upad³ a na ziemiê, zwijajac siê w k³ê bek. Co za upiorny swist. Coraz bli¿ej! Skuli a siê. Znowu wiêkszosæ zatrzyma³a siê na drzewach, ale... Nowy morderczy deszcz opad³ na ziemiê. Wyraznie stêpi³ atak mieszkañców lasu. Nikt nie lubi ginaæ, nie widzac sprawcy swojej smierci. Makabryczny atak zosta³ spowolniony. Nie by³o ju¿ krzyk w mordowanych dziewczyn. ¯o³nierze ukrywali siê za tarczami, pod cia³ami kole¿ anek. One wiedzia³y skad strzelaja, atakujacy nie.
- Teraz! - ryknê³a Achaja. Dym rozwiewa³ siê wyraznie. - Do drugiej kompanii. Biegiem!
Szarpnê³a za w³ osy Arnne i pociagnê ³a ja za soba. Ktos bieg³ z boku. S³ysza³a wyraznie. Atakujacy uderzyli z ty³u. Znowu krzyki. Te potwory naprawdê widzia³y po ciemku! To ju¿ po nas... Dym rozszed³ siê na tyle, ¿e mo¿na by³o zobaczyæ po¿ ar w ca³ej okaza³ osci. Ju¿ po nas - pomysla³a Achaja. Nawet nie wyciagnê³ a miecza.
- Kurwyyyyy!!!! - rozleg³o siê z ty³ u. - Teraz was widzimy.
Odwróci³a siê. Harmeen na czele nietkniêtego plutonu zwiadu szykowa³a ¿o³ nierzy do strza³u. Pomys³ ze sp³ oszeniem koni musia³ wypaliæ, poza tym by³y z ty³u. Trzydziesci pociskó w z kusz uderzy³o w atakujace cienie! Chwilê pózniej szesæset strza³ ze straszliwym swistem przeciê³o powietrze, wiêkszos w drzewa, ale te, które siê przedosta³y... uderzy³y w to, co znajdowa³o siê w miejscu, które przed chwila zajmowa y resztki trzeciej kompani. Achaja potrzasnê³a g³owa. Desperacka, zabó jcza taktyka piechoty przynosi³a jednak efekt. Mia³y chwilê oddechu, przeciwnik by³ zdezorientowany.
- Harmeen! Bosko to zrobi³as, laleczko! - krzyknê³a. - Piechota! Do drugiej kompanii. Macie na to tylko moment, siksy!
To co ¿y³o jeszcze i mog³o choæ jako tako siê poruszaæ, runê³o w stronê takiego slicznego widoku... Stu kobiet w pó³ pancerzach, klê czacych za swoimi tarczami, z wystawiona kusza i lewa noga, ta w metalowej nagolenicy.
- Tu trzecia kompania! Nie strzelajcie, kole¿ anki!
Kilkanascie dziewczyn, w wiê kszosci rannych, wpad³o pomiêdzy tarcze. Kapitan, dowódca drugiej kompanii, by a zszokowana.
- Bogowie! Tylko tyle was zosta³o?
- A skad - warknê³ a Achaja. - Reszta r¿nie w karty tam dalej!
- Bogowie...
- Zrób przejscie dla zwiadu i wyslij patrol, ¿eby zebraæ rannych, z³otko. Albo nie - zmieni³a zdanie. - Stracimy patrol.
- A pu³kownik?
- Nie wiem.
Przerwa³y, bo pluton zwiadu z kilkoma ocala³ymi saperami do³aczy³ do kompanii.
- Harmeen! Powinni ciê mianowaæ Bogiem za to, ¿e utrzyma³as zwarta jednostkê! Lanni! Jestes najfajniejsza dupka wsród oficeró w! Jestescie swietne! Jestescie najlepsze!
- Aaaaaaaaa!!! - zawy³ pluton.
- Nauczy³ysmy ich czysciæ nam buty! - krzyknê³a Bei i wyciagnê³a rêkê, w której trzyma³a uciêta g³owê potwora. Niby cz³owiek, ale z k³ami, wyraznie wystajacymi spomiê dzy warg i jakby bez oczu. - Jestesmy elitarna jednostka! - wrzeszcza³a. - Jestesmy najlepsze na rynku!
Piechociarki na widok uciêtej g³ owy zaczê³y wyæ.
- Brawo zwiad! Fajnie!
- Bei! - krzyknê³a Achaja. - Jak mi za³atwisz druga taka g³owê, to zostaniesz kapralem!
- Ty mnie, szlag, od razu mianuj genera³ em. Dostaniesz sto takich g³ów, ma³ a! Specjalnie dla ciebie.
Nastroje w piechocie zaczê³y siê poprawiaæ. To, ¿e nie ka¿dy poddawa³ siê panice, dzia³a³o kojaco. To, ¿e ktos potrafi ¿artowaæ w tym morzu trupów, ustawia³o powoli rzeczy na ich w³ asciwych miejscach. I to kto? Ma³a Bei. Szesnastoletni ¿o³ nierz Arkach.
- Pani major - kapitan podesz³a z boku - zaraz uderza.
- Wiem. Spróbujmy przeniesæ strza³y tych dwó ch batalionów na nasze pozycje. Niech ¿o³nierze kryja siê za tarczami. Potem bêdzie korytarz.
- Wiem o tym korytarzu - powiedzia³a kapitan. - Pu³kownik siê dogada³a z major, ale czy wejda w g³ ab na tyle, ¿eby umo¿liwiæ nam przejscie, to watpiê ! Watpiê po tym, co widzia³am.
- Co pani widzia³a?
- Zle siê wyrazi³ am. Raczej s³ysza³am - Kapitan zaklê³a szpetnie. - S³ysza³am zag³ adê ca³ej pierwszej kompanii. Nikt nie zosta³ przy ¿yciu. Mysmy by³y w ryglu i w ruchu, a potem batalion zacza³ szy i nam siê uda³o. Przypadek.
- Zdajê sobie z tego sprawê. W najgorszym razie niech ka¿dy biegnie w stronê korytarza. To trochê jak rzut koscia. Ale na miejscu przeciwnika zakleszczy³abym nasza pozycjê od strony wyjscia z lasu i uderzy³abym z ty³u, albo z boku. Tyle tylko, ¿e oni nie maja pojêcia o planowanym korytarzu. Oddzia³ zakleszczajacy dostanie znienacka w plecy. Tego nie przewidza.
- Mysli pani, ¿e znowu pojawi siê ten dym?
- Watpiê. Nie moga go utrzymywaæ zbyt d³ ugo. A poza tym maja tu bardzo ma³e si³y.
- Bardzo ma³e? Bogowie!
- A jak pani mysli? Nie maja tylu ludzi, ¿eby utrzymywaæ wi ksze oddzia³y na ca³ej granicy lasu. Dam sobie rêkê uciaæ, ¿e nie atakuje nas wiêcej ni¿ stu ¿o³nierzy. Trochê ju¿ poszarpanych.
- Stu?
- Mo¿e stu trzech? - za¿artowa³a Achaja. - A mo¿e tylko piê dziesiêciu.
Podesz³a do ocala³ ych saperów.
- Mo¿ecie cos rozpaliæ?
- Po¿ar we w³asnej dupie - mruknê³a osmolona porucznik z pierwszego plutonu. Cud, ¿e ocala³a.
- A te pochodnie z magnezu?
- Nie rozpali³y siê ! - Machnê³a rêka - Zosta³y nam trzy.
- No, to...
- Nie mamy ju¿ roz¿ arzonych prêtów. Nie mamy pieców. Wszystko zawiod³o.
- Ty mi, kurwa, tak nie odpowiadaj, dupo! Rozpal ognisko i spróbuj roz¿arzy miecz albo w³asny nos, idiotko!
- Bo co? Sad polowy mi tu zrobisz?
- Nie. - Achaja przystawi³ a jej metalowa rê kawicê do twarzy. - Tak ci przylejê w mordê, ¿e siê posikasz uszami!
Achaja wróci³a do kapitan.
- Dobra. Zaraz naprawdê zaatakuja. Niech pani przeka¿e, ¿eby dwa bataliony strzela³y w nasze pozycje. Potem korytarz.
- Tak jest! - Po chwili rozleg³ siê modulowany dzwiêk gwizdka.
- Kryæ siê pod tarczami, dziewczyny!
Ktos siê przedziera do stanowisk oficerów. Jakas porucznik usi³ owa³a zatrzymaæ intruza.
- Mam tajne materia³ y wywiadowcze! - krzyknê³a Shha, osadzajac m³odsza oficer. - Rozkaz samej Kró lowej!
Trudno by³o jej nie przepusciæ. Sier¿ant przypad³a przy Achai.
- No, wiêc Chloe nigdy nie wyobra¿a³ a sobie siebie samej nago na drodze, siostrzyczko.
Achaja o ma³o nie ryknê³a smiechem. W takiej chwili! Mia a ochotê poca³owa swoja sier¿ant.
- Ale wiesz. Sni³a raz, ¿e jest w karczmie. I przychodzi taki jeden facet i ja rozbiera przy wszystkich i... no wiesz...
- Dziêki, Shha! Bardzo mi pomog³as.
- No, nie ma sprawy, siostrzyczko. Po to jestem.
Achaja popatrzy³a za odchodzaca sier¿ ant. Szlag! Mo¿e by³a i g³upia. Mo¿e nie nadawa³a siê na nic wiêcej ni¿ sier¿ant w jednostce specjalnej. Ale z ca³a pewnoscia by³a najlepszym cz³ owiekiem, jakiego Achaja spotka³a na swojej drodze.
Nie mog³a jednak sobie darowaæ pewnej ma³ej satysfakcji. Podesz³a do Arnne i szepnê³a:
- A wracajac do tej pani wizji...
- Do b³ysku?
- Tak. - Achaja nachyli³a siê bli¿ej. - Nie widzia³a pani samej siebie w karczmie?
- Nie! - przerwa³a jej tamta.
- Chwila. Siedzi pani w karczmie i w pewnej chwili przychodzi taki strasznie przystojny mê¿ czyzna. I... podchodzi do pani. I... rozbiera pania, tam, na oczach wszystkich. I... No, wie pani.
Z satysfakcja obserwowa³a rozszerzajace siê oczy tamtej. Czarownica niczego nie powiedzia³a. Prze³knê³a slinê. Potem obla³a siê rumieñcem.
- Ty swinio! - szepn ³a wreszcie.
Achaja dopiero teraz zda³a sobie sprawê, ¿e s³ucha ich kapitan stojaca tu¿ obok. Wyraznie widzia³a minê oficera piechoty: "Ten zwiad to ma naprawdê porabane w g³ owach!"
- Fajnie by³o? - szepnê³a jeszcze do czarownicy.
- Z czym?
- No, z tym facetem w karczmie?
- Ty suko jedna!
Swist nadlatujacych strza³ przerwa³ na szczêscie dalsza wymianê zdañ. Achaja przyskoczy³a do ¿o³nierz piechoty, usi³ujac siê ukryæ pod jej tarcza. Dziewczyna zrobi³a jej trochê miejsca, wystawiajac swoja nogê, tê w nagolenicy. Usmiechnê³a siê nawet, choæ ciagle szczêkajac ze strachu zêbami. Strza³y uderzy³y w ziemiê. Kilkanascie zagrzechota³o w nadstawione tarcze.
- Atakuja! - krzyknê ³a kapitan. - Spokój! Spokój!
Tak jak przewidzia³ a Achaja, oddzia³ zakleszczajacy pojawi³ siê od strony wyjscia z lasu. Atak wyprowadzono z boku. Kilku ¿o³nierzy pad³o od strza³, ale reszta trzyma³a siê w szyku, kiedy cos rabnê³o o tarcze. Widocznosæ znowu si pogorszy³a, tym razem z powodu " naturalnego" dymu od wznieconego przez wojsko po¿aru lasu. Szesæset strza³ z ubezpieczajacych batalionów poszybowa³o znowu. Te, które przesz³y przez ga³êzie, tym razem idealnie uderzy³y w oddzia³ zakleszczajacy. Aaaaaaaach! Dwa bataliony, które nawet nie widzia³y przeciwnika, zrobi³ y wiêksze spustoszenie ni¿ wszystkie dotychczasowe akcje! Ilosæ! Ilosæ! Kurde, tu siê nie liczy, który ¿o³ nierz lepszy, który ma cudowne zdolnosci. Ilosæ, taktyka u¿ ycia sprzêtu, konsekwencja i regulamin! Smieræ przesz³a przez szeregi wroga, robiac wielkie wyrwy wsród cieni. Tak w³asnie sta³o w instrukcji. To nie czary. To tylko instrukcja u¿ycia szesciuset kusz w taktycznej skali kierowa³a krokami smierci. Achaja zerwa³a siê nagle.
- Strzelaæ!
Piechociarki wypali³ y do atakujacych cieni. Zza tarcz, celujac spokojnie i wstrzymujac regulaminowo oddech przy sciaganiu spustu. Aaaaaach! Boli was, potwory? Kompania piechoty wsta³a nagle, wyciagajac miecze.
Gwizdy oficerów powstrzyma³y ostrza w³asnych pozycji z zewnatrz. Krzyki z daleka wskazywa³y, ¿e dwa bataliony runê³y do ataku, usi³ujac otworzyæ korytarz. Operacja, z grubsza przynajmniej (nareszcie!), zaczê a przypominaæ to, co opisywano w podrê czniku piechoty.
- Pluton " A", klin na czole! Pluton " B", rygiel wsteczny po lewej! Pluton "C", rygiel wsteczny po prawej! Pluton zwiadu ubezpiecza lewe skrzyd³o! - Achaja ruszy³a z ¿ o³nierzami. Tê taktykê pamiê ta³a jeszcze z Troy, choæ tam by³y inne jednostki.
Dosta³y strza³ami z lewej. Kilku ludzi upad³o, ale by³a przygotowana. O, kurde! Nareszcie jak w podrêczniku!
- Pluton " B", tarcze w gó rê, si³ê uderzeniowa zapewnia pluton zwiadu!
Kapitan piechoty te¿ poczu³a, ¿e jednak maja jakas szansê. Krzyki daleko z przodu swiadczy³y, e korytarz w³asnie siê tworzy³. Trójkat utworzony przez druga kompaniê piechoty atakowa³ swoim najszerszym bokiem wprost na majaczace w ciemnosci cienie. Kurde! Taki maleñki momencik... taka krótka chwilka, kiedy wojna wydawa³ a siê piêkna. Z prawej po¿ar lasu, z lewej wzmocnienie dodatkowym plutonem, z przodu pierzchajace cienie, a przed nimi pierwsze b³yski pochodni dwóch batalionów wsparcia.
- Aaaaaa! - zaczê³ a wrzeszczeæ kompania. ¯o³nierze jeszcze nie tak dawno przestraszeni, zszokowani wroga akcja i utrata tylu kole¿anek, teraz atakowali jak pancerny taran, jak sama wsciek³osæ. Ju¿ blisko! Ju¿ blisko! Jeszcze kilkadziesiat krokó w i w ramiona ca³ ych, calusieñkich, swie¿utkich dwóch batalionów. Jeszcze trochê!
Wróg jednak nie by³ ani g³upi, ani pokonany. Dosta³y taki ostrza z lewej, ¿e linia zaczê³a pêkaæ. Strza³y nie mog³y co prawda przebiæ ani tarcz, ani nawet nagolenic, ale obcy strzelcy musieli byæ Pó³bogami. Pluton "B" straci³ po³owê stanu na jakichs dziesiêciu krokach.
- Kurwa, zatrzymaja! - warknê³a kapitan.
- Widzê - syknê³a Achaja. - Niech pani wezmie saperów i resztki trzeciej kompanii, proszê sformowaæ pluton i wesprzeæ lewe skrzyd³o.
Jeszcze piêæ krokó w. Dos³ownie piêæ. Pluton "B" w³asciwie nie istnia³. ¯o³nierze zwiadu k ad³y siê na ziemi, strzelajac z kusz.
- Ca³osæ staaaaaæ ! Lewy zwrot! Ty³em do ognia, przodem do wroga, przyklêk, pozycja powstrzymujaca.
Piechociarki ma³o nie wy³y z wsciek³ osci. Tak ma³o ich dzieli o od dwóch swie¿ utkich batalionów! Tylko Achaja i kapitan piechoty wiedzia³y, ¿e rozsmaruja ich na dystansie o po³owê krótszym.
Rygiel zreszta nie uda³ siê tym razem. Dosta³y ostrza³ z ty³u, plutony zmiesza³y siê fatalnie, stajac siê jeszcze lepszym celem. Harmeen wyprowadzi³ a zwiad poza liniê, dziewczyny odpali³y z kusz, niezbyt celnie, wróci³y szybko za porzadkowane przez kapitan szeregi. Dos³ownie chwile dzieli³y je od ataku dobrze ju¿ ustawionego wroga. Na twarzach piechociarek, które co chwilê zerka³y na oficerów, odbija o siê to samo pytanie: dlaczego nie biegniemy? To tylko kilkadziesiat kroków. Dlaczego nie biegniemy do naszych? Achaja jednak s³u¿y³a w górskiej dywizji, w lesie. Wiedzia³a, ¿e kilkadziesiat krokó w biegu wsród drzew mo¿e byæ zag³ada oddzia³u. Pani kapitan nie s³ u¿y³a w lesie. Wiedzia³a jednak ró wnie¿, ¿e maja cie szansy tylko jako choæ w miarê zorganizowana jednostka. Jesli puszcza dziewczyny do bezw³ adnego biegu... Mo¿e dwóm, trzem siê uda. A mo¿e i nie. Obie, Achaja i kapitan, usi³owa³y uporzadkowaæ plutony, wiedzac dobrze, ¿e tylko za twarda linia bêda mog³y doczekaæ czo ówki korytarza. Nie by³o sensu poró wnywaæ poharatanej kompanii z dwoma batalionami. To tamci powinni siê ruszaæ. Dziewczyny jednak, zdyscyplinowane do tej pory, zaczê³y dawaæ odpór oficerom. Strach, szok i wsciek³osæ o to, ¿ e nie pozwalano im przebiec tych kilkudziesiêciu zbawczych, jak sadzi y, kroków sprawia³ y, ¿e oddzia³ coraz bardziej siê rozprzêga³.
- Pluton zwiadu, dziesiêæ kroków w ty³! - warknê³a Achaja przez zacisni te zêby.
Na szczêscie Harmeen nie straci³ a nerwów. Zrozumia³a, co jej dowódca ma na mysli. Cofnê³a pluton zwiadu poza w³asne linie.
- Kuszeeeeee... ³aduj!
Trzydziesci strza³ wyladowa³o na ³o¿ ach.
- Kolbyyyyyyyy... o biodrooooo... oprzyj!
Dziewczyny ze zwiadu zacisnê³y zêby. Ju¿ wiedzia³y! Na rozstawionych nogach mierzy³y wprost w plecy kole¿anek z piechoty. Piechociarki zrozumia³y w chwilê pózniej.
- Kurwy! Suki! Tchó rze. Nie zrobicie tego, co? Kole¿anki! - rozleg³y siê okrzyki.
- Do strza³ uuuuuuu... gotuj siê! - wrzasn ³a Harmeen.
Dziewczyny ze zwiadu patrzy³y to na nia, to na Achajê. Piechociarki by³y o w³os od odwrócenia w³asnych tarcz, ale w przypadku kusz i tak ma³ej odleg³ osci, niewiele by im to da³o. Zreszta... W plecach mia³yby wtedy strza³y wrogó w z lasu.
Kapitan piechoty wskoczy³a miêdzy pomieszane szeregi.
- Liniê formuj! Ró wnaaaaaj!!!
- Dziêki, Harmeen - szepnê³a Achaja, widzac, ¿e zdecydowana, choæ tak strasznie wredna akcja zwiadu przynosi jednak efekt. Liniê klêczacych za tarczami piechociarek uda³o siê sformowaæ. Resztki saperów i trzeciej kompanii, które ciagle tkwi³ y w srodku ich oddzia³u, usi³owa³ y wesprzeæ najbardziej poszarpane lewe skrzyd³o. Ale nikt ich nie atakowa³.
Wrzaski, szczêk metalu i gasnace pochodnie powiedzia³ y wszystkim, ¿e oddzia³y przebijajace korytarz zosta³y w³ asnie zatrzymane.
- No, to... chyba ju¿ po nas. - Kapitan piechoty do³aczy³a do Achai i Harmeen. - A mo¿e rzeczywiscie zaczniemy biec?
- Ile pani przebiegnie? Dwadziescia kroków?
- To róbmy je¿a i chodzmy. Kurwa! - Pani oficer naprawdê by³a doswiadczona. Je¿ w wykonaniu kompanii móg³ mieæ szansê... Na równym, bezlesnym polu. - No, to biegnijmy przez ogieñ z ty³u, co?
- Ile pani przebiegnie w p³ onacym lesie? - spyta³a tym razem Harmeen. - Dziesiêæ krokó w?
- Kurwa, zróbmy cos! Przecie¿ sz³o ju¿ tak dobrze. Mo¿e niech jazda ruszy?
- Jazda w lesie tosmy siê zajmowa³ y w górskiej dywizji - mruknê³a Achaja. - Jeden pluton potrafi³ powstrzyma atak jazdy na nasz pu³k.
- To co? Stoimy i czekamy?
- Mo¿emy siê modli - mruknê³a Harmeen.
- Albo tamte bataliony siê przebija, albo nie - doda³a Achaja. - Jak nie... To niech ka¿dy robi co chce. Bez znaczenia.
- Nasi wrogowie musieli sciagnaæ posi³ki - powiedzia a Harmeen. - Nawet bez dymu, nawet w lesie, zatrzymanie dwóch batalionów jest przecie¿ niemo¿ liwe.
- Im to powiedz. Skad wiesz, co tam siê dzieje?
- Mo¿e, kurde, przybli¿ymy siê do tego po¿aru? - wtraci³a oficer piechoty.
- To nam ty³ki sp³ ona. Szlag! Czemu nie atakuja?
- Zajêci z przodu. Spoko, spoko, zaraz nas rozwala. - Achaja otar³a twarz z potu. - Pani kapitan. Co przewiduje podrê cznik piechoty w takiej sytuacji?
- Jesli oddzia³ zachowa³ zdolnosæ bojowa, nale¿y ruszyæ do ataku.
- O, ¿esz. Kto pisa³ ten podrê cznik?
- Pewnie jakies kró wsko siedzace w zimowa noc przy kominku, z du¿a wó dka w jednej rêce i piórem w drugiej.
- Podrêcznik pisali mê¿czyzni - wtraci a Harmeen.
- Pan Biafra nakaza³ by teraz atakoodwró t ze szczególnym uwzglêdnieniem zdecydowanego natarcia i panicznej ucieczki.
- Mamo, co to znaczy?
- Pewnie nic. Ale ka¿dy facet, jak nie wie, co zrobiæ, to mówi sprzecznosci.
- A kobieta mówi sprzecznosciami nawet jak wie, co robiæ - zakpi³a Achaja.
- Ty co? Jestes ch³ opak przebrany w kieckê, ¿e trzymasz z nimi?
- Jakbym wiedzia³a, co zrobiæ, to bym tu nie stercza³a jak dupa wystawiona na kopniak.
Wrzaski i odg³osy bitwy cich³y wyraznie. Poniewa¿ by³o raczej nieprawdopodobne, ¿ eby ktos tak szybko pokona³ dwa bataliony, wiêc znaczy³o to, ¿e bitwa oddala siê. Piechota by³a spychana, albo realizowa³a jakis manewr. Wychodzi³o na jedno.
- No, to po nas, kole¿anki.
- No - splunê³a Achaja i zaklê³a. Podskoczy³a do swojego plutonu. Szybko odnalaz³a sier¿ant. - S³uchaj, Shha, ¿ egnaj siostrzyczko.
- Ju¿ ¿esmy siê ¿ egna³y, jak ciê Virion chcia³ zabiæ . Teraz te¿ nie dadza rady!
- Teraz dadza, siostrzyczko - szepn ³a. - Pamiêtaj, jak siê zacznie, trzymaj si najwiêkszej grupy i biegnij do naszych. Wiesz, jak jest w lesie. Bogowie strza³y nosza. Cieñ szansy masz.
- Nie pójdê bez ciebie, malutka!
- Pójdziesz. Ja te¿ bêdê bieg³ a, ale jak bêdziemy na siebie patrzeæ, to nas obie skosza. Daj, ma³peczko, z siebie wszystko, co?
- No, nie ma sprawy. Jeszcze siê napijemy razem. Na pohybel tym skurwlom.
- No. Czesæ, dziewczynko.
- Czesæ, malutka. Trzymaj siê i nie p kaj.
Achaja wróci³a do oficerów.
- I co?
- Jakies cienie zbieraja siê chyba. Gówno widaæ - mruknê³a kapitan piechoty.
- Arnne. - Achaja podesz³a do czarownicy. Ta jednak siedzia³a na ziemi z podkulonymi nogami, obejmujac rêkami w³ asne kolana. By³a kompletnie za³ amana. - S³uchaj, czujesz cos poza ciê¿arem bytu?
- Nic. Odczep siê wreszcie.
Achaja wróci³a do oficerów.
- No, to co? Biegniemy?
- Trzeba to by³o zrobiæ wczesniej - warknê³a kapitan piechoty.
- Wczesniej? Nie. Zaczekamy, a¿ nas zaatakuja. Wtedy ¿o³nierze przeciwnika pomieszaja szyki ich ³ucznikom. Ze dwie, trzy dziewczyny bêda mia y swoja szansê. Inaczej by nas wymietli strza³ami.
- Mo¿e i ma pani racjê - zreflektowa a siê kapitan. - Zapowiedzieæ ludziom?
- Nie. Po co dezorganizowaæ ? Jak pani ryknie "chodu" w odpowiedniej chwili, wszystkie pojma.
Sta³y niepewne, obserwujac ledwie widoczne pomiêdzy drzewami cienie. Po¿ar za plecami dawa³ trochê swiat a, ale bardziej mami³ wzrok, ni¿ pozwala³ cos dojrze wyraznie. Achaja us³ysza³a z ty³u cicha uwagê rzucona przez porucznik saperów:
- No, ³adnie. To teraz jestesmy same, majac za jedyna os³onê tê sliczna dupeczkê ze zwiadu. Niech im powie, kurwa, ¿e jest ksiê ¿niczka, mo¿e przepuszcza.
Achaja potrzasnê³a g³owa. By³a odpowiedzialna za tych ludzi? Po raz pierwszy w ¿ yciu poczu³a ciê¿ ar dowództwa. W³asciwie nie by³a, ale... By³a. Mia³a najwy¿szy stopieñ. Trochê inaczej to wyglada³o naprawdê, ni¿ przy studiowaniu podrê czników w pa³acu w Troy. Jakie to wtedy by³o ³atwe. Poswiêciæ setkê dla os³ony skrzyd³ a, pusciæ korpus do frontalnego ataku - przewidywane straty czterdziestu od sta, w tej formie dzia³a . A jak siê sz³o z tymi ludzmi? Co wtedy znaczy³o czterdziesci od sta? Albo, jeszcze lepiej, sto od sta? Ile od sta znaczy³a Shha, Mayfed, Zarrakh, Lanni, Harmeen, Bei, Sharkhe, Chloe i ta, fajna w sumie, kapitan piechoty? Ile od sta znaczy³a ta nieznana piechociarka, która pozwoli³a jej siê ukryæ pod swoja tarcza, wystawiajac przy tym w³asna nog ? Psiamaæ. Przypomnia³a sobie Viriona, który smia siê w jej g³owie. Przypomnia³a sobie Krótkiego. Hekke mówi³: " Uczy³em ciê tego, co uczy³em... Ja jednak stana³em naprzeciw Nolaana. Bez ¿adnych szans". No dobra, ch³opaki. Mo¿e i wiem, co chcecie mi powiedzie . Tym swoim smiechem, milczeniem i przypomnieniem bezsensownej walki z Nolaanem. Mo¿e i wiem!
- No dobra, dziewczyny. - Wysz³a na srodek ma³ej przestrzeni zajmowanej przez oddzia³. - Zaraz zaczniecie biec. Rzucaæ wtedy tarcze. Rzucaæ kusze. Miecze musicie mieæ ze soba. Walcie do naszych batalionów i powiedzcie, niech podpalaja to kurestwo. Nie wiem, ilu siê uda. Ale mo¿e.
Harmeen podnios³a pytajacy wzrok. Kapitan piechoty zme ³a przekleñstwo. Usmiechnê³a siê nagle.
- No, to teraz... wóz albo przewóz, co?
- Ano, jak mówia, strza³y Bogowie nosza. Nie sadzê, ¿eby Bogom chcia³o siê dzisiaj biegaæ za szybko po ciemku.
Ktos siê rozesmia³. Achaja wyciagnê³a swój miecz.
- A pani - zerknê³ a na usmolona porucznik saperów - musi biec równie¿. Majac za jedyna os³ onê "sliczna dupkê ze zwiadu".
Odwróci³a siê na piêcie, roztraci³a szereg i wysz³a wprost na rozpê dzajace siê w³ asnie do ataku cienie.
- No co, kurwa?! - ryknê³a. - Co tak po ciemku biegniecie?
Skoczy³a do przodu w kompletna ciemnosæ . Walczy tylko cia³ o, mówi³ Virion. Cios... uuuuuuu... ³adnie! Czyjas rê ka szybowa³a w powietrzu, zupe³nie od³aczona od cia³a, którego jeszcze przed chwila by³a czêscia. Upad³a na plecy, odbi³a siê i chlasnê³a p³asko. Nie trafi³a. Walczy³a, naprawdê nic nie widzac. Upad³a znowu. Odbi³a siê, nowy cios, w pró¿niê. Zamach noga, zwód, cios. Jest! W cos trafi³a. I nie by³o to drzewo - za miêkkie. Ktos skoczy³ na nia od ty³u, wiêc podda³a siê, upad³ a, przygniatajac go w³asnym ciê¿arem, uderzy³a oboma ³ okciami w ty³, ¿ ebra nie mog³y byæ tak wytrzyma³e. Na pewno pêk³y. Odbi³a siê. Kurwa, ¿eby widzieæ cokolwiek. Przy takim machaniu na oslep nawet jej brakowa³o ju¿ oddechu. Tamci mieli jednak pecha. Ktos wpad³ na nia od przodu. Przytuli³a go. Mocno! Pewnie ju¿ nie wsta³. Dosta³a mieczem w bok. Syknê³a z bólu. Mia³a jeden skurcz, w ³ydce - spokojnie. Kucnê³a, obrót, zwrot (pamiêtaj, to nie balet!), walnê³ a mieczem w pustkê. Walnê³a lewa rêka, trafi³a! Ten ktos mia³ pecha z powodu ¿elaznej rêkawicy. Dosta³a w plecy. Ból, szok, ciep³o, odwinê³a siê, nie trafi³a, dosta³a znowu w bok, ciep³o, odwinê³a siê, nie trafi³a. Upad³a na plecy, p³ askie zawiniêcie, pustka, tamci naprawdê widzieli w ciemnosci, ona nie. Wsta³a, dosta³a w nogê, lewe udo, o ma³o nie upad³a. Kosci jej nie z³ amali. Odbi³a siê lekko i ciachnê³a p³asko. Znowu nic. Sukinkoty uchyla³y siê przed jej horyzontalnymi zamachami. Nie to nie. Zarobi³a w ty³ek. Szlag! Odwinê³a si . Pustka. Rzuci³a siê w bok, cos walnê³a noga, ale co?
Nagle sta³ siê cud. Porucznik saperów zamiast biec pokaza³ a jednak, ¿e jest w asciwym cz³ owiekiem na w³ asciwym miejscu. Rozpali³a magnezjowa pochodniê ! W upiornym, nieprawdopodobnie wr cz bia³ym swietle zobaczy³a ich. A w³asciwie je. Nagie kobiety z mieczami. Bez oczu. To ju¿ po was, dziewczyny! Skoczy³ a do przodu. By³y naprawdê niez e. Wszystkie uskoczy³y. Poza ta, oczywiscie, która przebi³a Achaja i poza ta druga, której siê wydawa³o, ¿e mo¿ na z Achaja skrzy¿ owaæ miecz i wyjsæ z tego ¿ywym. Zwrot, wyrwa³a miecz, zarobi³a cios w bok, psiamaæ, trzeci w to samo miejsce! P³aski zamach. Tym razem ofiara nie zdo³a³a go uniknaæ . Achaja upad³a na plecy, widzac dziesiatki albo setki strza³ szybujacych na porucznik saperów. Szlag! Odbi³a siê z pleców, doskoczy³ a, szybki cios mieczem. Jedna mniej. Szybki cios ¿elazna rêkawica, trafi³a, poprawka mieczem, ró wnie¿ trafi³a. I chwilê pózniej jeszcze jedna babê, której siê zda³o, ¿e ranny przeciwnik nic ju¿ nie mo¿e. To by³o z³udne wra enie.
Porucznik musia³a upasæ. Blask zmniejszy³ si . Potem ktos musia³ zasypaæ pochodniê ziemia. Znowu kompletna ciemnosæ. Achaja zarobi³a w brzuch. Pochyli³a siê. Potem w plecy. Ale boli! Auuuuuuuuu! Szlag! Odwinê³a siê, nie trafi³a. Dosta³a w bok, ale drugi. Ale ciep³o i miê kko...
- Daj im wycisk, siostro! - us³ysza³ a krzyk.
Nad jej g³owa znowu pojawi³o siê swiat o. To Arnne, p³aczac jak dziecko, sta³a z ty³u unoszac rê ce. P³aka³a, by³a zasmarkana, prawie nieprzytomna ze strachu, ale sprawi³ a, ¿e Achaja znowu mog³a cos dostrzec. Straszny pech... dla dwóch obcych, które straci³y ¿ ycie zanim zrozumia³ y, co siê dzieje.
Ktos rzuci³ siê na nia z boku. Lekki zakrok. Tylko piêæ skurczó w. Cios. Trup. Cos eksplodowa³o w jej g³owie. Straci³a wzrok! Nie, nie... tylko jedno oko! Wy³ a z bólu. Usi³owa³a zetrzeæ krew z twarzy, ale zapomnia³a, ¿e na lewej d³oni ma ¿ elazna rêkawicê - tylko powiêkszy³a ból. Znowu dosta³a w plecy, posika³a siê . Kurwa! Jednak. Skoczy³a do przodu, przewróci³a siê, pod³o¿y³a komus nogê i gdy pada³, nadstawi³a miecz. Teraz ju¿ wiecie, kto to jest szermierz natchniony?
Us³ysza³a dalekie krzyki. Dwa bataliony pewnie znowu ruszy³y do ataku. Ale ona, nawet gdyby ja pusci³y, nie mog aby ju¿ nigdzie biec. Nadzia³a na sztych kolejna napastniczkê . Dosta³a w lewe udo. Szlag! A¿ ja obró ci³o! Teraz to ju¿ na pewno z³amana kosæ. Upad³a. Ju¿ siê nie podniesie. Trudno. Uderzy³a kogos prawa noga. Nie przewróci³ siê , swinia. Swiat³o nad jej g³ owa zgas³o, ale za to po¿ar lasu by³ coraz wiêkszy. P³omienie rozswietla³y ga³ê zie, nadajac im jakies zupe³nie nieprawdopodobne, fantastyczne barwy. Tak kolorowo! By³o tak kolorowo. Dobrze, ¿e nie bieg a do tamtych batalionów. I tak nie by³o szans, a tu jest tak piêknie. Kurde, nie spij! Nie spij!!!, ³aja³a si w myslach. Zarobi³a znowu w plecy. Ale g³êboko! O ma³ o nie zwymiotowa³a. Usi³owa³a siê przewróciæ i dosta a znowu w brzuch. Jakos nisko. W³asciwie w podbrzusze. Ale piêknie... Ale slicznie jest wokó³. Jakie wspania³e kolory, pe³gajace ogniki. Jaki sliczny jest swiat! Jaki sliczny! Dosta³a w plecy, gdzies pod ³opatkê, p³ytko. Syknê³a z bólu. Co za niesamowite barwy! ¯eby tylko tak nie bola³o. Dosta³a cios w lewa rêkê. To siê przeliczyli, idioci. Tam nic nie czu³a. Patrzy³a jednym okiem na lejaca siê krew. By³o jej ciep³o. A¿ siê spoci³a. Odwróci³a siê na wznak. Wbili jej miecz w brzuch. I co mog³a zrobiæ? Ju¿ by³a do niczego. Taki piêkny ognik pe³ga³ na ostrzu. Tak b³yszcza³. Ktos nachyli³ siê nad nia.
- I co? Myslisz, ¿e ju¿ po mnie? - szepnê³a tak cicho, ¿e nie mogli jej s yszeæ. - ¯e ju¿ jestem za atwiona?
Czu³a, jak po brodzie cieknie jej krew. Nie spij! Nie spij! Nie spij jeszcze! Musisz siê przemó c! Wygiê³a krêgos up, nie mog³a ju¿ uniesæ miecza, ale wyszarpnê³a nó¿ i wbi³a w szyjê tego czegos, co siê nad nia nachyla³o. Dosta³a w twarz, samym ostrzem, poczu a, jak krew jej w³ asna i jej ofiary zalewa jedyne oko. Usi³owa³a przekrê ciæ siê na brzuch, dosta³a znowu w plecy. Zwymiotowa³a gwa³ townie. Ktos uderzy³ ja w prawy nadgarstek, us ysza³a, jak chrupn ³o. Ale, kurwa, piêknie, tak czerwono! Dosta a w nogê, potem znowu w plecy. Zwymiotowa³a jeszcze raz, sama krwia i slina. Rozkaszla³a siê, zaczê³a p³akaæ. Nie wiadomo dlaczego, wcale nie by³o jej smutno.
Ktos kucna³ tu¿ obok. Jak przez mg³ê widzia³a czyjes kolana, stopy, brzuch.
- Ale zabi³a naszych - us³ysza³ a czyjs wyrazny podziw.
Ledwie mog³a zrozumieæ s³owa, tak dziwny by³ akcent.
- Zdech³a?
- Nie. Dobij szybko.
- Ty - poprosi³a Achaja ledwie s³ yszalnym g³osem. - Obetrzyj mi twarz. Nic nie widzê.
- Jeszcze gada! No, dobijcie ja.
- Po co? Zdycha ju¿ .
Nie czu³a, jak cos dotyka jej twarzy. Nie czu³a ju¿ prawie niczego. Zauwa¿y³a szmatê, która ktos sciera³ jej z twarzy krew. Cos jednak widzia³a. Szkoda, ¿e tylko jednym okiem.
- Powiem wam... - Rozkaszla³a siê. Pulsowa³o jej w g³ owie. - Wiecie, ¿e zwyciê ¿a siê... nawet... - Zwymiotowa³a i o ma³o siê nie udusi a. By³a ca³a upaprana, krwia i wszystkim innym. Hekke mówi³, ¿e to wolnosæ. No i w dupê je¿a. Jesli tak ma wyglada wolnosæ, to mia³ racjê. Wolnosæ by³a fajna. I tak za bardzo to nawet nie bola³a. Jakies archaiczne, nieprawdopodobnie oswietlone miasta sprzed tysiêcy lat zwidywa³y jej siê w³asnie. By³o ¿ó³to, slicznie, szczê sliwie. To ju¿ nie drzewa. To antyczne budynki wyrasta³y wokó³. Jakies legendarne statki mknê³y przez czarna pustkê. - Nawet jak... - Usi³owa³a siê zmusiæ do dokoñ czenia kwestii, ale najbardziej chcia³o jej siê spaæ. Obojêtnia³a powoli. - Nie mo¿na ju¿... niczym ruszyæ?
Widzia³a wszystko jak przez mg³ê. Jedynie zarys postaci, która kuca a tu¿ obok. Teraz musia³a zebra wszystkie si³y.
- Pomó¿ mi, siostrzyczko - szepn ³a.
- Teraz o ³askê prosisz. Co?
- Nie... Chcê ciê zabiæ... Szczerze mówiê, jak jest.
- Zdychasz, obca! Niczym ju¿ ruszyæ nie mo¿esz!
- Ale ciebie jeszcze zabijê.
- Zesrasz siê! To tak.
Nie spij! Nie spij! Takie piêkne miasta zamiast drzew. Nie zasypiaj jeszcze!, ³aja³a siê w myslach. Achaja ugryz³a siê w jêzyk. Z ca³ej si³y. Poczu³a krew w ustach. Ból otrzezwi³ ja trochê. Ale ciep³o. P³aczac, wyciagnê³ a przed siebie lewa rêkê i opar³a o brzuch tamtej. Na nic wiêcej nie by³o jej ju¿ staæ .
- To najbardziej wulgarny gest u nas - szepnê³a.
Tamta us³ysza³a. Uwierzy³a. Z ca³ej si³y uderzy³a d³onia we wnêtrze ¿elaznej r kawicy, ¿eby ja odrzuciæ. Sprê¿ynowy mechanizm zadzia³a³ dobrze, wbijajac d³ ugie ostrze prosto w jej brzuch.
- No i co, krowy? - Achaja przekrêci³a rêka jak mog³a najszerzej. Jakis staro¿ytny wojownik stana³ przy scianie lasu i przyzywa³ ja powolnymi ruchami d³ oni.
To by³ jej ostatni wysi³ek. Us³ysza³a, jak ostrze miecza przebija jej p³uco. Nie czu³a ju¿ niczego. Odp³ywa³a gdzies w ciemnosæ... Daleko!

Rozdzia³ 12
D
zieñ niczym nie ró ni³ siê od innych. To samo s³oñce oswietla³o te same budowle publiczne na g³ównym forum. Poni¿ej by³y monstrualne, niesamowicie szerokie schody z bia³ego piaskowca prowadzace w dó³, jak zwykle zape³ nione t³umem przekupniów i naganiaczy z okolicznych karczm po bokach. Przechodnie przemierzali schody w górê i w dó³, goniac za swoimi zawi³ymi sprawami, czasem wrêcz spacerujac, czy te¿ biegnac do któregos z licznych urzêdów stolicy, które miesci³y siê gdzies daleko na dole. Daleko od miejsca na samym szczycie, gdzie stali Wielki Ksia¿ê Orion, Sirius i Zaan w otoczeniu kuzynów. Nikt niczego nie mó wi³. Napiêcie kumulowa³ o siê coraz bardziej, choæ nikt z zewnatrz nie móg³ tego zauwa¿yæ.
Zaan odwraca³ mysli od tego, co ma nastapiæ, od ca³ ego swojego strachu i przera¿enia, obserwujac ludzi wok ³. Ich normalne twarze, normalne sprawy, normalne rozmowy wok ³ sprowadza³y na jego umys³ choæ cieñ ukojenia. Po prostu rejestrowa poszczególne obrazy.
Jakis marynarz bez n g usi³owa³ zejsæ ze schodów majac przywiazana do kikut w deskê z przyczepionymi pod spodem ma³ymi kó³ kami. Dwóch drobnych lichwiarzy k³óci³ o siê o to, kto wymieni przyjezdnemu pieniadze. Jakas kobieta z dziwna, miniaturowa karoca rozmawia³a z kole¿anka.
- Wiesz, to jest wó zek. - Uszy Zaana ³owi³ y ciche g³osy. - Taki malutki wóz z raczka do trzymania. Patrz. Cztery kó³ka, wk³ adasz dziecko do srodka i nie musisz go nosiæ. Jakis nowy wynalazek. Ale jaka wygoda.
- No, jak to mo¿e byæ, ¿eby matka sama nie nosi³a dziecka na rêkach? Bogowie to wyklna!
- A jak masz dwójkê ma³ych dzieci? To co? Nie lepiej je tu w³o¿yæ?
Dalsza obserwacjê przerwa³o mu nadejscie Wielkiej Ksiê¿nej Nauzei wraz z doradca Zyrionem i orszakiem. Oprócz zwyczajowych kuzynów towarzyszy³ o jej dwudziestu dahmeryjskich kuszników, co by³o jawnym z³amaniem regu³. Orion a¿ sykna³ z wsciek³osci. Zyrion ukradkiem roz o¿y³ rêce w gescie "robi³ em co mog³em, ale...".
Nauzea, gruba dziewczyna, która mog³aby byæ piê kna, gdyby nie ¿ar³ a tylu s³odyczy, z³ o¿y³a pe³ny uk³ on przed Orionem i Siriusem.
- Wielki Panie.
Orion odda³ uk³on.
- Wielka Pani.
- Ksia¿ê.
Sirius ju¿ wiedzia³ , dziêki sumiennym nauczycielom, mniej wiêcej przynajmniej, jak siê k³ania, wiêc wykona³ przedziwna ewolucjê wszystkimi czê sciami swojego cia³ a.
- Wielka Pani.
Na szczêscie rytua³ nie by³ zbyt d³ ugi. Ksia¿êta oraz Zyrion i Zaan zbli¿ yli siê do siebie. Zaczê³y siê szepty i os³anianie ust d³onia.
- Moi ludzie uderza, jak tylko w miescie zaczna siê rozruchy. - Nauzea niby to podziwia³a wspania³ a kolumnadê swiatyni obok.
Zyrion ukradkiem potwierdzi³ dyskretnym ruchem g³ owy.
- "S³u¿by ty³ owe" Armii Zach d uderza w tej samej chwili - szepta³ Orion, patrzac na przekupni w - ale sa poza murami. Zaprowadzimy porzadek tylko wtedy, kiedy upadnie Rada Królewska.
- Czekamy na prowokatorów Miki. - Zaan, zas³aniajac usta, udawa³, ¿e sprawdza, czy nie ma przypadkiem brudnego nosa. - Najêci filozofowie ju¿ buntuja lud w stoach i na forach.
- Znowu czekanie - westchnê³a Nauzea, obserwujac, czy przypadkiem na b³ê kitnym niebie nie ma jakiejs chmurki. Intrygi mia³a we krwi, wyssa³a je z mlekiem matki, i kumulujace siê napi cie wyraznie ja podnieca³o. Zaraza, by³aby przesliczna dziewczyna, gdyby nie ¿ar³a tylu s³ odyczy.
- Czekamy na akcjê prowokatorów. - Orion zerkna³ w d ³ monstrualnych, rozswietlonych s³oñ cem schodów poni¿ ej, wprost na budynek Rady Kró lewskiej, który znajdowa³ siê u ich stóp.
Jedynie Zaan nie mó g³ wytrzymaæ napiê cia. Przygryzajac wargi, odszed³ od dyskutujacej szeptem grupy. Ca³y dygota³. Szlag! Przewrót, obalenie Rady. Tego jeszcze nie by³ o nigdy w historii Troy. Nikt nigdy w ca³ej historii nie podnió s³ rêki tak wysoko. Czu³, ¿e ca³y dr¿ y, a strach d³awi coraz bardziej, wpijajac siê w gard o. Musia³ odwróciæ mysli. Musia³.
Podszed³ wprost do dowódcy dahmeryjskich kuszników, wysokiej dziewczyny z kró tkimi, przerazliwie jasnymi w³osami. Mia³a w ustach jakas dziwna brazowa tutkê, z której dymi³o. Czasem tak¿e wypuszcza³a dym z p uc.
- Od kiedy to siê trzyma kadzid³o w buzi? - spyta³, usi ujac jakos zaczaæ rozmowê.
Dziewczyna usmiechnê ³a siê.
- To tytoñ. - Wzruszy³a ramionami. - Przywiezli skads. Z bardzo, bardzo daleka.
Patrzy³, jak dziewczyna wciaga dym do p³uc i po chwili wypuszcza ustami.
- Chcesz? - Wyciagnê ³a do niego rêkê z dymiaca tutka.
- Nie, nie, dziêkuj . - Odskoczy³ o krok, czujac, jak wzbiera w nim kaszel od samego zapachu. - Po co to robisz?
- Bo fajne.
Zobaczy³ jej niesamowity usmiech, bezczelny, prowokujacy, piêkny. Popatrzy³ w jej g³ bokie oczy, w po³ owie przykryte nieprawdopodobnie d³ ugimi rzêsami. Zmiesza³ siê przez moment.
- A ten kolor? - wskaza³ na jej prawie bia³e, kró ciutkie w³osy. - Jaka farba mo¿na cos takiego sprawiæ ?
- ¯adna. Sa naturalne. - Rozesmia³a siê w taki sposób, ¿eby zobaczy³ jej lsniace zêby w ca³ ej okaza³osci. - To blond - wyjasni a. - Jestem blondynka.
- Ach - domysli³ si . - Pochodzisz z kraju Chorych Ludzi?
- Mhm. Zawêdrowa³am a¿ do Dahmerii za chlebem. - Zerknê³a w lewo, w górê, ¿eby jeszcze raz podkresliæ, jakie ma piêkne oczy, a potem spojrza³a mu prosto w twarz. - Jestem Kasme. - Wyciagnê³a rêkê w jego kierunku.
Nie bardzo wiedzia³, co zrobiæ. Jakos tak dziwnie... Naturalna rzecza wydawa³o siê wyciagniêcie w³ asnej rêki i uscisniêcie jej d³ oni. Zrobi³ to. I chyba tego w³ asnie oczekiwa³a.
Bogowie. Swiat siê zmienia³. Ten dzieñ, pierwszy przewrót w historii Troy, ta dziewczyna o blond w³osach. Dymiaca tutka w jej ustach, ten wózek, w którym inna kobieta wozi³a dziecko, marynarz bez nóg z doczepionymi kó³ kami, to podawanie r ki na wyciagniêcie. Swiat siê w³asnie zmienia³. Nowe wynalazki, nowe obyczaje. To teraz ludzie bê da siê witaæ, podajac sobie d³ onie? Nie k³aniajac w pas? On jeden widzia³, ¿e nadchodzi nowa epoka. By³ dobrym obserwatorem.
- S³uchaj, Kasme - powiedzia³ po chwili. - Dlaczego nie nosisz ¿adnej broni?
Znowu to spojrzenie w lewo, w górê, ¿ eby pokazaæ jak sliczne ma oczy.
- Mam broñ. Nawet dwadziescia sztuk. - Wskaza³a na swoich dahmeryjskich kuszników.
- Wiesz... musi minaæ pewien czas, ¿eby ponownie na³adowaæ kuszê.
- Cos ci powiem - usmiechnê³a siê znowu. Znowu bezczelnie i prowokujaco. I by³ to sliczny usmiech. - Skoro nie jestes moim wrogiem i... gdyby dosz³o co do czego... Trzymaj siê moich pleców. Trzymaj siê moich pleców, Zaan, bo nie chcia³abym, ¿ ebys zgina³.
Tym razem on siê rozesmia³. By³a w³asciwym cz³ owiekiem na w³ asciwym miejscu. Tak jak Sirius, nie mno¿y³a trudnosci. Raczej je niwelowa³ a. Nie widzia³a przed soba ka¿dego dnia wysokich gór niemo¿ liwych do przebycia. By³a z tych, któ rzy chwytaja ¿ycie za pysk, kie³znaja, kulbacza, uje¿d¿ aja. Twardo i do skutku.
Przerwa³o im przybycie goñca. Tak zdyszanego i spoconego, ¿e ledwie móg³ mówiæ .
- Panie!
Zaan chwyci³ go za rêkê i poprowadzi³ do Oriona.
- Mów szeptem, durniu!
Goniec ledwie móg³ z³apaæ oddech.
- Mika mówi... ktos... wy³apuje naszych prowokatorów... wielu agentów aresztowano. By³a próba ataku na... Biuro Handlowe... i...
- No, mów¿e wreszcie - sykna³ Orion.
- Si³y Nauzei ochroni³y Biuro, ale nie zrobia nic wiêcej. Armia Zachód nie wkroczy przywracaæ spokoju na ulicach, jesli nie wybuchna zamieszki. Nie mamy ³acznosci.
Zaan zakry³ twarz obiema rêkami.
- Mieli u nas kogos. Szlag! Jednak mieli u nas jakiegos cz³ owieka!
- Czekaj - przerwa³ mu szeptem Wielki Ksia¿ê. - Czy to znaczy, ¿e nic nie mo¿emy zrobiæ?
- Za³atwili nas. Szlag! Jasny szlag! Za³atwili, wiedzieli!
- No, domysliæ siê, co zrobimy, nie by³ o trudno odgadnaæ.
- Wielki Panie! - przerwa³ im nowy goniec. Zupe³nie nie zdyszany, spokojny i znajacy pa³acowa etykietê. Z³o¿y³ idealny uk on. Du¿o lepszy ni¿ ten Siriusa przez chwila. - Mistrz zakonny osmiela siê prosiæ o chwilê rozmowy.
Orion, nie on jeden zreszta, zerkna³ na stojacego dwadziescia kroków dalej cz³owieka z czerwona opaska mistrza na g³owie. On te¿, choæ na odleg³osæ, z³o¿y uk³on. Wielki Ksia¿ê zerkna³ na Zaana, ale tu, po raz pierwszy bodaj, nie otrzyma³ pomocy.
- Dobrze. - Orion ruszy³ w kierunku zakonnego rycerza wraz z orszakiem swoich "kuzynów" .
Zaan dygota³ z napi cia. Sirius prze³kna³ slinê. Zyrion chyba po raz pierwszy w swoim ¿ yciu zacza³ siê modliæ. Jedynie Nauzea niczego nie rozumia³ a.
Wielki Ksia¿ê niespiesznie przemierzy³ te kilkadziesiat krokó w. W ogóle czas jakby zwolni³ nagle. Jakby przesta³ p³ ynaæ swym normalnym nurtem. Zdawa³o siê, ¿e wszystko wokó³ zamiera.
- Wielki Panie. - Mistrz wykona³ jeszcze jeden uk³ on.
- Czemu zawdziêczam przyjemnosæ rozmowy z toba?
- Przyby³em, niosac smutna wiadomosæ - oswiadczy³ mistrz zakonny.
- S³ucham.
- Sirius nie jest twoim synem, Wielki Panie. To zbieg³y galernik Tyranii Symm. Oszust Zaan, który zabi³ naszego rycerza w Keddelwah.
Orion nie s³ucha³. Cos go uk³u³o w brzuchu, przygiê³o do przodu tak, ¿e nie móg³ siê wyprostowaæ. Nat³ok mysli. To nie mój syn? To naprawdê nie jest m j syn? Z trudem odwróci³ siê, ¿ eby zerknaæ do ty³ u. Kiedy Sirius i Zaan zobaczyli na jego twarzy wyraz kompletnej przegranej i wymienili siê spojrzeniami... zrozumia³, ¿e mistrz ma racjê. I ¿e oni wiedza, co w³asnie us³ysza³.
Orion powstrzyma³ rycerza, który w³ asnie wyjmowa³ jakies papiery z dowodami na prawdziwosæ swoich s³ów. Czu³ przejmujacy bó l w brzuchu, ból g³ owy, nie móg³ siê skupiæ. Oszukano go. Wystrychniêto na dudka jak ma³e dziecko.
- Panie - podja³ rycerz. - Domyslamy siê, co zamierzacie zrobiæ. Ale propozycja Rady jest niezwykle ³ askawa. Wydaj nam Siriusa i Zaana, ukorz siê przed Królem, przyznaj do knucia przeciwko Radzie, a my w zamian nie podejmiemy ¿adnych kroków wobec ciebie.
Orion jakby siê otrzasna³. Podniós³ g³owê. Zacza³ mysleæ. Nic mu nie zrobia, poza tym, ¿e okryje siê wstydem. Historia zapamiêta go jako g³upiego starca, którego byle kto, jakis tam galernik, oszuka³. W kronikach bêda pisaæ: " Szlachetny Orion da³ siê oszukaæ swiatynnemu skrybie, uzna³ zbieg³ego galernika za swojego syna..." Lud, widzac oszustwo na targu, przez wieki b dzie mówi³: " ten kupiec da³ siê oszukaæ jak Orion". Jego los stanie siê przys³owiowy, bêda o nim spiewaæ weso³ e piosenki, stanie siê synonimem g³ upca, z którym wszystko mo¿na zrobiæ, bo nie jest w stanie odró¿niæ piêknych s³ówek od rzeczywistosci.
Wielki Ksia¿ê unió s³ g³owê. Ból w brzuchu usta³ . Ju¿ nie by³ skrzywdzonym ojcem. By³ politykiem. Z kabury ukrytej w r kawie wyja³ sztylet.
- Ale¿ panie - obruszy³ siê rycerz Zakonu. - Nie sztyletem, nie ty osobiscie, nie teraz. Dla tych dwóch oszustów sprowadzimy z Luan nawet samego mistrza Anai.
- Ty g³upcze - powiedzia³ Orion spokojnie.
Uja³ sztylet mocniej i rozcia³ sobie lewe przedrami na ca³ej d³ ugosci. Kropelki krwi momentalnie zaczê³ y kapaæ na kamienne p³yty. Z pewna satysfakcja obserwowa³, jak mistrz zakonny otwiera usta ze zdziwienia. Chlasna³ siê przez piers, barwiac kaftan na czerwono. Oczy rycerza przypomina³y wielkoscia dwa spodki. Orion zagryz³ wargi i rozcia³ sobie policzek.
- Wielki Panie! - Rycerz runa³ do przodu, chcac wyrwaæ ksiêciu sztylet.
I o to chodzi³o. Orion da³ sobie wyrwaæ sztylet momentalnie. Nastêpnie chwyci³ rycerza i wrzasna³:
- Ratunkuuuuuu!!!! To zamach!!! Morduja Wielkiego Ksiêcia na ulicy!!!
- Ale panie...
- Ratunku! Morduja Wielkiego Ksiêcia Królestwa Troy!
Jego " kuzynowie", któ rzy stali z ty³u, by nie s³yszeæ s³ w nie dla nich przeznaczonych, runê li do przodu jak burza. Co najmniej kilkanascie no¿y dos³ownie rozdar³o rycerza na strzêpy w czasie krótszym ni¿ wziêcie oddechu. Dwóch mê¿czyzn z d³ugimi mieczami chlasta³o s³ugi w poczcie. Nie wiadomo, kto scia³ goñca. "Kuzynowie" chcieli otoczyæ ksiêcia, ale ten wyrwa³ siê i podbieg³ do zszokowanych ludzi przy straganach.
- Zakon i Rada Kró lewska zabija Wielkiego Ksiêcia na ulicy!!!! - wrzeszcza³, broczac krwia. - Ratunku!!! Jestescie swiadkami, jak zabija siê Kró lestwo Troy na waszych oczach!
Ludzie stali tak przera¿eni, ¿e gdyby ktos w kompletnej ciszy, jaka nasta³a, choæ by kichna³, to co najmniej kilka osób umar³oby ze strachu.
- Tu tworzy siê historia! - rycza³ Orion. - W³asnie tu, na waszych oczach! Po raz pierwszy w dziejach Rada kaza³ a zamordowaæ Wielkiego Ksiêcia wprost na ulicy.
Przera¿one kobiety klêka³y w szoku, kryjac w d³oniach twarze.
- Tak w³asnie zabija siê wieczne Królestwo Troy! Jego zasady i odwieczne prawa! Tak w³asnie zabija siê ... nas.
Mê¿czyzni wyrywali w³asnie drewniane podpory okolicznych straganów, ¿eby nat³uc jeszcze trupa rycerza, a jak siê nie dopchaja z powodu t³oku, to przynajmniej przylaæ zw³okom s³ug z jego pocztu.
- Historia w³asnie siê tworzy. - Orion zacza³ siê wycofywaæ, zadowolony. - Tu. Na waszych oczach! Zapamiêtajcie ten dzieñ do koñca ¿ ycia. Dzis rodzi siê historia!
Ju¿ nie by³ " oszukanym starcem". Obojêtne: uda siê czy nie. Teraz w kronikach opisza go jako tego, który podniós³ rê kê na Zakon i Radê. Po raz pierwszy w dziejach. Ju¿ lud nie bêdzie mówi³ w przys³ owiach: "g³upi jak Orion". Teraz bêda mówiæ: "odwa¿ny jak Orion, który porwa³ siê na niemo¿ liwe". Po prostu nie by³ zwyk³ym cz³ owiekiem. By³ politykiem. Tak go wychowano. Teraz jak dziecko rzuci siê z grzechotka na dziesi ciu rycerzy, lud bê dzie mówi³: " odwa¿ne jak Orion". Po wieki wieków.
Podszed³ do grupy skupionej u szczytu schodów. Patrzy³ uwa¿nie na wyraz ich twarzy wyra¿ajacych taki sam szok jak u t³ umu wokó³. Zaan rozdygotany, dos³ownie zamroczony przez strach, niezdolny do podjêcia jakiejkolwiek decyzji. By³y galernik podajacy siê za jego syna, z zimnym, zdawa³oby siê pogardliwym skrzywieniem warg. Ten siê przynajmniej nie ba³ . Nauzea, tkwiaca nieruchomo po srodku z otwartymi ustami, jakby ja ktos zamieni³ w posag g³ upca. Zyrion, szepczacy pod nosem niezrozumia³e s³ owa.
- Synu. - Orion podszed³ do Siriusa. - Jak sytuacja?
Z zadowoleniem obserwowa³, jak oczy by³ego galernika rozszerzaja siê dok adnie tak samo, jak oczy zakonnego mistrza przed chwila. Szok. Przecie¿ on wiedzia . On ju¿ wiedzia³. I mówi... "synu"? Zaan zacza³ przerazliwie kaszleæ . Istnia³a obawa, ¿ e nie doczeka nocy.
Sirius prze³kna³ slinê.
- O... o... ojcze - wyduka³ nareszcie. - Rada Królewska w³ asnie opusci³a swoja siedzibê i zmierza w naszym kierunku. - Wskaza³ palcem kilkanascie osób w purpurowych p³ aszczach, które w³ asnie wstêpowa³y na wielkie schody w dolnym biegu. Myslê, ¿e...
- Nie mysl. Zrób cos.
- A... a... ale czym? Nie mamy ³ acznosci, nie mamy ludzi. Prowokatorów Miki wy³apuja Królewscy Donosiciele.
- Ale, jak widaæ, nie maja pojêcia o wynajêtych przez naszego matematyka filozofach, którzy ciagle sieja ferment. Nie mysl. Zrób cos, bo Rada w asnie idzie do nas, ¿eby powiedzieæ nam parê ciep³ych s³ów o rozstaniu siê z ¿yciem.
Sirius potrzasna³ g owa. Ale akurat jemu nie trzeba by³o niczego powtarzaæ. Zawsze marzy³, ¿ eby go nareszcie mianowano dowódca wojska i ¿eby móg³ siê wykazaæ. A poza tym on nigdy nie mno¿y³ trudnosci. Zerkna³ tylko na Zaana, jakby szukajac pomocy, ale widzac sparali¿ owanego strachem cz³ owieka, niezdolnego do podjêcia jakiejkolwiek decyzji, podja³ ja sam.
- Hej, ty! - wrzasna do krótko ostrzy¿ onej blondynki stojacej opodal. - Nie chcê, ¿eby Rada istnia³a dalej, a za to chcê rozruchów w miescie. Da siê zrobiæ?
- Jak siê da, to si zrobi - za¿artowa a, ale on wzia³ to powa¿nie. Momentalnie wyszarpna³ sakiewkê Zyrionowi i rzuci³ jej. Z³apa³a w locie. Potrzasnê³a, ¿eby sprawdziæ ciê¿ar. Usmiechnê³a siê.
- Dajcie mi wszystkich " kuzynów" - powiedzia³a, rozdajac zawartosæ sakiewki wsród swoich ludzi. Dla siebie nie zachowa³a niczego.
- Ale¿, Wielki Panie, a kto bêdzie was ochrania³? - krzykna³ ktos z ty³ u.
- Daæ jej, czego chce! - wrzasna³ Orion.
Kasme podesz³a przekrzywiajac g³ow .
- Umiecie ³adowaæ kusze?
"Kuzyni" poczuli siê obra¿ eni.
- Jasne.
- No pewnie.
- Jak smiesz pytaæ?
Przerwa³a im, niezra¿ona.
- Dobra, to kopnijcie siê po zapasowa broñ. - Wskaza³a porozk³ adane pod murkiem baga¿e swoich ludzi. - Bêdziecie szli za nimi i ³adowali.
- Pani! My jestesmy najlepsi w mieczu, jestesmy... My do ³adowania???
Podesz³a jeszcze bli¿ej, sama, bez jakiejkolwiek broni i popatrzy³a na mó wiacego swoimi oczami g³êbokimi jak ocean.
- Nie lubiê, jak si ze mna dyskutuje. Ja nie filozof - powiedzia³a spokojnie. - Wykonaæ rozkaz.
Odwróci³a siê na piêcie i zaczê³a ustawiaæ swoich dwudziestu kusznikó w u szczytu monstrualnych schodó w. Rada Królewska dochodzi³a w³asnie do ich po³owy, budzac parali¿ujacy strach wsród wszystkich ludzi wok ³. Kasme jednak nawet nie patrzy³a w dó³ .
- Ci tam - wskaza³a na "kuzynó w" - bêda wam adowaæ kusze. Wiêc puste bê dziecie oddawaæ w ty³ lewa rêka. Prawa bêdziecie przyjmowaæ na³ adowane. Strzelaæ z biodra. I równym krokiem idziemy na dó³.
- Pani! - odwa¿y³ siê jej przerwaæ jeden z Dahmeryjczyk w. - Jak to, z biodra? To¿ bêdziemy szyæ po wszystkich, jak leci, bez celowania!
Podesz³a do niego i po³o¿y³a mu rêkê na ramieniu.
- Nie lubiê, jak si ze mna dyskutuje - powtórzy³a s³ odkim g³osem. - Nie jestem filozofem.
Dahmeryjczyk opusci³ wzrok. Nikt inny nie odwa¿ y³ siê ju¿ odezwa . Jakas nag³a cisza zapad³a wokó³. Wszyscy milczeli. Ci na dole zamykali usta, bo tu¿ obok sz³a Rada Kró lewska. Ci na górze dlatego, ¿e obok sta³a Kasme. I, zaraza jasna, w³ asnie zaciska³a wargi. Wszystko co ¿y³o, i na dole i na gó rze schodów, choæ z dwóch ró¿nych powodów, zamar³o ze strachu.
"Kuzynowie" ustawili siê jakos. Trzymali w rêkach zapasowa broñ Dahmeryjczyków i be ty. Zaan kaszla³ potwornie. Wydawa³o siê, ¿e wypluwa p³uca. Nauzea ciagle z otwartymi ustami. Zyrion, stary lichwiarz, po raz pierwszy w ¿yciu nawet nie zauwa¿y³, ¿e ktos pozbawi³ go sakiewki. Orion broczacy krwia. Sirius, nagle zadowolony z ¿ycia.
M³ody ksia¿ê podszed³ do Kasme. Wyja³ swoje ciemne okulary, których u¿ ywa³ w zasnie¿ onych górach, ¿eby uniknaæ slepoty. To by³a jego pamiatka po poprzednim ¿yciu.
- Chcia³bym, ¿ebys cos ode mnie mia³a - szepna³, podajac je Kasme. - Masz.
Usmiechnê³a siê. Wziê³a. Za³o¿y³a na czo³ o i palcem przesunê a w górê. Czarne szk³a swietnie kontrastowa y z jej kró ciutkimi blond w³ osami.
- Dziêki. Rzeczywiscie, ostre s³oñce.
- Zaczynaj. Dobrze?
Skinê³a g³owa. Podesz³a do swoich kuszników.
Rada Królewska by³ a ju¿ o jakies trzydziesci kroków. Ju¿ przewodniczacy szykowa³ siê, by "powiedzieæ im kilka ciep³ych s³ó w o rozstaniu siê z ¿yciem".
Kasme czeka³a do ostatniej chwili. Potem palcem zsunê³ a sobie ciemne okulary z czo³a na oczy. Nie mia³a ¿adnej broni. Poza tymi dwudziestoma mê¿ czyznami ustawionymi w równa liniê. Swiat koñczy³ siê w³asnie.
- Naaaaprzóóóóó d maaaaarsz! - ryknê ³a dziewczyna o kró tko ostrzy¿onych w³ osach.
Dwudziestu Dahmeryjczyków idealnie zrobi³o pierwszy krok, zstê pujac z pierwszego stopnia. Wszyscy zrobili to ta sama noga. Wszyscy idealnie ró wno. Drugi krok. Od cz³onków Rady dzieli³y ich mo¿e trzy d³ugosci przeciêtnej ³awy w karczmie.
- Strzelaæ! - wrzasnê³a Kasme.
Dwadziescia strza³ poszybowa³o do przodu dok³adnie w tym samym momencie, powodujac k³ê bowisko poni¿ej. Nastêpny, idealnie równy krok dwudziestu nóg. Dwadziescia lewych rak odda³o puste kusze do ty³u. Krok. Dwadziescia rak przyjê³o na³ adowane. Krok. Oparcie kolb o biodra. Krok. Dwadziescia strza³ poszybowa³o do przodu. Lewe rêce w ty³. Krok. Przyjêcie ciê¿aru do prawych rak. Krok. Oparcie broni o biodra. Strza³. Krok. I jeszcze raz.
Ludzie wyli. To nie by³y krzyki, to nie by³y ryki, to by³o wycie. Wycie dobywajace siê skads z g³êbi trzewi, skads, gdzie nie istnia³y ju¿ ¿ adne pok³ady cz³ owieczeñstwa. K³êbowisko cia³ poni¿ej zaczê³o siê powoli dzieliæ na tych, którzy le¿ a we krwi i tych, co mogli siê jeszcze ruszaæ. Ci drudzy, czyli przyt³aczajaca wiê kszosæ, runêli w d ³ schodów, tratujac siê wzajemnie. Nikomu z tych poni¿ ej nie przysz³a do g³owy mysl, ¿e przecie¿ maja okropna przewagê liczebna. ¯e mogliby rozerwaæ kuszników go³ymi rêkami przy minimalnych stratach. Nikomu nie przysz³o do g³owy, ¿e nawet Dahmeryjczycy, choæ potrafia utrzymaæ idealnie równa lini , to nie potrafia strzelaæ z biodra, celujac w cos konkretnego. Na dole ju¿ nikt nie mysla³. Tam by³a panika.
- Strzelaæ! - komenderowa³a Kasme, poprawiajac okulary na nosie.
Dwadziescia strza³ w przód. Nastêpny krok z³o¿ onej z dwudziestu ¿ o³nierzy linii. Nastêpny stopieñ. Dwadziescia lewych rak w ty³. Krok. Stopieñ. Dwadziescia prawych rak przyjê³o na³ adowane kusze. Krok. Stopieñ. Miazga poni¿ej mordowa³a siê sama w³asnymi nogami. Krok. Stopieñ. Oparcie dwudziestu kolb o biodro. Krok. Stopieñ. Dwadziescia strza³. Wycie na dole.
Marynarz bez nóg usi³owa³ pe³znaæ po schodach. Wózek z dzieckiem zje¿d¿a³ sam, podskakujac na stopniach. Jakis ma³y ch³ opczyk tkwi³ ukryty w konarach drzewa obok. Obserwowa³ dahmeryjska liniê, posuwajaca siê w dó ³ równym krokiem, grupki "kuzynó w", którzy, klnac, ³adowali kusze z ty³u, zszokowanych ksia¿ at posuwajacych siê niepewnie jeszcze bardziej z ty³u i... bezkszta³tny, skot³ owany t³um poni¿ej, który gdyby tylko by³ dowodzony i zorganizowany, móg³ by wszystko przerwaæ nawet w tej chwili, bo mia³ mia¿d¿aca przewagê liczebna.
Dahmeryjska linia zaczê³a siê rwaæ. Zbyt wiele cia³ trzeba by³o przekroczyæ. Schody sp³ywa³y krwia, choæ nie nale¿y przesadzaæ z jej iloscia, wbrew ch³opczykowi na drzewie, który kiedys opisze to zupe³nie inaczej. "Kuzyni" ju¿ siê nie wyrabiali z ³ adowaniem. Ca³a organizacja zaczê³a siadaæ i rozprzêgaæ siê coraz bardziej. Ale na dole nie by³ o nikogo, kto móg³ by stawiæ jakikolwiek opór. Dahmeryjczycy dotarli tam ju¿ w ma³ych grupkach. Kasme jednak szybko wprowadzi³a porzadek i pociagnê a ich dalej.
Orion, broczacy krwia, zosta³ z ty³ u razem ze swita. Sirius usi³owa³ go podtrzymywaæ z jednej strony, a Nauzea z drugiej. Ledwie zauwa¿y³ go ca, który dyszac dotar³ do samotnej grupki na schodach, usi³ujac nie patrze na cia³a wokó³.
- Wielki Panie - goniec z trudem ³ apa³ oddech - Blondyna melduje: "Na dole ju¿ w porzadku. T³um siê k³êbi, ale potrzebujemy czegos jeszcze. Blondyna chce wsparcia logistycznego."
- Na dó³! - zakomenderowa³ Orion.
By³ prawie niesiony przez Siriusa, Nauze i Zyriona. Zaan ledwie szed³ z ty³u, zanoszac siê kaszlem. Dotarli do placu u podnó¿a schodów. Tu by³o pustawo. Dopiero kiedy przekroczyli waska uliczkê, zobaczyli na placu targowym gestykulujacych ludzi. Na dachach kamienic wokó³ tkwili Dahmeryjczycy z kolbami kusz opartymi o biodra. A Kasme, w otoczeniu "kuzynów", sta³a wsród ludzi, do których jeszcze przed chwila strzela a.
Wynajêci przez pa³ acowego matematyka m odzi filozofowie w³ asnie nadbiegali. Ustawiali siê na straganach, ¿eby mo na by³o ich zobaczyæ i us³ysze .
- Ludzie!!! - wyli. - Rada Królewska podnios³a rêkê na najwa¿niejsze swiê tosci Troy. Kaza³a zamordowaæ Wielkiego Ksiêcia! Kaza³a strzelaæ do niewinnych ludzi! Kaza³a...
Teoretycznie ka¿dy móg³ spojrzeæ w g rê i zobaczyæ cia a cz³onków Rady na szczycie wielkich schodów. Teoretycznie ka¿dy móg³ spytaæ tych, którzy prze¿yli masakrê na schodach (a parê osób, któ rych panika nie pogna³a dalej, jeszcze krêci³o si wokó³). Teoretycznie ka¿dy widzia³ Kasme i jej kuszników poustawianych na dachach. Teoretycznie...
- Co robiæ?! - wrzasna³ ktos z t³ umu.
Filozofowie chêtnie udzielali szczegó³ owych wyjasnieñ. Kosztowali du¿o, ale byli znakomici w swoim fachu. Potrafili przemawiaæ do ludu, wiêc nie by³y to wyrzucone pieniadze. A poza tym potrafili przekrzyczeæ i odeprzeæ, wrêcz zmia¿d¿yæ argumenty resztek ofiar z wielkich schodów, które by³ y na placu. Wykszta³cono ich bardzo dobrze. No i... du¿o mówili, nie dopuszczajac nikogo innego do g³osu.
- Co robimy? - spyta Orion. - Zdaje siê, ¿e w dalszym ciagu nie mamy ¿adnych si³ pod rêka.
Z boku podesz³a Kasme.
- Teraz to ju¿ wystarczy zaatakowaæ jakikolwiek budynek nale¿acy do Króla - powiedzia³a.
- Czym? - spyta³ Orion.
Wzruszy³a ramionami.
- Niech " lud" to zrobi.
- "Lud" ju próbowa³ szturmowaæ pa³ac królewski podczas zarazy. Tam nawet garnizon nie poradzi.
- Nikt nie mówi o szturmowaniu pa³acu. Ale Król musi mieæ przecie¿ jakas siedzibê pozbawiona znaczenia. Która praktycznie nie jest broniona. Chodzi o symbol.
Orion spojrza³ na dziewczynê z wiê ksza uwaga.
- Rozumiem. - Przygryz³ wargi, na których powoli zasycha³a krew. - Jest cos takiego.
Jak oni to nazwali?...
Nikt z obecnych wokó ³ nie móg³ przypomnieæ sobie nazwy. Jedynie Zyrionowi cos swita³o, ale te nie pamiêta³ dok adnie.
- No, Bogowie - Orion odruchowo potar³ brodê, rozmazujac krew. - Ka¿dy z królów Pó³nocy ma pa³ac, w którym mieszka latem, i pa³ac, gdzie mieszka zima. Którys z naszych kr lów te¿ kaza³ taki sobie wybudowaæ , z tym ¿e nikt tam nigdy nie mieszka, bo u nas nie ma zimy.
- Wiem, o co chodzi - przerwa³a mu Kasme. - Ilu mo¿e byæ broniacych?
Orion wzruszy³ ramionami.
- Kilku podstarza³ ych stra¿ników i trochê ¿o³nierzy - kalek, weteranów, którym w ten sposó b chca odp³aciæ za wierna s³u¿bê.
- No, to ich mamy. Zabieram kuszników, "kuzynów" i... t³um.
Kasme rzuci³a siê biegiem do najbli¿ szego filozofa. Wspiê³a siê na stragan i cos mu szepnê³a do ucha. Filozof natychmiast zmieni³ zdanie w wyg³aszanej w³ asnie kwestii i zacza³ wzywaæ do czegos innego ni¿ poprzednio. Choæ zakrawa³o to na niemo¿liwosæ, nikt ze s³uchaczy siê nie zorientowa³ . T³um wrza³ od dawna.
- Chodzmy stad - powiedzia³ Zyrion.
Nauzea skwapliwie mu przytaknê³a. Zaczêli siê rozgladaæ za jakims schronieniem, ale jedyna wolna droga prowadzi³a z powrotem na wielkie schody. Sirius, jedyny, któ ry mia³ prawdziwa broñ, poza sztyletami i truciznami ukrytymi przez resztê w zakamarkach ubrañ, wyja³ miecz.
- Mo¿e tu?
Wskaza³ ostrzem budynek Rady Kró lewskiej.
- O, Bogowie - Orion tylko zakry³ oczy zakrwawiona rêka.
- Gdzies musimy siê schowaæ. - Zyrion prze³kna³ slinê. - Jestesmy zupe³nie bez ochrony.
Zaan na krótka chwilê opanowa³ kaszel. Ledwie móg³ siê ruszaæ.
- Chodzmy tam. Zreszta gdziekolwiek. Tu mo¿e nas za³ atwiæ zwyk³y ch³ op z kijem.
- Eeeeee... ch³op to nie. - Sirius machna³ mieczem. Potem kopna³ w drzwi budynku Rady.
Weszli do przestronnego atrium, kryjacego siê tu¿ za fasadowym murem. Wozny zerwa³ siê na ich widok. Usi³owa³ cos powiedzieæ, ale by³ tak przera¿ony, ¿ e nie zdo³a³ nawet otworzyæ zacisniê tych ust. Nie wiedzia³, co zrobiæ. Najpierw zacza³ dr¿ eæ, a potem uciekaæ . £owili zanikajacy odg³os jego stóp. Wokó³ by³o pusto.
- Chodzmy dalej. - Sirius opar³ sobie miecz na karku i zawiesi³ na nim obie d³onie. By³ jedynym w ca³ ej grupie, który nie dygota³ z wewnê trznego napiêcia.
Ruszyli wzd³u¿ korytarza ciagnacego siê pod murem zewnê trznym. Nikogo. Otwarte drzwi. Porozwalane papiery. Jedynie w pomieszczeniu Kró lewskich Donosicieli dopala³ siê stos akt i teczek.
- Wiedza, ¿e Mika b dzie siê msci³. - Zaan z najwy¿szym trudem opanowa³ kolejny atak kaszlu. - Dobrze wiedza, sukinsyny.
Przemierzali dalej puste korytarze. Wreszcie zasiedli w sali audiencyjnej. Kobieta czyszczaca szmata jasny piaskowiec pod³ogi ledwie na nich zerkn ³a, powracajac natychmiast do swojej pracy. Zyrion usi³owa³ opatrzyæ Oriona, niewprawnie pos³ ugujac siê oderwanymi rêkawami koszuli. Zaan kaszla³ zgiê ty wpó³ przy krzesle przewodniczacego. Sirius i Nauzea grali w pi³kê, nagle rozesmiani, rzucajac marmurowa g owa oderwana od popiersia jakiegos notabla, którego rzezba zdobi³a wczesniej stó³ prezydialny.
- Czy wszystkie przewroty wygladaja tak idiotycznie? - zapyta³ Orion, odsuwajac na chwilê Zyriona.
- Nie wiem - wycharcza³ Zaan. - To pierwszy przewr t w moim ¿yciu.
- Bogowie. Wystarczy uderzyæ dwudziestoma kusznikami i... i ju¿?
- To by³y lata przygotowañ.
- No, ale niewiele wysz³o z tych przygotowañ. - Orion znowu odsuna rêkê Zyriona z oderwanym rêkawem koszuli. - A teraz... wystarczy raz uderzy i wszystko siê sypie? Momentalnie?
- Nie wiem, gdzie si posypie. - Zaan usi³owa³ obetrzeæ sciekajaca z ust slinê. - Wystarczy, ¿e ktos tu wejdzie, za³ atwi nas i po przewrocie. Nie mamy ¿adnej ochrony. Nie mamy nic.
- Paru najwa¿ niejszych teraz ludzi w królestwie - wtraci³ siê Zyrion. - Ale gdyby ktos z nich mia³ jaja i wr ci³... Wystarczy klasnaæ i nas nie bêdzie.
- Ty swinio! - wrzasnê³a Nauzea, bo Sirius kolejnym rzutem kamienna g³ owa uderzy³ ja w kostkê. Ale zaraz siê opami ta³a. - Panie wielkoksia¿ ca swinio! - doda³ a zgodnie z wymogami etykiety, masujac sobie staw.
Orion zacza³ siê smiaæ.
- Jakie to wszystko g³upie.
- Jakie niepotrzebne - doda³ Zaan.
- Zmusili nas - wtraci³ Zyrion.
Sprzatajaca pierwsza us³ysza³a odg³os stóp w sanda³ach uderzajacych o posadzkê. Wsta³a ciê¿ko i otworzy³a drzwi sali prezydialnej.
- Tutaj! - krzyknê³ a do goñca. - Tu sa nowi panowie.
Zaraz potem wróci³ a do swojej roboty. Jej by³o wszystko jedno, kto bêdzie p aci³ za sprzatanie. Potrzebowa³a tych pieniêdzy, bo mia³ a liczna rodzinê, a ma¿ sam nie móg³ nastarczyæ.
Goniec, a w³asciwie jeden z "kuzynó w" Nauzei, wykona³ dosæ przyzwoity uk³on.
- Blondyna melduje, e pa³ac zimowy zdobyty w kilka chwil. Pozwoli³a ludziom rabowaæ. Rozruchy ju¿ sa.
- I kto uwierzy, ¿e w³asciwie nic siê dzisiaj nie sta³o? - wycharcza³ Zaan.
- Nie bój siê - Orion po raz kolejny odsuna³ rêkê Zyriona, nie chcac poddaæ siê jego amatorskim medycznym zabiegom. - Moi kronikarze zrobia z tego wydarzenie historyczne.
- Przecie¿ nikt nie uwierzy.
Orion nie s³ucha³ jednak.
- Niech Armia Zachó d wkroczy do miasta, by przywróciæ porzadek - rozkaza³ .

Rozdzia³ 13
O
budzi³a siê z krzykiem. W³asciwie nie krzykiem, ale wyciem, jakims zwierzêcym skowytem dochodzacym skads z g³êbi trzewi. Ile ciosów zarobi³ a? Bok, kilka razy, plecy, kilka razy, brzuch, co najmniej dwa ciosy, przebito jej p³uco, twarz, wybito oko, dosta³a w ty³ek, zgruchotali jej prawy nadgarstek, z³ amali kosæ udowa i... szlag! pewnie jeszcze parê innych ciêæ, których nie pamiêta³a.
Jesli wiêc obudzi³ a siê po czyms takim... To znaczy, ¿e nie ¿ yje. O, mamo! Co teraz? Usi³owa³a siê nie ruszaæ. Co z nia zrobia Bogowie? Kraina Wiecznego P³aczu? To g³upie tak le¿e bez ruchu, mimo wszystko.
Otworzy³a oczy. Ale szaro. Jednolita prawie szarzyzna, bez wiê kszych b³ysków swiat³a, bez czerni, bez bieli. Szarosæ. Zaraz. Oczy? Naprawdê otworzy³a oczy? Dotknê³a d³onia powiek. Mia³a obydwa? Przecie¿ jedno jej wybito. No tak. Ale teraz ju¿ nie ¿ yje. Jasne. Poruszy³a palcami lewej d³oni, tymi, które przedtem, za ycia, by³y nieczynne. Oczywiscie mog³a nimi ruszaæ. Ruszaæ palcami lewej d³oni. Pewnie. Skoro ju¿ nie ¿y³ a. Czemu nie?
No, ale... Powinna p³akaæ. Kraina Wiecznego P³ aczu. Dlaczego nie p³ acze? Nie wiedzia³a. Nie by³o jej smutno. Zerknê³a w bok. Jakies rosliny (takie strasznie szare), trawa, ma³e krzaki (ale jakies... bez koloru), cos laz o po jej nagim biodrze. O, kurde blade! ¯ uczek! Normalny ¿ uczek laz³ po jej go³ym ty³ku. Czy on te¿ umar³? Czy w krainie zmar³ ych sa te¿ ¿uczki?
Cos ja zaswêdzia³o. Podrapa³a siê odruchowo w policzek.
- Auuuuuu!
Zobaczy³a na rêku krew. Swoja w³asna. Co? Zamknê³a oczy, potem otworzy³a je znowu. O¿, kurwa maæ! Zamiast normalnych paznokci mia³a wielkie szpony! Krogulcze pazury jak u dzikiego zwierza. No, ³adnie. Gdzies czyta³a, ¿e wed³ug jednej z teorii, cz³owiek, który za ¿ycia wyrzadzi³ wiele z³ ego, po smierci bê dzie zamieniony w demona. A to ja za³atwili Bogowie. By³a demonem.
Goraczkowo obmaca³a w³asne stopy, ale tam paznokcie by³y normalne. Dotknê³a zêbów. Tak! Mia³a wielkie k³y. Olbrzymie, zwierzê ce k³y! No, szlag! Za co? Za co? Naprawdê nie zrobi³ a a¿ tyle z³ego. No, co wy, Bogowie? Dobra, trochê swiñ stw narobi³a w ¿ yciu, ale ¿eby zaraz zamieniaæ w demona?
Chcia³a siê rozp³ akaæ, ale nie mog³ a. Opar³a siê na rê ce i usiad³a. Cos ja uwiera³o w ty³ek, ale nie mia³ a ochoty sprawdzaæ co. Popatrzy³a na niebo. A¿ ja oczy zak³u³ y od blasku gwiazd. W pierwszej chwili nawet nie zrozumia³ a, co widzi. Gwiazdy swieci³y tak, ¿e wszystko zlewa³o siê w jedna szara p³ aszczyznê. No pewnie. Jako demon bêdzie siê teraz ba³a swiat³a. O, mamo. Za co? Co ona takiego zrobi³a, ¿ eby karaæ a¿ tak okrutnie?
No, dobra. I co teraz? Ma isæ straszyæ ludzi w pobliskiej wiosce? Po pierwsze, gdzie jest najbli¿sza wioska? Po drugie, nie mia³a ochoty kogokolwiek straszyæ . No, ale... jako demon musia³a. Kurza dupa! I niby jak siê straszy? Trzeba siê ukryæ za rogiem cha³upy i wyskoczyæ na kogos krzyczac: " Uuuuuuuuuu!!!"? Nie mia³a pojêcia. Demon z niej by³ jak z koziej dupy traba.
Wsta³a lekko. Cos otar³o siê o jej ³ydkê. Zerknê³a do ty³u, ale niczego nie zauwa¿y³a. Za co? Za co jej to zrobili? Popatrzy³a na swoje szpony, jê zykiem wymaca³a k³ y. O, ¿eby was jasna zaraza, wyt³uk³a! Teraz bêdzie straszyæ dzieci w ko³yskach. Jak d³ugo? Kurde, mo¿e przez ca³a wiecznosæ. Zdenerwowa³a siê. Cos uderzy³o ja w jedna ³ydkê i druga. Odwróci³a siê gwa townie. Nic. Zdenerwowa³a siê jeszcze bardziej. Miêkkie ciosy w ³ ydki zaczê³y siê powtarzaæ coraz szybciej. No, szlag! Odwróci³ a siê jak mog³a najszybciej. Nic. Cos ja jednak przy obrocie pociagnê³o za ty³ek, czu³a wyraznie. No dobra. Sprê¿y³a siê. Obrót, chwyt szponiasta d³onia, szybkie spojrzenie... Jêknê³a cicho. O ma³o nie zemdla³ a. Usiad³a na miê kkich nogach, trzymajac w d³oni swój w³asny ogon!
Patrzy³a têpo przed siebie. Demon. No pewnie. Jak demon to demon. Nie s³ysza³a co prawda, ¿e maja ogony, ale teraz widaæ, ¿e maja. Zdenerwowa³a siê, ogon drgna³ jej w r ku. O, mamo. Pusci³a go. Im bardziej by³a wkurzona, tym bardziej drga³, tak jakby chcia³ uderza to w jedna nogê, to w druga. Zerknê³a jeszcze raz. By³ pokryty kró ciutkim futrem, jak u geparda albo lwa. Zaklê³a cicho. Ogon palna³ ja w bok i to wcale mocno. O, nie. Zosta³a zwierzakiem. Ale zaraz. Mia³a przecie¿ normalne, ludzkie cia³o (no, trochê przynajmniej normalne, jesli nie liczyæ k³ów, pazurów i ogona)... Zerknê³a po sobie. Nie mia³a ¿adnych blizn po ranach. Dotknê³a ty³ka. Uuuuuu! Blizna po wypaleniu niewolniczego piê tna zosta³a na swoim miejscu. Nie mog³a dostrzec, oczywiscie, swoich policzków, ale koszac oczy, zerknê a na nos. Kurewski tatua¿ mia a w dalszym ciagu.
Czegos tu nie rozumia³a. No, dobra. Zosta³a demonem, czy wrêcz zwierzê ciem, ale... skoro zniknê³y wszystkie blizny, skoro odzyska³a w³ adzê w rozwalonej r ce, to dlaczego zosta³ jej tatua¿ i niewolnicze piê tno? Bogowie zwracali uwagê na takie szczegó³y?
Ostro¿nie pociagnê a nosem. Ju¿ wiedzia³a. To cos, co sprawia³ o, ¿e by³a ledwie przytomna. To zapachy! Po raz pierwszy czu³a je tak intensywnie. W nadmiarze. Tak nieprawdopodobnie mocno.
Jêknê³a.
- Ty! Obca - odezwa³ siê ktos z ty³u.
Achaja poderwa³a si na równe nogi. Tu¿ za nia sta³a dziewczyna. Kompletnie naga, z ogonem, z k³ami jak u tygrysa, ze szponami, bez oczu. Nie! Mia³a oczy. Ale, kurde, ca³e czarne. Bez bia³ka. Jakby same zrenice, jakby dwa wêgle w³ o¿one w oczodo³y. Ale niesamowity widok.
- Ty - Achaja czu³a, ¿e zaraz zwymiotuje. - Czy ja te¿ mam takie oczy?
- Mhm - obojêtnie skinê³a g³owa tamta.
- O, ¿esz ty. To dlatego tak mnie razi s³oñce?
- Jakie s³oñce? - Akcent tamtej by³ ledwie zrozumia³y. - Przecie¿ jest obsrany srodek nocy!
- Jaki, kurwa, srodek nocy!? Przecie¿ widzê wszystko jak w dzieñ !
- No - mruknê³a tamta.
Achaja o ma³o nie zemdla³a po raz drugi. O, ¿esz ty. Tamta mia³a racjê. Przecie¿ gwiazdy. Rozejrza³a siê wok ³. Widzia³a wszystko, drzewa, krzaki, nawet najmniejsze ga azki. Wszystko szare i jakby sp³aszczone, ale... no tak. Jest noc. Co wiêc bêdzie za dnia?
- Coscie ze mna zrobi³y?
- Ty, obca! - Dziewczyna te¿ zdradza³a oznaki zdenerwowania. - Ty mnie, gówniaro, zabi³as!
- Co? - Zarobi³a w twarz piêscia. A¿ ja zamroczy³o.
- Mówiê ci wyraznie, gówniaro. Zabi³as mnie tamtej nocy. Przebi³as mi brzuch, a chwilê potem mi, suko, z³ama³as krê gos³up!
Nowy cios. Achaja zachwia³a si na nogach.
- Wiesz, jak to boli, smarkata?! - kontynuowa³a obca. - Mam ci z³amaæ, ¿ ebys zobaczy³a?
- Lepiej nie - odpowiedzia³a Achaja dosæ trzezwo. - Jesli mogê prosiæ .
- Zabi³as du¿o moich kole¿anek, gó wniaro pieprzona! - ryknê³a tamta. - I do tego piêæ na zawsze!
Achaja odkaszlnê³ a.
- Przepraszam - wycharcza³a, niczego nie rozumiejac. - Nie chcia³am.
- Ja ci dam " przepraszam", suko! Ja ci dam " przepraszam".
- Nie chcia³am.
Zarobi³a nowy cios, w samo czo³o. A¿ usiad³a na ziemi. Tamta podesz³a bli¿ ej.
- A to... - Kopnê³a ja z ca³ ej si³y w twarz. Achaja upad³a na plecy, czujac, jak z jej nosa wylewa siê fontanna krwi. - A to za tê, któ rej obciê³as rêkê !
- Wy te¿ ¿escie mnie nie oszczêdza³ y - szepnê³a, a potem skuli³a siê, bo tamta zaczê³a ja biæ i kopaæ. Kopa³a jak mu³. Bi³a jak kafar wodny. Nie mog³a wytrzymaæ .
Odskoczy³a lekko.
- Daj mi, ma³po, miecz, to ci poka¿ê ! - krzyknê³a.
- Gówno dostaniesz, a nie miecz, smarkata. Ile ty masz, suko, lat?
- O... osiemnascie? Dziewiê tnascie, chyba.
Tamta z³agodnia³a nagle. Na jej twarzy pojawi siê wyraz niebotycznego zdziwienia.
- Jestes a¿ tak m³ oda?
- No... Chyba tak.
- Ty, obca. Nie piernicz, co?
- No, naprawdê mam najwy¿ej dziewiê tnascie. A ty? Ile masz?
Dziewczyna potrzasnê ³a g³owa.
- Czterdziesci osiem.
- Nie chrzañ. Ludzie tak d³ugo nie ¿yja.
Achaja zarobi³a w twarz. Piêscia. Ale tym razem tamta sama siê zrani³a. Walnê³a w kie³, rozora³a sobie skó rê na d³oni i teraz wylizywa³a ranê. Po chwili jednak znowu zebra³a siê w sobie.
- Ty gówniaro jedna. - Chwyci³a Achajê za w³osy i pociagnê ³a za soba. - Ty smarku! Zaraz siê, suko, dowiesz, co to jest umieraæ dziewiêæ razy!
- Przestañ! Boli!
- Ciê, suko, zaraz dopiero zacznie bole ! Ale najpierw siê dowiemy, jak to zrobi³as.
- O, mamo! Co zrobi³ am?
- Jak z ta druga suka ¿escie zabi³y tyle naszych kole¿ anek.
Achaja niewiele rozumia³a. Sz³a zgiêta za ciagnaca ja za w³ osy dziewczyna... tfu! kobieta, skoro tamta mia³a tyle lat, ile mówi³a.
- Mówi³as, ¿e co...
- ¯e dziewiêæ masz smierci przed soba, smarkulo. A w³asciwie osiem, bo raz ju¿ umar³as. Jestes teraz kotem. Cz³owiekiem-kotem g wniaro. I teraz siê dopiero dowiesz, jak wiele b lu mo¿na ci zadaæ, kocurku. Miau? Osiem prawdziwych smierci. Miau?
Achaja by³a zbyt dobrze wyszkolona na takie numery. Nie tylko Hekke. Krótki te¿ mia³ wiele do powiedzenia na temat walki wrê cz w obozie niewolników. Wywinê³a siê jednym skrêtem cia³ a. Pod³o¿y³a tamtej nogê, skoczy³a na plecy, szarpnê³a za w³osy i chwyci³ a jej szyjê, gotowa w ka¿dej chwili do skrêcenia karku lub uduszenia.
- Miau? - szepnê³a kpiaco. - Miau?
Rozesmia³a siê. To by³ jej swiat. To byli ¿ywi ludzie, choæ jakos tam magicznie zmienieni. ¯ywi. A w odbieraniu ¿ ycia by³a trochê lepsza.
- Ty, obca. Puszczaj.
- Miau?
- Ty gówniaro. Jakies piêæ dziesiat ³uczniczek w ciebie mierzy. Puszczaj.
Achaja rozejrza³a siê. Nie przywyk³a jeszcze do tej dziwnej nocnej szarosci, ale rzeczywiscie, ze dwie ³uczniczki zdo a³a zauwa¿yæ.
- One odbiora mi jedno ¿ycie, ja tobie te¿ jedno. Która z nas prê dzej skoñczy?
- Nie wyg³upiaj siê . Nikt ciê nie zabije od razu. - Dziewczyna stêknê ³a lekko. - Najpierw musimy si dowiedzieæ, jak z ta druga pinda zabi³ yscie a¿ tyle naszych kole¿anek.
- Miau.
- Przestañ. Zabija ciê, zanim ze mna skoñczysz.
- Nie ³udz siê, kocurku! Zabijê ciê wczesniej.
- No, dobra. - Dziewczyna szarpnê ³a siê w stalowym chwycie. Naprawdê by³a odporna na ból. - Puszczaj.
Achaja potrzasnê³a g³owa.
- Nasika³abym ci na ³eb, gdybym chcia³ a. I to zanim by tamte zda¿y³y strzeliæ.
Rozluzni³a chwyt i wsta³a spiêta, ale tamta nie rzuci³a siê na nia. Wsta³a równie¿ i przymknê³a oczy. Uspokaja³a siê d³ u¿sza chwilê.
- No, chodz - szepnê ³a wreszcie.
Da³a znak ³ uczniczkom. Te dwie, które widzia³a Achaja, leciutko zwolni³y ciêciwy.
Ruszy³a za tamta, ciagle nie mogac przywyknaæ, ¿e widzi wszystko w nocy. To by³o cos niesamowitego. Widzia³a gwiazdy jarzace siê ostrym blaskiem, widzia³a ka¿dy listek, ga³ê zie, pnie, choæ jakos dziwnie szare i sp³aszczone, ale widzia³a. Noc by³a dla niej jak dzieñ. Czu³a zapach idacej przed nia kobiety i, to by³o najdziwniejsze, wiedzia³a, ¿e tamta jest wsciek³a i zdenerwowana, a jednoczesnie ciekawa; wiedzia³a, ¿e tamta siê nie boi, e cos pociaga ja w obcej, ¿e jej nienawidzi, ale i lubi trochê. To wszystko zrozumia a, czujac tylko jej zapach. Czu³a, dos³ownie czu³a, ¿e scie¿ka, która sz³y, przed chwila przesz³y jeszcze dwie osoby, jedna z nich by³ mê ¿czyzna, ¿e zjad³ dosæ obfity posi³ ek, ¿e by³ zupe³ nie obojêtny, ¿e kobieta, która mu towarzyszy³a, by³a w cia¿y, nied³ugo rozwiazanie, ¿e siê kochali. O, szlag! Sni³o jej siê, czy rzeczywiscie mog³a takie rzeczy po prostu wywachaæ?
- Na kolana, smarkulo. - Ta, która ja prowadzi³a, chwyci³ a Achajê za w³osy i zmusi³a do uklê kniêcia. - Na twarz padaj, gó wniaro! - Przycisnê a jej g³owê a¿ do ziemi.
Achaja us³ysza³a szelest. Kroki. Dwóch mê¿czyzn, trzy kobiety. O, kurde. Sama nie wiedzia³a, czy to us³ysza³a, czy wywacha³a. By³a jednak pewna, e siê nie myli. Mamo! Co oni z nia zrobili? Jedna z kobiet musia³a byæ bardzo stara, mê¿ czyzni przygladali jej siê z uwaga, inna kobieta by³a skaleczona w palec, przy³o¿y³a sobie jakies zio³a, sza³ wiê chyba i cos jeszcze. Skad ona to wszystko wiedzia³a? No, nie... Po chwili zastanowienia wiedzia³a, ¿e jedna z kobiet za trzy dni bêdzie mia a swoja przypad³os ! Co oni z nia zrobili? Co oni z nia zrobili?
- Ty, obca - odezwa³ a siê jedna z kobiet. - Jak zabi³as tyle naszych sióstr?
- Mieczem... Auuuuu!!! - ryknê³ a przygiêta do ziemi Achaja.
Ta, która ja trzyma a za w³osy, chwyci a jej ogon i scisnê ³a mocno. Zabola³o gdzies w nerkach. Okropnie. Co za idiotyczna sytuacja. Ma teraz ogon, któ rego tamci moga u¿ ywaæ po to, ¿eby ja drêczyæ. Co za idiotyzm.
- Jak je zabi³as?
- No, co mam odpowiedzieæ? Naprawdê mieczem... Auuuuu!!! Zostaw mó j ogon, suko! Auuuuu!
- Jak je zabi³as?
Co ma im powiedzieæ ? O co im chodzi?
- ¯eby was szlag trafi³! Coscie ze mna zrobili? Auuuuu! Zostaw mój ogon, ty krowo! Auuu! Zabijê ciê, suko, auuu! Teraz przesadzi³as, ma³po.
Achaja wygiê³a siê w ³uk, wysliznê³ a z chwytu i skoczy³ a do ty³u. Tamta jednak by³a przygotowana. Odskoczy³a równie¿ . Spryciara. Ale nie taka znowu. Nie grozi³a jej smieræ w obozie niewolników, dzieñ w dzieñ, przez kilka lat. Achaja odbi³a siê lekko. W momencie, kiedy tamta robi³a obrót, kopnê³a mocno, nadajac jej jeszcze wiêksza szybkosæ obrotowa. Kiedy zobaczy³a plecy tamtej, chwyci a ja pod pachy i zaplot³a d³onie na jej karku.
- No i co, kró weczko? Mam teraz scisnaæ? Mam scisna ? No, co jest? - zakpi³a. - Milczysz? Przed chwila by³as bardziej elokwentna.
Kucnê³a lekko i nadepnê³a tamtej na ogon. Usmiechnê³a siê, s³yszac syk bólu.
- W wê¿a siê zamieniasz, ¿e tak syczysz?
- Pusæ ja - powiedzia³a jedna z kobiet siedzacych w krêgu.
- Tak od razu? Bez buzi buzi?
Kobieta usmiechnê³ a siê lekko.
- Czujê, jak siê boisz - powiedzia³a cicho. - Czujê to. I nawet wiem czego.
Achaja nie mia³a podstaw, by jej nie wierzyæ. Skoro sama czu³a tak wiele.
- Boisz siê wbicia na pal - kontynuowa³ a tamta. - A teraz jestes cz³ owiekiem-kotem. Jak myslisz? Czy wbicie na pal dziewi æ razy jest bardziej bolesne od jednego razu, czy te zdo³asz siê przyzwyczaiæ?
Achaja pusci³a tamta. Zacisnê³a szczê ki.
- Klêknij - rozkaza a kobieta.
Achaja uklêk³a.
- Na twarz, smarkulo.
Achaja upad³a przed nimi na twarz.
- Auuuuu!!! - targnê ³a siê, kiedy niedosz³a ofiara nadepnê³a jej w odwecie na ogon. Pos³usznie jednak znowu po chwili opad a na twarz. Usi³owa³a podwinaæ ogon pod siebie, ale nie do koñca jeszcze wiedzia³a, jak siê nim pos³ ugiwaæ.
- Jak zabi³as siedem naszych sió str?
Achaja zdecydowa³a siê. Chwyci³a ogon rêka i wsadzi³a sobie mi dzy nogi.
- Mieczem! Auuuuu!!!
Zarobi³a piêscia w nerki. A¿ ja zaæmi³o. Usi³owa³a nie podnosiæ g³owy; wiedzia³a ju¿, ¿e nie by³o to dobrze widziane w tym towarzystwie.
- No, co mam powiedzieæ? - jêkn ³a. - Kurde! No... Co chcecie wiedzieæ ?
- Jak zabi³as nasze siostry?
- No, mieczem... A³aaaaaaaa!
Spiê³a siê tak, ¿ e dosta³a dwóch skurczów. Oprawczyni zauwa¿y³ a to i odskoczy³a dwa kroki do ty³u. Achaja jednak nie rzuci³a siê na nia. Dziewiêæ razy na pal? Nie. Nigdy w ¿yciu. Bêdzie tu tkwiæ na pysku przycisniêtym do trawy, z wypiê tym, go³ym ty³kiem, choæby ja mieli posiekaæ.
- O, mamo. Powiem, co chcecie. Tylko co?
- Jak je zabi³as?
Przytrzyma³a rêka swój ogon, ¿eby nie podstawiaæ tamtej suce narzê dzia tortur. Skuli³a siê i napi ³a.
- Powiedzia³am, ¿e na³o¿ê na kurwy wiêksze podatki! Same zdech³y!
Oczekiwa³a kolejnego ciosu, ale ten nie pad³. O, ¿esz ty. Wiêc na pal? Czego one chcia³y?
- Przyprowadziæ tê druga smarkulê - rozkaza³a kobieta.
Nie musia³a czekaæ d³ugo. Poczu³a zapach strachu i to takiego, ¿e ciarki ja przesz³y. Chwilê pózniej rzucono kogos na kolana, a potem na twarz tu¿ przy niej. Ostro¿nie zerknê³ a w bok. To by³a Arnne. Go³a, z k³ami i pazurami jak u zwierzêcia, z ogonem i oczami jak wêgle.
- Proszê! B³agam! Nie róbcie mi nic z ego - p³aka³a czarownica. - Zabijcie mnie, proszê. Ale raz! Raz i ju¿, co? Proszê!
- No i co, siksy. Teraz p³aczecie? Jak zabi³yscie nasze siostry?
- To ona zabija³a! - krzyknê³a Arnne, wskazujac na Achajê. - Ja tylko zrobi³am swiat³o! Auuuu!!!
Achaja poczu³a ulgê . Ktos mocno scisna³ ogon czarownicy. Bardzo mocno.
- To ona! - krzycza³ a Arnne. - To ona, uwierzcie mi, b³agam. To ona!
- Jak zrobi³as swiat³o?
- Ojej... no... jestem czarownica przecie¿. Auuuu!!! Czarownica, prawdê mówiê. Auuuuu!!! Niech ona mnie nie rusza. Auuuu!!! B³agam, proszê, zrobiê, co chcecie, b³agam, auuuu!!!
Rozbecza³a siê tak, ¿e trudno by³o zrozumieæ, co mó wi.
- S³uchajcie, smarkule - powiedzia a kobieta. - Ja chcê wiedzieæ tylko, jak to zrobi³ yscie.
- Proszê pani - szepnê³a Achaja. Trochê ba³a siê podniesæ g³os. - My siê chyba nie rozumiemy... Auuuu!!! No, niech ona zostawi mój ogon, kurwa! Auuuuu!!! Proszê... Auuuu!!! Proszê, dajcie mi cos powiedzieæ.
Dysza³a chwilê.
- To ona - krzyknê³ a Arnne. - To ona zabija³a!
- Jesli chcecie siê czegos dowiedzieæ, to dajcie nam mówiæ . Proszê. Ja naprawdê nie wiem, o co wam chodzi... Auuuu!!!
Tym razem kobieta da a jednak znak oprawczyni. Achaja podnios³a lekko g³owê. Na tyle przynajmniej, ¿eby wyjaæ nos z trawy.
- Ja naprawdê nie wiem, o co wam chodzi. Zabija³am je mieczem, ale jesli pragniecie innej wypowiedzi, to, oczywiscie, zmieniê zdanie. Ja...
- Jak mog³as je zabiæ w nocy? Kiedy nic nie widzia³as, a one widzia³y?
- Jestem szermierzem natchnionym, proszê pani. Niezle mi posz³o nawet z samym Virionem. Ja jestem w tym dobra, proszê pani.
- Szczypce - rozkaza a kobieta.
Achaja zobaczy³a nagle, jak jej dotychczasowa oprawczyni dostaje od kogos wredne, du¿ e szczypce. Jak bierze jej ogon do rêki i wk³ada miêdzy dwa têpe ko ce.
- Nie! Ja wszystko powiem, proszê pani! Powiem!!! Proszê.
- Mów.
- Ale co? - wyrwa³o siê sko³owanej dziewczynie.
- Boi siê. Mówi prawdê - powiedzia³ jeden z mê¿czyzn.
- Tyle sama wiem. Dlaczego nie odpowiada?
- Nie rozumie.
- Jak tego mo¿na nie rozumieæ?
- Nie wiem.
Zapad³a d³u¿sza cisza. Achaja dysza³a ciê ko, widzac swój w³ asny ogon ujêty szczypcami. Szlag! Co za idiotyczna sytuacja. Przyprawili jej ogon i teraz bêda dziê ki niemu d³u¿ej mê czyæ. Dobrze, ¿e jej nie zrobili uszu jak u s onia. Wtedy mêki mog³yby trwaæ setki dni.
- Jak to zrobi³ yscie? - warknê³a kobieta.
Achaja ju¿ chcia³a powtórzyæ: " mieczem", ale ogon w szczypcach sprawi³, ¿e tylko zacisnê³a szczêki. Arnne natomiast wykaza³a siê nagle jakas szczatkowa odwaga.
- Jestesmy inne ni¿ wy - jêknê³a. - Nie dziwi was, dlaczego wojsko zabija³o was strza³ ami. Strza³y z kusz rozumiecie. Ale ona - zerknê³a na Achajê - jest szermierzem. Ona potrafi zabijaæ nawet po ciemku. Lepiej ni¿ ci, któ rzy po ciemku widza. Ona sama nie wie, jak to robi. Uwierzcie nam. Ona tego nie potrafi powiedzieæ. Potrafi zabiæ. Dlatego nie rozumie, o co ja pytacie. Dla niej zabiæ to jak dla was... nie wiem... zjesæ cos... czy... Auuuuu!!!
- Ty - jakas stopa dotknê³a g³owy Achai - czy ona mó wi wszystko?
- Tak, proszê pani!
- A jak zabijasz, nie wiedzac, ¿e zabijasz?
- Nie wiem. - Achaja rozszerzonymi oczami patrzy³a na szczypce. - No, zabijam, bo umiem. Nie wiem, jak to powiedzieæ! Nie widzia³am niczego, ale pomog³a mi porucznik saperów, a potem ta czarownica. Zobaczy³am cos i wtedy...
- Zabija³as nawet jak nic nie widzia³ as.
- Macha³am mieczem na oslep.
- Tak dobrze?
Te szczypce! Jak scisnie, to...
- Mogê zademonstrowaæ - zaryzykowa³a. - Mogê zabiæ tê ma³pê, co trzyma te szczypce, zanim je zewrze.
Chwila wahania. Cz³onkowie rady zapewne spojrzeli po sobie.
- Wierzê ci. Ale jak to robisz?
- O, mamo. Wyszkolona jestem, normalnie, no. Nie wiem, jak to robiê! Robiê i ju¿ .
Kobieta zamysli³a siê. Cisza przed³u¿a³a siê nieznosnie.
- Wierzê jej - powiedzia³a w koñ cu. - A ta druga?
- Ona te¿ nie wie, jak to robi - powiedzia³ jeden z mê¿czyzn.
- Jesli przysla wiê cej takich jak one, to bêdzie po nas.
- Nie! - krzyknê³a Arnne. - My jestesmy jedyne. Jedyne w swoim rodzaju. Takich jak my nie ma wielu. Proszê pani, nie ró bcie mi nic z³ego, proszê. Czarownic takich jak ja jest w Arkach kilka. Takich jak ta obok mnie, szermierek, nie ma chyba w ogó le. Mo¿e jeszcze jedna, dwie, ale watpiê.
- Mog³as tego nie m wiæ, suko! - warkn ³a Achaja.
- Stul pysk - warknê ³a czarownica. - Mo¿e nas nie zamê cza. Ja mówiê prawdê, proszê pani. Nie bêdzie wiêcej takich ja my. Proszê mi wierzyæ. B³agam!
- Jedna siê strasznie boi, druga trochê mniej. Dlaczego? - spyta³a kobieta.
- Ta, co siê strasznie boi, jest ta... no... " czarownica" - powiedzia³ jeden z mê¿czyzn.
- Umie robiæ swiat³ o. Jest odwa¿na. Zosta³a w bitwie sama. Wtedy siê nie ba³ a.
- Ba³a siê. Ale cos ja zaæmi³o. Ta druga, od miecza, te¿ siê boi, a wtedy posz³a na smieræ. Co je zaæmi³o?
- A ta dziewczyna, która rozpali³a niezwykle jasna pochodniê? Wiedzia³ a, ¿e zginie, ba³a siê, a jednak to zrobi³a. One maja tylko jedno ¿ycie. I poswiêcaja je czasami.
- Owszem. Teraz jednak obie smierdza tchórzem jak ¿adna z naszych. Zrobi³yby wszystko, ¿eby ich nie zamê czyæ. Tfu! Dno!
Mê¿czyzna wsta³ lekko i przeja³ je od dziewczyny szczypce, ciagle z ogonem Achai prze³o onym miêdzy ostrzami.
- I co? - spyta³. - Zrobisz wszystko, co ci ka¿ê? Upodlisz siê, jak zechcê?
Nie odpowiada³a. Niby co powiedzieæ w tej sytuacji?
- No, mów. Co zrobisz?
Achaja na kolanach, go³a, z twarza przy ziemi i z idiotycznie wypiê tym ty³kiem, powiedzia³a cicho:
- Zabijê ciê, panie. Zanim zdo³asz zewrzeæ palce.
- Wiesz ile ³uków do ciebie mierzy?
- To bez znaczenia, panie. Zabijê ciê, nawet majac piêædziesiat strza³ w ty³ku. - Prze³knê³a slin . - Chcesz siê za³o¿ yæ?
Zwatpi³! Naprawdê zwatpi³. By³o bez znaczenia, co z nia pózniej zrobia. On uwierzy³, ¿e Achaja tego dokona. Podszed³ do Arnne.
- A ty, tchórzu?
- Panie ja... ja wszystko powiem. Proszê. B³agam!
- Zamêczymy was obie. To bêdzie tak straszna smieræ, ¿ e nie jestescie sobie w stanie tego wyobraziæ. - Kopna³ ja lekko. - No, powiedz. Tylko bez b³agania. Ty te¿ jestes w stanie mnie zabiæ?
By³o to idiotyczne. Arnne tak samo jak Achaja ba³a siê podniesæ g³owê, ¿ eby nie wywo³aæ reakcji. Jednak krzyknê³a:
- Owszem, gnoju! Mog ciê zabiæ w ka¿ dej chwili!!! I bez znaczenia, co ze mna potem zrobia!
Mê¿czyzna wyprostowa³ siê powoli. S³ysza³y to raczej, ni¿ widzia³y, obie nie mog³y podniesæ g³owy.
- Obie sa godne - powiedzia³. - Obie siê boja, ale obie sa godne.
- Twoje s³owa - powiedzia³a kobieta. - Niech tak siê stanie.
Rada, przes³ uchujacy, czy jak ich tam zwaæ, wstali szybko i odeszli bez s³owa. By³o to tak niespodziewane, ¿e Achaja i Arnne le¿a y z twarzami w trawie d³ugo jeszcze po tym, jak ich dwie " osobiste" oprawczynie odesz³y równie¿. Nie smia³y g³ê biej odetchnaæ.
- No, co tak sterczycie z ty³ kami do góry, siostrzyczki? - rozleg³ siê czyjs rozesmiany g³os.
Podnios³y g³owy. Powoli. Obok sta³a naga dziewczyna. Bez ¿adnego ogona. Bez szponów i k³ó w.
- No, co z wami? Chcecie, ¿eby was jakis wilk dopad³ od ty³u?
Zaklê³y. Achaja i Arnne jednoczesnie. Tym samym przekleñ stwem.
- Jestescie blizniaczkami? - spyta³a dziewczyna. - E... Niepodobnescie do siebie.
Podnios³y siê. Najpierw Achaja, niepewna jeszcze, potem Arnne. Obie rozglada³y siê na boki.
- No, co z wami? Chcecie jesæ? Piæ?
- Biæ - warknê³a Achaja. - Jak dorwê tê, kt ra trzyma³a mój ogon w szczypcach, to...
- Jak ci siê nie podoba³o, to dlaczego go nie zniknê³as?
- Znik... co?
- Dlaczego nie machn ³as cz³owieka?
Achaja i Arnne spojrza³y po sobie oszo³omione.
- Co? O czym mó wisz?
Dziewczyna podesz³a do Achai i lekko uderzy³a ja w twarz.
- No! Zrób to.
- Co?
Jeszcze jedno uderzenie w drugi policzek. Równie¿ s³abe. Lekki, " przyjacielski" kopniak w ogon.
- No, zrób to! Zniknij.
- Kurde, co?
Dziewczyna znowu uderzy³a Achajê w twarz. Leciutko. Jakby dla otrzezwienia. Achaja jednak poczu³ a, ¿e odp³ywa. Przez moment by³a naprawdê nieprzytomna. Ocknê³a siê jednak bez k³ów, pazurów i ogona.
- O, ¿esz - westchn ³a. - To mo¿na znikaæ?
- Ju¿ chwyci³as? - dziewczyna rozesmia³ a siê. - No, a teraz ta druga.
Arnne chwyci³a jeszcze szybciej. W koñcu by³a czarownica. Cos nia wstrzasnê³ o. Po chwili nie mia³a ju¿ ogona, ani ¿ adnego innego atrybutu kota. Poza smolistymi oczami.
- Jestem Aiiiiiiiiiiii.
- Jak? Ai? Czy A. I.? - Achaja nie wiedzia³a, czy chodzi o imiê, czy inicja³y.
- Aiiiiiiiiiiii - powtórzy³a tamta.
- Aiiiiiiiiiiii?
- Nie. Jak ty to mówisz? - rozesmia³a siê. - Co, akcentu nie ³ apiesz? Cos z twoimi uszkami nie tak?
- Aiiiiiiiiiiii? - powtórzy³a Arnne.
- No. Tobie lepiej idzie - usmiechnê³a siê dziewczyna. - Mo¿e rozpoznam moje imiê, jak mnie zawo³asz. Cha, cha... czemu siê nie smiejesz?
- To by³ dowcip? - spyta³a czarownica, trochê stropiona.
- Co by³o? - nie zrozumia³a tamta.
- S³uchaj A. I. czy jak ci tam - przerwa³a jej Achaja. - Co z nami zrobili?
- Skocili ciê, laleczko. Ale masz fajny tatua na twarzy. Zrobi³abys mi te¿ taki?
- Lepiej nie. Chcia³am...
- A na ty³ku to dopiero masz fajna bliznê - przerwa³a jej tamta. - Pewnie bola³o, jak robili, co? Ale dla piêknosci mo¿ na siê poswiêciæ, co? Zrobisz mi te¿ taka?
Ledwie ja rozumia³y. Mia³a taki dziwny, spiewny akcent.
- Ty chcesz, ¿eby ci takie cos na ty³ ku wypaliæ?
- No!
Obie, Achaja i Arnne, spojrza³y po sobie. Odruchowo i niepotrzebnie, bo po czarnych teraz, pozbawionych bia³ek oczach trudno by³o oczekiwaæ, ¿e zdo³ aja wykonaæ " porozumiewawcze spojrzenie". Obie wyglada³y jak trupy. A raczej jak demony.
- Ty - szepnê³a Achaja do czarownicy. - Co tu siê dzieje?
- One sa odciête od swiata. Dlatego piêtno niewolnicy uwa¿ aja...
- Ja nie o tym. Co z nami zrobili?
- Jejku. Nie wiem. To jest jakis inny rodzaj magii. Dlatego niczego nie czu³am, wtedy przed bitwa. Nie wiem, co to jest.
- Ty, Aiiiiiiiiiiii, czy jak ci tam - kontynuowa³a indagacjê Achaja. - Co z nami zrobili?
- Skocili.
- Co?
- No, zrobili z was wojowników. Ludzi-koty! Fajnie, co?
- Kurwa!
- No, tylko tak da³ o siê was obydwie przywróciæ do ¿ ycia. Przecie¿ obie by³ yscie zabite w bitwie. A Starsi musieli siê dowiedzieæ wielu rzeczy od was. Szczególnie od tej z tatua¿em. Jak ci na imiê?
- Achaja.
- Jak??? Uuuu... Jak to siê w ogóle da wypowiedzieæ?
Achaja i Arnne znowu spojrza³y na siebie, ale dziewczyna chichota³a w najlepsze. Chyba to by³ kolejny miejscowy dowcip. Czarownica straci³a cierpliwosæ.
- Aiiiiiiiiiiii, daj mi jakies ubranie.
- Co?
- Ubranie! Cos, co mog³abym na siebie w³o¿yæ. No. ¯eby siê czyms okryæ!
- Aaaaa... wiem. - Dziewczyna skoczy³ a w krzaki.
S³ysza³y, jak biegnie z jakas nieprawdopodobna szybkoscia. Obydwie ³owi³y jej zapach. To by³o niesamowite doswiadczenie. Zapach! Obydwie mog³ y teraz isæ jej tropem jak goñcze psy. One widzia³y, tak, widzia³y jej zapach. Czarownica zaklê³a cicho. Dla niej, dla jej wyczulonych zmys³ó w, musia³o to byæ doswiadczenie jeszcze bardziej niesamowite ni¿ dla Achai.
Dziewczyna wróci³a szybko. Mia³a w rêkach pociêta sztychami mieczy, zakrwawiona kurtkê Achai. Narzuci³a sobie na ramiona. Wyraznie widaæ by³ o srebrne odznaki pu ku, dystynkcje majora i z³oty wê¿ yk ksiê¿niczki.
- Fajna, co?
- O, ¿esz ty... To moja.
- Teraz moja, kole¿ anko - rozesmia³a siê dziewczyna. - To ja ci przebi³ am p³uco i zdar³am to z ciebie. Teraz moja!
Achaja i Arnne znów próbowa³y porozumieæ siê wzrokiem. Jakby dwa trupy spojrza³y na siebie. Nie mo¿na by³o niczego wyczytaæ z twarzy.
- Coscie z nami zrobili?
Dziewczyna ponownie siê usmiechnê³a.
- Jak wam to wyt³ umaczyæ? - Wzruszy³ a ramionami. - Jestescie pierwszym napastnikiem, który zada³ nam takie straty. Starsi musieli siê dowiedzieæ, jak to zrobi³yscie. Kim jestescie, ile waszych jeszcze przyjdzie, ¿eby nas zabijaæ, ¿eby pali las. No, ale obie ju¿ nie ¿y³yscie. Ja ciebie zabi³am - wskaza³a na Achajê. - Bosmy siê ju¿ zaczê³y zak³adaæ, komu siê uda dosiê gnaæ takiej wojowniczki jak ty. - Roz³o¿y³a rêce w gescie uwielbienia. - Jaki honor! Ciê³ as mieczem jakos tak dziwnie. By³y chwile, kiedy mysla³ysmy, ¿e widzisz po ciemku jak my, by³y chwile, kiedy sadzi³ysmy, e nie widzisz niczego. To by³o dziwne. A tamta - wskaza³a na Arnne - zabi³a moja kole¿anka. I dalej by³o dziwnie... dziwnie, dziwnie. Wyscie zginê³y, a tamci, co chcieli dostaæ siê do was spoza lasu, zostali pobici, zaczêli uciekaæ, ale rozdzielili siê w pewnym momencie i zawrócili, jakos tak z dwóch stron.
- Podwójny rygiel - mruknê³a Achaja. - Klasyczny manewr pozornej ucieczki. Da³yscie siê na to zrobiæ?
Dziewczyna skinê³a g³owa.
- Zabili du¿o naszych. I te strza³y, i ci, co uderzyli w nasze plecy, z waszej grupy. Musia³ysmy siê dowiedzieæ. Ale wyscie ju¿ nie y³y. Nie mielismy ¿ adnego ¿ywego jeñ ca. To wtedy Starsi postanowili, ¿eby was o¿ywiæ - wy dwie by³yscie najwa niejsze. Ale to mo¿liwe tylko jak kogos siê robi wojownikiem.
- Jak siê robi? - spyta³a Arnne. - Jak mo¿na o¿ywiæ trupa?
- Tu jest magia Bogó w. Tu jest sam... - wyraznie brakowa³ o jej s³owa - sam matecznik. Magia Bogów! Mo¿na zmieniæ cz³owieka w kota. Nie do koñca. Ale... Mo¿na przywróciæ ycie. Sprawiæ, ¿eby cz³ owiek widzia³ inaczej, czu³ inaczej i siê zmienia³.
- Naprawdê macie po dziewiêæ ¿yæ?
- Chyba nie da³ yscie siê na to nabraæ? Cha, cha, cha... Dziewiêæ ¿yæ? Czemu od razu nie pi tnascie?!
Achaja zaklê³a brzydko, ale tamta nie zrozumia³a.
- My chyba inaczej rozumiemy smieræ ni wy - ciagnê³a. - Wy chyba myslicie, ¿e jak siê cz³ owiek nie rusza i nie oddycha, to ju¿ umar³. My nie. Jeszcze mo¿na go o¿ ywiæ.
- Zamieniajac w kota?
- To mo¿na tylko raz. Jak ju¿ jestes naszym wojownikiem, drugi raz ciê nie o ywia w ten sposób.
- A ta, co jej z³ ama³am kark? Jak o¿ y³a?
- Akurat, z³ama³as. No pewnie, kosci mo¿ na szybko zrosnaæ, cios w brzuch nie jest u nas niebezpieczny. Ona umar³a wed³ug waszych pojêæ. Gdybys jej odciê³a g³owê, to bysmy jej nie uratowa³y. To jest tak. Cios mieczem w serce jest dla was smiertelny. To smieræ. Dla nas nie. Nie, nie, zupe³nie nie. Mo¿na uzdrowiæ. Ho! Uzdrowiæ i ju¿, ale... jak pole¿ysz za d³ ugo i nikt ci nie bê dzie pomaga³, to umrzesz jak ka¿dy zwyk³y cz³owiek. O! Tak mówiac masz bardzo du¿o ¿yæ, nie dziewiêæ, nie piêtnascie, ale sto i wiêcej. Ale jak ci ktos utnie g³owê... To masz tylko jedno ycie. Jak ka¿dy. Ka¿dy, ka¿dy.
- Czyli jednak nie do koñca k³ama³a ta, która mówi³a, ¿e mnie wbije na pal dziewiêæ razy?
- Na pal to ona mog³ aby ciê wbijaæ tyle razy, ile by chcia³a. Ona jest Starsza, Starsza. Mówi³a: " dziewiêæ", bo wiemy, ¿e u was jest taki g³upi przesad, ¿e kot ma dziewiêæ ¿yæ. Nie by³o chyba czasu, ¿eby ci t³ umaczyæ, ¿e mog³ aby ciê zabijaæ i sto razy. Sto razy, sto! Albo i - pokaza³a na palcach - tyle razy po sto. By bola³o, ojej! Ojej!
Achaja jêknê³a. Sto razy! Dobrze, ¿ e reszta swiata nie ma takich mo¿ liwosci. Oczami wyobrazni ujrza³a trybuna³, który orzeka w jakiejs sprawie: "Wysoki sad skazuje winnego na trzydziesci smierci przez powieszenie, do tego dwa razy ³ amanie ko³em, dziesiêciokrotne utopienie, szesæ razy spalenie, a potem to ju¿ tylko czterysta lat ciê¿ kich robót z wbiciem na pal co dziesiêæ dni ku rozrywce skazanego". Pewnie nie by³oby ju¿ zbrodni.
- Jak mo¿na was... - Arnne zawaha³a si - jak mo¿na nas wiêc zabiæ?
- Jak ka¿dego, jesli jestescie poza Lasem. Jesli w Lesie, i nie za daleko trzeba niesæ trupa do Starszego, to: uciê cie g³owy, tego nikt nie naprawi. Przeciêcie cia³a na pó³. Nawet odrabanie rê ki czy nogi. Takie cos to tylko Starsza Starsza mog³ aby pewnie naprawiæ .
- A jak naprawi³ yscie moja rêkê? - Achaja podnios³a lewa d³oñ i poruszy³a palcami.
Aiiiiiiiiiiii rozesmia³a siê.
- To nawet ja bym ci naprawi³a, mimo ¿e nie jestem Starsza. Sama mog³abys to zrobiæ, jakbys siê dostatecznie skupi³ a. Sama, sama!
- A moje blizny? Jak zniknê³y?
- Skórê naprawiæ atwo. Uh! - klasnê³a w d onie. - O, tak szybko.
- ¯eby was. Nie mog³ybyscie mi usunaæ te¿ tej z ty³ka?
- No to¿ ona nie z bitwy. Ktos ci specjalnie zrobi³, nie? Nie, nie? ¯ebys piêkna by³a. Piêkna, piêkna.
Arnne potrzasnê³a g³owa zrezygnowana.
- Co z nami bêdzie? - spyta³a.
- Jak to, co? - Aiiiiiiiiiiii spojrza³a wyraznie zdziwiona. - Obie jestescie ju¿ nasze. Bêdziecie z nami ¿ y³y, bêdziemy razem walczy³y. Uuuuu! Ja chcê, ¿ eby ta Ach... Ach... Achiiiija czy jak, nauczy³a mnie tak robiæ mieczem. I chcê, ¿eby mi zrobi³a taki sam tatua¿. Musi, musi. Tatua¿ koniecznie. Tak!
- Zastanów siê jeszcze - mruknê³a Achaja kpiaco.
- Nie, nie. Chcê. Dam ci za to mój ³ uk, co? Poka¿ê ci, jaki jest fajny. Sama robi³am, dwa lata. Dam ci, co?
- Wez przestañ. Uspokój siê.
- Nie, nie. Dam ci jeszcze trzydziesci strza³, co? Te¿ sama robi³ am. Co? Dam czterdziesci!
Achaja zatrzyma³a siê i spojrza³a tamtej w oczy.
- Na ca³e szczê scie nie umiem tatuowaæ. A poza tym strzelam z ³uku, mówiac delikatnie, jak dupa wo³owa.  

W malutkiej grocie, przy ognisku, siedzieli dziewczyna i ch³opak. Oboje nadzy jak wszyscy inni. Arnne westchnê³a ciê¿ko i zagryz³a wargi. Najpierw nie chcia³ a wejsæ, a kiedy Aiiiiiiiiiiii i Achaja wepchnê³y ja si³a, zas³oni³ a siê rêkami. Wsciek³a jak osa, usiad³a gdzies z boku, podciagajac kolana pod brodê i oplatajac ramionami.
- Co z nia? - spyta³ a dziewczyna przy ognisku. - Chora?
- Nie przejmuj siê - usmiechnê³a siê Achaja. - Macie cos do jedzenia?
Tamta skinê³a g³ owa, ale Aiiiiiiiiiiii nie da a jej dojsæ do s³ owa.
- Widzisz, jaka mam kurtkê? - wrzasnê³ a do kole¿anki.
- Przestañ. Chwalisz siê tym do znudzenia.
- Ale tobie jeszcze nie mówi³am. To jej. - Chwyci³a Achajê za w³osy i potrzasn ³a lekko. - Zdoby³am se. Widzisz, jakie ma tu fajne. - Dotknê³a koñ cami palców srebrnych dystynkcji majora. - Widzisz?
- ¯escie ja chyba na ro¿en nadziewa³ y, wojowniczki - mrukna³ ch³opak. - Pociêta i pokrwawiona jak zajac w po³owie jedzenia.
- Widaæ, jak trudno by³o zdobyæ! - krzyknê³a Aiiiiiiiiiiii. - ¯eby mi nikt tego nie smia³ myæ ani zszywaæ. I ja ja zdoby³am. - Palnê³a Achajê w ucho i to dosæ mocno. - Spróbuj siê z nia, jak myslisz, ¿ e by³o ³atwo.
- Teraz? Jak ju¿ jest wojowniczka? Ty ja oprawia³as, jak jeszcze by³a cz³ owiekiem.
- Tak? To ty siê zmieñ, a ona nie. Zobaczysz, jaki da ci wpiernicz. Flaki z ciebie wypruje. - Palnê³a Achajê w kosæ policzkowa. - Jestes g³upi jak wiewiórka! G³upi, g³upi.
- Czy mog³abym prosiæ, ¿ebyscie nie dyskutowali wiê cej o mnie? - Achaja rozciera³a ucho i policzek. - Dacie cos do zjedzenia?
Dziewczyna poda³a im dwa du¿e kawa³ ki suszonego miêsa.
- Czy mog³abym prosiæ o jab³ko? - szepnê³a Arnne, obracajac w d³oni swoja porcjê. Nie widzia³a czegos takiego pewnie nigdy w ¿yciu. Szczególnie teraz, kiedy wêch mia³a wyczulony do granic mo¿liwosci, nie mog a siê zdobyæ, ¿ eby w³o¿yæ do ust cos tak smierdzacego.
- Co?
- Jab³ko. Proszê.
- Czego ona chce? - spyta³a dziewczyna przy ognisku. - Jajko?
- Jab³ko. Proszê was bardzo.
- Co?
- Nie przejmujcie si nia - mruknê³a Achaja.
Wbi³a zêby w swoja porcjê, a potem wyj ³a z du¿ym trudem.
- S³uchaj, Aiiiiiiiiiiii... Jak siê robi te k³ y?
- Chcij.
- Co?
- Musisz chcieæ. No, chcij. - Aiiiiiiiiiiii strzeli³a ja d³ onia w policzek. - No. Nie mysl. Chcij. Nie mysl w ogóle. - Uderzy³a w twarz z drugiej strony. - No.
Achaja poczu³a lekkie zaæmienie. Bolesnie ugryz³a si w jêzyk. Mia³a ju¿ k³y, pazury i ogon. Westchnê³a ciê¿ ko, oszo³omiona. Ale gryzienie, a w³ asciwie rozszarpywanie porcji posz³o jej du¿o ³atwiej. Miêso by³o nawet dosæ smaczne, pod warunkiem, ¿e konsekwentnie oddycha³o siê przez usta, lekcewa¿ ac nos, który wysy³ a³ sygna³y do reszty organizmu, ¿ e trzeba natychmiast wymiotowaæ.
- Czym ty siê tak denerwujesz, smarkata? - spyta³ wyraznie zaciekawiony ch³ opak.
- Kurde, skad wiesz?
Wskaza³ na koniec jej ogona, który drga³ lekko. Rozesmia³a siê z pewnym trudem, powstrzymujac torsje. Krótki mia³ racjê. To zapach. Zapach by³ winien wszystkim obrzydzeniom. I s³usznie pozbawi³ ja tego zmys³u w obozie niewolników. Teraz jednak czu³a, ¿e nigdy w ¿yciu nie zjad³aby ju¿ ¿ adnego robaka. Odrzuca³o ja od miê sa, nawet swie¿ego, na sama mysl o jego zapachu. Chcia³a jab³ko, tak jak czarownica, ale po pierwsze, by³ a naprawdê g³odna, a po drugie, w przeciwieñstwie do Arnne, wiedzia³a, ¿ e trzeba zaspokajaæ potrzeby cia³a tym, co jest pod rêka. Wtedy cia³o nie zawiedzie. Inaczej sam sobie bê dziesz winien.
- Wiesz - usmiechnê a siê do ch³opaka - po raz pierwszy w moim ¿yciu ktos mnie wskrzesi³, zamieni³ w zwierzaka i powiedzia³, ¿e do koñca ¿ycia bêdê mieszkaæ w tym lesie, ¿rac to swiñ stwo. A poza tym, wszystko w porzadku. Naprawdê nie wiem, czym siê denerwujê .
- S³usznie, kole¿ anko - popar³a ja niespodziewanie Arnne. - Ktos im musia³ to nareszcie powiedzieæ .
Achaja spojrza³a na czarownicê.
- Cieszê siê, ¿e przynajmniej jestesmy ju¿ na "ty"! - dobi³a ja. - I ¿e nie muszê ju¿ dygaæ na pani widok.
- One naprawdê sa wsciek³e - zdziwi³ siê szczerze ch³ opak. - Ciekawe dlaczego?
Aiiiiiiiiiiii w³o¿ y³a palec do nosa i d³uba³a nim zawziê cie d³u¿sza chwilê .
- Potrzebuja mê¿ czyzny - zawyrokowa³ a. - Pomo¿esz im?
- Pewnie. - Ch³opak wsta³ lekko. - Której najpierw?
Arnne pisnê³a cienko, przera¿ona do granic mo¿ liwosci. O ma³o nie wybi³a sobie zêbów kolanami, usi³ujac siê zas³oniæ.
- Nie! Nie! Proszê.
Ch³opak patrzy³ zdziwiony. Aiiiiiiiiiiii i kole anka przy ogniu ró wnie¿.
- Ty pierwsza? - Podszed³ do Achai.
Spojrza³a na niego skonfundowana. Nie by³o to dla niej nic nowego, w przeciwieñstwie do czarownicy, ale obcesowosæ propozycji nawet ja wytraci³a z ró wnowagi.
- No, co? Przestaniesz siê denerwowaæ - powiedzia³ z jakas niesamowita prostota. - Bêdzie ci dobrze, smarkata. Bêdziesz bli¿sza - usmiechna³ siê ciep³o.
Achaja, sp³oszona, spojrza³a na Aiiiiiiiiiiii, ale tamta tylko skinê³ a zachêcajaco g³ owa.
- No, ju¿ - mruknê a dziewczyna przy ognisku. - Bo se inaczej zê by stêpisz, zgrzytajac w z³ osci.
Ch³opak pomóg³ jej wstaæ. By³a naprawdê oszo omiona. A przecie¿... Czu³a jego zapach, wiedzia³a, ¿e jej pragnie, ¿e jest trochê przestraszony. Trochê. W koñcu by³a obca. ¯e chce jej pomóc, ¿e ja lubi, ¿e lubi widok jej cia³ a. Prze³knê³a slinê .
- Gdzie pójdziemy?
- Achaja! - krzyknê a czarownica. - No, co ty?!
- Niby gdzie mamy is ? - spojrza³ zdziwiony. Kiwna³ g³owa w stronê pos³ania ze splecionych delikatnych ga³azek tu¿ obok. Podszed³ jeszcze bli¿ej, dotkna³ jej biodra. Drgnê³a lekko. Nie. Nie poka¿e mu, ¿e siê boi. Przylgnê³a do niego, obejmujac rê kami ramiona. Wziê³a g³êbszy oddech.
- Jak mam zniknaæ te zêby?
- A po co znikaæ? - usmiechna³ siê ciep³o. - Bêdziesz wiêcej czu³a.
Poca³owa³ ja delikatnie w usta. I jeszcze raz. I znowu. By³o jej mi³o i tak jakos bezpiecznie. Nawet nie wiedzia³a, kiedy otworzy³a usta, i jego ciep³y, ruchliwy jêzyk zmusi³ ja do zarzucenia mu rak na szyjê. A potem... Dotykania jego cia³ a. Coraz smielszego, coraz bardziej nerwowego. Jego d³oñ zacisnê a siê na nasadzie jej ogona i zaczê³ a go delikatnie ugniataæ. Nastêpnie zaczê³a slizgaæ siê po jej plecach, szyi, piersiach. Nie przestawa³ ca³ owaæ. Nagle oderwa³ siê od niej. Zacza³ ca³owaæ w³ osy, oczy, ramiona. Kiedy zacza³ ssaæ jej sutki, syknê³a cicho. Przytrzyma³a rê koma jego g³owê, ¿ eby trwa³o to jak najd³u¿ej.
- Achaja! - Arnne patrzy³a przera¿ ona. - Co ty robisz?
Dr¿a³a. Nie mog³a wziaæ g³ êbszego oddechu. Te wszystkie miejsca, gdzie niewiele czu³ a dziêki torturom Mistrza Anai, teraz by³y wyleczone. Czu³a. Nie mog³a chyba ju¿ czuæ wiêcej. Wydawa³o jej siê, e ma goraczkê. Ch³opak klêkna³. Obja³ ja mocno w pasie i zacza³ ca³ owaæ jej brzuch. Wnêtrze jej ud i znowu brzuch. Kiedy zacza³ g³ adziæ delikatnie jej posladki, zanurzy³a rêce w jego w³osach i z ca ych si³ przycisnê a jego twarz do ³ ona. Oczekiwanie na jego usta by³o tortura. A on jedynie ociera³ siê o nia policzkiem. Jednostajnie i leniwie. Kiedy ju¿ straci³a nadziejê, ¿e cos siê jeszcze wydarzy, poczu³a w sobie jego jêzyk. Poczu³a, ¿e s³ abnie. Poczu³a, ¿e mdleje. Ch³opiec przytrzyma ja i delikatnie po o¿y³ na ziemi.
- Chyba nie zrobisz tego przy nich wszystkich?
Nie zrozumia³. Arnne zamknê³a oczy. Zas³oni³a sobie g³ owê rêkami. Aiiiiiiiiiiii razem z kole¿anka patrzy³ y, obie zaciekawione.
- Wstydzê siê.
Znowu zacza³ ja ca³ owaæ. Ca³a. Poca³unek przy poca unku. To wszystko, co "popsu³" jej Mistrz Anai, teraz by³o " naprawione". Czu³a. Czu³a wszystko. Ca³owa³ jej nogi, przesuna³ wargami po udzie, znowu poczu³a jego jêzyk gdzies we wnêtrzu. Dok³adnie we wnê trzu. W srodku. Nie mog³a prze³kna sliny, zupe³nie jakby ca³a wilgoæ jej cia³a sp³ynê³ a na dó³. Kiedy dotkna³ ud, natychmiast rozchyli a je, podciagnê³a go w górê i wolnym, rytmicznym ruchem zaczê³a unosiæ posladki, dotykajac onem jego brzucha coraz ni¿ej i ni¿ ej. Wreszcie unios³a nogi, ¿eby mu pomó c, a tak¿e ¿eby pomóc sobie. Po³o¿y³a nogi na ramionach ch³opca i wtedy poczu³a ¿e ociera siê o nia.
- Chcê - szepnê³a. - Teraz.
Wtedy wszed³ w nia gwa³townie. Stali siê jednym cia³em. Nie mog³a otworzyæ oczu. Przesta³a odczuwaæ wstyd. Jedynym uczuciem, jakie ja ogarnê³o, by³a nieporó wnywalna z niczym b³ ogosæ, przerodzona po chwili w lêk, ¿ e stanie siê cos, co przerwie to, co siê z nia dzieje. Wtedy zaczê³a jê czeæ. Zaczê³a zatapiaæ siê w tym, co ich ³ aczy. Krzyknê³a dok³ adnie w tej samej chwili co ch³opak.
Dopiero po d³u¿ szej chwili otworzy³ a leniwie oczy. Teraz zaczê³a s³ yszeæ, co dzia³o siê wokó³ niej. Dwie chichoczace dziewczyny przy ogniu, które bez jakiegokolwiek za¿ enowania komentowa³ y to, co widza, nawet wymienia³y fachowe uwagi. Struchla³a Arnne opleciona w³asnymi rêkami, która mrucza³a cos do siebie przera¿ona.
Tak bardzo chcia³a siê czyms przykryæ. Miêsniami ³ydek i ud czu³a jego m³ ode, poruszajace siê rytmicznie i gwa³ townie cia³o. Rêkami obejmowa³a jego g³owê. Zacisnê³a zêby, musia³a. Dr¿a³a lekko, czu³ a, ¿e wszystko, tam w srodku, napina siê coraz bardziej. O, mamo. Niech on nie koñczy przy nich. Niech one tego nie widza. Poczu³a jak... jakby pos³anie poruszy³o siê pod nia. Zacisnê³a oczy a¿ do bólu. Niech on nie koñczy przy nich. Niech nie robi tego na ich oczach!
- Au! - Poczu³a pierwsze uderzenie. Poczu³a ³zy na policzkach i rumieniec, który pali³ jej twarz. - Mmmmmmmm... - Usi³owa³a zaciskaæ szczêki. To nie by³a grzecznosæ z jej strony. Przytula³a siê do niego ca³a si³a swych rak i nóg.
- Le¿ jeszcze... Jeszcze trochê... - prosi³a. - Le¿ jeszcze.
Poca³owa³ ja leciutko.
- Jeszcze trochê, le¿, proszê - szepnê³a.
O, mamo... Jak on wstanie teraz? Przy wszystkich?... Rozluzni³a nogi. Zsuna³ siê z niej delikatnie. Skuli³a siê na pos aniu, ale to nic nie dawa³o. Usiad³a, zsuwajac nogi jak Arnne i obejmujac siê rê kami. Ch³opak siedzia³ tu¿ obok, wyraznie zadowolony. Policzki pali³y ja tak, ¿e tatua¿ musia³ siê ju¿ pewnie zrobiæ czarny. Nie mog³a podniesæ wzroku.
Aiiiiiiiiiiii podesz a do niej i usiad³ a tu¿ obok.
- Gdzie... Gdzie mogê siê umy ? - szepnê³a.
- Tu obok jest malutkie jeziorko. Ale posiedz jeszcze z nami. - Aiiiiiiiiiiii poda a jej ma³a czysta szmatkê. - Posiedz jeszcze.
Odczeka³a chwilkê, potem, objê³a Achajê ramieniem.
- I co? Troszkê lepiej?
Achaja po³o¿y³a g owê na jej ramieniu. Nie mia³a ochoty niczego mówiæ. Ch³opak przykucna³ nad ogniskiem. Zerkna³ kilka razy na dziewczyny, potem usmiechna³ siê wrednie. Tak wrednie, jak to tylko potrafia mê¿ czyzni.
- To teraz. Ta druga.
- Nie! - jêknê³a Arnne. - Proszê! Nie! Ja... Ja jestem dziewica! Proszê!
Ch³opak podszed³ do niej. Delikatnie dotkna³ jej g³owy. Czarownica szarpnê³ a siê mocno.
- Nie! Proszê, nie. Achaja, zrób cos! Ja nie chcê!
- Uspokój siê - szepnê³a Achaja. - To nie bitwa trzech kompanii otoczonych w lesie.
- Ale ja nie chcê! No, powiedz mu, ¿e ja nie chcê!
Ch³opak dotkna³ ty ka Arnne, a ta podskoczy³a, wierzgajac nogami. Upad³a na plecy. Nie wykorzysta³ tego, choæ móg³. Usmiechna³ siê. Obie dziewczyny z lasu rozesmia³y siê g³osno.
- Achaja! Ratuj!
Achaja opusci³a oczy. Aiiiiiiiiiiii jednak uderzy³a ja ³ okciem w bok.
- Patrz teraz.
- Nie, nie, nie! - krzycza³a czarownica. - Powiedz mu, ¿e go zamieniê w mrówkê !
- Akurat.
Ch³opak po³o¿y³ siê obok Arnne. Obja³ ja delikatnie. Czarownica wierzgnê a jak stary mu³. Ale ch³opak te¿ by silny.
Achaja znowu opusci³ a oczy. Dziewczyny z lasu przeciwnie. Jak zwykle zaczê³y chichotaæ i komentowaæ. Widaæ nie by³o tu adnych tabu.  

D³u¿szy czas potem my³y siê w malutkim jeziorku, raczej stawie zagubionym wsród drzew. W³asciwie to my³a siê Achaja, p³ywa³ a, nurkowa³a w niesamowicie zimnej wodzie. Arnne sta³a jakies piêtnascie kroków dalej.
- Kurczê! Jak mam do ciebie dojsæ? - krzyknê³a w desperacji.
- Rób ma³e kroczki.
- Ale, kurczê, jak? Przecie¿... - Nie mog³a powiedzieæ tego, co chcia³a. Jej policzki p³onê y du¿o bardziej ni u kole¿anki przedtem.
- No, przyjdz tu. Masz przecie¿ szmatkê.
- Ale... No, przecie¿ zrobiæ krok to...
- Rób ma³e kroki, z noga przy nodze. - Achaja zanurkowa³ a znowu. Wyp³ynê³a po chwili tu¿ przy brzegu. - No. Rusz siê.
- Ale nie mogê. - Arnne nie wiedzia³ a jak to powiedzieæ. Peszy³a siê coraz bardziej.
- Dobra. Zapomnij o wszystkim i chodz tu.
- Odwróæ siê, proszê.
Achaja zanurkowa³a znowu. Odp³ynê³a na sam srodek stawu. Wynurzy³a siê, prychajac g³osno, dok³adnie w momencie, kiedy czarownica kuca³a nad brzegiem.
- Ty swinio.
- Daj mi spokój. - Achaja po³o¿y³a siê na plecach, pozwalajac, ¿eby nios³a ja woda. Nie czu³a tego dawno. Nie czu³a od czasó w Troy ³acznosci ze wszystkim, co ja otacza³o, jakiegos dziwnego, wewnê trznego zadowolenia z prostego faktu, ¿ e ¿yje. Nie znaczy to, ¿e by³a szczêsliwa. Przypomnia³a sobie Lanni, która kapa³ a siê w podobnym lesnym jeziorku, zanim to wszystko zaczê³o siê na dobre.
Podp³ynê³a do czarownicy, chwyci³ a ja i wciagnê³a do wody. Przez chwilê kot³ owa³y siê walczac. Potem Arnne, jak ju¿ poczu³a, ¿e nie ma gruntu pod nogami, zaczê³a p³ynaæ. Niezle nawet. A w³asciwie lepiej ni¿ Achaja. Prycha³a niezadowolona.
- Nie chcê, ¿eby mnie dotyka³a go³a dziewczyna.
- ¯e ciê wciagnê³ am do wody? Daj sobie na wstrzymanie.
- Ju¿ ja wiem, co siê dzieje w naszej armii - syknê³a Arnne. - S³ysza³am, co wy tam wyrabiacie, dziewczyny. Widzia³am, jak na ciebie patrzy³a ta twoja sier¿ant. I nikt mi nie wmówi, ¿e to normalne.
- Ty mi, kurwa, nie przypominaj sier¿ ant.
- Bo co?
- Bo ci, psiamaæ, oczy wybijê!
Arnne odp³ynê³a na tyle, na ile mog³ a. Staw nie by³ zbyt du¿y.
- Kochasz ja?
- Szlag! - Achaja podp³ynê³a do brzegu. Opar³a ramiona na trawie. - Kurde. Nie kocham jej jak dziewczyna ch³opaka. Przesz³ysmy razem trochê. W pewnym momencie czujesz jednak, ¿e jak nie masz siostry, to strasznie ciê¿ ko. Ona nie jest jakos tam szczególnie inteligentna. Ale jest najlepszym cz³owiekiem, jakiego spotka³am. Jest mi strasznie bliska. Chocia¿ za skarby nie pogadam z nia o wy¿szej filozofii, nie bêdê roztrzasa spraw bytu, a nawet nie porozmawiam tak jak z toba chocia¿by. Ale to... No, dobra. Kocham ja! Jak siostra siostrê! Nie mam nikogo bli¿ szego.
- Ale robi³yscie to ze soba.
- "To"? To znaczy co? ¯adna z nas nie jest ch³ opakiem. Wiêc co, niby, robi ysmy? - Achaja zakl ³a jak szewc. - No, dobra. Robi³ysmy! Le¿a³ ysmy razem go³e, ca owa³ysmy siê. No i... A ¿eby ciê szlag! Czasem jest tak ciê ko, ¿e nie mo¿esz ju¿ nawet p³akaæ. Czasem potrzebujesz kogos bliskiego. Kto ciê zrozumie, kto sam czuje to samo. No, dobrze. Ca³owa³ysmy siê i to tak, ¿e pewnie apopleksje by ciê chwyci³y, gdybys widzia³a. Ale powiem ci jedno. Jak Shha stoi za twoimi plecami, czy w bitwie czy w ¿ yciu, to jest wiê cej, ni¿ mieæ za plecami nawet dziesi æ inteligentnych, wygadanych czarownic. Brakuje mi jej! To chcia³as us³yszeæ ? Brakuje mi jej. Mog³abym tu nawet zostaæ na resztê ¿ ycia, ale nie wiem, czy ona ¿yje. I siê, kurwa, martwiê. To jest pierwszy cz³ owiek, na którym mi naprawdê zale¿y w yciu. Tak! G³upia dupa ze wsi! G³upia dupa. Która bys w dyskusji zagiê³a na tysiac sposobów. Której bys pokaza³ a, gdzie jej miejsce, w przeciagu jednej modlitwy, która nie potrafi siê zachowa na oficjalnej uczcie, bo ja nauczyli, ¿e je siê palcami. Ale ona za to potrafi mi pokazaæ, ¿e to obsrane ¿ ycie ma sens. A ty tego nie potrafisz, chocia¿ przeczyta³as sto razy wiêcej ksia¿ ek, ni¿ ona wypi³a wódek w karczmie. Tak. Brakuje mi jej. Brakuje! To chcia³ as us³yszeæ?
- Kochasz ja - szepn ³a przejêta Arnne.
- O¿, psia maæ! Nie kocham jej jak dziewczyna ch³opaka. Nie jestesmy sobie potrzebne w ³ó¿ku, jesli ci o to chodzi. To tylko tak obok. Zamiast. Ale je¿eli ci o to chodzi, to owszem, kocham ja! Kocham ja. Bo ona jest jedynym cz³owiekiem, który równie¿ kocha mnie. Ale bezinteresownie. Jestem jej potrzebna. Tak jak ona mnie. Bo jestesmy siostrami. Prawdziwymi. Nie przez zwyk³e urodzenie. Shha jest moja siostra. Czujê, ¿e jestem za nia odpowiedzialna. Czujê, ¿e siê muszê nia opiekowaæ . Czujê, ¿e muszê o nia dbaæ. Muszê! A ona musi dbaæ o mnie, mna si opiekowaæ, byæ za mnie odpowiedzialna. Wiem, ¿e jesli ¿ yje, to siê teraz m czy. Ja jej naprawdê potrzebujê.
- Kiedy uciekamy? - spyta³a Arnne.
Achaja otrzasnê³a siê nagle. Nie sadzi³a, ¿e czarownica ja zrozumie. A jednak zrozumia³ a.
- Spróbujmy - westchnê³a. - Spróbujmy najpierw dogadaæ si z tymi Starszymi, czy jak im.
Arnne westchnê³a ciê¿ko. Opar³a rêce na brzegu, pozwalajac, by jej cia³o unosi³ o siê na powierzchni, lsniac lekko w swietle gwiazd.
- Ty dalej jestes agentem wywiadu - mruknê³a. - Masz k³y i pazury, masz ogon. Ale dalej jestes agentem wywiadu pana Biafry. Dalej usi³ujesz wykonaæ zadanie.
- Tak ciê to dziwi?
- A ciebie nie? Zrobili z nami jakies niesamowite rzeczy, powo³ali do ¿ycia z martwych, przerobili na zwierz ta. A ty tylko: wykonaæ zadanie! Panie generale, major Achaja melduje siê po zrobieniu wszystkich zleconych jej swiñstw, ku chwale, tfu! kró lestwa, czy co.
- A ja ci powiem jedno. Nie wiem, co tu ze mna zrobili. Ale wiem, co ze mna zrobi³ Biafra. On mi da³ jasno do zrozumienia. Chcesz, ¿eby istnia o Królestwo Arkach, to rób swiñstwa, badz kurwa, badz morderca. Jesli chcesz... p³aæ! Jesli ciê na to staæ. Jesli wiesz, za co p acisz. Jesli masz pieniadze. A Arkach, to jedyne pañstwo, które mi siê podoba. Które siê za mna ujê³o, które da³ o mi prawo bycia cz³ owiekiem. Nawet usranym ¿o³ nierzem w najbardziej wrednej jednostce. Powiedzia³am: kocham Arkach. Zabijê dla ciebie, Biafra. I zrobiê to dla niego. Unurzam siê w gó wnie, choæbym tu i teraz mia³a z³amaæ ci kark, ty moja pi kna czarownico.
- Ale ty masz popieprzona przesz³ osæ.
- Cha, cha, cha...
- I zabijesz kogos niewinnego dla tego sukinsyna?
- S³uchaj. On mi powiedzia³, ¿ e jak chcesz osiagna to, co uwa¿asz za s³uszne, to siê nie wahaj. Rób to, co ci podpowiada twój rozum. Choæby to mia³o by mordowanie niemowlat w ko³ yskach. Troy mnie sprzeda³o jak postaw sukna na targu. Luan zrobi³o ze mnie zwierzê, i to nie takie z k³ami, ogonem i pazurami. Luan zrobi³o ze mnie prawdziwe zwierzê. A potem zobaczy³am Arkach. Gnoje, ³apówkarze, nadêci skurwysyni! Ale powiedzieli mi jasno: tu jest wolnosæ, córko. Tu jestes cz³ owiekiem! Choæby i gnojem, skurwysynem, ³apówkara, smieciem... ale cz³owiekiem! Nie postawem sukna, nie zwierzêciem. Cz³owiekiem. Mo¿esz byæ z nami, choæ jestes obca. Mo¿esz ubiegaæ siê o niezwykle godne miano cz³owieka razem z nami, biorac ³apówki, jesli obejmiesz jakis urzad, kurwiac siê, gnojac, ale razem! Bez strachu w sercu. Bez bojazni. Rób co chcesz, ale rób to jak cz³ owiek. Choæbys siê mia³a nawet zgnoiæ jak wieprz. Rób to jak cz³ owiek.
Achaja wzruszy³a si tak, ¿e zaczê³a p³akaæ.
- S³uchaj - pociagn ³a nosem - ja w obozie niewolników te¿ zasz³am daleko. By³am... cha, cha, cha... "cz³ owiekiem" wed³ ug ich nazewnictwa. Bo dupy dawa³am dobrze. I potem jedna dziewczyna, co ja swie¿o przys³ali, poprosi³a mnie o pomoc, dla swojego ch³opca, który by³ ranny. A ja go zabi³am. Bo... bo... mi siê wydawa³o, ¿ e lepiej ju¿ mu pom c nie mogê. I jeszcze uwa¿a³am, ¿e siê poswiêci³ am. I dosta³am swoje dwadziescia piêæ batów. D³ubiac w nosie, wytrzyma³am. A tamta zat³ukli na smieræ. I pamiêtam jej twarz. Jak siê dziwi³a. Jak siê dziwi³a, ¿ e ktos mo¿e upasæ tak nisko. A wszyscy byli za mna. To ja mia³am racjê. To ja zrobi³am dobry, choæ g³upi, uczynek. Szlag!
Arnne podp³ynê³a powoli. Zagryz³a wargi, potem objê³a Achaj i przytuli³a do siebie. G³aska³a ja delikatnie po g³ owie.
- I... i wiesz... Potem uciek³am do Arkach. A tam byli ludzie. Nie Bogowie. Zwykli ludzie. Chuje, gnoje, swinie, ale, kurwa, ludzie. Oni nie uwa¿ali mnie za smiecia, za towar. Widzia³am w nadgranicznej karczmie, jak ch³ opi kpia z królowej. A potem dosiad³ siê do nas szlachcic. Ten to uraga³ wszystkim... wszystkim w³adzom, kap³anom, Bogom bez ma³a. No, przyszed³ normalnie taki cz³ owiek do ciebie i powiedzia³, ¿e tu jest kraina ludzi. Nie jakichs piê knych szczególnie, ale ludzi. Ludzi! ¯e g³upota, ³apówkarstwo, kurestwo... To jest wszêdzie. Nikt mi jednak nie powiedzia³, ¿e jestem postawem sukna, ¿e jestem zwierzêciem. Chcesz ¿yæ z nami? ¯yj! Cz³owieku. Cz³owieku! powiedzieli.
Achaja nie próbowa³ a powstrzymaæ ³ez. Arnne, przejêta, obejmowa³a ja ramieniem. G³aska³a po plecach.
- Ja ci powiem jeszcze jedno. Armia Arkach wystawi a mnie, razem z ca³ a dywizja, na pojedynek z Virionem i jego czterdziestoma mistrzami. Nie przez lekcewa¿ enie, tylko przez nieudolnosæ. W Troy to pewnie by siê nie mog³o zdarzyæ. Ale powiem jedno. Wytrzyma³am. Bo by³am ju¿ cz³ owiekiem. Zosta³am majorem i ksiê¿niczka. I ja... ja... to strasznie ceniê. W Troy by³am ksiê¿ niczka, córka Wielkiego Ksiêcia. Troy jest drugim pañ stwem na swiecie. Czy wiesz, kto to jest Wielki Ksia¿ê ? Królowa Arkach mog³aby mu do sto³ u us³ugiwaæ. A jednak ceniê sobie tylko to, ¿e jestem u was majorem. ¯e jestem wasza ksi ¿niczka. I jesli Biafra powie: jedz gówno tych Starszych tutaj, ale wykonaj zadanie, to zjem gówno i wykonam zadanie! Jestem majorem wywiadu Arkach. I dajê ci s³owo honoru: nigdy nie by am bardziej dumna. Jestem majorem i rozkaz wykonam. Do koñca! Kurwa, rozumiesz mnie? Choæ bym mia³a tu zabiæ tysiac niemowlat... Wykonam jak pies na añcuchu!
- Kochasz Biafrê?
- Sram go. To taki gnój, ¿e ci nawet w g³owie nie postanie. To straszny sukinsyn. Tylko... sukinsyn inteligentny. Jesli on pomo¿e Arkach, to ja pomogê jemu. Choæbym siê ju¿ mia³a nie uwolniæ od smrodu.
Czarownica przybli¿ y³a oczy do oczu Achai.
- Kiedy uciekamy? - Usmiechnê³a siê. - Pani major, ksiê¿ niczko moja - wypowiedzia³a oficjalna formu³ê.
- Kurde... co?
- Jestem na pani rozkazy. Proszê wybaczyæ wczesniejsze zachowanie. Ja nie mia³am swojego sier¿anta, który by mi powiedzia³, ¿e ¿ ycie ma sens.
Achaja wzruszy³a ramionami. Potem usmiechnê³a siê równie¿. Obie wyszczerzy³y do siebie k³y. Tym razem w jak najbardziej dos³ ownym sensie.

Rozdzia³ 14
A
iiiiiiiiiiii, do jasnej zarazy! Co ty wyprawiasz?
- Budzê ciê, kole¿ anko.
- No, kurde - Achaja usi³owa³a chwyciæ siê czegokolwiek. - Budzenie to u was wyciaganie za nogê z jaskini? Co za dzicz.
Aiiiiiiiiiiii nie us ysza³a na szczê scie. Wrzuci³a Achajê do jeziora i odsunê³a siê, ¿eby zimne strugi jej nie dosiê g³y.
- Noc zapada. Czas wstawaæ! - krzyknê³a.
Achaja, prychajac, wyskoczy³a na trawê . Chcia³a zaklaæ, ale Aiiiiiiiiiiii ju wyciera³a ja lisæ mi. Ktos wrzuci³ do jeziorka Arnne. Jest jednak jakas sprawiedliwosæ!, pomysla³a Achaja.
- Spróbuj rozplataæ te swoje w³osy. - Aiiiiiiiiiiii nachyli³a siê nad g³owa dziewczyny. - Kto ci to tak poplata³?
- Sama sobie zrobi³ am. - Achaja rozplatywa³ a jednak pos³usznie swoje wojskowe warkoczyki. Wiedzia³a, ¿e Aiiiiiiiiiiii nie jest z³osliwa, ale te¿ nie ma pojêcia, ¿e palniêcie kogos w twarz z ca³ ej si³y, w cywilizowanym swiecie nie jest bynajmniej oznaka przyjazni.
Wokó³ zgromadzi³o siê kilkanascie dziewczyn i kilku ch opców. Wszyscy komentowali ywo wyglad obcych. G³ównie czepiano siê w³osów Achai - nikt nie rozumia³, jak mo¿na sobie zrobiæ tak g³upie uczesanie. I po co? Achaja z kolei nie wiedzia³a, co ich tak dziwi, rozplatywa³a szybko warkocze, bo nie chcia³a zarobiæ kilku " przyjacielskich" ciosów ani w twarz, ani w ¿adna inna czêsæ cia³a. Zda¿y³a ju¿ parokrotnie zaobserwowaæ, ¿e uderzenie znienacka kogos na przyk³ad w watrobê jest w tym swiecie wojowników ogólnie przyjêta forma wyra¿ania emocji. Szlag! Mia³a tych warkoczyków jednak strasznie du¿o. Dosta³a od ty³u w krêgos³up za opiesza³osæ od jakiejs chudej, wysokiej dziewczyny i, naprawdê przyjacielsko, kopniaka w ty³ek od Aiiiiiiiiiiii. Nareszcie skoñczy³ a. Ale nie by³ to koniec mêki.
Aiiiiiiiiiiii zaczê a rozczesywaæ jej w³osy, nie przejmujac siê zupe nie, ¿e czêsæ wyrywa.
- Ja ci poka¿ê, jak to siê robi, smarkata obca - mruknê³a. - To zupe³nie nie tak, jak mia³as na g³owie. Zupe³nie nie tak. O!
Zostawi³a jej gruby kosmyk z ty³u, resztê w³osów zebra³a na czubku g owy i zwiaza³a je mocno. Pusci³a je, a¿ rozsypa³y siê wokó ³ i zawiaza³a Achai opaskê na wysokosci czo³a. Potem znowu zebra³a na czubku, zwiaza³a, pusci³a, za³o¿y³ a nowa opaskê i powtórzy³a ca³a operacjê raz jeszcze.
- No. - Palnê³a Achajê z ca³ej si³y w g³ owê. - Teraz w³osy ciê chronia.
Rzeczywiscie, mia³a na g³owie cos w rodzaju " naturalnego he³ mu". Cios jednak poczu³a. Aiiiiiiiiiiii zaczê a splataæ jej warkocz z pozostawionego grubego kosmyka na plecach. Wplata³a tam jakies roslinne w³ókna i kawa³ki kolorowych szmatek. Na samym koñcu przywiaza³a dosæ spory kamieñ.
- No - usmiechnê³a siê. - A teraz masz nowa broñ. Fajnie, co?
- Jaka broñ? - spyta³a Achaja i to by³ jej b³ad.
Aiiiiiiiiiiii poruszy³a gwa³ townie g³owa, jej w asny warkocz wyprysna³ z ty³u, rozwina³ siê i uderzy³ doczepionym kamieniem Achajê w plecy. Syknê³a z bólu. O, ¿esz. To by³y te dziwne rany na plecach, o których wspomina³ raport wywiadu. Szlag! Ale zabola³ o.
- No widzisz? Tak mo esz z³amaæ komus opatkê, nawet jak masz zajête rêce.
- W³asnie mi z³ama as.
- Nie przesadzaj. Leciutko dotknê³am. Leciutko, leciuteñ ko.
Achaja szarpnê³a swoja g³owa, warkocz rozwina³ si , ale kamieñ walna ja sama w brzuch, poniewa¿ Aiiiiiiiiiiii uskoczy³a.
- Eeeeee...
Wojownicy zebrani wokó³ zaczêli siê smiaæ.
- No nie. Nie tak. Walisz tylko w zwarciu. - Aiiiiiiiiiiii z lekcewa¿eniem machn ³a rêka. - Dobra. A teraz - wetknê³a jej do rêki dwa kije - musisz uczyæ. Uczyæ.
- Kurde, czego?
- Jak, czego? Walczy . Walczyæ.
Achaja zerknê³a na otaczajacych ja ludzi. Spojrza³a w bok na Arnne. Czarownica, obola³a i wkurzona do granic mo¿liwosci, kuca³a tu¿ obok. Ktos w³asnie jej robi³ "he³ m" z w³osów.
- Dobra. Wez kij pomiêdzy dwa pierwsze palce i dwa drugie, a kciukiem kontruj.
Zarobi³a w twarz z piêsci.
- Smarkulo obca. Ty przestañ chrzani . Ucz, jak nas zabija³ as, gówniaro.
Achaja usmiechnê³a siê s³odko.
- No, nie ma sprawy. Stawaj, jak chcesz. - Przypomnia³y jej siê æwiczenia z Hekkem w obozie niewolników. Przypomnia³a sobie wszystkie jego z³ osliwosci. Przypomnia³a sobie ca³y swój ból.
Aiiiiiiiiiiii chwyci a swój kij i ruszy a ostro, unoszac go w górê. Achaja zmieni³a chwyt z górnego na dolny, jedna rêka zablokowa³a Aiiiiiiiiiiii, " leciutko, leciuteñ ko", a druga palnê³a tak mocno, ¿e dziewczyna polecia³a na plecy, nakrywajac siê nogami. Z jej nosa tryska³y dwie czerwone strugi jak z cesarskiej fontanny w Syrinx.
- No i jak, kole¿ anko? - usmiechnê³ a siê przyjacielsko. - Zaczniemy od podstaw, czy mam kontynuowaæ dalej w tym stylu?
Aiiiiiiiiiiii nie by a w stanie niczego powiedzieæ. Potrzasa³a g³owa, ykajac w³asna krew. Nie mog³a siê nawet podniesæ.
- Ty, wiewiórko g³ upia - z boku podesz a wysoka, chuda dziewczyna - a mo¿e spróbuj ze mna, co?
- Nie ma sprawy. - Achaja usmiecha³a siê s³odko.
Zatrzepota³a rzê sami, ale nikt nie zrozumia³ tego gestu.
Dziewczyna rzuci³a siê na nia. K³y, pazury i ogon pojawi³y siê w pó kroku, ale... Achaja odstapi³a i "leciutko, leciuteñko" kopnê³a tamta w zakroczna nogê. Kiedy dziewczyna lecia³a ju¿ bezw³ adnie, pozbawiona oparcia na w³asnych nogach, nadstawi³a jej kij, mniej wiê cej na wysokosci twarzy.
Po d³u¿szej chwili nachyli³a siê nad nia, patrzac na dwa nowe czerwone strumienie pod kolejnym nosem.
- I jak ci jest teraz, kochanie?
Po³o¿y³a jej rêk na ramieniu.
- Co, kotku? Kiedy obie widzimy w ciemnosci, to siê nagle okazuje, ¿e nie jestes ju¿ taka straszna jak wtedy w lesie. Ju¿ nie jestes taka bezlitosnie szybka jak przy mordowaniu bezbronnych wiesniak w, co?
Us³ysza³a szelest z ty³u i poczu³a zapach. Nawet siê nie odwraca³a. Skoczy³a w ty³, uk adajac kij pod pacha, tak by stercza³ na wysokosci klatki piersiowej. Poczu³a szarpniê cie, us³ysza³a zduszony jêk, odg³ os cia³a walacego siê na ziemiê i ci ¿ka walkê o odzyskanie oddechu. W sam splot. Niezle. Odwróci³a siê i wbi³a swój kij w ziemiê, jak Nolaan przed walka z Hekkem.
- No co, kotki wy moje? Zwatpienie was nasz³o? - Rozesmia³ a siê. - Miau.
Trzy ofiary le¿a³y na ziemi, nie mogac siê podniesæ. Pozostali zbli¿ali siê powoli. Trochê za du¿o ich by³o, ale... Arnne zerwa³a siê nagle i stanê³a za plecami Achai.
- Spokojnie, pani major - szepnê³a. - Nie czujê ich magii, ale w takim razie i oni nie czuja mojej.
- No to co?
- Spowolniê ich trochê. Przy³ó¿ wszystkim, proszê. Mocno!
- Wedle ¿yczenia, pani czarownico. Wedle ¿yczenia.
Achaja skoczy³a na nich z go³ymi rê kami. Ale to ani trochê nie zmniejszy³o bó lu tych, którzy otrzymali jej ciosy. Nie by³a swinia jak Hekke. Wali³a w twarz, w splot, w golenie. Zatrzyma³a siê po drugiej stronie polany.
- Miau?
Nikt jej nie odpowiedzia³. Jêczace cicho, walczace o odzyskanie oddechu cia³a na trawie nie nadawa³y siê w tej chwili do jakiejkolwiek dyskusji.
- Uuuuaaaa!!! - Achaja poczu³a nagle w sobie zew. Poczu³a, jak pojawia siê ogon, k y i pazury. Rzuci³a siê na tê wysoka, chuda, któ ra przedtem kopnê³ a ja w krêgos³up, za w³osy podnios³a z ziemi, strzeli³a w splot ³okciem, jakby chcia³a ja udusiæ, poprawi³a kantem d³oni w nos i w³asnym czo³em w jej czo³o. Tamta zwiotcza³a nagle.
- Co, kotki? Ju¿ si nie bawimy? - Zrobi³a obrót w powietrzu (ale¿ ten ogon stabilizowa³ w locie!) i kopnê³a w twarz kogos, kto usi³owa³ siê podniesæ. - Chcieliscie, ¿eby was uczyæ? To czemu siê nie uczycie?
Arnne smia³a siê cicho. Mrugnê³a do Achai, zadowolona z czegos jak ostatnia zaraza.
- No, co z wami? Zwatpiliscie wszyscy? - kpi³a Achaja.
Aiiiiiiiiiiii podnosi³a siê powoli. Usi³owa³a rêka zatamowaæ krew. By³a jednak twarda.
- Ucz! - jêknê³a. I zgarbi³a siê jednoczesnie, ¿eby przynajmniej nowy cios nie bola³ tak strasznie. By³a przyzwyczajona do twardej szko³y. Nie mia³a za z³e obcej, ¿e pobi³a wszystkich tak bolesnie.
Achaja podesz³a do niej i wyprostowa³a ja, ciagnac za w³ osy.
- W ka¿dej rêce masz po piêæ palcó w. Kciuk i dwie pary. Odtad musisz je tak dzieliæ. - Poda³a jej dwa kije. - Prawa chwytasz tak: kciuk z góry, pierwsze dwa z do³u, drugie dwa z góry. Lewa d³oñ odwrotnie - pokaza³ a jej, jak ma trzyma , i u³o¿y³a palce. - Teraz przerzuty, prawa krótki, lewa d³ugi.
Aiiiiiiiiiiii pogubi a kije przy pierwszej próbie.
- No, teoriê ju¿ znasz. Teraz poæwicz, a po roku nastêpna lekcja.
- Jak to: po roku? - Dziewczyna nie zrozumia³a niczego. - Co ty mówisz?
- Musisz opanowaæ podstawy. Ale to tylko wieczorami, tfu! rankami. Bo przez wszystkie noce przez ten rok masz ³upaæ kamienie go³ymi rê kami. Wez kij, musisz utwardziæ go w ognisku, odnalezæ jakies du¿e kamienie i roz³ upywaæ je od zmroku do switu.
- Po co?
- Musisz byæ silna. Musisz mieæ silne r ce i silne palce - t³umaczy³a tamtej cierpliwie. - Inaczej ca³a nauka na nic.
- Jestem silna! - krzyknê³a Aiiiiiiiiiiii.
- Taaaak? - Achaja usmiechnê³a siê s odko. - No, to czesæ. - Poda³a jej d³oñ. - Robimy tak: sciskamy siê za rê ce. Jedyna mo¿liwosæ przerwania pojedynku, to jak przeciwnik klêknie przed zwyci zca i poca³uje go w kolano. Dobrze?
- Dobrze!
- I pamiêtaj - szepnê³a Achaja. - Zrób to szybko. Zanim pogruchoczê ci kosci!
- He, he... Chwal siê. Chwal! A ja zaraz...
Nie dokoñczy³a. Scisnê³y siê na znak dany przez Arnne. Aiiiiiiiiiiii zacisn ³a zêby, ale wbrew pozorom nie by a g³upia. Rabnê³a na kolana i poca³owa³a Achaj w nogê zanim ta zrobi³a z jej d³ oni kostna maczkê. Usi³ujac nie jêcze i powstrzymujac ³ zy, oblizywa³a krew p³ynaca spod paznokci.
- Teraz ju¿ wiesz, o co mi chodzi³o? - usmiechnê³a siê Achaja.
- Uch... - Aiiiiiiiiiiii nie mog³a zaczerpnaæ oddechu. - Wiem! Bogowie...
Jêknê³a cicho. Ciagle na kolanach. Nie mog³a rozprostowaæ palcó w. Achaja przyklêknê³ a obok.
- Jestem dobra - szepnê³a. - Bardzo dobra. Jestem mistrzem. Mówia nawet, ¿e szermierzem natchnionym. Ale jesli przyjedzie tu Virion, potnie ci na paseczki, nawet nie przerywajac sniadania. A jesli przyjedzie tu Nolaan, to nie bê dziesz nawet wiedzia a, ¿e giniesz. A on nie bêdzie nawet wiedzia³, ¿e ciê zabi³. Rozumiesz mnie? Tam za lasem jest bardzo twardy swiat. Tam nie ma takich wojowników jak wy. Ale skurwysyny sa sto razy wiêksze. Tysiac razy wiêksze. Oni nie wytrzymaja w nocy walki z wami jeden na jednego. Ale za³atwia was jak zechca. Uwierz mi. Oni sa bardziej twardzi. Oni sa bardziej bezwzglêdni. Oni maja si³ê, maja pieniadze, mo¿ liwosci, oni maja czas. - Achaja spojrza³a Aiiiiiiiiiiii w oczy. - Za trzy lata Wielkiego Lasu ju¿ nie bêdzie. A te swo³ocze bêda. I bêda mia³y siê dobrze. Zrozumia³as mnie? - Popatrzy³a uwa¿nie. - Dobrze mnie zrozumia³as? - Dotknê³a d³onia jej szyi. - We wszystkim mnie zrozumia³as?
Arnne kucnê³a tu¿ obok.
- Wys³uchaj jej uwa nie - szepnê³a. - Jej s³owa sa s³ owami Biafry. Najgorszego sukinsyna, jakiego ziemia nosi. Wys³uchaj jej uwa¿ nie.
- Ale...
- Pos³uchaj jej uwa nie - powtórzy³a Arnne. - Bo jak ona mówi, to jest tak, jakby sam Biafra mówi³. Za trzy lata Lasu ju nie bêdzie. Spala was. Spala was. Nie pozostanie ani jedno drzewo. Tu bêdzie jedno wielkie popielisko.
- Nie damy siê!
- Pos³uchaj. Usi³owa³as ju¿ nie daæ siê Achai. Ona jest twarda, owszem. Ale Biafra jest o ca e niebo wiêksza zaraza.
Achaja prawie zastrzyg³a uszami, s³yszac takie okreslenia w ustach czarownicy. Usmiechnê³a siê nieznacznie.
- Musisz nas skontaktowaæ ze Starszymi, Aiiiiiiiiiiii. Musisz!
Dziewczyna spojrza³ a na Achajê.
- Tego siê nie da zrobiæ.
- Musisz, kotku.
- Nie. Nie mogê. Ja jestem za ma³a.
- Mo¿esz. Tylko skup siê.
- Nie da rady.
Achaja nachyli³a si do jej ucha.
- Pos³uchaj, Aiiiiiiiiiiii. Jak to za³atwisz, dam ci siê pokonaæ przy wszystkich twoich kolegach i kole¿ankach. Zrobisz ze mna w szermierce co zechcesz. Na ich oczach!
- O, Bogowie! - Dziewczyna rozszerzy a swoje smolistoczarne oczy. - Kurde. Dam ci za to mój ³ uk i wszystkie strza y, i plecionkê, co ja robi³am zesz³ej zimy, i mojego ch³ opaka. Na trzydziesci dni. On jest fajny! Fajny, fajny! Strasznie go kocham! Bêdzie ci siê strasznie podoba³.
Achaja zerknê³a na Arnne i pokiwa³a g³ owa. - Nie chcê twojego uku, nie chcê twojego ch³opaka, Aiiiiiiiiiiii. Ja muszê siê spotkaæ ze Starszymi.
Czarownica nachyli³ a siê równie¿ i szepnê³a.
- Aiiiiiiiiiiii, pos uchaj nas uwa¿nie. Jak pokonasz Achajê przy swiadkach, to sama pewnie zostaniesz Starsza. Wszyscy bêda ci zazdrosciæ. A ona najpierw rozwali piêædziesi ciu wojowników. A potem ty ja. Rozwa¿ to dok³ adnie.
- O, Bogowie - jêkn ³a Aiiiiiiiiiiii. - Tak strasznie bym chcia³a ciê pokona - zagryz³a wargi. - Naprawdê nie chcia³ybyscie mojego ch³opaka? Co? On jest fajny!
- Nie chcemy twojego ch³opaka, dziewczyno. Nie chcemy twojego ³ uku, choæ na pewno jest dobry. My musimy porozmawia ze Starszymi.
- I jestesmy ci w stanie bardzo pomóc - doda³a Achaja. - Dziêki nam mo¿ esz zostaæ Starsza - saczy³a jad w ucho sko³owaconej dziewczyny. - My jestesmy z wywiadu. Pomo¿emy ci nawet tutaj. Bêdzie fajnie.
- Wszyscy bêda ci zazdrosciæ - wtraci a Arnne. - My jestesmy z wywiadu. Mo¿emy wszystko zrobiæ. Wszystko!
- Bêdzie ci dobrze, dziewczyno - sycza³ a jak wa¿ Achaja. - Z nami bêdziesz kims.
- My mo¿emy sprawiæ , ¿e bêdziesz najwa¿niejsza. Najlepsza. - Oczy Arnne przypomina³y oczy gada mimo kompletnego braku zrenic. W³asciwie to ca³e by³y czarnymi zrenicami - A prosimy tylko o drobna przys³ugê. O bardzo ma³a rzecz.
- Co ci zale¿y? Tylko nas skontaktujesz. Taki drobiazg? Czy to w ogóle warte spluniêcia?
- A za to... - Arnne objê³a Aiiiiiiiiiiii za szyjê - pokonasz Achajê! Szermierza natchnionego. Przy wszystkich. Wiesz, co bêda mó wiæ o tobie kole¿ anki? Jak strasznie bêda ci zazdrosciæ ?
- Taki ma³y uk³ad. Rozumiesz? - szepta³ a Achaja. - No, zgódz siê. Co ci zale¿y?
- To taki drobiazg - szepta³a Arnne. - Za takie ma³e gó wienko dostaniesz wielka nagrodê.
Aiiiiiiiiiiii patrzy a to na jedna, to na druga. Nie bardzo wiedzia³ a, czym mo¿e zaszkodziæ swoim, zgadzajac siê na tê propozycjê. Dla pewnosci spyta³ a jednak:
- Wy chcecie dla nas dobrze? Tak?
- Tak! Tak! - Obie, czarownica i Achaja, energicznie przytakn ³y, usi³ujac zachowaæ przy tym kamienne twarze. - Oczywiscie!
- No... to dobrze. Mój ch³opak mo¿e wiele u...
- Pomiñ nieistotne szczegó³y. Zrób to.
Obie wsta³y. Arnne i Achaja. Obie podesz³y do drzew na skraju polany, ¿eby oddali siê od niepotrzebnych uszu.
- Ale jestesmy swinie - szepnê³a Arnne, zas³aniajac usta.
- Jestesmy w wywiadzie.
- No. Alesmy jej wodê z g owy zrobi³y. Biedna dupka.
- Bywa. I tak lepiej bêda mia³y pod naszym butem, ni¿by mia³y byæ spalone.
- Prawda. - Arnne przeciagnê³ a siê. - Ten jej ch³opak, zdaje siê, du¿o mo e. Kto mu da dupy? Ty czy ja?
- Ja - ziewnê³a Achaja. - Jestem bardziej wprawiona.  

Starsza Starsza siedzia³a jak poprzednio - na podwiniêtych nogach. Jej rada równie¿. Teraz jednak Achaja i Arnne mog³y ja widzieæ. Musia³y klêczeæ, owszem, ale przynajmniej nikt nie kaza³ im pasæ na twarz.
- Chcia³yscie mówi - powiedzia³ jeden z mê¿czyzn.
- Pani. Pañstwo... mam na imiê Achaja i jestem majorem wywiadu Królestwa Arkach. Jestem ksiê¿niczka. Moja Starsza Siostra, Królowa Arkach, kaza³a mi powiedzie te s³owa: chcemy pokoju, chcemy zawarcia uk³adu pomiêdzy naszymi...
- Palac Las? - przerwa³a Starsza Starsza.
- Pani, Las sp³onie w przeciagu trzech lat. My jednak mo¿emy to powstrzymaæ. - Achaja usi³owa³a nie daæ po sobie poznaæ, ¿e docenia zdecydowane dzia³ ania Biafry. Musia³ im niezle "dopiec" w miêdzyczasie. Zaryzykowa³a:
- Pani. Arkach bêdzie paliæ Las i nie zdo³acie go powstrzymaæ. Chorzy Ludzie pala go od swojej strony. Ale my nie chcemy waszej zag³ady. Chcemy zawrzeæ uk³ ad. Zagwarantujemy absolutna nienaruszalnosæ Lasu w zamian za prawo przejscia.
- Ta ziemia sp³ynie krwia - przerwa³a jej Starsza Starsza.
- Przykro mi to mó wiæ... ale nie sadzê. A mo¿e inaczej. Sp³ynie krwia, ale nie ¿o³nierzy Arkach. Wypalenia sa w tej chwili tak wielkie, e sami zdajecie sobie sprawê, ¿e tego nie da siê ju¿ powstrzymaæ. - Ryzykowa³a strasznie, nie zna³ a oczywiscie rozmiar w wypaleñ. Ale zna³a Biafrê. - Pani, proponujemy uk³ad. Zawieszenie broni. Wspó³pracê. A mówiê w imieniu mojej królowej.
- Nie zgodzimy siê na to, by obcy przemierzali te knieje.
- Przez trzy lata nie. Potem bêdzie tu szlak handlowy wsró d popio³ów.
Uderzy³a w jakas czu³a strunê. Kobieta poruszy³a siê nieznacznie.
- Nie znacie wszystkich naszych mo¿liwosci.
- A wy nie znacie naszych. W przysz³ym roku po owy Lasu ju¿ nie b dzie. Chorzy Ludzie od swojej strony postapia tak szybko, ¿e...
- Oni maja same bagna i uroczyska. Nie spala niczego.
- Oni dadza jednego zabitego ¿o³nierza na jeden krok terenu. Oni maja nó¿ na gardle. A my jestesmy w stanie powstrzymaæ nawet Chorych Ludzi. Jestesmy w stanie zagwarantowaæ nienaruszalnosæ Lasu. Mo¿emy...
- Niczego nie mo¿ ecie.
- A sól, pani? Dostarczymy wam só l.
Kobieta zerwa³a siê na równe nogi.
- Skad o tym wiesz??? Kto ci to zdradzi³?! - Jej oczy ciska³y gromy. - Mów, bo ka¿ê obedrzeæ ze skóry i zdrajcê, i ciebie jednoczesnie.
Achaja usmiechnê³a siê zimno.
- Jestem majorem wywiadu, proszê pani. - Usi³owa³a powsciagnaæ nerwy. - Nasza propozycja jest taka: sól, stal, nienaruszalnos granic, dowolne c³ a z waszej strony, pokój.
Kobieta usiad³a na swoim miejscu.
- I powstrzymacie Chorych Ludzi? Jak? Skoro nie mo¿ecie siê z nimi porozumieæ?
- Powstrzymamy ich, pani. Damy wam sól, damy stal, damy pieniadze, damy broñ i wszystko co zechcecie.
- Za co?
- Za szlak handlowy do Chorych Ludzi. Na waszych warunkach. Wasze c³a, wasze myta, wasze przewozowe. Nie bêdziemy siê wtracaæ. Chcemy mieæ szlak. A jak go dostaniemy, nie bêdzie ju¿ wypaleñ Lasu. Bêdzie pokój i przyjazñ miêdzy naszymi królestwami. Jesli ktos bêdzie chcia³ paliæ Las, armia Arkach ruszy na niego.
Arnne nachyli³a siê do ucha Achai:
- Ona nie wie, co to c³a.
- Pani - podjê³a natychmiast Achaja. - Jesli karawana bê dzie przewoziæ dziesiêæ sztuk towaru, to wy wezmiecie sobie dwie sztuki. Tylko za to, ¿e przejada przez Las pod wasza ochrona. Albo ekwiwalent w soli lub w stali czy czymkolwiek innym. Dostarczymy wszystko, czego bêdziecie chcieli. Damy wam informacje o tym, co siê dzieje wokó³. A informacja to broñ znacznie bardziej zabójcza od mieczy i ³uków, pani. - Achaja popatrzy³a jej prosto w oczy. - To informacja jest najwa¿niejsza. Jestem majorem wywiadu - powtórzy³ a. - I wiem o soli, któ rej potrzebujecie. Ile to jest warte? Ile jest warte, ¿e siedzac tutaj, bê dac zupe³nie w waszej mocy, mam argumenty nie do zbicia? Ile jest warta informacja? Osadz sama, pani.
Starsza Starsza zagryz³a wargi.
- Nie spalicie ca³ ego Lasu. Las jest nieprzebyty.
- Spalimy, pani. Wiem, ¿e za to, co mówiê, grozi nam stukrotne umieranie. Ale... Spalimy go, pani. W trzy lata.
- To sa fakty, pani - doda³a Arnne.
- Paliliscie Las od wielu lat. Od wielu pokoleñ. Odkad pamiêtamy. Las istnieje nadal, a kosci tchó rzliwych podpalaczy dawno ju¿ rozrzuci³ y zwierzêta!
- Pani - Achaja pochyli³a g³owê - nigdy przedtem nie mielismy no¿a na gardle. Teraz mamy. Biafra zrobi z tego cuda popielisko. W trzy lata.
- Pani - Arnne ró wnie¿ pochyli³a g³ owê - oni jeszcze nigdy nie wynajêli kogos takiego jak ja. A nas jest wiele. I potrafimy to. - Wypowiedzia³a s³ owo, chwyci³a je d³ onia tak szybko, ¿e z boku mog³o to wygladaæ, jakby strzeli³a palcami. Krzak tu¿ obok rozgorza³ nagle. Ten ze Starszych, kt ry siedzia³ najbli ej, odsuna³ siê trwo¿liwie. Pozostali patrzyli z kamiennymi twarzami. Arnne wypowiedzia³a jeszcze jedno s³owo, balansowa³a nim mi dzy palcami, rzuci³ a zaklêcie, dwa drzewa tu¿ obok rozgorza³y, trzaskajac p³ omieniami. Czarownica wyciagnê a rêkê i cofnê³ a zaklêcie, zanim ktokolwiek zda¿y³ zareagowaæ. P³omienie zniknê³ y. Otoczy³ ich tylko swad spalenizny, wok ³ opada³y sczernia³e, zwiniê te liscie. Krzak natomiast dopala³ siê spokojnie, choæ by³ przecie¿ m³ody i zupe³nie nie zeschniêty.
- Pani - powiedzia³ a Arnne. - Jestem teraz na twoje us³ugi, ale nie powstrzymam kole anek, którym Biafra zap³aci z³ otem i które przyjda tu wzniecaæ ogieñ. Spala nas. W trzy lata, jak powiedzia³a ksiê¿ niczka. Wys³uchaj jej propozycji, pani.
- Pani - Achaja unios³a siê lekko na kolanach - karawany nie musza przecie¿ chodziæ, gdzie chca. Mo¿na im wyznaczyæ szlak. Jak ktos zboczy ze scie¿ki... zabijecie! Ich wina. Nikt nie bêdzie wam mia³ za z³e. Moga nocowaæ w wyznaczonych miejscach otoczonych ostroko³ami, ¿eby nie widzieli niczego, co siê dzieje w Lesie, ale... w Lesie, pani, nie na pogorzelisku. Bierzcie, co chcecie z ich towarów, ale przepuscie Chorych Ludzi do nas. Biafra siê cofnie. Chorzy Ludzie siê cofna. Nie bêdzie podpalania!
- Chorzy Ludzie siê nie cofna! - powiedzia³a Starsza Starsza.
- Cofna siê, pani. Pusæ mnie do nich, a zapewniam ciê, ¿ e cofna siê w przeciagu dziesiê ciu dni. Nie bêdzie wiêcej podpaleñ. Nam chodzi tylko o szlak. Wasz szlak. Mo¿ecie braæ, co chcecie.
- C³a, myta, sól, stal, co chcecie - doda³a Arnne. - Bierzcie co chcecie, ale przepus cie wozy kupców! Przepusæcie wozy!
- To bêdzie koniec Lasu - powiedzia³a Starsza Starsza.
- Nie! Nie! - sk³ ama³y Achaja i Arnne równoczesnie. - To bêdzie poczatek jego swietnosci. To bêdzie jedyny ratunek przed spaleniem.
- Nikt i nigdy nie depta³ Lasu swoimi stopami. Nikt nie przeszed³ go ¿ywy.
- Pani. Biafra spali was w trzy lata - powtó rzy³a Achaja.
Arnne unios³a siê na kolanach.
- Pani. Chorzy Ludzie spala was, zanim Biafra dojdzie do po³owy. Pani...
Starsza Starsza powstrzyma³a je ruchem rêki.
- Chorych Ludzi nie powstrzymacie. Oni pala Las, nie baczac na bagna. Oni maja cos, co dymi i wybucha, oni... - Wyraznie zmieni³a zdanie co do skutecznosci Chorych Ludzi. Najwyrazniej nie tylko Biafra dobra³ siê im do skóry. Po tamtej stronie ktos równie¿ musia straciæ ju¿ cierpliwosæ. - Oni maja broñ, kt ra razi niewidzialnymi strza ami.
- Powstrzymamy, pani - odwa¿y³a siê przerwaæ Achaja. - Dostaniecie tê broñ, pani.
- Tak? - Starsza Starsza zamysli³a siê na chwilê. - Dobrze. W³asnie zmierza tu ich karawana. Zamierzalismy ich wpusciæ g³êbiej i pozabijaæ, jak ju¿ bêda mieæ nadziejê w sercach. Nadziejê na przejscie Lasu. Ale dobrze. Jesli przekonasz ich i sprawisz, ¿e w przeciagu trzydziestu dni Chorzy Ludzie przestana paliæ las, wtedy porozmawiamy. Bêdziemy mówiæ raz jeszcze. Wtedy wys³ucham, co naprawdê macie do powiedzenia.
Wsta³a szybko, a wraz z nia ca³a rada. Obie, Achaja i Arnne, pochyli³y g³owy. Obie czu³y ich rozwiewajacy siê zapach i to by³ jedyny znak, ¿e tamci odeszli. Nie s³ysza³y najmniejszego szelestu.
- I jak? - szepnê³ a czarownica.
- Swietnie. Dziêki za ten krzak - mruknê³a Achaja - i za te drzewa.
Aiiiiiiiiiiii wyskoczy³a zza drzewa.
- I co? - spyta³a podniecona. - Rozmawia³yscie?
- Tak. Dziêki.
- To teraz dasz mi siê pokonaæ przy moich kole¿ankach. Tak, tak! Dasz siê pokonaæ, co?
- My zawsze dotrzymujemy s³owa - wtraci³a siê Arnne. - Ale teraz musimy isæ do jakiejs karawany.
- Wiem, wiem. Ona - kopnê³a przyjacielsko Achajê w ramiê - ma nami dowodziæ. Uueee... Obca smarkula bê dzie rzadziæ wojownikami. Pewnie siê zb³ azni.
- Pewnie nie - mrukn ³a czarownica. - Nie mogê powiedzieæ, ¿e ja lubiê. Ale wiem, ¿e raczej potrafi dowodziæ ludzmi.
- Zb³azni siê! I ja wysmieja. Cha, cha, cha bê dzie, ot co.
- Dobra. - Achaja podnios³a siê lekko. - Wiesz, dokad mamy isæ?  

Bieg³y przez ca³a noc. Piêædziesiê cioosobowy oddzia³. Od zmroku do switu na w³asnych nogach, krok za krokiem, skok, skok, skok... Arnne zaczê³a wysiadaæ. Mimo ogona, obcych czarów i zupe³nie innego cia³a mia³a dosæ. Oddzia³ zaczyna³ syczeæ przy ka¿dym nieprzewidzianym postoju. Achaja, mimo ¿e sto razy silniejsza, te¿ mia³a dosæ. Nigdy nie przebieg³ a takiego dystansu za jednym razem. Czarownica ratowa³a ja jednak przed totalna kompromitacja. Wszelkie opóznienia (i czas na zaczerpni cie oddechu) mo¿na by³o t³umaczyæ jej niedo³êstwem.
Kiedy s³oñce wzesz o nad drzewami, przespali siê troch . Tylko trochê, za ma o, ¿eby odzyskaæ si³y. Potem bieg³y ca³y dzieñ. Arnne zrzyga³a siê parê razy z wysi³ ku. Prawdê powiedziawszy, Achai te¿ niewiele brakowa³o. Naprawdê nigdy nie bieg³a tak daleko.
Aiiiiiiiiiiii smia³ a siê za ka¿dym razem, kiedy stawa³ y. Oddzia³ sarka³ cicho. Achaja przy³o¿y³a dwóm dziewczynom i jednemu ch³opakowi, którzy najbardziej gadali. Biegli do zmroku. Czarownica nie umar³ a tylko dziêki temu, ¿e gdzies w srodku nocy spotkali nareszcie wojownika, który dowodzi³ oddzia³em posuwajacym siê za karawana obcych. Arnne runê³a pod najbli¿sze drzewo i zasnê³a natychmiast. Achaja najchêtniej posz³aby w jej slady, ale nie mog³ a.
- Sa ju¿ tutaj - szepna³ wojownik. - Jakies sto kroków stad.
- Zaszli a¿ tu? Tak daleko? - spyta³a Aiiiiiiiiiiii.
- By³ rozkaz przepuszczaæ. Mo¿emy ich zabiæ choæby w tej chwili.
- Spokojnie - wtraci a siê Achaja. - Oddziaaaaa³... - zwróci³a siê do swoich ludzi. - Ryglowany wachlarz po mojej lewej. A, szlag! - przypomnia³a sobie, ¿e podrêcznik taktyki piechoty nie móg³ byæ tu znany. - Rozstawcie siê w liniê, o krok jedno od drugiego. Idziemy powoli, zaciesniajac liniê po okrêgu. - Ach! Tego okreslenia te¿ nie mogli zrozumieæ. - Po ³uku. - Mia³a nadziejê, e pojêcie ³uku jest im znane. - No, zaciskamy siê jak piêsæ, jakby ktos nie zrozumia³.
- Piêsæ siê nie zaciska - mruknê³a Aiiiiiiiiiiii. - Jest zacisniêta sama w sobie.
- Ty! Filozof. Zaraz ci, kurde, tak skopiê ty³ek, ¿e bêdzie siny przez rok.
- Eee... Przez rok? - Dziewczyna wzruszy³ a ramionami. - Nawet ty tego nie sprawisz.
- Chcesz sprawdziæ? Chcesz, psiamaæ, sprawdziæ!?
Oddzia³ niezbornie spe³ni³ niecodzienny dla niego rozkaz. Wojownicy i wojowniczki sarkali po cichu. Achaja podnios³a d³ oñ i poruszy³a ramieniem. "Za mna" - nikt jednak nie zrozumia³ dosæ typowego dla normalnej piechoty rozkazu. Machnê³a wiêc obiema rêkami do przodu. To zrozumieli.
Wojownicy poruszali siê bezszelestnie. Ktos nawet zlitowa³ siê i obudzi³ Arnne. Ktos inny pomóg³ nieludzko zmêczonej, chwiejacej siê na nogach czarownicy dojsæ do linii. Ci z oddzia³u tropiacego prowadzili ich szybko ku dosæ sporej, porosniêtej krzakami polanie. Achaja pochyli³a si odruchowo, kiedy zauwa¿y³a konie Chorych Ludzi, ale po chwili zrozumia³ a, ¿e robi g³upio. Jasna szarosæ, któ ra ja otacza³a, wyglada³a na szaros tylko dla niej. Dla Chorych Ludzi by teraz srodek kompletnie czarnej nocy. Dwa ma³e ogniska b³ yszcza³y tak, jakby ktos lusterkiem odbija³ promieñ s³ oñca prosto w oczy.
- Zdusiæ? - spyta³ zwiadowca.
- Co?
- No... Ogieñ.
- Nie. Oddzia³... - Mówi³a najcichszym szeptem, ale nawet ci najbardziej oddaleni s³yszeli wyraznie. - Jesli dam znak, zaczniecie strzelaæ, jesli gwizdnê, przestaniecie.
Aiiiiiiiiiiii poruszy³a siê niespokojnie.
- Co zamierzasz zrobiæ? - spyta³a.
- Porozmawiaæ. Po to mnie wys³ano - usmiechnê³a siê. - Ale najpierw sk³ onimy ich do rozmó w.
Kaza³a wojownikom na³o¿yæ strza³y na ciêciwy. Widzia³a wyraznie roz³o¿ona na spoczynek karawanê. Kilkudziesiêciu ludzi. Ponad sto koni i jucznych mu³ów. Byli naprawdê odwa¿ ni. Albo byli wariatami.
- Strzelajcie w mu³ y. Zabiæ wszystkie od razu.
Kilkadziesiat strza³ poszybowa³o bez ¿ adnego ostrze¿enia. Achaja wyobra¿a³a sobie, co czuja tamci. Kilkanascie dni drogi w straszliwym napiêciu. Nocleg. Nerwowy sen. Nagle... Cichy swist i nie ma ju¿ jucznych zwierzat. Co sama czu³aby, znajdujac siê w ich po³o¿eniu? Karawana nie by³a ju¿ karawana. Skoro demony mog³y zabiæ mu³y, to przecie¿ mog³y te¿ zabiæ wszystkich ludzi. Strach? Rozpacz?
Chorzy Ludzie budzili siê nieprzytomni. Wartownicy strzelali na oslep, czyniac wielki huk. Po raz pierwszy s³ ysza³a cos takiego. B³ysk, dym, swist niewidzialnej strza³ y, a potem huk wystrza³u. Co to jest? Te ich muszkiety?
Patrzy³a na niezborne próby umocnienia obrony. Zapalane pochodnie, które ja osobiscie tylko razi³y w oczy, niewiele mog³y pom c napadniêtym. Z³udny, niewielki krag chybotliwego swiat³a. Ju¿ siê zorientowali, ¿e zabito wszystkie mu³ y. Powoli te¿ zaczynali rozumieæ, ¿e stad nie wyjda ¿ ywi. ¯e wszystkie opowiesci o demonach, które s³yszeli w karczmach, ilekroæ rozmowa zbacza³a na temat Wielkiego Lasu, sa prawda. Ju¿ wiedzieli. Ju¿ wiedzieli, ¿e po³o¿a tu g³owy. ¯e porwali siê na cos niemo¿liwego. ¯e to szaleñstwo.
- Hej, tyyyyy! - krzyknê³a Achaja.
Wojownicy patrzyli na nia zdziwieni. Chorzy Ludzie zaczê li strzelaæ, czyniac jeszcze wiê kszy huk. Równie dobrze mogli gwizdaæ, albo graæ na fujarkach.
- Hej, tyyyyy! S³ yszysz mnie?
- ¯esz twoja jebana maæ - rozleg³o siê z krêgu obroñców. - Zaraz wyrzygasz w³ asne flaki!
- Kto najlepiej strzela? - szepnê³ a Achaja.
Szybko zg³osi³ siê m³ody ch³opak z wielkim ³ukiem.
- Jestes w stanie strzeliæ tak, ¿eby mu siê strza³a wbi a w ziemiê o d³oñ od cia³a?
- Pewnie - ch³opak wzruszy³ ramionami. - A mo¿e go musnaæ lekko?
- Tylko nie zrañ.
- Dobra.
Z³o¿y³ siê tak szybko, jakby chodzi o o celowanie do grubego pnia odleg³ ego o dziesiêæ kroków, a nie mê¿ czyznê, który kry³ siê za jukami szes dziesiat kroków dalej. By³ mistrzem. Strza³a swisnê³a cicho. Najpierw wznios³a siê, potem zaczê³ a opadaæ. Wbi³a siê w juki tu¿ przy twarzy tamtego. Cos, mo¿e lotki, musia³y musnaæ go w twarz. Chory Cz³owiek najpierw usi³owa³ siê podniesæ i odskoczyæ, a po chwili, kiedy zrozumia³, ¿e wbrew pozorom jeszcze ¿yje, wtuli siê w trawê jeszcze mocniej, zakrywajac g³owê r kami.
- Tyyyy... jak to jest z wyrzygiwaniem flakó w? - zakpi³a Achaja. - Próbowa³am ju¿ trzy razy i nie mogê .
- Kurwa - jêkna³ zduszonym g³osem. - Czego chcesz? - doda³ g³osniej.
- Aaaaa... pozabijaæ was wszystkich - za¿ artowa³a. - Albo nie. Chcê na razie pogadaæ.
- O czym?
- O pogodzie. Chyba ¿e wiesz cos o nowych modelach sukien.
- O, ¿esz ty. - Na chwilê wychyli g³owê. Nie móg³ oczywiscie niczego dostrzec. - No, to gadaj.
- Nie bêdê siê wydzieraæ. Podejdz na trzydziesci kroków od waszych linii.
- Akurat.
Achaja skinê³a na ch³opca. Ten uniós³ ³uk ró wnie szybko jak poprzednio. Strza³a tym razem poszybowa³a wysoko, coraz wolniej i wolniej... Potem zmieni³a kierunek lotu. Po d³u¿szej chwili wbi³a siê w ziemiê dok³adnie pomiê dzy nogami mê¿ czyzny. Tym razem nie wytrzyma³. Zerwa³ siê na ró wne nogi. Odskoczy³ do ty³u, potkna³ siê o cos, przewróci³.
- To jak? - krzyknê a Achaja. - Przyjdziesz, czy mam rozmawiaæ z twoim zastêpca?
Us³ysza³a jakies nerwowe szepty. Szczêk metalu, szelesty.
- Ty. Idê!
- Mi³o mi.
Kiedy tamten podnió s³ siê niepewnie i ruszy³ w stronê linii drzew, Achaja podnios³a siê ró wnie¿. Powtórzy³a poprzedni rozkaz swoim wojownikom, mrugnê³a do Arnne i skoczy³a do przodu. Widzia³a go teraz dok³adnie. Mê¿czyzna by³ m³ ody, móg³ mieæ najwy¿ej dwadziescia lat. Mia³ jasne, prawie bia³e w³osy. By³ ubrany w skó rzane spodnie i gruba, równie¿ skó rzana kurtkê. Szed³ powoli, oswietlajac sobie drogê pochodnia. W drugiej rêce trzyma³ d³uga metalowa rurê.
Achaja wskoczy³a w krag swiat³a rzucanego przez pochodniê.
- Odwa¿ny jestes - szepnê³a.
Szarpna³ siê, jakby zobaczy³ upiora. W³asciwie to zobaczy³. Naga dziewczyna, z czarnymi wêglami zamiast oczu, z ogonem, k³ami i pazurami zamiast paznokci. Nie wiedzia³, czy odrzuciæ pochodniê i strzelaæ po ciemku, czy raczej palnaæ ja pochodnia i zastrzeliæ siê samemu. Wyraznie zwatpi³. Najchêtniej uciek³ by do swoich albo gdziekolwiek, na oslep, przed siebie. Teraz dopiero, tak naprawdê, uwierzy³ w potwory. Jego ludzie z ty³u wstawali, ¿eby lepiej widzieæ. To by³o trochê za du¿o jak na normalnego cz³ owieka. Nie wiedzieli, co robiæ. Czy to naprawdê mo¿ liwe, ¿eby na swiecie istnia³y potwory?
- Bêdziemy tak staæ ? - usmiechnê³a si , szczerzac k³y.
Usiad³a, krzy¿ujac nogi. Prze³kna³ slinê. Nie mia³ pojêcia, jak siê zachowaæ. W koñcu, pokonujac dr¿enie nóg, usiad obok. Ciagle z wytrzeszczonymi oczami, nie mogac zebraæ mysli. Jednak... K³y nie k³y, szlag z ogonem. Siedzia³a przed nim ca³kiem naga, sliczna dziewczyna. U Chorych Ludzi, ani nigdzie indziej zreszta, kobiety nie chodzi³y nago. Nie wiedzia³, gdzie patrzeæ. Strach walczy³ u niego z ciekawoscia.
- Chcesz nas wszystkich zabiæ? - spyta³ po d³u¿ szej chwili. - Kurde! Naprawdê jestes potworem?
- Nie. Tak.
Nie zrozumia³. Wyjasni³a, ¿e "nie" dotyczy³o pierwszego pytania, a "tak" drugiego. Mê¿czyzna nie móg opanowaæ dr¿enia d³oni. Prawa siêga³ co chwilê do swojej prze³o¿onej przez kolana broni. Nie móg³ siê zdecydowaæ, czy wypada mierzyæ do potwora w trakcie rozmowy, czy przeciwnie, od³o¿y broñ gdzies za siebie.
- Kto ty jestes? - spyta³a.
- Kenneh. - Pochodnia w jego drugiej rêce dr¿a³ a coraz bardziej, sypiac wokó³ iskrami. - Jestem dowódca wyprawy handlowej. Nie chcemy ani niszczyæ Lasu, ani zrobiæ wam krzywdy. Chcemy tylko przejsæ .
- Krzywdy? - przerwa a mu. - Oj, to przepraszam, ¿esmy powystrzelali wam juczne zwierzêta - zakpi³a. - Zaraz ka¿ê wszystkim swoim od³ o¿yæ broñ, zwiaza siê samemu i daæ sobie zrobiæ krzywd .
Nie wiedzia³, co powiedzieæ. By³ na pewno wykszta³cony. I to dosæ dobrze.
- A ty... - odwa¿y³ siê po chwili. - Kurczê. Jestes... potworem.
Rozesmia³a siê.
- Jestem Achaja. Ksiê¿niczka, major wywiadu Królestwa Arkach.
Poczatkowo nie zrozumia³. Potem nie chcia³ uwierzyæ. Chwilê pózniej uwierzy³ i odetchna z tak wielka ulga, ¿e rozesmia³a siê znowu.
- Chwilowo na s³u¿ bie Starszych z Wielkiego Lasu - doda³a.
Potrzasna³ g³owa.
- U was w Arkach... - nie móg³ jednak pozbyæ siê watpliwosci - wszyscy maja takie z by i ogony?
- Nie. Tylko ksiê¿niczki.
Nie wiedzia³, czy to ¿art. Chorzy Ludzie handlowali z Arkach, choæ z powodu braku po³aczenia by³ to handel szczatkowy. Nigdy nie s³ysza³ o k³ach i ogonach. Nachyli³ siê jednak i szepna³ do dziewczyny konfidencjonalnie.
- S³uchaj, dogadajmy siê. Chcia³em w³asnie dotrzeæ do Arkach, chcia³em stworzyæ szlak. S³uchaj, zabijmy szybko tych " starych" i walmy pêdem do twojego królestwa. Wiem, ¿e te¿ chcecie mieæ szlak.
Westchnê³a.
- No, ³adnie. "Nie chcemy zrobiæ krzywdy" , a jak dojdzie co do czego, to " wymordujmy kogo siê da i chodu".
- No... - zmiesza³ siê - ja tylko...
Nie wiedzia³, jak z nia rozmawiaæ. By³ kompletnie rozbity. Porwa³ siê na szaleñcza akcjê, ¿ eby przejsæ Las. Musia³. Jego ojciec produkowa³ broñ, ale nie by³o zamó wieñ. W³asciwie plajtowali. Ca³e królestwo ledwie zipa³o, duszac siê z braku powa¿nego handlu. Wypalano Wielki Las, ale z tamtej strony to by³y naprawdê same bagna i mokrad³ a. Wszystko mokre i wilgotne; ¿eby spaliæ kwadrat o boku tysiaca kroków na tysiac trzeba by³ o wy³o¿yæ tyle z³ ota, ¿e przestawa³ o siê to op³acaæ. Palili, bo musieli. Nie by³o innego wyjscia dla kró lestwa.
On sam znajdowa³ si w du¿o gorszej sytuacji ni¿ kró lestwo. Jego rodzinie g³ód zaczyna³ zagladaæ w oczy. Ojciec mia³ magazyny pe³ne towaru, którego nikt nie chcia³ kupiæ. Bracia brali siê za dorywcze prace, aczkolwiek i z tym by³o trudno. A on sam... A on sam postanowi³ pokazaæ im wszystkim, ¿e choæ najm³odszy, potrafi uratowaæ rodzinê. Zbiera³ po karczmach ró¿nych wyrzutków, zapijaczonych ¿o³ nierzy zwolnionych ze s³u¿by, a g³ó wnie przestêpców, którzy zrobiliby wszystko, ¿eby tylko ujsæ karzacemu ramieniu sprawiedliwosci. I poszli. Kenneh ogo³oci³ (w asciwie ukradkiem) magazyny ojca, zad³ u¿ajac siê, oszukujac i fa³ szujac umowy, kupi³ mu³y i... Postawi³ wszystko na jedna kartê.
Weszli do Lasu od strony, gdzie nie by o wypaleñ, ³udzac siê, ¿e legendarne potwory nie zauwa¿a, ¿e tam ich nie bê dzie. Ba³ siê jak szlag. Ba³ siê potworów i swoich ludzi, tych wszystkich szumowin. A jednak doprowadzi³ ich a¿ tak daleko. Nie móg³ mieæ poj cia, ¿e by³ obserwowany od samego poczatku. Nie móg³ wiedzieæ, ¿e karawany kupieckie ludzie z Lasu wpuszczali g³ê boko, ¿eby potem nie nosiæ towarów za daleko na w³ asnym grzbiecie.
Mysla³, ¿e mo¿e jednak siê uda. Jemu pierwszemu. ¯e jak siê jest wystarczajaco szalonym, to mo¿e Bogowie potraktuja go jak normalnego wariata i oka¿a cie ³aski. A potem... Swist strza³. Wszystkie zwierzêta martwe w jednej chwili. Potwory nawo³ujace go zza drzew. I ta dziewczyna. Z k³ami i ogonem, z jakimis dziurami zamiast oczu, a jednoczesnie sliczna, wyra¿ajaca siê jak cz³owiek wykszta³cony. Potwór, major, ksiê ¿niczka. Powinna mieæ jeszcze skrzyd³a, skrzela i sto nóg. Nie mia³ pojêcia, jak siê zachowaæ.
- Co tam wieziecie? - spyta³a, wskazujac na jego obozowisko.
- Broñ. - klepna³ tê swoja metalowa rurê. - Chcesz zobaczyæ?
Skinê³a g³owa. Odwróci³ siê do swoich ludzi, wykonujac kilka uspokajajacych gestó w, a potem podniós³ broñ i wystrzeli³ w powietrze. Sadzi³, ¿e huk ja wystraszy. Ale nie drgnê³a nawet.
- Ach. To jest ten muszkiet, tak?
- Jaki muszkiet? - obruszy³ siê. - To jest supernowoczesny karabin! Patrz.
Wsta³ i zbli¿y³ siê o krok. Ona te¿ wsta³a, przypatrujac siê z ciekawoscia. Kenneh wbi³ pochodniê w ziemiê .
- Zobacz, jak ³atwo siê obs³uguje. - Opar³ kolbê i wyciagna³ z kieszeni cos, co wyda³o jej siê poczatkowo grubym zwitkiem papieru. - To jest nabój. Wk³adasz go do ust i odgryzasz tê czê sæ, gdzie jest w srodku o³owiana kula. - Mówi³ teraz mniej wyraznie. - Teraz wsypujesz proch z tutki do lufy. Ostro¿nie. Zgniatasz resztê papieru, wpychasz do lufy. Wyjmujesz wycior z ³ o¿a, wk³adasz do lufy, ubijasz proch przykryty papierem, wyjmujesz wycior. Teraz musisz wpluæ kulê, która trzymasz w ustach. Resztê papieru, tê, która do tej pory by³a w ustach, te¿ zgniatasz, wk³adasz do lufy... - Znowu zacza³ mó wiæ normalnie, pozbywszy siê wszystkiego, co utrudnia³o wypowiadanie s³ów. - Teraz znowu wycior. Ubijasz ³adunek, wyjmujesz, umieszczasz wycior w ³o¿u. Dobra! Teraz zamek. - Podniós³ karabin - O, widzisz? Musisz odciagnaæ kurek i otworzyæ panewkê. Teraz bierzesz metalowy dozownik. - Mia³ jakies pude³ ko zawieszone na sznurku na szyi. - Wsypujesz porcjê prochu na panewkê, nie za du¿o, bo ci osmali twarz i mo¿ esz straciæ oko. Teraz opuszczasz os³ onê, sprawdzasz, czy krzemieñ jest w trzymadle, i broñ jest ju¿ gotowa do strza³u. A teraz najlepsze! Istna rewelacja techniczna. Celownik! Musisz zgraæ trzy punkty: ramkê, muszkê i cel. Ale to wszystko regulujesz w zale¿ nosci od odleg³osci, w jakiej znajduje siê cel. Mo¿esz ustawiæ ramkê na trzydziesci kroków, czterdziesci piêæ, szesædziesiat...
- Szlag! A skad niby mo¿na wiedzieæ, ¿ e przeciwnik jest akurat o czterdziesci piêæ kroków? - przerwa³ a mu zdziwiona.
- Ale¿ to bardzo proste. Trzeba zapamiêtaæ stopnie zbli¿enia: z odleg³osci tysiaca trzystu krok w, na przyk³ad, mo na odró¿niæ kawaleriê od piechoty, z odleg³ osci tysiaca kroków mo¿na zobaczyæ pojedynczego cz³ owieka, z odleg³ osci siedmiuset krok w g³owa jest widoczna jako kula, widaæ te¿ wyraznie jasne kolory, z odleg³osci piê ciuset kroków widaæ ju¿ twarz jako ma³ a, jasna plamkê, widaæ koñczyny, wyraznie widaæ mundur, z odleg³ osci dwustu piêæ dziesiêciu kroków widzi siê ju¿ dok³ adnie szczegó³y postaci...
- Chcesz powiedzieæ, ¿e to cos strzela na odleg³osæ tysiaca trzystu krok w? - przerwa³a mu znowu.
- No, cos ty? Nie strzela celnie nawet na dwiescie piêæ dziesiat. Po prostu omawia³em wszystkie stopnie zbli¿enia. Bo wiesz - kontynuowa³ - celowanie jest bardzo wa¿ne. Unoszac ramkê podczas dostosowywaniu do dystansu, musisz pamiêtaæ o kacie celowania. Przy ramce w najni¿ szym po³o¿eniu celuje siê w uda przeciwnika, przy srednim podniesieniu w brzuch, przy najwy szym równie¿ w brzuch.
- Kurde! Jak to w uda?
- No, po prostu przy opuszczonej ramce lufa jest trochê uniesiona - wyjasni³ , dobijajac ja kompletnie. - Musisz to wiedzieæ , chcac strzelaæ. Musisz te¿ wiedzieæ , z jaka szybkoscia atakuje ciê przeciwnik. Trzeba w tym celu opanowaæ taki gest. - Kenneh odstawi³ karabin, strzeli³ palcami lewej d³oni i prawa uderzy³ w lewy nadgarstek. - Widzisz? - znowu strzeli³ palcami i uderzy³ w nadgarstek. - Chodzi o to, ¿eby to robiæ jednostajnie. Bo wiesz... Najpierw dostrze¿ esz b³ysk wystrza³ u przeciwnika, a dopiero potem huk - wiêc jak zobaczysz b³ysk, zacznij wykonywaæ ten gest, a jak us³yszysz huk, przestañ. Teraz wystarczy ju¿ tylko pomno¿yæ tysiac sto przez taka liczbê, jaka ci wysz³a, no... przez tyle razy, ile strzeli³as palcami. I to ci da odleg³os od przeciwnika mierzona w stopach. Teraz trzeba tylko podzieliæ przez trzy i masz ju¿ odleg³osæ w krokach. Jesli powtórzysz pomiar, kiedy przeciwnik siê zbli a, i odejmiesz wyniki, a pó zniej...
- O, mamo! - Achaja ukry³a twarz w d³ oniach. - I to ma byæ prosta obs³uga broni? Naprawdê nazywasz to prosta obs³uga???
Popatrzy³ na nia trochê skonfundowany. Wzruszy³ ramionami.
- No, wiesz... Tego nie trzeba rozumieæ do koñca, wystarczy zapamiêta .
- Szlag! I wyobra¿ asz sobie ¿o³ nierza ze wsi, któ ry uderzajac jednostajnie rêkami, mno¿y przez tysiac sto, wynik dzieli przez trzy, ustawia ramkê w najni¿szym po³o¿eniu, ¿eby mierzyæ w uda?
- O, widzisz? Zapami ta³as! - rozesmia³ siê. - Nie, nie... - ¿achna³ siê po chwili. - Ch³op to ma wiedzieæ, jak siê aduje i jak czysci. Bo teraz ci powiem jeszcze sporo o czyszczeniu broni.
- Przestañ!
Znowu wzruszy³ ramionami.
- Pewnie, ¿e to nie jest broñ dla armii Luan, na przyk³ad. To wszystko powinien wiedzieæ nie ¿o³ nierz, a oficer. A nie da rady, ¿eby oficer wykrzykiwa³ komendy w huku bitwy dla stu ¿o³nierzy. Musi byæ wiêcej oficerów. Musi byæ wiêcej wyszkolonych podoficerów.
Spojrza³a na niego gwa³townie.
- Co? Co powiedzia³ es?
- Nie mo¿e byæ jeden niskiej rangi oficer na stu ludzi.
Zagryz³a wargi. O, kurde! Armia Biafry. To by³a broñ dla armii Biafry! Gdzie jeden oficer przypada³ na trzydziestu ¿o³ nierzy. A do tego chora¿ owie, wyszkoleni sier¿anci. Doskona³e zdyscyplinowane oddzia³y z przerostem kadry, z gotowym systemem przejmowania dowodzenia w razie strat wsród dowó dztwa. I z dziewczynami, kt re nie mog³y doró wnaæ mê¿czyznom w go³ym polu. Ale teraz? Dla ¿o³ nierza kilkanascie prostych ruchów, a oficerowie niech obliczaja, przecie¿ po to siê uczyli, niech wydaja rozkazy. Szlag! Szlag! Szlag!!! To by³a broñ dla armii Biafry! Idealna.
- Ty... Ile tego mo¿ecie dostarczyæ?
- A ile chcesz? - usmiechna³ siê radosnie.
Odpowiedzia³a mu usmiechem.
- Jak z celnoscia?
- Sama spróbuj. - Poda³ jej na³ adowany karabin. - Przy twoim mistrzostwie w ³uku - wskaza³ zabite zwierzêta w swoim obozie - pewnie nie zrobi na tobie wra¿ enia, ale...
- Strzelam z ³uku kiepsko. A z kuszy jak ostatnia noga. Nie mia³am czasu si nauczyæ porzadnie.
- A w takim razie ci siê spodoba. - Pomóg³ jej przy³ o¿yæ kolbê do ramienia, ustawi³ jej rêce. Powiedzia³, ¿e musi widzieæ wyraznie tylko muszk . Ramka i cel moga pozostaæ niewyrazne, i ¿e wa¿niejsze jest zgranie ramki i muszki, a nie muszki i celu. Ostrzeg³, ¿e kolba uderzy ja w ramiê. Powiedzia³, ¿e ma naciskaæ spust inaczej ni¿ w kuszy. Nie wolno nacisnaæ lekko a¿ na spuscie poczuje opór, a potem sciagnaæ mocno. Ma zginaæ palce jednostajnym ruchem tak, ¿eby nie wiedzieæ, kiedy padnie strza³.
Lufa dr¿a³a i chwia³a siê lekko. Nawet ona nie mog³a utrzymaæ jej kompletnie nieruchomo. Powiedzia³, ¿eby siê nie przejmowaæ. Najwa¿niejsze to jednostajnie sciagaæ spust, bez wyczuwania oporu, tak, ¿eby nie wiedzieæ, w którym momencie padnie strza³. Ma nie mysleæ za du o. Ma wykonywaæ instrukcjê.
Wybra³a cel, drzewo w odleg³osci, jak jej siê wydawa³o, szesædziesiêciu kroków. Ustawi³a muszkê i cel posrodku ramki i zwar³a palce. Huk nie by³ taki straszny. Kopniêcie równie¿ .
Pocisk uderzy³ w bok drzewa, od³ upujac ogromny kawa³ kory. Wstrzas sprawi³, ¿ e opada³y z niego liscie. Kurde. Poczu³a moc tej broni, jej nieprawdopodobna si³ ê. Przypomnia³a sobie jak d³ugo, jeszcze w Troy, uczy³a siê strzelaæ z ³uku. Jak d³ugo trzeba si uczyæ strzelania z kuszy. A tu? Wystarczy³o kilka s³ów. Zrozumia³a nagle, ¿ e cos siê koñczy. To by³a broñ, któ ra sprawia³a, ¿e niepismienny ch³op i nieprawdopodobnie wyszkolony rycerz na wspania³ym koniu stawali siê sobie r wni. Nie mog³a tego w pe ni ogarnaæ umys³ em. Szlag! Czy ka¿dy odtad bêdzie móg³ sobie wziaæ cos takiego i odpaliæ w kogo chce? Znienacka? Z odleg³ osci szesædziesiê ciu kroków? Nie uczac siê przedtem, nie æwiczac? Wystarczy poznaæ instrukcjê. Potrzasnê³a g³owa. Ka¿dy dureñ, ka¿ dy idiota mo¿e wypaliæ z tej rury i przemówiæ ró wnie g³osno jak rycerz, którego szkolono od dzieciñ stwa. Byle kretyn, majacy rozumu tylko tyle, ¿ eby zapamiêtaæ, jak to siê ³aduje, bêdzie równie dobrym ¿o³nierzem jak dahmeryjski ³ ucznik, którego uczono dziesiêæ lat! Byleby tylko wiedzia³ co to ramka, muszka i cel. ¯adnej si³y: dziecko, kaleka, karze³, kulawy... równie dobrzy jak rycerze. Karczmarz, szewc, pastuch i kucharka teraz tacy sami jak dahmeryjscy najemnicy. Zwo³aj kupê niepismiennych ch³ opów i ju¿ masz wojsko. Skup wokó³ siebie kolegów, z którymi dotad pi³es w zaplutej karczmie, i mo¿esz wygra¿aæ samemu ksiêciu! Poczu³a nagle, ¿e jej swiat, ¿e wszystko, co zna³a, co widzia³a i pamiê ta³a, moga ju¿ nigdy nie byæ takie same. To by³o jak dotyk samych Bogów. Jakby Najwy¿si zstapili nagle i powiedzieli: "A odtad ka¿dy bêdzie czarownikiem! Cha, cha, cha... Ka¿dy bêdzie godny! Odtad ka¿dy bêdzie stapa³ z wysoko podniesionym czo³em!" Teraz zamêt. Teraz koniec regu³ i prawa. Nastapi ostateczne spustoszenie.
Zrozumia³a, ¿e dzi ki tej rurze koñ czy³ siê czas rycerzy i herosów. Zaczyna³ siê czas zwyk³ych ludzi. Teraz ka¿dy... Teraz ka¿dy przemó wi g³osno. Bogowie! Czas zwyk³ ych ludzi. W³asnie zaczyna siê epoka dla ka¿dego. Odtad zwyk³y cz³ owiek bêdzie móg³, w dymie prochu, w huku wystrza³u, pora¿aæ moca gromu. Bêdzie móg³ pokazaæ, co on sadzi o tym, gdzie czyje miejsce. Bogowie! Jaki teraz bêdzie swiat? Millennia tradycji, które ja wychowa³y, odchodzi³y w³ asnie w niepamiêæ. S³owa zwyk³ego cz³ owieka bêda równie wa¿ne jak s³owa ksiêcia. Takie same jak s³ owa króla! Ten, któ ry wymysli³ tê bro , powiedzia³ w³ asnie: "Teraz TY! Rzadz ta kraina ludzkiego strachu. W³adaj ludzka domena". Bogowie... Jak mo¿na by³o stworzyæ cos takiego? Jak mo¿na by³o dopusciæ, ¿ eby takie cos powsta o? No, to teraz... Zamêt. Koniec regu³. Tu w³asnie koñczy siê staro¿ytne prawo. O, tutaj. To ju¿ ostateczny kres.
Zagryz³a wagi.
- Chcesz mieæ szlak? - spyta³a.
Popatrzy³ jak na kogos niespe³na rozumu.
- Kurde... No, co ty? - Potrzasna³ g³owa. - Pewnie! Jasne, ¿e chcê!
- Dobra. Stworzê szlak przez Wielki Las. Na raz mo¿e nim poda¿aæ tylko jedna karawana. Kto zrobi krok w bok, ju¿ po nim. Noclegi tylko w wyznaczonych miejscach otoczonych ostroko³em. ¯adnych wypaleñ. ¯adnej wojskowej eskorty. W ka¿dej chwili towar mo¿e byæ skontrolowany.
Nie móg³ uwierzyæ we w³asne szczê scie. Przeciera³ oczy, zupe³nie jakby chcia³ siê upewniæ , ¿e nie spi.
- Kurde...
- I ¿adnych wypaleñ .
- No... no... wypalenia siê skoñ cza dok³adnie w chwili, kiedy tylko dotrê do swojego kr la! No, co ty myslisz?
- Sprzedasz nam wszystkie karabiny, które masz ze soba. Potem przywieziesz wiêcej. Tu na pewno jest sporo z³ota zabranego innym wyprawom.
Zacisna³ zêby. To by³ najpiê kniejszy dzieñ w jego ¿yciu.
- Przyjmujê wszystkie twoje warunki!
- No i jeszcze c³o. - Usmiechnê³a siê. - Powiedzmy, trzydziesci piêæ od sta.
- Mysla³em, ¿e siedem od sta - odwa y³ siê wtraciæ.
- Ty se policz, ile by ciê kosztowa³o, gdybys musia³ to wiezæ morzem. Najpierw puszcza, budowa ³odzi, piraci, odleg³osæ, zaopatrzenie, op³ aty portowe, c³a kilku królestw.
- No... jedenascie od sta? - usmiechna³ siê przymilnie.
- Trzydziesci od sta i jestesmy dogadani.
- Myslê, ¿e piê tnascie by³oby godna zap³ata.
- Jak kupiec zaczyna gadaæ o godnosci, znaczy, da dwadziescia piêæ.
- Osiemnascie! Osiemnascie i zapominam o godnosci.
- Dwadziescia.
- No nieeeeee... Tyle to nigdy w ¿ yciu. Nie, nie.
- Dwadziescia. A do tego darujê ci ¿ycie, wypuszczê z Lasu, odkupiê wszystkie karabiny i bêdziesz mia³ pierwszeñstwo w dostawach broni do Arkach potwierdzone przez królowa.
- Dziewiêtnascie i niech mnie opluja w karczmach, ¿e da³ em siê wystrychnaæ w interesach. ¯e da³em siê wypusciæ go³y i bosy. ¯e zdradzi³em w wojnie celnej w³ asne królestwo. ¯e jestem naiwny jak dziecko.
Popatrzy³a mu prosto w oczy. Usmiechnê³a siê.
- Dwadziescia. I dam ci dupy. Tu i teraz.
Prze³kna³ slinê. Wytar³ spotnia³e nagle czo³o.
- Ty... Ty... zaczekaj chwilê. O, kurde, zaczekaj, zaraz bêdê z powrotem!
Zostawi³ pochodniê i karabin. Pobieg³ do swoich ludzi. Achaja odwróci³a siê do swoich i pokaza³a gestem, ¿ e w porzadku. ¯eby nie strzelali. Nie musia³a czekaæ d³ugo. Kenneh najwyrazniej dokona³ cudu. Powróci³ biegiem. Ju¿ z daleka czu³a intensywna woñ jakiegos mêskiego pachnid³a. Ze zdziwieniem zauwa y³a krew na jego twarzy. Chcia³ sobie poder¿ naæ gard³o? Ktos z jej w³asnego oddzia u nie wytrzyma³, przekrad³ siê do obozu i podrapa³ go szponami? Ach... Zrozumia³a nagle. On po prostu ogoli³ siê w swietle pochodni, w maksymalnym pospiechu. Szlag! Usmiechnê³a siê w duchu. Wyraznie mu na niej zale¿a³o.
Kenneh zdyszany kucna³ obok. Dr¿acymi rêkami rozpostar³ na trawie gruby, wzorzysty koc. Z kieszeni kurtki wyja³ dziwnego kszta³tu butelkê.
- Napijesz siê? - szepna³ zdenerwowany. Lekko dr¿a³y mu rê ce. - Bardzo porzadna wó dka - doda³ zachê cajaco.
Skinê³a g³owa. Pociagnê³a wielki yk. Nic nie k³ama³. Klarowny p³yn zapiek³ w gard³o, kopna³ z moca jê trznia przy wodnym m ynie i rozjasni³ jej mysli. Kenneh nic nie k³ ama³. Nigdy dotad nie pi³ a niczego podobnego. Jeszcze jeden ³yk. Kopniêcie równie mocne jak poprzednio i powoli, delikatnie rozlewajace siê w ca³ym ciele uczucie b³ogosci. Odda³a mu butelkê. Te¿ sobie nie ¿a³ owa³. Westchna³ ciê¿ko i wytar³ dok³adnie usta.
- Dwadziescia! Dwadziescia od sta! - powiedzia³ g³ osno.
Rozesmia³a siê. Usiad³a na kocu. Podoba³ jej siê. Kiedy usiad³ obok, chwyci³a go za ramiona i przewróci a na siebie, smiejac siê ca³y czas. Przykry³a ich oboje dok³adnie, potem zaczê³a rozpinaæ jego kurtkê. By³a tak strasznie ciekawa jego cia³a.  

O trzydziesci krokó w dalej, w zaimprowizowanym obozie, Chorzy Ludzie wstawali zza juków, za którymi dotad siê ukrywali.
- Kurde, ludzie - Najgrubszy z nich, z d³uga, ruda broda, wytrzeszcza³ oczy jak móg³, by dostrzec jakies szczegó³y w swietle wbitej w ziemiê pochodni. - Czy wy widzicie to co ja?
- Nie wiem, co ty widzisz - jêkna³ niski blondyn z d³ ugolufym karabinem w garsci. - Ale po mojemu to szef... szlag... chêdo¿y w³asnie potwora.
- O, ¿esz ty! O, ¿ esz ty! Ale jaja!
- No. A ty, Garrakh, chcia es szefa no¿em dziabnaæ. ¯e niby m³odziak i go³owas. Ty, kurwa, idz teraz i mu cos zrób!
- Pierdol siê! - Garrakh szarpna³ ruda brodê. - Nikt mi nigdy w ¿ adnej karczmie nie uwierzy!
- No! M³odziak, szczyl, szaleniec. Poprowadzi³ nas na zgubê, pó³ Strasznego Lasu ¿ esmy przeszli, potwory nam wszystkie mu³y wybi y, a on... Kurde, ¿esz... z³apa³ potwora i wychêdo¿y³! Normalnie wychêdo¿ y³!
Wszystkie te szumowiny, wynajêci dezerterzy i bandyci krêcili g³owami w podziwie.
- To jest wódz! To jest wojownik - powtarza³ Garrakh, nie mogac dojsæ do siebie. - Tylko, kurwa, nikt nam nie uwierzy!

Rozdzia³ 15
P
olowy sztab na pustyni stanowi³o kilka po³aczonych ze soba ogromnych namiotów, dodatkowo przykrytych monstrualnymi p³ achtami p³ótna rozpiêtymi na ukosnych palach. Zaplecze sztabu stanowi³o ca³e miasteczko namiotów, ziemianek i zbitych z desek baraków. W specjalnych miejscach miêdzy wydmami sta³y poustawiane os w os setki wozów, a obok, os³oniête parawanami rozciagni tymi na palikach, znajdowa³y siê zagrody dla tysiêcy zwierzat. Jeszcze dalej sta³y osobne miasteczka namiotowe dla czeladzi, ¿o³ nierzy ochrony sztabu, kurierów i goñców, s³u¿b logistycznych, koniuszych, pomocnik w, kowali, rachmistrzów, kucharzy, woziwodów, medyków, kap³anó w i ca³ej reszty ludzi, którzy nie wiadomo czym siê zajmowali i komu podlegali s³u¿bowo. Osobne, lepsze kwatery zajmowa³y rzesze wynajêtych filozofów, poniewa¿ po sukcesie przewrotu w stolicy doceniono ich pracê i wcielono do wojska, by og³upiali, to znaczy nauczali ¿o³ nierzy i dbali o ich morale. I nie da siê ukryæ, ¿e codzienne pogadanki tych niezwykle wymownych ludzi zaczê³y przynosiæ wymierne efekty.
Zaana jednak nie obchodzi³y ani pogadanki, ani nawet to, ¿e znajduja siê ¿o³nierze tak g³ upi, by wierzyæ, ¿ e podejmuja ten straszliwy wysi³ek dla w³asnego dobra i chwa³y Królestwa Troy. Nikogo ze zgromadzonych w g³ó wnym namiocie nie obchodzi³o ich dobro, ani tym bardziej chwa³a kró lestwa. Tu siê robi³o konkretne interesy. Bez filozoficznej gadki.
- Operacja " Dobra Wiadomosæ " zakoñczy³a siê pe³nym sukcesem - raportowa strateg Milte. - Jesli w ogóle w przypadku tej operacji mo¿na mó wiæ o sukcesie.
- S³ucham? - przerwa³ mu Orion.
- Zdobylismy dwie drogi prowadzace przez pustyniê. W³asciwie znikad donikad. Wszystko dla naszych oddzia³ów trzeba dowoziæ wozami. Ka¿dy kubek wody, ka¿de ziarnko owsa. Nawet nici do sanda³ ów, nawet pochodnie do oswietlenia obozu. To jest naprawdê "dobra wiadomos "... dla wrogiego sztabu.
- Milte, przyjacielu. - Wielki Ksia¿ê westchna³ tylko. - Nie mieszaj siê do polityki. Badz dobrym ¿o³ nierzem, to ci pomniki wystawia. Bêda o tobie legendy kra¿yæ. Ju¿ moi kronikarze siê o to postaraja.
- A jakie straty u przeciwnika? - wtraci³ siê Zaan.
- W³asnie szacujemy. Sama operacja to znaczny sukces pod wzglêdem militarnym. O ma³o nie wziê lismy do niewoli samego cesarza.
- Coooooo???
Milte wyprostowa³ siê odruchowo.
- Ci wszyscy filozofowie bez przerwy mówia, ¿e o³nierz musi byæ odpowiedzialny, wykazywaæ siê inicjatywa. No to jeden siê wykaza³. Pewien oficer kawalerii wzia³ trzy setki lekkiej jazdy i ruszy³ dezorganizowaæ linie zaopatrzeniowe. A poniewa¿ sam cesarz w³asnie wizytowa³ swoje wojska ze swita, to na nich wpadli.
- Jak to, trzy setki kawalerii? - nie wytrzyma³ Sirius. - Bez wsparcia?
- Niestety. Cesarz by³ tak chroniony, ¿e nasi dostali wsciek³e baty. Ale z³apali jakiegos luañskiego notabla. Z samego cesarskiego dworu.
- No to dawaj go tu! - Sirius by³ wyraznie zadowolony. Podoba³o mu siê, ¿ e nareszcie bêdzie móg³ zobaczyæ wysoko postawionego wroga w wiêzach. - Bêdziemy go torturowali?
Orion tylko wzruszy³ ramionami. Zyrion pokrêci³ g³ owa.
- Grzecznie ugoscimy, zadbamy, poczekamy na godny okup - wyjasni³. - A potem z atencja odeslemy do domu.
- Co tam jakis okup. - M³ody ksia¿ê a¿ wsta³ z zydla. - Przecie¿ on zna wszystkie tajemnice. Przypaliæ stópki i wszystko wyspiewa!
Orion tylko westchna .
- Torturowaæ arystokratê? Synu! A co by by³o, gdyby to oni z³apali nas? Chcia³bys, ¿eby ci przypalali stopy?
- Achajê torturowali!
- Za obopólna zgoda - przerwa³ im Zaan. Czasy naprawdê siê zmienia³y. Nigdy dotad w dziejach zwyk³y cz³ owiek nie smia³by przerwaæ rozmowy ksia¿at. - Wystarczy³oby, ¿ eby król wys³a³ jednego pos³añca i... Mniejsza z tym. Da³a siê wystawiæ przez Troy w³ asciwie to na w³ asne ¿yczenie.
Poniewa¿ narada by³ a tajna od samego poczatku, usuniêto s³u¿acych, a warty sta³y poza zasiê giem g³osu, wiêc wino do zgrabnych pucharów nalewa³ osobiscie Mika jako najm³odszy.
- Nie chcê siê wtracaæ, ale mo¿e porozmawiamy o bie¿ acych sprawach.
- Bardzo s³usznie - popar³ go Wielki Ksia¿ê. - Myslicie, ¿e cesarz uderzy nag³ ym kontratakiem?
- Nie - odpar³ Mika, zajmujac miejsce na swoim zydlu i biorac puchar. - Mam informacjê z ich kwatermistrzostwa.
- A co ma kwatermistrzostwo do decyzji politycznych?
- Albo do strategii? - doda³ Sirius.
- Przecie¿ to bardzo proste. - Mika wyja³ ma³a kartkê i rozpostar³ w d³oniach. - Odkupilismy kwit zbiorczy bêdacy zam wieniem na nowe mundury. Co roku licencjonowani krawcy dostaja takie zamówienie bezposrednio od sztabu, przez kwatermistrzostwo.
- A co byle krawiec ma do wojny?
- Szyje mundury.
- Dalej nie rozumiem.
- Proszê. - Palec Miki przesuwa³ siê po r wnych kolumnach cyfr wype³nionych r ka jakiegos wykwalifikowanego kopisty. - Zapotrzebowanie na mundury pustynne nie wzros³o znaczaco. Natomiast bardzo wzros³o zapotrzebowanie na mundury zwyk³e.
- Cesarz nie ruszy przeciwko nam na pustyniê - przytakna³ Zaan. - Rozbuduje oddzia³ y obronne i...
- I... - przerwa³ mu Mika, wyjmujac nowy kwit - pobuduje fortyfikacje. To zapotrzebowanie na sprzêt budowlany i niewolników doswiadczonych przy budowach dróg oraz fortów.
- Nie musimy s³ucha samego cesarza, ¿ eby znaæ jego zamiary. - Zaan opró¿ni³ swój puchar z winem kilkoma haustami. - Wystarcza znacznie tañsze, trzeciorzê dne rozporzadzenia. - Usmiechna³ siê i dola³ sobie wina. - Oni maja wa¿ne porty w nadbrze¿nym pasie i sadza, ¿e nas tym wykoñcza. Nie zrozumieli, ¿e porty straci³y na znaczeniu, bo sa odciête od komandorii Zakonu, i ¿e nie bardzo jest z kim handlowaæ, bo Królestwo Troy to w tej chwili my. To my bêdziemy przemycaæ i handlowaæ. Oni bêda budowaæ drogi i forty.
- Po sakiewkach ich - doda³ Zyrion. - Po sakiewkach! Niech siê zazbroja na smieræ, niech wydadza ostatnie grosze na broñ.
- No i dwie najwa¿ niejsze komandorie Zakonu sa teraz w bardzo trudnej sytuacji finansowej.
Przerwa³y im krzyki na zewnatrz namiotu. Ktos donosnym g³ osem domaga³ siê widzenia z " najwa¿niejszym cz³ owiekiem w tym obozie".
- No, przecie¿ ciê do niego prowadzê. - Zaan rozpozna³ g³ os Kasme. Lekko ju¿ poirytowany.
- Nie dotykaj mnie! - zawy³ mê¿czyzna. - Nie zniosê, ¿eby dotyka³a mnie kobieta!
- Wariat.
- Ty! Ty! Ty wiesz do kogo mówisz?
- Do zwyk³ego jeñ ca.
Kasme wprowadzi³a do namiotu sztabowego pochwyconego luañ skiego notabla. Mê¿czyzna mia³ jakies trzydziesci, mo¿e trzydziesci trzy lata. Jego twarz zdobi³a niezbyt d³uga broda, a sam odziany by³ w szatê tak kosztowna, ¿e dla wszystkich sta³o si jasne - to cz³ owiek z najbli¿ szego otoczenia cesarza. Wszyscy w namiocie wstali z zydli, k³ aniajac siê g³ê boko. Wszyscy oprócz dwó ch osób. Pierwsza by³ Wielki Ksia¿ê, któremu w asny tytu³ pozwala jedynie sk³oniæ g³owê z szacunkiem. Druga osoba, która nie wsta³a, by³ Mika. Jego oczy robi³y si coraz wiêksze i wiêksze. Wydawa³o siê, ¿e zaraz rozsadza oczodo³y.
- Jasnie wielmo¿ny panie - zacza³ Sirius, ju¿ dosæ dobrze wyszkolony w etykiecie przez swoich nauczycieli. - Zechce pan spoczaæ z nami i posiliæ siê. Jest nam niezmiernie przykro, ¿e spotykamy siê w tak niezwyk³ych i, przyznajmy, trudnych okolicznosciach.
Wszyscy dalej trwali w uk³onach. Jedynie Mika nie wytrzyma³.
- Co ty tu, kurwa, robisz??? - wrzasna³ .
Wielki Ksia¿ê Orion o ma³o nie zemdla³. Reszta popatrzy³a na Mikê, byæ mo¿e chcac raz w ¿yciu zobaczyæ, jak wyglada prawdziwy wariat.
Mika jednak nie by³ wariatem.
- Kasme! - Otrzasna³ siê jakos. - Oddal warty o dalsze piêæ dziesiat kroków! I podwój je. ¯eby mi siê nawet mrówka tu nie przedosta³a.
- Tak jest! - Dziewczyna skoczy³a wykonaæ rozkaz.
Wszyscy wokó³ patrzyli oniemiali.
- Jestem Naczelnym Wró¿bita Cesarstwa - przedstawi³ siê spokojnie jeniec.
- O, Bogowie! Zaraza! Szlag!
Teraz wszyscy zrozumieli. Przyjmowali to ró¿ nie. Orion tylko zakry³ twarz. Sirius zacza³ kra¿ yæ nerwowo po namiocie, Zyrion z rezygnacja usiad³ wprost na ziemi, Zaan zacza³ kaszleæ , matematyk zakry³ g³owê opoñcza. Tylko Mika, choæ trzêsac siê ze z³ osci, zdo³a³ powiedzieæ:
- Wspania³a armia Troy w³asnie z³apa a naszego najlepszego agenta, jedynego ulokowanego w scis³ym otoczeniu cesarza. No to ju¿ po nas, panowie. Dziêkujê wojskowym za wspó³pracê.
- No, co? - Najlepszy agent Biura Handlowego bezczelnie nala³ sobie wina do cudzego pucharu i wychyli³ kilkoma ³ ykami. - Nie trzeba by³o tych idiotów kawalerzystów na mnie wysy³aæ.
- Przepadlismy - jê kna³ ktos z ty³u.
Zaan z trudem opanowa³ atak kaszlu. Jego poskrêcane reumatyzmem cia³o nawet tu, na pustyni, nie dawa³o mu spokoju.
- Opowiadaj, jak by³ o - wycharcza³.
- No, jak to jak? - Nala³ sobie jeszcze wina. - Dzia³a³em zgodnie z waszym planem.
Agent rozsiad³ siê wygodniej. Widaæ by³o, ¿e jest cz³owiekiem, który od dawna ¿y³ w ogromnym napiê ciu. Jego w³osy i broda by³y gêsto przetkane pasmami siwizny. Twarz mia³ pobru¿d ona, ogromne worki pod oczami, a puchar w jego d³oni dr¿a³ , gro¿ac w ka¿dej chwili wylaniem zawartosci jeszcze przed dotarciem do ust. Palce drugiej d³oni bez przerwy bêbni³ y o blat sto³u i to z taka szybkoscia i w tak skomplikowanym uk³adzie, ¿e móg³ by mu wirtuozerii pozazdrosciæ niejeden muzykant. Ale najgorsze by³y oczy. Ani przez chwilê nie mog³y zatrzymaæ siê na jakimkolwiek przedmiocie. Omiata³ wzrokiem ca e otoczenie, zatrzymywa³ siê na moment na jakims szczególe i znowu powraca³ do szybkiej lustracji wszystkiego wokó³. Mo¿e poza jednym szczegó³em. Zdecydowanie d³u¿ ej zatrzymywa³ wzrok na Siriusie. By³o to tak nachalne i tak widoczne, ¿e wszyscy wokó³ nagle zrozumieli, dlaczego by³y kap³ an prawie obrazi³ siê na sliczna Kasme, nie chcac, ¿ eby dotyka³a go kobieta. Mika i Zaan wczesniej wiedzieli o sk³onnosciach Naczelnego Wró¿ bity i by³a to bardzo porzadna smycz, na której go trzymali. Ale pozostali zorientowali siê dopiero teraz i zrozumieli cos jeszcze. Jeszcze kilka takich spojrzeñ na ch³ opaka w krótkiej, bogato zdobionej spó dniczce i Sirius zabije go go³a piê scia.
- Opowiadaj! - rozkaza³ Orion, chcac jakos wybrnaæ z niezrêcznej sytuacji.
- No tak. Do tej pory idealnie wró¿y³em, przewidujac ruchy wojsk Troy na podstawie danych dostarczanych mi przez wasz sztab. W ten sposób zdoby³ em zaufanie cesarza i zosta³em Naczelnym Wró¿bita. W ramach operacji "Dobra Wiadomos " mia³em siê po raz pierwszy "pomyliæ" i umo¿liwiæ wam zwyciêstwo. Ale nie mog³em te¿ spaliæ swojej pozycji. I plan by³ taki. Sk³oni³em cesarza do wizytacji wojsk, eby opózniæ docieranie wiadomosci. W ostatniej chwili "zmieni³em zdanie" co do wró¿b i poda³em mu prawdziwe plany sztabu Troy - w momencie kiedy i tak by³o za pózno, ¿ eby przeciwdzia³aæ. I wszystko w porzadku. Troy wygra³o, ja ciagle cieszy³em si zaufaniem cesarza, a tu nagle jakis idiota z kilkoma setkami kawalerii wypad³ na cesarski orszak. Zg³upia³em. Nie wiedzia³em, czy to czêsæ planu, czy jakas rozpaczliwa akcja, bo w bitwie siê nie powiod³o. Czy mo¿e cos siê wyda³o i chcecie mnie uratowaæ. W trakcie potyczki ukry³em siê w jakims wykrocie, a tam zamieszanie, bó j. Ucieka³em, a potem... z³apali mnie nasi piechociarze, jak ju zajêli ten teren.
- Bogowie! - jêkna³ Orion. - Dobrzy Bogowie.
Zaan otrzasna³ siê pierwszy, a przynajmniej usi³ owa³, bo czarna rozpacz ciagle trzyma³a go za gard o.
- No, dobrze - wychrypia³. - Panowie, poproszê was o podanie jakichs alternatywnych planó w dotyczacych przysz ej operacji ataku na Luan.
Zapad³a mêczaca cisza. Jedynie Sirius zdo³ a³ wydukaæ:
- A... a... ale... co?
- W jaki sposób podetknaæ cesarzowi fa³szywe plany, ¿ eby w nie uwierzy³?
Znowu cisza, która tak jak poprzednio przerwa³ Sirius:
- Sprzedajmy plany ich agentom za górê z³ota. Korzysæ podwó jna...
Zamierza³ perorowaæ dalej, ale Mika tylko prychna³.
- Po pierwsze, nie znamy ich wszystkich agentów i nie wiemy, jak bêda weryfikowaæ dane. Po drugie, to numer stary jak swiat. Nie nabiora siê.
- A ja mam inny pomys³ - odezwa³ siê nagle matematyk. Ciagle usi³owa³ zab³ysnaæ, bo nienawidzi³ Miki i Zyriona równie mocno, jak oni nienawidzili siê wzajemnie. - Wysy³amy okrêt wojenny.
- Jeden? - Sirius tylko machna³ rê ka.
- Jeden - kontynuowa matematyk. - To musi byæ tu¿ po jakiejs wielkiej burzy. Okrêt podp³ywa noca do któregos z wa¿niejszych portó w Luan. Nasi ludzie uszkadzaja okrêt tak, ¿eby wyglada³ o, ¿e ucierpia³ od burzy. Potem zatapiaja go na jakiejs mieliznie, ¿eby tamci pó zniej mogli go odnalezæ. Za³oga wk³ada do ma³ej ³ódeczki trupa oficera wysokiej rangi, któ ry ma w teczce fa³ szywe plany, a sama ucieka ³odziami rybackimi na drugi okrêt, który bê dzie ich os³ania³.
- I co? - spyta³ Sirius.
- No, jak co? Oni wy awiaja cia³o oficera i ju¿ znaja "nasze" plany. Pomysla, ¿e okrêt burza zagna³a Bogowie wiedza gdzie, za³oga potonê³a, a najwa¿niejszego chcieli ratowaæ i wsadzili do ³ó deczki.
Zaan tylko ziewna³.
- Bzdura - warkna³. - Nie dadza siê zrobiæ.
Orion jednak przygryz³ wargi.
- Moim zdaniem to nie takie g³upie - Potar³ brodê. - W zwyk³ego oficera, nawet stratega z planami nie uwierza, ale gdyby to by³a bardziej znaczna osoba?
Zaan domysli³ siê b³yskawicznie. Zatar³ d³onie.
- A gdyby w ³ó deczce znajdowa³o siê cia³o... - a¿ ba³ siê wymó wiæ te s³owa - cia o... Wielkiego Ksiêcia Królestwa Troy?
- Którego? - Zyrion a¿ podskoczy³, ró wnie przestraszony jak reszta.
- Rozegrajmy ten sam gambit jeszcze raz. Korzystajmy z cudzych planów gry - powiedzia³ Orion tajemniczo, ale Zaan od razu siê domysli .
- Którego ksiêcia? - powtórzy³ Zyrion.
- A który nam najbardziej miesza? - usmiechna³ siê Zaan.
- Bogowie! Archentar z jego dyplomacja - powiedzia³ Sirius.
- Dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie ma Archentara tutaj, a jego cia³o bêdzie tam. Rozpoznawane przez wszystkich notabli, wszystkich dyplomató w, nawet wszystkie s ugi pos³ów, któ re przecie¿ sciagna do identyfikacji tak znacznej osoby.
- No to przyt³oczmy ich argumentem nie do zbicia - powiedzia³ Zaan. - Niech w ³ódce z planami kampanii znajdzie siê Archentar wraz z m³ oda ¿ona, ich synem i kilkoma oficerami.
- Doskona³e! - Orion, podniecony, a wsta³ z zydla.
- Wiemy ju¿, ¿e Achaja ¿yje. Nie mo¿e tu wróciæ i w zwiazku z tym tron Archentara pozostanie nieobsadzony. - Zacza³ kra¿yæ po namiocie. - To rzeczywiscie dwie pieczenie na jednym ogniu. Obie bardzo smaczne!
- Mordercy dzieci - szepna³ Sirius, ale Zaan us³ysza³.
- Uratowa³a ci Achaja ty³ek, ryzykujac ¿ycie? Tak? To teraz jej odp³aæ przys³uga. - Zaan a¿ zagryz³ zêby. - Odp³aæ jej, choæ by i przy okazji naszych w³asnych interesów.
- Owszem. - Orion skina³ g³ owa. - Niech ma wielkoksia¿êcy tytu³ zarezerwowany. - Zwróci³ siê do Zaana: - Podobno mo¿ na siê z nia dogada ?
- Tak. Bardzo rozsadna dziewczyna. Dojdziemy z nia do porozumienia w razie czego.
- Ka¿dy jest rozsadny, jak mu ju¿ ¿ycie porzadnie dokopie - doda³ sentencjonalnie Zyrion.
Znowu przerwano im dyskusjê. Kasme ju¿ z daleka krzycza³a, ¿e nadchodzi, ¿eby zda yli przerwaæ rozmowê, i ¿adne s owo nie dotar³o do niepowo³anych uszu. Nie by³a kobieta przejmujaca siê byle czym. Dlatego te¿ wszyscy z du¿ym zdziwieniem zauwa¿yli, ¿e jest przejêta. Kiedy wesz³a do namiotu zobaczyli cos jeszcze: by³a zdyszana. Bieg³a.
- Wielki Panie. - Stanê³a przed Orionem. - Dostalismy list od samego cesarza Luan.
Ksia¿ê d³u¿sza chwilê by³ tak oszo³omiony, ¿e nie móg³ siêgnaæ po pismo. Potem wzia³ je jednak, odczeka³, a Kasme wyjdzie i z³ ama³ pieczêæ z god³em Luan. Przez chwilê przebiega³ oczami tekst, potem trochê og³upia³y podniós g³owê. D³u¿sza chwilê jednak patrzy³ jeszcze têpo przed siebie, nic nie mó wiac. Napiêcie wokó³ kumulowa³o siê powoli.
- Aa... cesarz chce... - powiedzia³ nareszcie - ¿ebysmy jak najszybciej oddali mu Naczelnego Wró¿bitê Cesarstwa.
- Co? - poderwa³ si Zaan. - Tak szybko?
- Jak siê tak spieszy, to mo¿emy za¿adaæ takiego okupu, ¿e... - zacza³ Zyrion, ale umilk³, bo nagle cos zrozumia³ .
Ale jeszcze szybciej zrozumia³ Naczelny Wró¿bita.
- O, Bogowie - jê kna³. - Wiedza ju¿! - Rê ce zaczê³y mu siê trzasæ jak u kogos ciê¿ko chorego. - Wiedza, ¿e jestem agentem Troy. Bogowie! To teraz...
Wszyscy obecni wiedzieli, co teraz. Nie mo¿na odmówiæ prosbie cesarza w takiej sprawie, kiedy ten oferuje okup w dowolnej wysokosci. Nie mo¿na wró¿ bity ukryæ, wywiezæ w ustronne miejsce, ani nawet zabiæ, bo Troy straci " zdolnosæ honorowa" na wszystkich dworach. Agent dobrze wiedzia , ¿e nikt raczej nie zaryzykuje losem ca³ego królestwa dla jednego cz³ owieka. Patrzy³ na otaczajacych go ludzi, a w jego oczach by³ tylko paniczny strach.
- Zaraz, zaraz. - Sirius podniós³ rêkê. - A mo¿e mu chodzi o cos innego. Mo¿e ciê lubi po prostu.
- Cesarz nie mo¿e byæ a¿ tak g³upi - mrukna³ Mika.
Jemu te¿ hucza³o w g³owie. Wydanie w³asnego agenta dobrowolnie na mêki to straszliwa demonstracja dla innych agentów. A Luañczycy na pewno to og³osza.
Zaan, kaszlac, zacza kra¿yæ po ogromnym namiocie.
- Zacznijmy mysleæ. Spokojnie! S³ucham waszych opinii - Nagle zatrzyma³ siê . - Zaraz, a mo¿e on naprawdê chce odzyskaæ tak cennego cz³owieka?
- Po tym, jak ten "cenny cz³ owiek" zle wywr ¿y³ ruchy naszych wojsk i jako jedyny od³aczy³ siê od orszaku, ¿eby daæ siê z³apaæ? - Mika tylko pokrêci³ g³owa.
- To o niczym nie swiadczy.
- Nie swiadczy? - rykna³ nagle wró¿ bita. - Wbija mnie na pal! I oby siê na tym skoñczy³o.
- Spokojnie. - Zaan usi³owa³ zapanowaæ nad kaszlem. - No, przecie¿ mamy tu najbardziej inteligentnych i najbardziej w³ adnych ludzi w kró lestwie. Wymyslimy cos.
Orion zrobi³ minê typu "raczej si nie uda". Wiedzia³, przynajmniej z szeptanych opowiesci, co czu³a królowa Arkach, wystawiajac swoja najlepsza dywizjê na pojedynek z Virionem i jego " synami". Gdyby nie jedna, jedyna Achaja i majacy g³owê na karku Biafra, dywizji ju¿ by nie by³o.
Czasy naprawdê siê zmienia³y. Jeszcze nie tak dawno temu Wielki Ksia¿ê nie s³ucha by niczego i nie robi³ min, tylko og osi³ swoja wolê. Teraz jednak siedzia prawie jak równy z równymi, bo ju¿ zna³ wartosæ tych oszustów i sukinsyn w. Prosta wspólnota interesów. Dziêki nim ju¿ dokona³ niemo¿ liwego. Dziêki nim on zostanie królem, a oni dziêki niemu niech napasa siê w³ adza i bogactwem do woli. Organizacja, informacje i pieniadze. To cos, co porusza g ry.
- O czym ty tam w³ asciwie mówi³es? - spyta³.
- No jak? Przewidywa em ruchy waszych... tfu! to znaczy naszych wojsk i...
- Ja nie o tym. Ka¿dy wró¿bita dzia³a wed³ug jakiegos porzadku.
- Ach, rozumiem. - Agent nala³ sobie nowa porcjê wina. Dzbanek zadzwoni³ o brzeg pucharu. - Musia³em siê odr ¿niaæ od reszty wró¿bitów i kap³ anów. Dostawa³em dok³ adne instrukcje.
- Od kogo?
- No, z Biura Handlowego.
Mika przytakna³ ruchem g³owy.
- Jest ca³a masa ludzi, którzy wypisuja tego typu rzeczy.
- Zaraz - uciszy³ go Orion. - Do jakiego porzadku nale¿a³es jako wró¿bita?
- Mia³em siê odró niaæ od innych. Wedle instrukcji stworzy³em nowy.
- Jaki?
- No, a czym siê wyró¿niæ wsród masy wró¿bitów? Dosta³em instrukcjê , ¿eby g³osiæ monoteizm. Twierdzi³em, ¿e jeden jest Bóg, a nie rzesza. ¯e ludzie cnotliwi a poszkodowani przez los znajda nagrodê po smierci. ¯e wszystko, co z³ e nas spotyka, jest dla nas dobre, bo pomo¿e w odkupieniu naszych w³asnych win, a wszystkie krzywdy, które nam uczyniono, zostana odp³acone po smierci. I ¿e lepiej byæ biednym i g³upim ni bogatym i w³adnym, bo w zaswiatach biedni zasiada na tronach, a bogaci bê da ciemiê¿eni. Nastapi przemienienie...
- O, ¿esz ty - przerwa³ mu Zyrion. - Kto pisze te cudactwa?
Mika przygryz³ wargi.
- Ktos z wydzia³u "Obce armie Zachód" Biura Handlowego. Ju¿ ja siê dowiem, kto. I dam mu popaliæ!
- Ale dlaczego? - ¿ achna³ siê agent. - Zdoby³em wielu zwolenników. Szlachta tajnie przychodzi³a do mnie po nauki. Ale plotki posz³y. I najwiêcej zwolenników mam wsr d ludu.
- O, kur!... - Mika zacisna³ piê sci. - Znajdê tego gnoja, który to napisa³. Znajdê go!
- Ale zdoby³em wielka popularnosæ.
- Zaraz - przerwa³ im Zaan. Jakos opanowa³ atak kaszlu. - Ju¿ wiem, co zrobiæ.
Wszystkie oczy zwró ci³y siê ku niemu.
- Po pierwsze. Mianujemy go setnikiem armii Troy, przebierzemy w mundur, ¿e niby jego ubranie siê podar³o. Wiêc nawet jak go odstapimy Luañ czykom, to nic siê nie stanie, bêdzie jeñcem, a z niewoli go mo¿emy zawsze odkupiæ.
- Niez³e - przyzna³ Orion.
- Po drugie. Niech on szybko napisze list, czy fragmenty pamiê tnika. Na przyk³ad cos takiego: " Przeczuwam, ¿e cos z³ego siê stanie. Ostatnia wró¿ba by a tak strasznie niejednoznaczna. Nie wiem, czy zinterpretowa³em dobrze. Mam wra¿enie, ¿e nastapi cos z³ego, co dotyczy mnie osobiscie. Czarne chmury gromadza siê nad moja g³owa..." I tym podobne. Ten poeta z wydzia³ u "Obce armie Zachód" sformu uje to znacznie lepiej. Dokument nasi agenci szybko podrzuca do jego komnaty na cesarskim dworze. A potem inni agenci sk³onia kogos zaufanego z otoczenia cesarza, do przeszukania pokoju wró¿bity. Niech to pismo, swiadczace, ¿e on siê waha³, ¿e czu cos z³ego, trafi przed oczy cesarza.
- Genialne - przerwa mu Orion. Usmiechna³ siê lekko. - Genialne. Niech cesarz to przeczyta, podczas kiedy on - wskaza³ na agenta - bêdzie jeszcze w naszych rê kach.
- Mhm. - Mika równie¿ skina³ g³owa. - Ale, jak rozumiem, nie zapominamy o akcji z zatopionym okrêtem i, hm... "w³ asciwymi" cia³ ami, które wraz z planami przysz³ej kampanii wyladuja w odpowiednim porcie Luan?
- Nie rezygnujemy - odpar³ Wielki Ksia¿ ê z usmiechem. - Niech wró¿bita wszystko " przewidzi". To tylko umocni jego pozycjê.
- Takiego numeru nie widzia³a historia. - Zaan poklepa³ agenta po ramieniu. - Wielki Ksia¿ê powinien teraz zwodziæ pos³ów, dajac do zrozumienia, ¿e wró¿bitê oczywiscie zwrócimy, ale... tu powinna pasæ jakas niedyskrecja czy niezrêcznosæ dyplomatyczna... W ka¿dym razie cos, co pozwoli im przypuszczaæ, ¿e tak wa¿na osobê w³ asnie przes³ uchujemy, kulturalnie oczywiscie, a przynajmniej usi³ ujemy wykorzystaæ okazjê i wyciagnaæ z niego wa¿ne informacje.
Orion usmiechna³ si jeszcze szerzej.
- Oczywiscie przeciagnê negocjacje w sprawie okupu tak d³ugo, jak bêdzie trzeba. I powiem im to, co powinni us³yszeæ.
- Czy jeszcze cos powinnismy przedyskutowaæ? - odezwa³ siê matematyk.
- Owszem - powiedzia Mika. - Jaki kryptonim bê dzie mia³a ta operacja?
Wielki Ksia¿ê zerkna³ na Naczelnego Wró¿bit .
- Mo¿e operacja " Przemienienie"?

Rozdzia³ 16
A
rnne, wsciek³a jak ostatnia zaraza, machnê³a mieczem, którym zreszta nie potrafi³a w³adaæ, i sciê³a wat³a ga azkê wyros³a ze spalonego pnia.
- Przestañ - mruknê ³a Achaja. - Zaraz mi g³owê utniesz.
Czarownica zamknê³ a oczy i potrzasnê³ a g³owa.
- Jestem g³odna.
- Spokojnie. Ukrad³am kilka cebul i garnek. - Zaklê³a brzydko.
Od kilku dni sz³y do Arkach, obie z³e jak osy. Powodzenie negocjacji z Kennehem, rozmowa z rada Starszych... Mysla³y, ¿e ich talent, wysi³ek i wspania³e pomys³y doprowadzi³y wreszcie do zawarcia porozumienia. Prezentacja nowej broni zrobi³a wielkie wra¿enie. Ludzie z Lasu zgodzili siê na szlak. A one, g³upie, mysla³y, ¿e to ich zas³uga. Starsi wypuscili je, go³e, uzbrojone w dwa liche miecze, by zanios³y wiesci Kró lowej Arkach. Dopiero jednak kiedy opusci³y Las, zrozumia³y, ¿e g³ wna przyczyna powodzenia ich misji to... Biafra. Kilka dni sz³y powoli posród wypalonych drzew. Bogowie! Tego nie da siê z niczym poró wnaæ. Armia prowadzi³a wypalenia, nie liczac siê ani z kosztami, ani z rosnacymi stratami. Kilkanascie dni marszu wsród zwê glonych pni, po ziemi pokrytej szarym py³em, w któ rym nogi grzêz³y a po kostki, wdychania zapachu popio³u i snujacego siê wszêdzie dymu. Jesli ktos wyobra¿a sobie krainê smierci - to tak w³ asnie powinna wygladaæ. Biafra by³ genialny. Biafra by³ totalnym skurwysynem. Biafra potrafi³ doprowadzaæ rzeczy do koñca.
Kiedy wysz³y nareszcie na tereny, które by³y wypalane dawniej, obie odetchnê³y. Có¿ znaczy³y ich skromne w takiej skali wysi³ki, wobec tego, co zrobiono z Wielkim Lasem. Dopiero teraz pojê³ y nag³a sk³onnosæ Starszych do negocjacji, ich szybka zgodê na utworzenie szlaku handlowego.
By³y g³odne. Kiedy dotar³y do bardziej ludnych terenów, Achaja w jakiejs wsi ukrad³a kilka cebul z pola i zawieszony na p³ ocie garnek. Nie mog³a ukrasæ niczego bardziej konkretnego - psy dostawa³y amoku, czujac jej zapach. Natomiast koty - przeciwnie. Najwyrazniej czu³y jakies - jasny szlag - "pokrewieñ stwo" z dziwnymi istotami. Zbiera³y siê w coraz wiêksze grupy i towarzyszy³y im, postêpujac z ty³u krok w krok. Mia³o to swoje dobre strony. Nie musia³y marznaæ podczas snu, okryte ruchomym, ciep³ym dywanem z futra. Ma³e drapie¿niki spa³y na nich mruczac, miauczac, "k³ócac" siê z rysiami i ¿ bikami, które ró wnie¿ chcia³y siê przy³aczyæ. Koty jednak nie by³ y g³odne. Zawsze sobie cos upolowa³y. Mimo wyraznej " sympatii" do tych dziwnych, dwuno nych kotów, nie chcia³y jednak dzieliæ siê z nimi swoimi myszami.
Nie mog³y zg³osiæ siê do pierwszego napotkanego oddzia³ u wojska. Obie wiedzia³y dobrze, ¿e ¿o³ nierze, widzac dwie go³e dziewczyny z czarnymi wêglami zamiast oczu, najpierw wystrzela z kusz, a dopiero potem bêda pytaæ. To by³ pas graniczny. To by³a wojna z potworami. Unika³y wiêc ludzi jak mog³y. Towarzyszace im w coraz wiêkszej liczbie koty by³y zreszta bardzo w tym przydatne. Nic na swiecie nie potrafi³o wyczuæ cz³owieka z takiej odleg³osci jak kot. Kluczy³y wiêc, ukrywa³y siê, a¿ ... zajrza³o im w oczy widmo g³odowej smierci. Wtedy Achaja podkrad a siê do najbli¿ szej wioski.
- No, ³adnie - mruknê³a Arnne. - Czarownica i ksiê niczka. Obie kradna cebulê z pola.
- Ty nie krad³as. Nie przypisuj sobie zas³ugi.
- Jestem ju¿ tak zdesperowana, ¿e zaraz zacznê grabiæ na drodze.
Achaja spojrza³a na czarownicê z pewnym zainteresowaniem.
- No, no - mruknê³ a. - To ty rabuj na gosciñcu, a ja tymczasem na boku ugotujê zupê. Tylko rozpal mi ogie .
Arnne wzruszy³a ramionami.
- Czujê, ¿e ktos idzie.
Obserwowa³a, jak Achaja ³amie ma³e ga³azki i uk³ada je w stos. Pomog³a jej nawet wystrugaæ têpym mieczem kije, które mia³y utrzymywaæ stary garnek. Potem rozpali³a ogieñ jednym s³ owem. Achaja zaczê³a obieraæ zêbami cebule. Arnne wyskoczy³a na drogê, wywijajac mieczem jak najlepszy szermierz z cesarskiego baletu w Syrinx.
- Ty tu czekaj, ma³ a. Zaraz przyniosê i jedzenie, i ubranie.
Achaja tylko machnê a rêka. Nabra³a wody z pobliskiego strumienia i zawiesi a garnek nad ogniem. Wrzuci³a do srodka wszystkie cebule i miesza³a kijem. Zgromadzone wokó³ koty patrzy³y na nia zdegustowane. "Co ty robisz, kocico? - zdawa³y siê mówiæ. - Dlaczego psujesz jedzenie? Od czegos takiego to tylko brzuch ciê rozboli. Upoluj se i zjedz trochê surowego miê sa". Syknê³a na nie, a¿ siê cofnê³y. Potem jednak zaczê³ y wêszyæ i postawi y uszy. Achaja równie¿ pociagnê³a nosem. Droga ktos szed³. Kilka osób. Jeden mê¿czyzna, kobieta, trójka dzieci. Czu³a wyraznie ich zapach.
- To jest napad! - ryknê³a Arnne, wyskakujac z krzakó w. Jedna rêka usi³owa a siê zas³oniæ, w drugiej dzier¿y³ a miecz w taki sposó b, jakby chcia³a sobie obciaæ nos. - Dawaæ jedzenie i ciuchy! Albo smieræ !
Przera¿ony ch³op runa³ na kolana. Jego ¿ona przygarnê ³a dzieci.
- Jasnie pani potwó r... - ch³op tak szczê ka³ zêbami, ¿e trudno by³o go zrozumieæ - u nas nic nie ma. My sami g³odni. Dziesiêæ dni idziemy bez kêsa strawy. My z Cihar! Tam Luan ju¿. Obiecali nam ziemiê tutaj. Za darmo, jasnie pani potwór. Zmi³owania prosim.
- Dawaæ ¿arcie, chamy! - G³os czarownicy nie by³ jednak tak twardy jak poprzednio. - I odziewek!
- Pani! Dzieci nie jad³y nic od trzech dni. My nic nie mamy.
- No, co ty? - Arnne zawaha³a siê wyraznie. - To jest napad! Zrozumia³es mnie?
- Ziemiê nam obiecali. Bo las pala. Mówi³ taki jeden, tu za darmo morgi do wziêcia. No to poszlim. Ale, pani... My ¿ebraki, nasza wies Luan, cesarskie, wziê³o. My za chlebem tutaj. Ja sam nie jad³ od piêciu dni. ¯onka te¿. My w strachu, ¿e dziatki pomra. Pani, zmi³uj siê.
- No... - Arnne najwyrazniej nie nadawa³a siê na zbója. - No... mamy tutaj trochê zupy z cebuli, cosmy ja ukrad³y. Chodzcie. Przynajmniej dzieci zjedza cos ciep³ ego.
Achaja palnê³a siê d³onia w czo³o. Koty wokó³ zastrzyg³y uszami. Czarownica przyprowadzi³a ca³ a rodzinê do ogniska. Ch³op uklak³ ze strachu, widzac drugiego potwora. Jego ¿ona modli³a siê cicho. Dzieci jednak doskoczy³y do kocio ka, wêszac pierwszy prawdziwy posi³ek od wielu dni. Im by³o wszystko jedno. Najm³odszy ch³opak wzia³ najbli¿szego kota na ramiê i zacza³ g³askaæ.
- Jak tam zbó jowanie? - mruknê³ a Achaja. - Kiedy dzielimy ³ upy?
Arnne zaklê³a i odwróci³a wzrok. Nie mia³a niczego do powiedzenia.
- Ty siê wstrzymaj z tym okrutnym rozbojem. Bo zupy nie starczy dla dalszych ofiar twoich napadów.
- Daj mi spokój. Sama s³ysza³as.
Achaja rozesmia³a siê nagle.
- Wiesz? Zbój z ciebie jak...
- Wiem - przerwa³a jej Arnne. - Jak z koziej dupy traba - doda³a samokrytycznie. Wyraznie by³o jej wstyd. Ch³opskie dzieci odebra³y Achai kij i same zaczê³y mieszaæ w garnku. Zreszta... Po prawdzie zna³y siê na tym du¿o lepiej. Nie ba³y siê potworów. Szybko polubi³y wszystkie koty. Zjad³y ca³a zupê.  

Po rozstaniu z ch³ opska rodzina Arnne i Achaja sz³y g³ó wnie nocami. S³ania³y siê z g³ odu. Okolice by³y coraz bardziej ludne, ale w ka¿dej wsi roi³o siê od psów. Wola³y nie wystê powaæ jawnie. Patrole kawalerii przemierza³y drogi. Wiedzia³y, ¿e do ¿ o³nierzy na koniach lepiej nie podchodzi . Ktos móg³by straci ¿ycie, zanim pad³ oby jakiekolwiek s³ owo.
Arnne, wykorzystujac swa czarnoksiêska moc, znalaz³a jednak gniazdo jakiegos ptaka, gdzie by³o szesæ swie¿ych jaj.
- Kurde, mamy ¿ arcie. - Achaja wdrapa³a siê na drzewo i podzieli³a zdobycz. - Mo¿emy ju¿ kogos napasæ.
- Co?
- No, napadnijmy kogos, sterroryzujemy mieczami, okrutnie nastraszymy, a potem nakarmimy i chodu.
- Przestañ. - Czarownica zrobi³ a otworki w obu koñ cach skorupki i teraz przez jeden z nich wysysa³a ciagnaca siê zawartosæ.
- Mogê przestaæ. - Achaja posz³a za jej przyk³adem, dziurawiac swoje jajko. - Dobrze, ¿e gotowizny znaczniejszej nie mamy. Bo bysmy musia³y wtedy napasæ ca³a wies. ¯eby ofiar starczy³ o do obdarowania.
- Ty, patrz - przerwa³a jej Arnne.
Koty z³apa³y jakiegos ptaka. Mo¿e nawet tego, kt ry z³o¿y³ jaja w gniezdzie.
- O, kurde! Ch³ opaki! Dawajcie go. Dawajcie go tutaj.
Koty nie bardzo chcia³y oddaæ zdobycz. Ptak jednak by³ du¿ y. Ledwie mog³y go utrzymaæ.
- Ch³opaki! Podzielcie siê z nami. - Achaja skoczy³a zwinnie, chwytajac cudzy ³up i zabijajac ptaka jednym ruchem d³oni. - Panowie... damy wam za to ca³a górê smacznej watr bki. Jak tylko dojdziemy. Obiecujê.
Arnne zaczê³a zbieraæ suche ga³ê zie.
- Panowie - t³ umaczy³a Achaja, usi³ujac oprawiæ zdobycz têpym mieczem. - Wy, ch³opaki, macie swoje myszy. My, dziewczyny, mamy teraz ptaka. Podzielimy siê tak: wy bierzecie wnê trznosci, my resztê. I obiecujê watróbk .
- Myslisz, ¿e nas rozumieja? - spyta³ a Arnne, uk³adajac ga³êzie w stos. Rozpali³a ogieñ zaklêciem.
- Kurde. Kto?
- No... koty. Myslisz, ¿e zrozumia³y, co do nich mówisz?
- No, cos ty? Tak tylko ¿artujê.
- Mmmmm... - Czarownica potrzasnê³a g³owa. - Mam wra¿enie, ¿e mo¿emy z nimi rozmawiaæ - powiedzia³a ca³ kiem powa¿nie. - Nigdy nie czu³am czegos takiego.
Achaja wzruszy³a ramionami. Oprawienie ptaka tê pym narzêdziem by³ o trudne, a do tego jeszcze pierze. Arnne nachyli³a siê do wielkiego, rudego kocura.
- S³uchaj, bracie. Jak daleko jest do obozu wojskowego? - spyta³a.
Achaja parsknê³a smiechem.
- Poczu³as to? - Czarownica spojrza³ a na nia swoimi czarnymi oczami. - Poczu³as?
- Kurde. Co?
- Do obozu dojdziemy przed switem.
- O, ¿eby ciê...
Arnne powoli rozmasowywa³a sobie skronie.
- Naprawdê niczego nie czu³as?
- No cos tam czu³am. A raczej zobaczy³am. - Nabi³a ptaka na zaostrzony patyk i umiesci³a nad ogniem.
- Co?
Znowu wzruszy³a ramionami.
- Cos jakby palisadê za mg³a. Brzask. Zapach dymu. Zapach ludzi. - Obróci³a patyk tak, ¿eby go nie liza³y p³omienie. - Mówi³as o obozie, to go sobie wyobrazi³am.
- Nie. Dojdziemy przed switem. - Czarownica podrapa a kocura za uszami. - Mo¿emy z nimi rozmawiaæ.
- Ty, daj se na wstrzymanie.  

Dosz³y przed switem. W porannej mgle zobaczy³y palisadê otaczajaca obóz. Poczu³y zapach dymu i zapach ludzi.
- No, to teraz musisz dotrzymaæ s³ owa - mruknê³a Arnne.
- Jakiego?
- Obieca³as ch³ opakom watróbkê - rozesmia³a siê.
Achaja usmiechnê³a siê równie¿. Potem wysz³a spomiê dzy drzew na wolna przestrzeñ.
- Hej tam! Nie strzelaæ!
Obie w towarzystwie ca³ego stada kotów ruszy³y w kierunku palisady.
- Kole¿anki, nie strzelajcie! Jestesmy ze zwiadu!
Warty w obozie, ukryte za ostroko³ em, powinny byæ bardziej rozsadne, jesli chodzi o u¿ ycie kusz, od przygodnie napotkanego patrolu. Dla pewnosci jednak obie odrzuci³y swoje miecze.
- Kole¿anki! Nie strzelajcie! Jestesmy ze zwiadu!
- To co tak na golasa ³azicie? - rozleg³ siê st³ umiony okrzyk.
- Tak wysz³o. Otwórzcie bramê!
- Akurat! Zaraz bram . A mo¿e po prostu palisadê rozbierzemy, ¿ ebyscie mog³y wejsæ bez trudu? - W g³ osie wartowniczki da y siê s³yszeæ nutki weso³osci. - Tutaj, do furtki chodzcie.
Arnne oczywiscie nie wytrzyma³a.
- Ty! Oficer wo³aj migiem!
- O¿ kurwa twoja ma ! - rozleg³o siê zza drewnianych bali. - A mo¿e ci od razu królowa przyprowadziæ?
- Spokojnie. Spokojnie - wmiesza³ a siê Achaja. - Nie strzelajcie. Jestesmy ze zwiadu.
Ona, w przeciwieñ stwie do czarownicy, s³u¿y³a jako zwyk a ¿o³nierz. I wiedzia³a, ¿e nie ma lepszej rozrywki dla zaspanej i znudzonej smiertelnie wartownik ni¿ wra¿ enie komus strza³y w ty³ek.
- Spokojnie. Nie strzelajcie, dziewczyny. - Przesz³a przez ledwie uchylona furt . - Tylko nie strzelajcie!
- O kurwa! Potworyyyyyy!!!
Ze czternascie kusz mierzy³o w nie i nie by³o podstaw sadziæ, ¿e któ rakolwiek ze strza³ nie trafi w cel. ¯o³nierze ju¿ zauwa¿y³y ich pozbawione bia³ek, smoliscie czarne oczy.
- Nie strzelajcie, proszê. Major Achaja ze zwiadu i czarownica Arnne. - Obie podnios³y rê ce, ¿eby pokazaæ, e nic w nich nie maja. Koty, wiedzione ciekawoscia, ca³a wataha wdziera³y si w³asnie do obozu. - Nie strzelajcie.
- Na kolana, suki! - wrzasnê³a kapral piechoty stojaca najbli¿ej. - Dam ja ci majora, pindo.
Obie opad³y na kolana. Tylko chwile dzieli³ y ich od tego, ¿eby ktos sciagna³ spust.
- Jestesmy ze zwiadu, kole¿anki.
- Nie jestem twoja kole¿anka, potworze! - wrzasnê a kapral, wymachujac kusza. - Jak¿escie ze zwiadu, to jestescie zdrajczynie!
- Nie strzelajcie, co?
- Coscie da³y ze soba zrobiæ, suki?! Jestescie zdrajczyniami!
Nie dyskutowa³y. Czternascie strza³ mog³o poszybowaæ w ich kierunku w ka¿ dej chwili.
- Rêce w ty³! - zakomenderowa³a kapral energicznie.
Dwie szeregowe skrê powa³y je b³ yskawicznie. Potem pociagniêto je za w³osy w kierunku zbitego z drewnianych bali baraku, który pe³ ni³ rolê wiê zienia. Kopniakami wpêdzono do srodka. Arnne chcia³a protestowaæ, ale Achaja syknê³a cicho. Rzucono je na klepisko, obrzucono wulgarnymi wyzwiskami i zatrzasniêto drzwi. Koty pojawi³y siê w zakratowanym oknie prawie natychmiast.
- A³a. - Arnne gramoli³a siê, usi³ujac chocia¿ klêknaæ, co nie by³o ³atwe z wykrêconymi i skr powanymi wysoko na plecach rêkami. - O, szlag! Nie musia³y, ma³py, a¿ tak wykrêcaæ. - Usi³owa³a poruszyæ d³onia.
- Le¿. Bêdzie mniej bola³ o.
- Zawo³ajmy oficera.
- Ani mi siê wa¿ krzyknaæ. Wpadna wartownicy i zrobia z nas siekane kotlety.
Czarownica potrzasnê ³a g³owa. Majac zwiazane rêce, nie mog³a nawet u¿ yæ jakiegokolwiek czaru. Koty wskakiwa³y do srodka i ociera³y siê o nie, mruczac.
- Mo¿e by nam chocia¿ przegryz³y sznur? Co?
- Powiedz im - zakpi a Achaja. - Skoro uwa¿asz, ¿ e mo¿na z nimi gada .
Arnne sama fuknê³a jak kocica. Usi³owa³a siê skupiæ, zaciskajac zêby; ból puchnacych nadgarstk w by³ coraz wiê kszy.
- Poczu³as? - spyta a po chwili.
- Co?
- Powiedzia³y nam! Powiedzia³y nam! Widzia³as?
Achaja splunê³a na klepisko.
- Gówno widzia³am. Wyobrazi³am sobie sama siebie zamieniona w kota i to wszystko.
- W³asnie. - Czarownica by³a coraz bardziej podniecona. - To jest w³asnie ich odpowiedz. To sa te czary z lasu, których nie czu³am. Ja ich nie rozumiem, nie umiem tego zrobi swiadomie, ale... to dzia³a! Ty te¿ mo¿esz je poczuæ.
Achaja nie by³a przekonana. Naprawdê nie " czu³a" ¿adnej odpowiedzi. Po prostu wyobrazi³ a sobie nagle sama siebie zamieniona w cz³owieka-kota. Potrzasnê³a g³ owa.
- No, dobra - powiedzia³a bez przekonania. - Próbujemy?
- Mhm.
U obu nagle pojawi³ y siê k³y, pazury i kocie ogony. Achaja szarpnê³a siê z ca³ej si³y. Poczu³a ból. "Nie, nie tak!" To nie by y s³owa. Po prostu w jej g³ owie pojawi³ siê obraz zaprzeczenia. Nie potrafi³a tego okresliæ. Wielki czarny kocur patrzy³ na nia, przekrzywiajac g³ow . Wyraznie siê smia³ To te¿ widzia³a we w³asnej g³owie. Zobaczy³a nagle w³ asna rêkê pozbawiona kosci i miêsni. A¿ siê wzdrygnê³ a. Kot przewróci³ siê na plecy. Smia³ siê zupe³ nie wyraznie. Znowu obraz rêki. A potem obraz ma³ ego kotka schwytanego w jakas pêtlê, z której wyslizguje siê bez trudu. Zrozumia³a.
Wyciagnê³a rêkê z krêpujacego ja sznura. Usiad³a, masujac obola³e nadgarstki. Zniknê³a ogon i k³ y. Arnne tu¿ obok ró wnie¿ by³a wolna. Smia³a siê zupe³ nie jak czarny kocur poprzednio. Dla tak czu³ej czarownicy zrozumienie tego, co mówi³y im koty, by o sto razy bardziej ³atwe ni¿ dla Achai.
Wsta³a lekko i podesz³a do zakratowanego okna.
- Nie bêdziemy tu czekaæ Bogowie wiedza, jak d³ugo. Zawo³am oficera.
- Mówi³am, ¿ebys nie krzycza³a.
- Nie bêdê. Ciiiiii... To bardzo trudne zaklêcie, rzadko si udaje.
Wypowiedzia³a s³ owo, potem przytrzyma³a je w palcach obu d³oni. Dr¿a³y tak, jakby chcia³y wyrwaæ siê ze stawów. Arnne jednak powoli, konsekwentnie odzyskiwa³a kontrol nad d³oñmi. Opanowywa³a miê snie, które zaczyna y ju¿ chwytaæ skurcze. Chwilê pózniej pchnê³a s³owo, wysy³ajac je gdzies przed siebie.
By³a swietna, by³a rewelacyjna, niesamowita, by³a najlepsza! Kapitan piechoty pojawi³a siê w drzwiach wiê zienia w nieca³a modlitwê pózniej. Achaja po raz pierwszy w ¿yciu widzia³a cos takiego. Nigdy te¿ nie s³ ysza³a, ¿eby mo¿ na by³o czarami wp³ ynaæ na zachowanie jakiegos cz³owieka. Zmusiæ si³a, to tak, ale sk³oniæ, eby przyszed³ sam z siebie?
- Coscie tu na³ apali? - spyta³a kapitan piechoty wartowniczkê. - Dlaczego one nie sa zwiazane?
- O, Bogowie - wyrwa o siê kapral. - By³y! By³y zwiazane!
- To tê pata³ach, co je wiaza³a, do karceru.
- Pani kapitan, jestem major Achaja, ksiê¿niczka, ze s³ u¿by zaopatrzenia i rozpoznania. Proszê przywo³aæ jakiegos oficera zwiadu.
- A ja jestem cesarzem Luan - odpar³a kapitan piechoty. - Jakbym tak wierzy³ a ka¿demu wiê zniowi...
- Lepiej uwierz. - Arnne, mru¿ac oczy, trzyma³a obydwie d³onie przy ustach. - Radzê, lepiej uwierz.
- Ty...
- Bo naprawdê zostaniesz cesarzem Luan - przerwa³a jej czarownica - ale... zupe³nie nie bê dzie ci siê to podoba³o.
- Wartownik - warknê ³a kapitan.
Kapral wyszarpnê³a swój miecz. Achaja doskoczy³a szybko, wyrwa³a jej broñ, wbieg³a na scianê i wbi³a ja w sufit.
- Przepraszam - szepnê³a, kiedy znowu znalaz³a siê na ziemi.
Kapitan unios³a g³ owê i popatrzy³a na miecz. Trzeba bêdzie skombinowaæ skads drabinê, ¿eby go wyjaæ. Po chwili opusci³a wzrok.
- Sprowadzê wam oficera zwiadu - powiedzia³a. - Jakbyscie jednak chcia³y wyjsæ wczesniej... to wokó³ jest trzydziesci kusz, kt re mierza w to wejscie.
Z bezbronna chwilowo wartownik wycofa³y siê, zatrzaskujac drzwi.
- Uwierza nam? - spyta³a Arnne. - Czy bêdziemy tu siedzieæ, a¿ sobie sprawdza u Biafry?
- Nic siê nie bój. Trochê ju¿ pozna³ am stosunki panujace w wojsku.
- Co masz na mysli?
- Zaraz zobaczysz.
Drzwi otworzy³y siê znowu i stanê³a w nich porucznik zwiadu w skórzanej kurtce i spó dniczce.
- Jestesmy... - zaczê³a Arnne, ale Achaja nie pozwoli³a jej dokoñ czyæ.
- Gdzies by³a, g³ upia dupo?! - wsiad³ a na biedna porucznik jak sier¿ ant na swoja dru¿yn . - To ja, major, ksiê ¿niczka, psiamaæ, mam czekaæ w wiê zieniu, a¿ ³ askawie zechce ci si ruszyæ dupsko?!
- Ale¿ proszê pani... - Dziewczyna od razu przesz³a do defensywy.
Arnne usmiechnê³a siê promiennie i mrugnê³a do Achai.
- Co "proszê pani"? Co " proszê pani?! Co to, kurwa, za zwiad, kt ry nie wie nawet, co siê dzieje w obozie? Zaraz jako kapral piechoty bê dziesz obieraæ ziemniaki w kuchni! Albo jako szeregowy kawalerii bêdziesz wynosiæ koñskie ³ ajno!
- Ale¿ proszê pani... Ja...
- "Ja"! "Ja i tylko ja"! Ten kierunek w filozofii zwa chyba solipsyzmem - powtó rzy³a zdanie, któ re us³ysza³a kiedys od Biafry. - Ja... to ci nogi z dupy powyrywam, pindo!
- Przepraszam, ja tylko...
- Czy ty mnie, kurwa, w ogóle poznajesz? - Achaja dotknê³a swojego tatua¿u.
Tamta musia³a cos s yszeæ. Pojedynek z Virionem i bitwa w lesie nie mog³y przecie¿ przejsæ bez echa. Potwierdzi³a energicznym ruchem g owy. Ba³a siê otworzyæ usta.
- No to biegiem, dupo, po dwa mundury, jakies ¿arcie i rozkaz wyjazdu do stolicy! Ach... i wiadro watróbki.
- Tak jest! - Porucznik zasalutowa a sprê¿yscie i odwróci³a siê s³ u¿bowo. W drzwiach zatrzyma³ a siê jednak. - Przepraszam najmocniej... I co? - szepnê³a przera¿ona.
- I wiadro surowej watróbki! - powtó rzy³a Achaja. - Biegiem!
- Tak jest!
Po jej wyjsciu Arnne tylko krêci³a g³ owa. Potem zaczê³a siê smiaæ. Potem usiad³a pod sciana i zakry³a g³ owê ramionami.
- Bogowie... Czy tak wyglada ka¿ da armia na swiecie?
- Ka¿da.
- Kurczê. Wystarczy zakrzyczeæ ?
- Mhm. Dobrze jest mieæ jakis punkt zaczepienia, ale w gruncie rzeczy masz racjê. G³osny krzyk to podstawa.
Smia³y siê jeszcze, kiedy biedna porucznik osobiscie dostarczy³a im mundury, dwie znormalizowane porcje ¿ywieniowe, rozkaz wyjazdu do stolicy podpisany przez sama pania pu³ kownik i... cha, cha, cha... wiadro watróbki.
Rzuci³y miêso kotom. Jak umowa to umowa. Ka¿dej umowy trzeba dotrzymaæ. Z du¿a ulga ubra³y siê w zimowe mundury - skórzane spodnie na szelkach, ciep³e buty i podbite barankiem kurtki. Dwie ¿o³nierskie racje po¿ar³y szybciej ni¿ koty swoja watrobê.
Nie chcia³y robiæ porucznik obciachu, skoro ju¿ nosi³a to wszystko przy prostych ¿o³ nierzach, wiêc w³o y³y na siebie ca³ e wyposa¿enie szeregowców zwiadu (oficerskich munduró w nie by³o): plecaki, zrolowane koce, kusze, ko³ czany, miecze, no¿e, ³opatki, zwoje lin, pasy, manierki, mena¿ki, juki z prowiantem, maskujace siatki, specjalne mocowane do ud, pochwy ze sztyletami, szaliki z insygniami nieznanych im bli¿ ej jednostek, chusty do zas³aniania twarzy, chlebaki obozowe, buk³aki, skrócone dziryty... Wyglada³y obie jak juczne mu³y. Albo jak dwuosobowa ciê¿ka dywizja do okupacji Syrinx. Ale... tak naprawdê dopiero teraz by³o im naprawdê ciep³o. Ranek wstawa³ mrozny. Kiedy wysz³y z baraku s³u¿acego za wiêzienie, przy ka¿dym wydechu z ust wydobywa³ siê ob³ok pary.
- Zaraz spadnie snieg. - Porucznik nasmarowa³a im sadza grube czarne pasy pod oczami. - ¯eby nie oslepia³ o - wyjasni³a.
Obie wyglada³y bardzo bojowo. Objuczone sprzêtem do granic mo¿ liwosci, ledwie wsiad³y na przygotowane wczesniej konie.
- Zaopiekuj siê kotami - rzuci³a Achaja pani porucznik.
- S³ucham? Proszê pani?
- To emerytowani agenci wywiadu. Musisz je karmiæ.
Nie sposób by³o zabraæ ze soba kotó w w podró¿ na koniach. Arnne ruszy³a pierwsza w stronê bramy. Achaja odpowiedzia³ a niedbale na sprê¿ ysty salut porucznik i ruszy³a za czarownica. Nie musia³y nawet pokazywaæ papieru na punkcie kontrolnym.
- Nie uwa¿asz, ¿e to mimo wszystko dziwne? - spyta³a Arnne, kiedy obóz znikna³ im za pierwszym wzniesieniem drogi.
- Co?
- ¯e nas tak puscili ³atwo. ¯e pani pu³kownik piechoty podpisa³a rozkaz wyjazdu, nie raczac siê nawet pofatygowaæ, ¿eby zerknaæ na te nasze smoliscie czarne oczy. Choæby z ciekawosci powinna to zrobiæ.
Achaja wzruszy³a ramionami.
- Nikt nie chce podskoczyæ zwiadowi, ale... masz racjê. Pewnie nas sledza.
Czarownica unios³a siê w strzemionach i zaczê³a wêszyæ. Po chwili opad³a jednak na siod³o zniechêcona.
- Bogowie... Czy ka¿dy ¿o³ nierz zwiadu musi taskaæ na sobie to makabrycznie ciê¿ kie wyposa¿enie?
- Skoro nam dali, to pewnie musi.
D³u¿szy czas jecha y w milczeniu, szcz sliwe, ¿e po raz pierwszy od opuszczenia Wielkiego Lasu nie jest im zimno. Ciep³e buty, spodnie i podbite barankiem kurtki doskonale spe³nia³ y swoje zadanie. Obie postawi³y ko³ nierze i obwiaza³y szyje szalikami. Mia³y szczêscie, nie wiadomo, co by siê sta³o, gdyby choæ o dzieñ spó zni³y siê z przybyciem do obozu. Mróz stawa³ siê coraz bardziej ostry. Na niebie k³êbi³y siê ciemne chmury. Widocznosæ pogarsza a siê z ka¿da chwila.
Po po³udniu mróz zel¿a³ trochê. Za to zacza³ padaæ gêsty snieg. W przeciagu paru chwil w³asciwie przesta³y widzieæ cokolwiek. Zawiaza³y sobie chusty na twarzach, eby zakryæ nos i usta. Musia³y zsiasæ z koni; w zamieci mo¿ na je by³o jedynie prowadziæ za uzdê.
- Ale z nas dwa g³ upie ty³ki! - Arnne uderzy³a siê d³ onia w czo³o.
- Czemu?
- Zapomnia³ysmy poprosiæ ¿o³ nierzy chocia¿ o kilka brazowych!
- O, szlag! - Achaja zagryz³a wargi. - No, to ¿egnajcie zajazdy, karczmy i stodo³y... Nocujemy pod drzewem.
- Mo¿e ch³opi przenocuja za darmo?
- Mo¿e. Tyle ¿e wsi w Arkach nie ma przy ¿ adnym z traktów. Bo wojsko by rozgrabi³o, przechodzac.
Zrezygnowa³y z dalszej drogi. Zadymka nie pozwala³ a na zrobienie kroku. Zaszy³y siê w ocienionym miejscu, pomiêdzy kilkoma drzewami na poboczu drogi. Okry³y konie derkami. Usiad³y pod jakims roz³o¿ystym krzakiem na w³ asnych plecakach i przytuli³y do siebie, usi³ujac si owinaæ kocami. Jedyna korzyscia z "fryzur" jakie im zrobili wojownicy z lasu by³ o to, ¿e dziêki "naturalnym he³ mom" przynajmniej snieg nie wpada³ im do oczu i nie marz³y g owy.
Arnne rozesmia³a si nagle.
- To tylko nam siê mog³o przytrafiæ. Ksiê¿niczka i czarownica. Obie z dobrych domó w, przyzwyczajone do spe³niania zachcianek. Pomysla³y o wszystkim poza tym, eby po¿yczyæ choæ dziesiêæ brazowych.
- Ta. Dwie g³upie cipy.
- To sobie zwiad wynaja³ fachowców, Bogowie. Za³atwiæ Viriona, umo¿liwiæ przejscie przez Wielki Las, zaczarowaæ garnizon, ¿eby wypusci³ obcych szpiegów. Proszê bardzo. Ale zadbaæ, ¿eby w asny ty³ek nie przymarz³ do sniegu... Tego ju¿ nie potrafia.
Rozesmia³y siê obie.
- Ty, s³uchaj - szepnê³a Achaja po chwili. - A nie potrafi³ abys rozegnaæ tych chmur?
- Ty, s³uchaj - odpowiedzia³a Arnne, przedrzezniajac kole¿ankê. - Nie musisz wierzyæ we wszystko, co mó wia o czarownicach.  

Obudzi³y siê wraz z pierwszym brzaskiem. Skostnia³e tak, ¿e nie by³y pewne, czy ¿yja. Dwa rysie i ¿bik liza³y je po twarzach, chcac te swoje g³upie, wielkie siostry zmusiæ do jakiejs reakcji. Jakby pole¿a³y jeszcze trochê na mrozie, mog³yby ju¿ nie wstaæ nigdy. Konie parska³y przestraszone obecnoscia drapie¿ ników. Arnne kaszla³a s³ abo.
- Bogowie... nie mogê siê ruszy .
Achaja opar³a siê na ³okciu. Cos strzyknê³o jej w krzy¿ach. Ch³ód, który wdar siê pod odwiniê ty koc, by³ parali¿ ujacy. Jeden z rysiów wskoczy³ na pos³ anie uniemo¿ liwiajac jej po³o¿ enie siê na powrót. Musia³a wstaæ.
- Ale zzzzimno - zaszczeka³a zêbami Arnne.
Achaja pomog³a jej siê podniesæ. Opatuli³a kaszlaca czarownicê kocem. Arnne nie wyglada³a dobrze. Kurde! Oby tylko nie zapalenie p³uc, zaklê³a w myslach.
Na³ama³a ga³êzi, strzasajac z nich snieg. Ciep³y posi³ek dobrze by im zrobi³. Wyjê³a suszone miê so i suchary.
- Rozpalisz ogieñ?
Czarownica zaprzeczy a ruchem g³owy.
- Mam zbyt zgrabia³ e palce. Nic nie czujê.
- Szlag!
Achaja wyjê³a regulaminowe wojskowe krzesiwo. Ale nic z tego. Szarpa³a siê ze dwie modlitwy, iskry pada³y wokó³ jak w kuzni, ale nie potrafi³a rozpaliæ mokrego drewna. Nigdy w ¿yciu nie musia³a dotad u¿ ywaæ krzesiwa. Nie umia³a tego robiæ.
Obu dziewczynom kapa o z nosów. Zaczê³y ¿uæ suchary, bowiem dwa rysie i ¿bik rozprawi³y siê w miêdzyczasie z suszonym miêsem. By³o tak zimno, ¿e obie mysla³y wy³ acznie o tym, ¿eby znowu przytuliæ siê do siebie i spaæ... Nie! ¯adnych takich pragnieñ! ¯bik przekrzywi³ g³owê. To on wywo³a³ w ich g³owach obraz zaprzeczenia.
- Czy jest tu jakas wies? - spyta³a Arnne.
¯adnej reakcji. ¯bik nie by³ domowym kotem. Pewnie w ogóle nie zna³ pojêcia wsi.
- Co radzisz?
W g³owach dziewczyn pojawi³y siê pomieszane obrazy. To naprawdê nie by³ kot przyzwyczajony do ludzi. Trudno go by³o zrozumieæ. Zobaczy³y cos jakby obraz ma³ego gryzonia, pogoñ, skok, smiertelny pisk, krew, wnê trznosci, zadowolenie.
- No, ³adnie - mruknê³a Achaja. - Spytaj go jeszcze, jak siê przyrzadza p³etwy rekina w sosie ostrygowym. Albo czy na gie³ dzie w stolicy...
- Przestañ. - Czarownica by³a ledwie ¿ywa.
Tak po prawdzie Achai te¿ niewiele brakowa³o. Tyle tylko, ¿e by³ a o ca³e niebo bardziej silna i odporna, ale... Nie by³a przyzwyczajona do mrozu i sniegu. Rozejrza³a siê wok ³. Zwa³y bia³ego puchu wokó³ dezorientowa³y ja zupe³nie, nie mia³ a nawet pojêcia, w którym kierunku le¿ y droga.
- Ch³opaki. Poprowadzcie nas do traktu, co?
Znowu pomieszane obrazy w ich g³ owach. Tym razem zaprzeczenie wszystkich naraz, obu rysiów i ¿bika jednoczesnie. Trakt - nie! Tam ludzie. Ludzie - blisko! Nie, nie, nie!
- Ludzie? - spyta³a z nadzieja. - Gdzie?
Trzy zwierzaki spojrza³y na nia w niebotycznym zdziwieniu. Wszystkie trzy zaczê ³y wêszyæ. O, ¿esz szlag! Jak mog³a o tym nie pomysleæ?
Pociagnê³a nosem. Poruszy³a g³owa i z³apa³a ich zapach. Ubranie, pot, skó rzane pokrowce, smar do osi, koñskie szczyny, p³ótno, parciane worki, owies pomieszany z trocinami, nat³ uszczony metal. Dwóch ludzi, wóz, czwórka koni. Sto kroków stad.
- Dziêki, ch³opaki. Przedtem mnie zaæmi o.
Szarpnê³a czarownicê za ramiê . Napiê³a swoja kuszê, na³o¿y³a strza³ê. Potem napiê³a kusz czarownicy.
- No, chodz! Robimy rozbój!
Arnne z pewnym przestrachem patrzy³ a na trzymana w rê ku broñ.
- Znowu napad? A na pewno nas staæ?
- Chodz. Nie czas na ¿arty.
Pobieg³y, a w³ asciwie pokustyka³y w stronê traktu, kierujac siê wê chem. Ani ¿bik, ani rysie nie sz³y za nimi. Droga to nie by³ ich teren.
- Staæ! - Achaja wypad³a spomiêdzy drzew, mierzac z kuszy. Arnne dosæ przytomnie podskoczy a na ty³ wozu, terroryzujac pomocnika.
- Kurwa! Dezerterzy! - Woznica sciagna³ lejce zatrzymujac zaprzêg. - I to ze zwiadu! Ale pech.
- Ty! To nie jest napad. To jest tajna operacja s³u¿by rozpoznania i zaopatrzenia.
- Akurat... - jêkna³. - Ju¿ ja wiem, jak wyglada wojskowa fryzura. - Zerkna³ na jej g³ owê.
Poczu³a zapach strachu. Cos goracego rozla³ o siê w jej ¿y³ ach. Czu³a te¿ zapach zmêczonych koni, garbowanej skóry, worków, p³ótna, owsa i trocin. Podskoczy³a z kusza.
- Dobra. Dawaj gorza³kê i dziesiêæ brazowych. A jak nie... To bêdziesz oddycha przez dwa dodatkowe otwory w p ucach!
- Co? - zwatpi³ wyraznie. - Ile?
- Gorza³kê i dziesiêæ brazowych.
Nie mia³ pojêcia, co o tym mysleæ. Co ten napastnik? Chcia³ dostaæ tylko napiwek? Przera¿ony do granic mo¿liwosci rzuci³ jej buk³ak. Potem dr¿acymi palcami rozsup³a³ sakiewkê i poda³ jej srebrna monetê.
- M... m... mo¿e byæ trochê wiêcej? - spyta³, jakajac siê ze strachu. - Nie mam drobnych.
- Dobra, gnoju. - Odskoczy³a do ty³ u. - I ¿ebys mi siê wiêcej nie odwa¿y³ mieszaæ owsa z trocinami, skurwysynu! Przez takich jak ty parszywców zdychaja wojskowe konie!
Obie z Arnne cofa³y siê, odskakujac pod os³ona w³asnych kusz. Potem odwróci³y si i pobieg³y w gaszcz, do koni. S³ysza³y jeszcze, jak pomocnik utyskuje, gramolac siê na kozio³ do woznicy:
- O, matko! Skad wiedzia³a? Skad ona wiedzia³a?
- Kurwa. Tera przez sito musimy przepusciæ ca³y towar.  

Dziewczyny pospiesznie zgarnia³ y swój wojskowy dobytek. Achaja wyrwa³a zê bami korek i wla³a w gard³o kilka ³yk w parszywej wódki.
- Teraz ty - poda³a czarownicy.
- Ja? Nie mogê.
- Pij! Jak dostaniesz zapalenia p³uc, to ci nie pomogê na tym wygwizdowie.
Czarownica wziê³a buk³ak i prze³knê a ma³y ³yk. Rozkaszla³a siê znowu.
- Nie mogê!
- Pij. - Achaja podnios³a kuszê.
Umêczona Arnne spojrza³a wzrokiem zabijanej sarny.
- Wiem, wiem... - chlipnê³a. - Bo bêdê oddychaæ przez dodatkowe otwory.
Zamknê³a oczy i z wielkim poswiê ceniem pociagnê³a kilka ³yków. O ma³o nie zwymiotowa³a. Cos nia szarpa³o i dusi³o jednoczesnie. Po chwili jednak poczu³a siê lepiej. Achaja odebra³a od niej buk³ak i wla³ a w siebie druga porcjê. Potem równie¿ czarownicê zmusi³a do powtórki. Czarne oczy Arnne zaczê³y b³yszczeæ .
- Teraz ju¿ jestem pijaczka, tak? - spyta³a powa¿nie jak dziecko.
- Jeszcze nie - rozesmia³a siê Achaja. - Ale jestes na dobrej drodze.
Osiod³a³a z trudem obydwa konie i pomog a tamtej dostaæ si na siod³o. Trochê przynajmniej rozgrzane ruszy³y w dalsza drogê.
- Ty. A mo¿e bysmy tak plunê³y na s³u¿b i zajê³y siê powa¿nie rozbojem?
Czarownica najwyrazniej by³a pijana. Achaja nie odpowiada a.
- Bo wiesz. Nam to ca³kiem fajnie idzie. A poza tym... Najlepszy szermierz w kraju. Jedna z najlepszych czarownic. Wpadamy we dwie na konwój, zabijamy wszystkich, ¿eby sladu nie by³o, rabujemy i chodu! Co?
- I zabi³abys wszystkich?
- Nieeee... Tym to ty bys siê zajmowa³a. Ja bym ich tylko otumani³a. Albo spali³a ¿ ywcem, co?
- Arnne. Nie pij wiêcej.
- We dwie to bysmy narabowa³y góry z³ ota. Na co nam s³u¿ba? A jakby siê roznios o, ¿e my to my... znaczy, to by nam przynosili z³oto w zêbach, ¿ebysmy tylko na drogê nie wychodzi³y, co?
- No cos w tym jest - niechêtnie zgodzi³ a siê Achaja. - Ale znajac ciebie, to bys raczej nakarmi³a ofiary swoich napadów, kocami opatuli³a i jeszcze gotowiznê da³a na drogê.
- Tak ciê mêcza te ch³opskie dzieci i zupa z cebuli, co nam zjad³y? No, ale przy tym wozie to twardo stanê³am, co? Okrutny ze mnie zbój, prawda?
- Taaaaa... Dobrze, ¿e siê tak przestraszyli, ¿e o nic nie zda¿yli poprosiæ. Bo bysmy im w³asne ubrania musia³y oddaæ.
- A ty to co? Czemu tylko dziesiêæ brazowych chcia³as?
- Wziê³am srebrnego.
- Wziê³as srebrnego tylko dlatego, ¿e nie mia drobnych. Jestes g³upi ty³ek, a nie zbój!
- Uuuuu... Mistrz umierania siê odezwa³.
- Siksa!
- Córeczka tatusia!
- Uwa¿aj, ¿ebys si nie posika³a ze strachu, jak zobaczymy nastêpny wóz!
- A ty se nie pomyl dyszla z...
Urwa³y nagle i obie zaczê³y wêszyæ. Lekki wiatr wia³ z przodu i zapach by³ bardzo wyrazny.
- Czujesz to co ja? - spyta³a czarownica tym razem rzeczowo.
- Mhm. Ze trzydziestu ludzi, w dwóch szeregach przy drodze.
- Wojsko.
- No. Dziewczyny, mundury, broñ i niesmiertelny, regulaminowy ³ój do butów.
Obie zeskoczy³y z siode³. Arnne zmru¿y³a oczy.
- Kurczê. Ten zapach jest znajomy.
- Zalewasz... Sa jakies sto piêæ dziesiat kroków stad.
Przywiaza³y konie do drzew i zaczê³y siê skradaæ.
- Pu³apka?
- Na nas? Ju¿ siê ktos dowiedzia³ o tym wozie?
- No, cos ty? Ta suka z obozu pewnie wys³a³a wczesniej meldunek.
Arnne potrzasnê³a g³owa. Wiatr powia³ w ich stronê. Teraz poczu³y wyraznie.
- Kurde! Shha, Lanni, Mayfed, Zarrakh, Bei, Chloe, Harmeen, Sharkhe i inne. To mój pluton! - Achaja uklêk³a w sniegu. Przez chwilê nie mog³a siê opamiê taæ ze szczêscia. - O, ¿esz! Ze stu kroków mogê wywachaæ takie rzeczy?
- No. Ja te¿ je pozna³am. - Arnne obliza³a nos jak kot. - Ale cwana suka, ta porucznik z obozu.
- Mhm. Se wyduma³a. Po co nas trzymaæ? Wypusci³a z rozkazem stawienia siê w stolicy. Krok w bok i zgarnia nas pierwszy patrol. A jak bêdziemy jechaæ prosto, to zgarnie nas w³asny pluton. Jesli nas dziewczyny rozpoznaja, to w porzadku. Jesli nie, to bê dziemy mieæ po piê tnascie strza³ na korpus ka¿da.
- Rewelacja - usmiechnê³a siê czarownica. - Powinnas ja mianowaæ kapitanem. Tylko jak wiadomosæ wys³a³a?
- Mia³a czas. Pusci³a kuriera przed nami. - Achaja zagryz³a wargi. - Ty. Zrobimy je w jajo?
- Mhm.
Obie cofnê³y siê do koni. Odwiaza³y i poprowadzi³y przez las, wielkim ³ukiem, tak ¿eby ominaæ dziewczyny zaczajone w pu³apce. Wysz³y z powrotem na drogê jakies dwiescie kroków za plutonem zwiadu. Znowu uwiaza³y konie.
- S³uchaj - mruknê a Achaja. - Robimy majstersztyk. Daj z siebie wszystko.
- Dobra - usmiechnê a siê czarownica.
Zaczê³y siê przekradaæ w stronê zaczajonych dziewczyn. Krok za krokiem, powoli, bezszelestnie. Ca³e to cholerne oporzadzenie, które mia³y na sobie, cia y³o coraz bardziej, ale nie poddawa³y siê. Kiedy by³y ju¿ blisko, Arnne wypowiedzia³a s³ owo i chwyci³a je w palce. Jeszcze kilka krokó w. Zaklêcie zaczê³o dzia³aæ. Przesmyknê³y siê niezauwa¿one do punktu dowodzenia i przyklêk³y w sniegu obok Harmeen i Lanni.
- ¯esz... D³ugo bêdziemy tak sterczeæ na mrozie? - spyta³a Shha.
Achai zaszkli³y siê oczy.
- Taaa... Pewnie nie przyjda - mruknê³a Lanni. - Jak zwykle zwiad nas wpuszcza...
- ...w maliny - doko czy³a Achaja. - Nie przyjda na pewno.
- Masz racjê, Achaja - powiedzia³ a Harmeen i zamar³a, bo nagle zda³a sobie sprawê do kogo mówi i na kogo patrzy. Szarpnê³a siê w ty³, potknê³a i runê³a na plecy w snieg.
- No, co to za wojsko? - ryknê³a Achaja. - Lanni, a gdzie szpica? Shha, gdzie warty z ty³u? Czy w tym plutonie wszyscy kaprale nagle siê pospali?
Shha runê³a na kolana. Jesli o nia chodzi, to kawa³ siê nie uda³. Dziewczyna nie by³a or³em, ale potrafi³ a ustawiæ sprawy na w³asciwych dla siebie miejscach.
- Siostrzyczko - obj ³a Achajê i przytuli³a mocno - ale jestem szczê sliwa, ¿e ¿yjesz.
- Ludzieeeee! - wrzasnê³a Mayfed. - Laleczka jest z nami! Kurde blade, wiedzia³am, ¿e nie da jej ocwaniæ!
- O, ¿esz! - Bei podskoczy³a do Sharkhe. - Wygra³am zak³ad, ma³po! Trzydziesci wart bêdziesz teraz za mnie trzymaæ!
- Lalko! Laleczko - Lanni chwyci³a ja za w³osy. - Alesmy siê o ciebie martwi³y! Sikso jedna.
Chloe walnê³a Zarrakh w bok.
- Dawaj, ma³peczko, dwadziescia brazowych! No i kto, kurwa, mia³ racjê?
Zarrakh klê³a na czym swiat stoi. Da³a Chloe swoja sakiewkê i mruknê³ a, ¿e resztê odda przy najbli¿szym ¿ o³dzie. Potem kucnê³a przy Achai.
- Stawia³am, ¿e ci ubili, nie dlatego, ¿e tak chcia³am, tylko... - pociagnê³a nosem - mi siê zdawa³o, e ju¿ po tobie. Jak nas os³ania³as z ta... - zerknê³a na czarownicê - no... z ta druga... ¿e te¿, zaraza, stanê³a jak ¿o³ nierz. Chyba cud.
- Co wyscie, powariowa³y? Mam jakies nowe przezwisko?
- No. - Mayfed usmiechnê³ a siê, mru¿ac oczy. - Ju¿ nie jestes Achajka. Jestes " Laleczka". Nasza maskotka.
Arnne zaklê³a cicho. Shha patrzy³a przestraszona na twarz siostry.
- Czy... oni ciê oslepili? - spyta³a, zagryzajac wargi.
- Nie. Spokojnie.
- To ile palców ci pokazujê? - Podnios a d³onie. Na prawej rozcapierzy³a wszystkie palce, na lewej tylko trzy.
- Osiem, siostrzyczko.
- Oslepili ciê! Tylko siedem pokaza³ am.
Arnne z ty³u zaczê a chichotaæ. Achaja skrzywi³a si lekko.
- Policz jeszcze raz, siostro.
Shha zaczê³a liczy powoli, przyk³ adajac kolejno ka¿ dy palec do nosa.
- ...szesæ, siedem, osiem. No! Jednak osiem pokaza³am. Znaczy widzisz, ale... Co z twoimi oczami?
- To d³u¿sza historia. - Achaja wsta³a lekko. - Harmeen.
Kapitan równie¿ podnios³a siê, otrzepujac spodnie ze sniegu.
- Tak jest, pani major, ksiê¿niczko moja.
- Kotku. Tak strasznie ci dzi kujê za to, ¿e utrzyma³as ten oddzia³ w ca³osci. Jestes najmadrzejsza i naj³adniejsza dupka wsród kapitan w na ca³ym swiecie.
- Dziêkujê, pani major! - Harmeen rozesmia³a siê, ale zaraz umilk³a. - To... to ty nas os³oni³ as. Razem z pania Arnne, o dziwo. - Wzruszy³a ramionami. - Wtedy w lesie... Uderzy³ysmy w plecy tych potworów dok³ adnie w momencie, kiedy piechota wyrabujaca korytarz rolowa³a skrzyd³a w manewrze wymijajacym. Ale jatka. Kiedy potwory odwró ci³y siê do nas przodem, to w plecy wbi³y im siê... ca³e, swie¿uteñ kie dwa bataliony. Scierka trzeba by³o zbieraæ ich resztki. Fart! A potem po¿ar nas odgrodzi³. Nawet ta kapitan piechoty nas popar³ a, ¿eby wracaæ, ale p³omienie przesz³y w scianê ognia. Oddychaæ nie by³o czym. Piechota chodu, my za nimi, o ma³o co ty³ki by nam przypali³o.
- Nie t³umacz siê. Razem z Lanni dokona yscie cudu.
- Nie chcia³abym wam przerywaæ - wtraci³a Arnne - ale by³abym wdziê czna gdyby dalsza dyskusja odbywa³a siê w jakims ciep³ ym zajezdzie.
- Fakt. - Harmeen skinê³a na Lanni, a ta gwizdnê³a na Shhê. Shha, jak ka¿da sier¿ant, zaczê³a ryczeæ na swoich ludzi, nie przebierajac w s³ owach. Oddzia³ zbiera³ si powoli przy koniach.
- Jak odkry³yscie, e tu by³a zasadzka? - spyta³a Lanni.
- Wywacha³ysmy - usmiechnê³a siê Achaja.
- Nie zalewaj.
Achaja usmiechnê³a siê i zerknê³a do ty³u.
- Sharkhe! Nie pij wiêcej bimbru na miodzie, bo bê dziesz mieæ zgagê.
Malutka, piegowata ¿ o³nierz o ma³o nie spad³a z siod³a, na które dopiero co siê wdrapa³a.
- Kurde! Skad wiedzia³as?
Ale prawdziwa klasê pokaza³a dopiero Arnne. Ka¿da ¿o³nierz mia³a na sobie buty z grubej skóry, skarpety, wia³ wiatr, by³o zimno. Trudno sobie wyobraziæ bardziej niesprzyjajace warunki do rozpoznawania zapach w. Jednak czarownica odwróci³a siê i usmiechnê³a do Zarrakh.
- ¯o³nierzu - szepnê³a. - Umyjcie nareszcie nogi.
Oddzia³ zamar³ przera¿ony. ¯aden z normalnych ludzi na wietrze i mrozie nie by³by przecie¿ w stanie wyczuæ nawet dymu z pobliskiego ogniska.
Achaja chcia³a podbiec po swoje pozostawione na drodze konie, ale Shha wys³a³a tam dwie szeregowe. Sama wysunê³a jedna nogê ze strzemienia.
- Chodz, Lalko, ze mna bêdzie ci cieplej. - Zrobi³a jej miejsce na swoim siodle.
Achaja z trudem wspi ³a siê przed nia, przek³adajac nogê nad g³owa konia. Shha objê³a ja i przytuli³a siê od ty³u.
- Tak siê martwi³ am, siostrzyczko.
- Ja te¿. Wiesz... Najgorzej by³o, jak zasypia³am. Mysla³am, ¿e siê pobeczê.
- Ja siê pobecza³ am parê razy - wyzna³a Shha szeptem. - Sz³am gdzies z dala od namiotu i... rycza³am jak g³ upia. G³osno.
- Siostrzyczko...
- Ciiii. Ju¿ jestesmy razem. Ciiiiii...
Achaja przetar³a oczy. Na szczêscie snieg zacza³ znowu padaæ i te obok niewiele widzia³y.
- Shha, siostro, przy tobie ten ca³y zasrany swiat wydaje siê...
- Ciiiiiiii... - Sier¿ant poca³ owa³a major w szyjê .  

Nie musia³y jechaæ daleko. Najbli¿szy zajazd by³ raptem o æwier dnia drogi od miejsca, gdzie pluton urzadzi³ zasadzkê. Przed zbita z nieró wnych bali, dosæ spora budowla pod lasem sta³ wspania³ y pojazd zaprzê¿ ony w szóstkê najlepszych koni, jakie kiedykolwiek widzia³y. Wokó³ ze dwudziestu ros³ych s³u¿acych z bronia zajmowa³o strategiczne pozycje.
- Uuuuuuuu... - jêknê³a Arnne. - Mamusia na mnie czeka.
- Kurde. Skad mog³a wiedzieæ ?
- W obozie wojskowym u¿y³am czarów - skrzywi³a siê czarownica. - Od razu mnie wyczu a.
- Ona te¿?
- Tak. Ona te¿ ma dar. A mnie to potrafi znalezæ z odleg³ osci piêtnastu dni konnej jazdy. Albo i wiêcej.
Zsiad³y z koni, szczêkajac zêbami. Mróz znowu przybiera³ na sile. Achaja pchnê³a ciê ¿kie drzwi i pierwsza wesz³a do srodka. Uuuuuuu... jêknê³a w duchu, dok³adnie jak przedtem jej kole¿ anka. Mroczne wnêtrze zdawa³o siê byæ rozswietlone przez z ocistobia³a, olsniewajaca sukniê starszej ju¿ kobiety siedzacej za jednym ze sto³ów. Skurczony przy kuchni gospodarz wyglada³ jakby sama królowa odwiedzi³a jego karczmê w towarzystwie dwóch liniowych dywizji. Nie smia³ nawet odetchnaæ.
- Córeczko - kobieta podnios³a siê niespiesznie. - Co oni z toba zrobili?
- Mamo, ja... - Arnne nie by³o dane dokoñczyæ.
- Córko! Co jest z twoimi oczami? Czy to ju¿ widzia³ jakis medyk?
- Mama! Przestañ.
- Bogowie! Co ty masz na sobie, dziecko? Co ty? Za ch³opaka siê przebra³as? - Oczy starej czarownicy miota³y gromy. - Te spodnie, przecie¿ oblepiaja ci pupê w sposób niezwykle wulgarny! Jak mo¿esz siê tak pokazywaæ przy ludziach?
Arnne skrzywi³a siê , jednak st³umi³a w sobie to, co chcia a powiedzieæ.
- Co oni? Jucznego mu³a z ciebie zrobili? Jakim prawem kazali ci nosiæ to wszystko? - Wskaza³a na wyposa enie ¿o³nierza zwiadu, które jej c rka mia³a na sobie. - Dlaczego masz twarz posmarowana sadza?
Szeregowe, które w miêdzyczasie wchodzi³y do karczmy, stawa³y przy drzwiach, niepewne, co robiæ dalej. Oficerowie te¿ nie byli lepsi. Stara czarownica potrafi³a olsniæ wszystkich sama swoja postawa i wyrazem twarzy.
- Arnne, dziecko! Na chwilê wystarczy ci spusciæ z oczu, a ty przemieniasz siê w... chama! Natychmiast w ó¿ przyzwoita sukniê. - Skinê³a na jednego ze s³u¿ acych, który rzuci³ siê do kufra stojacego za sto³ em.
- Nie! - ryknê³a nagle Arnne. - Jestem ¿o³ nierzem zwiadu! I bê dê nosiæ to, co nosza moje kole¿ anki!
Harmeen, Lanni, Achaja i Shha spojrza³y na nia zdziwione. Stara czarownica podnios³a d³oñ do ust. Ale Arnne by³a ró wnie szybka. Podnios³a swoja d³ oñ, dotykajac warg.
- Tylko nie próbuj tego, mamo! - krzykn ³a, gotowa do rzucenia zaklêcia. - Radzê ci, nie pró buj!
Stara usmiechnê³a siê, opuszczajac rê kê. Strzeli³a palcami.
- Wszystkie s³ugi do mnie - szepnê³a. - Braæ ja i...
- Plutoooooon! - wrzasnê³a Lanni. Wyraznie podoba³a jej siê " nowa" Arnne. - Do ochrony ¿o³ nierza zwiaduuuuuu...
- Mayfed i Zarrakh, kusze ³aduj i do okien! - ryknê³a Shha. - Chloe, Bei, miecze w d³onie i staæ za jej plecami! Sharkhe, wskakuj na kuchniê ! Druga dru¿yna blokuje schody. Trzecia od zaplecza!
¯o³nierze runê³y na wyznaczone pozycje. Gospodarz schowa³ siê za najbli¿szym sto³em, chlipiac ze strachu. S³u¿acy nie mieli adnych szans. To by³ pluton zwiadu, a nie pieprzona piechota. Karczma w przeciagu dwóch oddechów zamieni³a siê w dobrze broniona twierdzê.
- Mamusiu - Arnne usmiechnê³a siê wrednie - pozwól, ¿ e ci przedstawiê... Pani major Achaja, ksiê¿niczka moja. Pani kapitan Harmeen, pani porucznik Lanni.
Stara czarownica zacisnê³a szczêki. Jednak towarzystwo prawdziwej ksiê¿ niczki wyraznie jej zaimponowa³o.
- Zschroekhrr - przedstawi³a siê nawet.
Bogowie! jedna mysl pojawi³a siê w umys³ach wszystkich osób, które to s³ ysza³y, jak wymówi cos takiego? Zsch... co?
- Zschroekhrr - powt rzy³a czarownica, przyzwyczajona do tego, jak ludzie reagowali na jej imi . - To po jakichs piê ciu dniach æwiczeñ da siê zapamiêtaæ, a po dziesiêciu nawet wymówiæ. - Usmiechnê³a siê, o dziwo, nawet dosæ sympatycznie. Z drugiej strony... Niby co mia³a zrobi ? Otacza³o ja trzydziestu liniowych ¿o³ nierzy z kuszami w r kach. Podesz³a do Achai.
- Pani. - Z³o¿y³a prawid³ owy uk³on. - To zaszczyt dla mnie móc poznaæ pania.
Achaja, klnac w duchu i czujac smiesznosæ tego, co robi, odda³a jej uk on. Z boku musia³o to wygladaæ idiotycznie. Ktos w mundurze szeregowca w pe³nym rynsztunku, z plecakiem, zrolowanym kocem, kusza na plecach, ko czanem, mieczem, no em i sztyletami, ³ opatka, owiniêty lina, obwieszony ca³ a masa dodatkowego wyposa¿enia, robi nagle pa³acowy uk³ on.
Arnne potrzasnê³a g³owa.
- Gospodarz! - krzyknê³a. - Jedzenie i wódkê !
Gospodarz jednak nie mia³ najmniejszego zamiaru wysunaæ nosa zza sto³u, za którym siê schowa³ . Za du¿o zabó jczych narzêdzi tkwi³o w rêkach ludzi, którzy go otaczali.
Arnne wyszarpnê³a wojskowy nó¿.
- Ruszaj siê, gnoju. Bo ci flaki wyprujê .
Harmeen i Lanni wymieni³y siê niezbyt przytomnymi spojrzeniami. Shha otworzy³a usta. Zschroekhrr o ma³o nie zemdla³a. Gospodarz jednak wyskoczy³ ze swojej kryjówki jak wystrzelony z katapulty.
- Ju¿, ju¿. Pani szeregowy. Ju¿ lecê!
Oficerowie i czarownice zajê³y miejsca na najszerszej z ³aw. Reszta ¿o³nierzy rozlokowa³a siê na pozosta³ych. Gospodarz, prawie gubiac buty, biega³ roznoszac " pancerna" baraninê i dzbanki z gorza³ka.
- Chyba nie bê dziesz jesæ tego swiñstwa, có reczko? - Zschroekhrr przy³o¿ y³a do nosa perfumowana chusteczkê.
- G³odna jestem - wyjasni³a Arnne.
Chwyci³a najwiê kszy kawa³ek z misy. W jej ustach nagle pojawi³y siê k³y, które chwilê potem wbi³a w twarde miê so. Wyszarpa³a spory kê s, budzac zdziwienie nawet wsród ¿o³ nierzy, które nie decydowa³y siê na ryzyko utraty zêbó w, odcinajac no¿ami ma³e kawa³ki.
- Bogowie! Jak to zrobi³as? - szepnê a zszokowana Zschroekhrr. - Nie czu³am ¿ adnej magii!
Arnne usmiechnê³a siê z pe³nymi ustami. Popi³a wódka wprost z garnka.
- Córko! Natychmiast wracamy do domu!
- Nie! - M³oda czarownica prze³knê ³a nareszcie. - Jestem teraz ¿o³ nierzem zwiadu, mamo.
Harmeen i Lanni patrzy³y kompletnie zbarania³e. Reszta ¿o³nierzy, choæ pamiêta³a wszystkie poprzednie wystêpy m³odej czarownicy, teraz patrzy³a na nia z wyrazna sympatia.
- I bêdê walczyæ, mamo. Bo warto! - zaperzy³ a siê Arnne. - Bo ona... - wskaza³a na Achaj - bo ona mi powiedzia³a... ona mi wyt³umaczy³ a, ¿e warto! ¯e jestem teraz prawdziwym ¿o³ nierzem. Jestem czêscia tego wrednego, sukinsyñ skiego zwiadu. A te wszystkie wokó to moje kole¿anki teraz. I tu jest moje miejsce.
Kilku ¿o³nierzy usmiechnê³o siê. Harmeen zakry³a twarz. Lanni patrzy³a og³ upia³a. Zschroekhrr potrzasn ³a g³owa.
- Ksiê¿niczko, czy zechce pani wyt³ umaczyæ temu dziecku...
Achaja usmiechnê³a siê.
- To wolny cz³owiek - powiedzia³a. - W wolnym kraju. Mo¿e robiæ, co chce.
- Ale...
- Takie u nas prawo - przerwa³a jej Achaja. - Ka¿dy mo¿e stana w obronie tego, w co wierzy. Ka¿dy mo¿e broniæ swojego... - zabrak³o jej s³ owa - mmmmm... narodu - dokoñczy³ a.
- Bogowie! W obronie czego?
- Narodu, wielka pani - powtórzy³ gospodarz, stawiajac na stole misê z siekana kapusta. - Naród to my. - Achaja spojrza³a na niego zdziwiona. Biafra by³ genialny. Jak on zda¿y³ tak szybko? Gospodarz mrugna³ do Arnne (w koñcu w jego oczach by³a zwyk³ym szeregowym) i nala³ jej wódki z butelki, która wyja³ spod swojej kapoty. - A skoro pani có rka walczy za mnie, to ja ja muszê wspieraæ.
M³oda czarownica wypi³a duszkiem. Po d³u¿szej chwili dopiero odzyska³a oddech. Wytar³a ³zy rê kawem.
- To zupe³nie co innego ni¿ pi³am do tej pory - szepnê ³a zdziwiona. - To znaczy, ¿e wó dka nie musi byæ taka ohydna, jak mi siê dotad wydawa³ o?
¯o³nierze ryknêli smiechem. Zschroekhrr zacisnê a szczêki. Na krótko. Potem machnê³a rê ka.
- Có¿... m³odzie¿ musi siê wyszumieæ - mruknê a. - A mo¿esz mi przynajmniej wyjasni , co robisz tutaj w tym smiesznym przebraniu?
- Nie mogê, mamo. Jestem na s³u¿bie wywiadu, w tajnej misji.
- Konkretnie w jakiej?
- W tajnej! Tajnej. A to znaczy, ¿e nic nie mogê powiedzieæ . - Arnne lekko chwia³a siê g³owa. Nie by³a wprawiona w piciu gorza³ki.
Zschroekhrr pokiwa³ a g³owa. Podnios³a dzbanek z wódka i wla³a có rce do kubka. Nawet zachêci³a ja, ¿eby wypi³a. Harmeen i Lanni prze ywa³y dzieñ ciag³ ych zdziwieñ. Zerka³y na Achajê, ale ta równie¿ nie by³a w stanie wyt³ umaczyæ tego, co si dzieje. Rozwiazanie zagadkowego zachowania czarownicy przysz³o jednak szybko.
- No! Teraz jak ju¿ jestes pijana w sztok... - przy³o¿y³a d³o do ust, ¿eby rzuciæ czar - to zmuszê ciê, ¿ ebys...
Przeliczy³a siê.
- Proszê pani. - Shha sta³a ju¿ na rozkraczonych nogach jakis krok za jej plecami. Mia³a w rêkach na³ adowana kuszê. - Proszê po³o¿yæ obie rêce na stole.
Zschroekhrr spojrza³ a w bok. W³asciwie nic nie zmieni³o siê we wn trzu karczmy. Wyczuwa³a wroga postawê ¿o³nierzy, ale... Czy zda¿a przedsiê wziaæ cokolwiek? By mo¿e zdecydowa³ aby siê na jakas akcjê, gdyby nie to, ¿e dobieg³y ja ciche s³owa Bei:
- S³uchaj, Mayfed, zak³adam siê o piê æ wart poza kolejka, ¿e jeszcze dzisiaj bêdê mia³a na rozk³adzie czarownicê.
- Eeeee... Shha ja wykoñczy zanim wstaniesz.
- Za³atwiê ja wczesniej ni¿ Shha. Zak³adasz siê?
Zschroekhrr spojrza³ a w skupieniu na szesnastoletnia dziewczynkê, na ¿o nierza Arkach o imieniu Bei. I zwatpi³a. Wypusci³a powietrze z p³uc z cichym sykiem. Opusci³a d³oñ.
- Córeczko - powró ci³a do metod opartych na perswazji. - Te pieniadze, któ re zap³aci³ ci Biafra, nie sa a¿ tyle warte, ¿eby ryzykowaæ...
- One nie sa warte mojej smierci - przerwa³a jej Arnne. - One nie sa warte nawet czêsci tego, co przesz³am. Sam Biafra nie jest wart nawet spluniê cia. Ale... ona - wskaza³a na Achajê - ona potrafi³a mi pokaza cos, za co warto czasem nadstawiæ ty ka. S³uchaj, mamo, ja jej nie cierpiê! My siê ca³y czas k³ó cimy, my siê w niczym nie zgadzamy! Ja nienawidzê tej osmarkanej ksiê¿ niczki jak psa. Ja po prostu nie mog ju¿ scierpieæ jej towarzystwa. Ale ona w jednym ma racjê. Ona mi powiedzia³a: ¿yjesz po cos, dziewczyno. Nie po to, ¿eby siê objadaæ na ucztach, nie po to, ¿eby by tak higienicznym jak nikt na swiecie. Nie po to, ¿eby ciê wszyscy podziwiali. Powiedzia³a, ¿e mogê ¿yæ dla bardzo konkretnego celu. ¯e nawet jak mnie zabija i z³o¿a w bezimiennym grobie, to dziêki mnie, byæ mo¿e, bêdzie istnieæ cos znacznie ode mnie wi kszego. Cos piêknego - Arnne potrzasnê³a g³owa. - Kiedy przestaniesz ju¿ ¿yæ, jak ka¿ dy przecie¿... Czy to bêdzie takie wa¿ne, ¿e twoje imiê opisano w kronikach, ¿e za ¿ ycia podziwiano ciê na ka¿dym targu, ¿ e ksia¿êta chylili przed toba g³owy? Nie sadzê. Ale mo¿e, umierajac, bêdzie ci ³atwiej, kiedy pomyslisz, ¿ e dziêki tobie bê dzie istnieæ cos slicznego, cos, co jest wiêksze ni¿ ka¿dy cz³owiek...
- O czym ty mówisz, dziecko?
Arnne usmiechnê³a siê i spusci³a g³ owê.
- Podoba mi siê moje Arkach - szepnê ³a. - I dopiero ta dziewczyna z Troy mi to uswiadomi³a.
Zschroekhrr unios³a oczy zniecierpliwiona. Postanowi³a zmieniæ temat. Zerknê³a na Achajê .
- Ksiê¿niczko, czy mog³aby pani wyt³ umaczyæ, co za brednie wyg³asza moje dziecko?
Achaja rozesmia³a siê.
- Proszê pani, b³ agam... Otacza nas trzydziestu ¿o³ nierzy, a one niewprawione w uczonych dysputach. Je nauczyli jak strzelaæ i jak mieczem robiæ. B³agam, niech pani nie mówi przy nich, ¿e to brednie. Jak któras spud³ uje i ja dostanê przez pania przypadkowa strza³a tylko dlatego, ¿e siedzê blisko...
- Mo¿e pani nie koñ czyæ - warknê³a Zschroekhrr. - Aluzjê zrozumia³ am.  

Dotar³y do stolicy w srodku nocy. Magia s³u¿b rozpoznania i zaopatrzenia otworzy a przed nimi bramy. Snieg na szczêscie g³uszy³ choæ trochê stukot kopyt, przynajmniej nie pobudzi³y po³owy miasta. Ksia¿êcy pa³ac jednak tona³ w swiat³ach. Jesli ktos spa³, to musia³ byæ pozbawiony s³uchu. Odg³osy zabawy z sali balowej mog³y byæ uznane za wra¿ y atak. Na szczêscie pa³ac sta³ na uboczu.
Po rozlokowaniu plutonu Achaja wsliznê³a siê bocznym wejsciem. Nie uda³o siê. Nie zdo³a³a zmyliæ pierwszej s³u¿ acej. Dziewczyna pochyli³ a siê w g³êbokim uk³onie.
- Witam panienkê. - Czai³a siê tu¿ za bocznymi drzwiami. Przebieg³a suka zna a dobrze zwyczaje swej pani. - Ju¿ wo³am resztê .
- Nikogo nie wo³aj, proszê.
Dziewczyna usmiechnê ³a siê lekko.
- Tu jest nocna koszula, panienko. - Zaczê³a zdejmowa ze swojej ksiê¿ niczki wojskowe wyposa¿enie. - Jak podró¿, panienko?
- Daj spokój. Co to za krzyki?
- Oj... - Pierwsza s³u¿aca równie¿ zerknê³a w stronê balowej sali. - To absztyfikanci.
- Kto?
- Absztyfikanci, panienko. Kawalerowie starajacy siê o panienki rêkê.
- Kurde blade! - Z trudem pozby³a siê tego wszystkiego, co musia³a dzwigaæ na sobie. Pierwsza s³u¿aca zdejmowa³a z niej kurtkê. - Skad ich tylu?
- A bo siê plotka roznios³a... ¯e panienka ma teraz oczy jak czarne wêgle. I... Tego lepiej nie braæ powa¿nie - s³u¿ aca rozwiazywa³a jej buty - ¿e panienka ma teraz k³ y jak dziki zwierz i, za przeproszeniem panienki, ogon.
- Kurza twarz! Tak szybko?
Dziewczyna pomog³a jej zdjaæ spodnie. Niby przypadkiem jej rêka przesunê³a siê po ty³ku Achai.
- No. Ja te¿ mówi³am, ¿ e z tym ogonem to blaga.
- Co oni? Powariowali?
- Panienko, to tylko mê¿czyzni. Co prawda z najlepszych rodów w Arkach. Jak siê plotka pusci³a, ¿e panienka ma k³y i ogon, to siê wszyscy w te pêdy zjechali. Nie dosæ, ¿e ksiê niczka, ¿e posag s uszny, to jeszcze te nieszczêsne k³y i ogon! Takiej ¿ony nikt inny nie bê dzie mia³ w ca³ym królestwie. ¯adna przecie¿ k³ w i ogona nie ma. - S³u¿aca pomog³a jej w³o¿yæ bogato haftowana nocna koszulê. - To zwyk³e ch³opy. Mieæ cos, czego inni nie maja... W to im graj. Tak siê zlecieli szybko, ¿e buty pogubili. Najlepsze rody. Braæ, wybieraæ. Jakby siê panienka decydowa³a, to ja sukniê balowa mam pod rêka.
- Nie, nie. Na razie siê przespiê.
- Nie przespi siê panienka, niestety. - Dziewczyna narzuci a jej na ramiona koronkowa zarzutkê. - W sypialni ju¿ czeka ten... - zme³³a przekleñ stwo - Pan Bardzo Wa ny! ¯eby mu wódka w gardle stanê³a. Ten to wypi³ dopiero, choæ sam jeden. Ani na chwilê na salê balowa nie zeszed³.
- Biafra?
- Tak. Bardzo Bardzo Bardzo Wa¿ny Jasnie Pan Biafra! - S³u¿aca skrzywi³a siê wyraznie. - Ju¿ panienkê prowadzê.
Podnios³a swiecê i posz³a przodem, miotajac bezg³osne przekleñstwa. Absztyfikanci dokuczyli jej srednio. Ale ten, który czeka³ w sypialni, musia³ jej dopiec do ¿ywego.
- Panienka cos widzi, czy prowadziæ pod rêkê?
- Widzê, widzê, mo esz nawet zgasiæ swiecê.
- Ja przepraszam. Bo mysmy wszystkie bardzo siê denerwowa³y. A teraz te czarne oczy...
Achaja usmiechnê³a siê. Dotknê³a ramienia dziewczyny.
- Wracaj ju¿ - szepnê³a. - Przespij siê, bo jutro bêdzie pracowity dzieñ.
- Zostawiê panience swiecê. Jakos trafiê po omacku.
- Wez swiecê. - Achaja mrugnê³a do niej i ruszy³a wzd³u¿ ciemnego korytarza tak pewnie, jakby to by³ srodek dnia. Wbieg³a po schodach i pchnê³a drzwi swojej sypialni.
W srodku by³o jasno jak za dnia. Oprócz ognia buzujacego w kominku by³o tam chyba kilkanascie swieczników, ka¿dy, jak to mówi³a s³ u¿ba, "w pe³ nej obsadzie". Sam Biafra zajmowa³ g³êboki fotel pod oknem. Pewnie obserwowa³ gwiazdy. Ale teraz... Szyby od dawna zasz³ y szronem. Nic nie by³o widaæ .
- Witaj.
Odwróci³ g³owê dopiero po d³u¿ szej chwili. By³ pijany do nieprzytomnosci. Ledwie móg³ utrzymaæ g³owê w pionie i choæ troch otworzyæ oczy. Nie zna³a go jeszcze z tej strony.
- Achajka - wybe³ kota³, olsniewajacy nawet w tym stanie. - Tak... tak... znaczy cieszê siê, no... ¿e ¿yjesz... czy jak tam mia³em powiedzieæ... - £okieæ usuna³ mu siê z podpórki i walna³ czo³em w oparcie fotela. - Ale mnie boli...
- G³owa?
- Nie... tu. - Chwyci³ siê za prawy bok, mniej wiê cej tam, gdzie znajdowa³a siê watroba. - Zaraz zwariujê z bólu.
- Nie chlej tyle - szepnê³a, podchodzac bli¿ej. Dopiero teraz zrozumia³a, ¿e podswiadomie liczy³ a na to, i¿ jej przezroczysta, tylko czêsciowo ukryta pod zarzutka nocna koszula zrobi na nim wra¿enie. W tym stanie jednak wra¿enie na nim mó g³ zrobiæ jedynie najwiêkszy dzwon w stolicy rozbity bezposrednio na g³ owie.
- Masz ten swój szlak! - warknê³a nagle, wsciek³a. - Masz przejscie przez Las.
- O, kur... - kichna³ nagle i osmarka³ siê.
Wytar³a mu twarz kawa³kiem szmatki, która wziê³a z pó ³ki. Szlag! Nawet teraz, nawet nieprzytomny z upicia, ze slina cieknaca z ust, robi na niej wra¿enie.
- A... Achajko... kocham ciê!
Mówi³ o szlaku. Mówi³ o swoim wielkim osiagniêciu. Nie o niej. Nie mog³a zrozumieæ samej siebie. Naprawdê jej na nim zale¿a³o? Na tym gnoju, samolubie, skurwysynu? O, kurwa maæ! Czy to naprawd mo¿liwe?
Biafra usi³owa³ wstaæ. Nogi rozjecha³y siê i runa³ na ziemiê, walac ty³kiem w wypolerowane p³yty posadzki. Sykna³ cicho. Na jego policzkach zobaczy³a ³zy, ale wytar³ je szybko, rozsmarowujac jednoczesnie na twarzy w³asne smarki. Zacisnê³a zêby i szarpnê³a zdobiony sznurek dzwonka.
Pierwsza s³u¿aca, ju¿ w nocnej koszuli, ze swieca w rêku pojawi³a siê bardzo szybko. Musia³a biec.
- Doprowadz go do takiego stanu, ¿ ebym mog³a z nim porozmawiaæ.
U zawo³anej sadystki, u mistrza umierania, przy któ rym sam Anai móg³ jedynie us³ugiwaæ, u demona smierci zwanego dotad dla niepoznaki pierwsza s³u¿aca, pojawi³ siê usmiech szczê scia. Dziewczyna zacisnê³ a zêby, po raz pierwszy w ¿yciu dosta³a swojego najwiêkszego wroga we w³asne rêce. Uuuuuuu! ¯yczenia jednak siê spe³ niaja. Wszystkie. ¯yczenia siê spe³ niaja! Bogowie, jak piêkny jest nasz swiat! S³u¿aca wzi ³a Biafrê pod pachê i poprowadzi³ a go, jak barana, na rzez.
Achaja usiad³a na ³ ó¿ku. Odruchowo w³o¿y³a palec do ust i zaczê ³a gryzæ. Szlag! Szlag! Szlag! Naprawdê jej zale¿ a³o na tej swini? Zerwa³a siê i ustawi³a lustro spod sciany tak, ¿ eby mog³a widzieæ swoje odbicie. Wróci³a do ³ó¿ ka. A gdyby siê po³o¿ yæ na boku? Zmieni³ a pozycjê. I troszeczkê zadrze koszulê? Jeszcze trochê? Jeszcze? Nie. By³a ju¿ prawie go a. A mo¿e na wznak? Odrzuciæ ko³drê, choæ zimno, rêce za g³owê, niech pó ³przezroczysty materia³ koszuli zrobi swoje? E... Tak to móg³by siê ch³opak po³o¿yæ. Wiêc mo¿e na boku, przykryæ siê, ods³ oniæ biodro, wypiaæ siê trochê, podciagnaæ koszulê ... O¿, psiakrew! Bê dzie widaæ jej niewolnicze piêtno na ty³ku. Czy mia³a jeszcze jakis niepokancerowany fragment cia³a? Zatrzepotaæ rzê sami? To czkawki dostanie ze strachu, widzac jej idealnie czarne oczy. Mo¿e opusciæ ramiaczko? To zobaczy tatua¿ na piersi. Szlag! Mog³a mu pokazaæ najwy¿ej nogê. Po³o¿y³a siê na drugim boku. D³u¿szy czas uk³ ada³a ko³drê tak, ¿eby wyglada³o na "naturalny" nie³ad. Podciagnê³a koszul , zgiê³a kolano. No nie. Chlipnê³a. Te jej cholerne miê snie. Uszczypnê³a siê w udo, a¿ w oczach pojawi³y siê ³zy. Kurde. Mog³aby mieæ tam choæ trochê t³ uszczu. Choæ trochê. Tyci, tyci. A, szlag. Usiad³a, opuszczajac ramiaczka koszuli. Piersi mia³a ³adne. Tê z tatua¿em zakry³a ramieniem, opierajac brodê na d³oni. ¯e niby mysli o czyms skupiona. Niezle - zerknê³a na swoje odbicie w lustrze. Rozpusci³a w³osy. O, tak! Zgarnaæ z karku w³osy przez lewe ramiê. Niezle. I jeszcze prawa noga, udo, biodro. Szlag! Te cholerne miêsnie. Ale siê prê¿a. Dobra. Spokojnie. ¯adnych ruchów, ¿ adnego napinania miê sni. Mo¿e, pijany, nie zauwa¿y?
Biafra wszed³ prowadzony przez s³ u¿aca pod ramiê. Mia³ mokre w³osy, siñce pod oczami, i spory krwiak na lewej skroni. W kuchni wypadki musia³y przybraæ ostra formê. Dziewczyna opar³a go o lewy bok ³ó¿ ka, ale Achaja syknê ³a cicho i wskaza³ a jej druga stronê. Pierwsza s³u¿aca nie dosta³a swojej funkcji tylko dlatego, ¿e by³a ³ adna. Zrozumia³a w lot. Szarpnê³a Biafrê za w³osy, podprowadzi³a i opar³a go z drugiej strony. By³a naprawdê dobra. Wychodzac, wskaza³a go³a piers i biodro ksiê¿niczki i powiedzia³a bez dzwiêku, samymi ustami: " Niezle! Masz go na widelcu, panienko". Mrugnê³a porozumiewawczo i zamknê³a drzwi. Przynajmniej jakies pocieszenie.
Biafra gramoli³ siê z trudem, ¿eby powstaæ z klêczek. Zerkna³ na ³ó¿ ko.
- Uch... - Jego oczy trafi³y tam, gdzie trafiæ powinny. - Ale jestes ³adna, ksiê¿niczko.
Taaaaaaak!!!!! Ko³ dra pod szyjê, koszula w dó³. O taaaak! Rozpoznanie bojem, pierwsza bitwa i... sukces. Tak, pani strateg. Bitwê wygralismy, teraz kampania. Do natarcia! Do ataku!
- Masz swój szlak, Biafra. - Uderzy³a g³ó wnymi si³ami w centrum wojsk przeciwnika.
- Kurde. Naprawdê?
- Czy te oczy moga k amaæ? - Zakry³a je rzêsami, ¿eby go nie przestraszyæ. - Masz go! Ca³y twó j.
Jej wojska przesz³y, druzgoczac ugrupowanie przeciwnika. Masakra.
- Jestes genialna! Jestes piêkna!
Ciekawe, czy mówi powa¿nie? I czy chodzi o jej piêkno, czy tylko o to, ¿e wykona³a zadanie? Zagryz³a wargi, ale zaraz pusci³a i usmiechnê³a siê lekko. Kobieta z zagryzionymi ustami nie wyglada³a zbyt piêknie. Zwinê³a si³y, formujac je w kolumn marszowa. Teraz okra¿enie.
- Mów.
- Te twoje wypalenia, akcja Chorych Ludzi i parê innych zdarzeñ wywar³y odpowiednie wra¿ enie. - Teraz trzeba troch podbechtaæ ch³ opczyka. - Jestes najlepszym strategiem na swiecie. - G³adko wypowiada³ a pochlebstwa. Niech roz³o¿y ogon jak paw. - Jestes najlepszy. - Ju¿ siê puszy³, choæ pijany. Bogowie, ile moga zdzia³aæ zwyk³e komplementy. - Pokaza³ysmy im z Arnne zalety naszego systemu myslenia, pokaza³ysmy im nowa broñ. Powiedzia³ysmy im, e moja Starsza Siostra osobiscie podpisze uk³ad, stanowiacy, ¿e armia Arkach rzuci siê na ka¿dego, kto bêdzie pali³ Las. I...
- Dali siê na to zrobiæ? - spyta³ choæ trochê przytomnie.
- Dali. Oni nie maja pojê cia o swiecie wokó³ . Oni chcieliby tylko, ¿eby nie paliæ Lasu w tym tempie. Weszli w nasze brudne ³apska jak chcia³es.
- Zaraz brudne. - Biafra spojrza³ na swoje idealnie opi³owane paznokcie, na swoje wypielê gnowane d³onie.
Achaja wziê³a g³ê bszy oddech. D³onie! Mia³ takie sliczne rêce. Przewróci³a siê na bok, niby przypadkiem wystawiajac pupê spod ko³dry. Delikatnie, skubiac samymi koniuszkami palców, podciaga³a znowu koszulê, ¿ eby pokazaæ swój lewy posladek.
- Dostana broñ od Chorych Ludzi. Poszlismy na dwadziescia od sta. My ³apiemy resztê. Mamy szlak i mamy Chorych Ludzi, któ rzy nam ty³ek poli¿ a z wdziêcznosci.
- Rozmawia³as z kims wa¿nym?
- Z nikim. To by³ Kenneh, kupiec czy kto tam. Widzia³am jednak, jak mu siê zaswieci y oczy, kiedy us³ ysza³ o szlaku. Przestana paliæ Las, przywioza broñ, chca, ¿eby im p³ aciæ w z³ocie.
- Sam bym siê zesra ze szczêscia na ich miejscu - prychna³, potrzasajac g³owa. Gapiac siê na go³a po³owê jej pupy a¿ prze³kna³ slinê. Ona znowu zakry³a siê niby przypadkiem i znowu siê przewróci³a na ³ó¿ku. To niesforne ramiaczko... Biafra gapi³ siê teraz na jej kszta³ tna, prawa piers, na sterczacy sutek. - W z³ocie - Nie mó g³ siê skupiæ. - Ile chca?
- Sto razy mniej ni¿ na targu w Luan - zakpi³a. - No, ile moga chcie ? Dogadamy siê. Nasz szlak, nasz uk³ ad z lesnymi ludzmi, nasza polityka. To ja i Arnne jestesmy wojownikami z Lasu, nie oni. Niech sobie policza, ile zaoszczêdzana kosztach podró¿y, na c³ach, mytach i naszym ubezpieczeniu od wszelkich nieszcz sæ. Bêdziesz mia³ te swoje karabiny.
Jej wojska sprawnie okra¿a³y topniejace si³y przeciwnika. Trzeba by chyba ju¿ powolutku zmusiæ obcy sztab do kapitulacji.
Biafra zauwa¿y³ pod ³ó¿kiem jakis porzucony wczesniej dzbanek z gorza³ka. Nie do koñca pró¿ ny. Dokonujac cudów zrê cznosci, wydoby³ go i przytkna³ do ust. Usi³owa³ wpakowaæ siê do ³ó¿ka. Niby przypadkiem pomaga³a mu jedna r ka.
- Kocham ciê.
O, mamo! Mówi powa¿ nie? Obcy sztab podpisa³ w³asnie akt kapitulacji. Pani Strateg Naczelna, to by³a bitwa przeprowadzona jak w podrêczniku piechoty.
- Jestes wspania³a.
Bum, bum, bum... Teraz konsumpcja owoców zwyciêstwa. Delikatnie przykry³ a go ko³dra. Przytuli³a siê lekko. Ujê³a jego d³oñ kierujac tam, gdzie powinna siê znalezæ . Zaraz siê ch³ opczyku przekonasz, co zwyciêzcy robia z pokonanymi. Odwiecznym prawem wojny: gwa³ca! Ju¿ za chwilê, sliczny ch³opcze, zostaniesz zgwa³ cony.
- Mo¿emy na wiosnê uderzyæ.
- O, ¿esz... - targnê³a siê zaskoczona. - Na co?
- Na Luan.
Poderwa³a siê. No i nici ze zwyciê stwa. Choæ trzyma³ rêkê dok³adnie tam, gdzie powinien, mysla³ zupe³nie o czyms innym.
- No, co ty? - westchnê³a rozczarowana. - Chcesz wyprztykaæ ca³a armiê? No, co ty?
- To nasza jedyna szansa. Achajko, kochanie moje - sparafrazowa³ jej ksia¿êcy tytu . Poruszy³ rêka, ale chyba tylko przypadkowo. A ona by³a gotowa. Szlag! - Jesli nie my, to na wiosnê uderzy Luan i wylezie wreszcie na pagórkowata równin przed stolica. A to bêdzie nasz koniec. Koniec. - Odrzuci³ pusty dzbanek. - Jesli jednak bê dziemy zdecydowani, wyleziemy im na ty³ y i zrobimy kuku. Mamy teraz szlak, bê dziemy mieli broñ Chorych Ludzi, Troy stanie za nami jak za w³asna siostra.
- Kur...! Jakie Troy? Oni nie stana. Oni nie uderza na Luan. Ocknij siê, Biafra.
Biafra ledwie móg³ utrzymaæ g³owê w pionie. Opar³ g³owê na jej piersiach, ale zamiast przedsiê wziaæ cokolwiek, zacza³ mówiæ:
Troy mia³o w³asne k³opoty i to bardzo powa¿ne. Bynajmniej nie chodzi³o o Luan. On sam nie wiedzia³ dok³adnie o co chodzi, ale... Wedle starego przys³ owia: "Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o Zakon". K³opoty nie dotyczy y ca³ego Troy - mia³ je jednak Zaan. Tyle Biafra wiedzia³ ze swoich zróde³. A to znaczy³o, ¿e moment jest idealny. Skoro Zaan tak chcia , skoro Zaan potrzebowa³ wojny (i to prawdziwej wojny, a nie " stosunku przerywanego" na granicy) to znaczy, ¿e wojna bê dzie. Pieniadze z Troy przyp³yna, jesli nie rzeka, to szerokim strumieniem. Królestwa Pó³nocy omotane. Dery (to ju¿ zas³ uga samego Biafry) omotane. Wojna. Tym razem na smieræ i ¿ycie, a nie krok w przód i dwa kroki w ty³. Luan pewnie zwyciê¿ y jak zwykle. Ale jest pewna szansa, ¿e psy wokó ³ podwórka te¿ zda¿a chwyciæ jakis ³up w zêby. A dla Arkach to byæ albo nie byæ. Troy atakuje wzd³u¿ morskiego brzegu. Arkach ma zwiazaæ Luan, a konkretnie dwa jego korpusy: Pierwszy i Drugi Mieszany. Jesli to siê uda, Królestwa Pó³nocy wala przez granicê i wchodza jak nó¿ w ciasto. Niech to szlag. Królestwa Pó³nocy zostana zatrzymane jakies trzydziesci dni drogi od Syrinx, Troy wyprztyka siê, zajmujac nadmorski pas graniczny (ale b dzie mia³o wszystkie porty), a Arkach niech tylko dojdzie do gór na granicy prowincji Negger Bank. I to znaczy ¿ycie! Wtedy mo¿na negocjowaæ. Wtedy mo¿na wiele cudów wyczyniaæ. Wtedy mo¿na zdradzi Królestwa Pó³ nocy. Wielcy zwyciêzcy w tej wojnie to Troy (bo bêdzie mia³o wa¿ne porty, z któ rych najwy¿ej dwa odda podczas negocjacji) i Arkach, bo uzyska jeszcze dziesiêæ lat ¿ ycia. Ale Luan zajmie siê wychêdo¿onymi w trakcie rozgrywki Kr lestwami Pó³nocy, a Arkach bêdzie mia o szlak przez Wielki Las i wrednie chciwych Chorych Ludzi za plecami. Mo¿e uda siê utrzymaæ nawet pasmo gór przy Negger Bank? Jesli nawet nie, to najwa¿ niejszy szlak handlowy na swiecie bêdzie przechodzi³ przez Arkach. Chorzy Ludzie nie popuszcza. Bêda musieli pomóc w utrzymaniu szlaku - oni te¿ maja nó¿ na gardle. A majac ekonomiczne poparcie tych chciwych bestii, mo¿ na wiele zrobiæ. Z³oto wprawi ich w ruch. Z³oto sprawi, ¿e b da sk³onni do wszelkich rozmów. Z³oto sk³oni ich do najdziwniejszych uk³adów.
Ale to jeszcze nie koniec. Luan zajmuje olbrzymia przestrzeñ . Jak siê porozumie z sojusznikami? Ot ¿ w Luan powsta³a w³asnie najlepsza na swiecie Imperialna Poczta. Docierajaca do ka¿ dego zakatka cesarstwa, nawet do warownych, granicznych osiedli. Kurierzy zmieniali konie w rozstawionych przy drogach stacjach i byli w stanie w przeciagu jednego dnia przebyæ piêæ dziesiat, siedemdziesiat tysiê cy kroków. Jesli kurier czêsto zmienia³ konie, mó g³ przebyæ po wspania³ych imperialnych drogach nawet sto piêæ dziesiat tysiêcy kroków dziennie. Majstersztyk. Czegos takiego nie ma nigdzie na swiecie. Ma³ym problemem dla cesarza mo¿e byæ tylko, ¿e ten wspania³y wynalazek zosta³ stworzony (i jest w³asnoscia) panów Zaana i Biafry. Wszelkie karawany, pos³añcy, oficerowie z listami przebywali dotad jakies dwadziescia, trzydziesci tysiêcy kroków dziennie. Oddzia³y wojskowe mog³y przebyæ jakies trzynascie tysiêcy. Agenci, którzy musieli siê ukrywaæ , rzadko robili dziesiêæ tysiêcy. Kurier z pilna misja robi³ sto piêæ dziesiat tysiêcy. Trzy dni! Nieca³e trzy dni dzieli³y panów Zaana i Biafr jesli chcieli sobie przekazaæ jakas wa¿na wiadomosæ. Historycy bêda kiedys pisaæ o wspania³ej idei Imperialnej Poczty. Nawet w g³owie im nie postanie, ¿e pocztê tê stworzyli najwiêksi wrogowie imperium.
- Jest tylko jedna trudna sprawa. - Biafra dzwigna³ siê z trudem i opad na ³ó¿ko tu¿ obok Achai. By³oby niezle, tyle tylko, ¿e on le¿a³ na ko³drze, ona pod ko³dra i nie bardzo wiedzia³a, co z tym zrobiæ.
- Jaka sprawa?
- Luan chce pokoju.
- Ach - rozesmia³a siê. - To swietnie! Rewelacja. - Uderzy³a d³onia o d³oñ. - Mamy szlak i mamy pokój.
- I pêtlê na szyi. - Spojrza³ na nia z ukosa. Potem zakla³ cicho.
Zerknê³a na niego, zagryzajac wargi.
- Czemu?
Machna³ rêka.
- Wiesz... Wyglada³as na kobietê, która wie, ¿e w ¿yciu nikt niczego jej nie da za darmo. Nikt nikomu nie robi prezentów. Za ka¿da przys³ugê trzeba p³aciæ.
- I my zap³acimy?
- Tak - skina³ g³ owa. - ¯yciem.
Nie mog³a zrozumieæ .
- Przecie¿ marzylismy o pokoju.
- Nie przypominam sobie ¿adnych takich marzeñ. - Wzruszy³ ramionami.
- No, przecie¿ sam mówi³es, ¿e jak przejda wzgórza...
- A co za ró¿nica, kiedy je przejda? W tym roku, przysz³ym, czy za dwa lata?
- No, ale przez ten czas bêdziemy mieli handel, bêdziemy mieli pieniadze.
- Arkach na Luan? Cha, cha... "Nied³ugo ju¿ zabijê s³onia - powiedzia³a mucha. - Tylko nazbieram wi cej pieniêdzy i bê dê siê dobrze od¿ ywiaæ. I za rok... rozszarpiê go tymi rêkami!"
Opad³a na poduszkê zszokowana. Nie mia³a pojêcia, co o tym mysleæ.
- Mo¿esz mi wyt³ umaczyæ? - szepnê³ a.
Usmiechna³ siê.
- Daja nam pokój. I zyskuja: poparcie u twojej Starszej Siostry, poparcie Pierwszej Czarownicy Królestwa, poparcie u wszystkich ksiê¿ niczek, poparcie u kupców, poparcie wszêdzie. Nikt z naszych nie chce wojny. Skarb jest pusty, nie ma za co utrzymywaæ armii. Luan albo stopuje Troy, albo prowadzi pierwsza naprawdê zwyciêska wojnê na tamtym froncie.
- Drugi wydzia³ cos zwacha³? - przerwa³ a mu. - Poznali wasz plan?
- Watpiê - mrukna³. - Sam cesarz nic nie wie. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o Zakon.
- Zakon ma cos do Troy?
Biafra usmiechna³ siê wrednie.
- Albo do pana Zaana osobiscie.
- No nie. Jakby Zakon mia³ cos do Zaana to - strzeli³a palcami - w przeciagu jednego oddechu nie by³oby go ju¿ na powierzchni ziemi.
Zaprzeczy³ powolnym ruchem g³owy.
- To jest jakas wiê ksza rozgrywka - zachmurzy³ siê. - W ka¿dym razie chodzi o danie wolnej rêki Luan na wschodzie. I to siê dobrze nie skoñczy. Luan nie zakatrupi Troy, ale postawi mu nogê na gardle. Za dwa lata, kiedy ju¿ nic nie bêdzie ich krêpowaæ, zniszcza Arkach. Luan wtedy zatchnie siê w³asnym t³ uszczem, ale co nam z tego? Na d³ugo przedtem bêdziemy ju¿ trupami.
- Ale bêdziemy mieli czas. Bêdziemy mieli pieniadze - powtó rzy³a.
- S³uchaj. Kiedy by³as w obozie niewolników, mia³as tam jakiegos smiertelnego wroga?
- Wielu - prychnê³ a.
- A da³abys im nó¿ , pozwoli³a przytknaæ go do w³ asnej szyi i zasnê³ a spokojnie, jesli twój wróg zapewni³ ciê, ¿e pragnie przyjazni?
- Ale Luan...
- Luan - przerwa³ jej - chce mieæ szlak przez Las. I bêdzie go mia³. Po naszym trupie.
Westchnê³a cicho. Popatrzy³a na oszronione okna. Przesunê³a wzrokiem po niezliczonych lichtarzach, które Biafra zgromadzi³ w jej sypialni. Ba³ siê ciemnosci? A jakie to mia³o znaczenie? Odwróci³ a g³owê. Z ogromna intensywnoscia poczu a jego zapach. Silna woñ wódki i jakichs niesamowitych, wspania³ych pachnide³. Nie mog³a w tym melan¿u wyczuæ jego w³asnego zapachu. Tu¿ obok niej, na jej w³asnej ko³ drze, le¿a³ najpiê kniejszy mê¿czyzna, jakiego widzia³a w ¿yciu. Tu¿ obok niej le¿a mê¿czyzna o najbrzydszym umysle na ca³ym swiecie. Jak to siê mog³o tak po³aczyæ? Dlaczego to cos, takie ohydne, by³o ukryte w czyms tak piêknym?
- Kogo chcesz zabiæ, Biafra? - spyta³a cicho.
- Otó¿ Luan nie wysle ju¿ zwyk³ego poselstwa - odpowiedzia³ natychmiast. - Po aferze z gó rska dywizja bêda siê bali. Wysla, pó³ prywatnie, jakiegos ksiêcia. ¯eby móg³ zaczaæ negocjacje od razu na wysokim szczeblu.
- Ale to bêdzie jakis zwolennik pokoju.
- Masz racjê. Z ca³a pewnoscia wybiora kogos, kto od dawna zabiega³ o pokój miêdzy naszymi pañstwami. Musi byæ przekonujacy.
- A ta druga ofiara?
- Pierwsza Czarownica Kró lestwa. Mamusiê jakos przekonam. Ksiê¿niczki mo¿na przekupiæ lub sterroryzowaæ. Kupców mo¿na wziaæ za mordê albo ok³ amaæ. Jej nie.
- Kurde! To jest dwó ch niewinnych ludzi.
- Owszem - zgodzi³ siê szybko. - Ale jak bêda ¿ yli... Arkach umrze.
- Chyba nie sadzisz, ¿e zabicie dwóch osób zmieni bieg swiatowych wydarzeñ .
- Oczywiscie. Sa tak¿e pozosta³e osoby - zgodzi³ siê znowu. - Z tym, ¿e tymi pozosta³ymi zajmie siê kto inny.
A¿ podskoczy³a z wra¿enia.
- Jak to "kto inny"? - Potrzasnê³a g³owa. - To znaczy, ¿e tych dwoje mam zabiæ ja???
Spojrza³ na nia. Usmiechna³ siê smutno.
- Jestes sliczna.
- Nie bierz mnie pod w³os! Dlaczego ja?
- Ksiêcia goszczacego na dworze mo¿e zabiæ tylko ksiê¿niczka.
- Co on? Taki wielki szermierz?
- A, daj spokój - machna³ rêka. - Jest bardzo dobry. Ale w twoim przypadku - cmokna³ cicho - to bêdzie szybka egzekucja. - Przymkna³ oczy. - Musi byæ ksiê¿ niczka na ksiêcia, bo inaczej zdolnosæ honorowa utracimy. - Znowu siê usmiechna³. - Natomiast w przypadku czarownicy... Tylko ty mo¿esz tego dokonaæ. Ty i pani Arnne.
- Ty swinio! Ty swinio! Ty sukinsynu! To morderco pierdolony!
Pokiwa³ g³owa.
- Ty... ty gówno p³ynace rynsztokiem. Ty... ty...
- Masz racjê.
- Stul pysk! Ty gnoju! Ty... - Brakowa³o jej s³ w. A¿ ja zatka³o ze z osci. - Ty... Kurwa! Dwoje niewinnych ludzi? Taka swo³ocz tu siedzi i mówi, ¿e mam zabiæ dwoje niewinnych ludzi. Takie gówno. Dwoje, psiamaæ, bezbronnych ludzi.
- A twoja dywizja gó rska - usmiechna³ siê ciep³o. - Nie by³a bezbronna przy Virionie?
- To... Ty skurwysynu! Jesli to zrobimy, to co nas wtedy bêdzie ró ¿niæ od naszych wrogów? Po co walczymy? Co nas bê dzie od nich ró¿ni , jesli bêdziemy takie same gnoje?
- Nic. - Mrugna³ porozumiewawczo. Przy wszystkich swoich wadach Biafra stanowczo nie nale¿ a³ do ludzi, któ rzy obra¿aja siê za s³owa. - Nic nas nie ró¿ ni ju¿ od dawna. Tyle tylko, ¿e my to my, a oni to oni. - Usmiechna³ siê radosnie.
- Ty... To jest takie kurestwo...
- Kochanie - ziewna³ . - Daj mi ich g³ owy na z³otej tacy, proszê.
Achajê zatka³o. Kompletnie.

Rozdzia³ 17
W
ielki bal w zimowym, po³o¿onym w lesie królewskim pa³acu rozkrêca³ siê dopiero. Jej Wysokosæ jeszcze nie zaszczyci³a gosci. Ksiê¿niczki, goscie, szlachta snuli siê niemrawo wokó³ zastawionych sto³ów, wymieniajac zdawkowe uwagi, plotkujac i ziewajac ukradkiem. Na razie wszyscy uczestniczyli w przyjêciu wy³ acznie z obowiazku. Prawdziwe atrakcje mia³y dopiero nadejsæ.
W jednej z sal bocznego skrzyd³a trwa³a goraczkowa praca. Dwóch cyrulików zmienia³o kolor w³ osów Achai na rudy, trzy s³u¿ace nak³ ada³y na jej twarz wiele warstw pudru, eby zakryæ tatua¿. Dziewczyna poddawa³ a siê tym zabiegom obojêtnie.
Tu¿ obok Biafra naradza³ siê z wynajêtym prowokatorem, m³ odym, mo¿e raptem siedemnastoletnim ch opcem.
- Robimy tak, jak ksiêcia Siriusa chcia³y obraziæ Wielkie Rody - powiedzia³ w³asnie ch³opak.
- Na "dziewczyn "? To siê nie uda³o w Troy.
- Tu siê uda. - Ch³opak mimo m³ odego wieku mia³ ju bezczelne, wredne oczy, takie jakie widuje siê u starych donosicieli albo u katów, ale tylko tych, którzy z wykonywania swojego zawodu czerpia przyjemnosæ. - Facet przecie¿ mysli, ¿e przyjecha , ¿eby wam nieba uchyliæ. Jego intencje sa czyste. Bêdzie pokój, mysli. Nie spodziewa siê prowokacji.
- Królowa mnie zabije za ten numer. - Biafra zagryz³ wargi. - To przecie¿ jawna...
- Prowokacja - dokoñ czy³ ch³opak, usmiechajac siê tak, jakby ta dodatkowa trudnosæ szczegó lnie go radowa³a. - Ja jestem prowokatorem, panie. Przecie¿ do tego mnie najêliscie.
- Wiem. - Biafra podszed³ do okna i d³u¿sza chwilê me³³ przekleñstwa. Nala³ sobie wódki do wielkiego metalowego kubka i wypi³ jednym haustem. Zerkna³ na Achajê, której cyrulicy uk³ adali w³asnie wspania³a fryzurê.
- Dobra - mrukna³. - Poradzê sobie jakos.
Ch³opak usmiechna³ siê znowu. Potem skina³ na swoje s³ugi. Bez ¿adnego skrê powania, w obecnosci kilku kobiet zacza³ siê rozbieraæ. Nawet Achaja zerknê a z boku zdziwiona. Dwie s³u¿ace na³o y³y mu gorset, a po chwili scisnê³y w pasie tak, ¿e ledwie móg³ oddychaæ. Dwie inne poda³y mu wspania³a balowa sukniê i pomog³y na³o¿yæ zgrabne, pokryte lakierem trzewiki. Jeden cyrulik zacza³ pudrowaæ mu twarz, drugi, jednoczesnie skuba³ brwi specjalna pêseta.
- Kurde - westchna³ ch³opak. - Jak kobiety w tym chodza?
Poruszy³ nogami skr powanymi przez waska, wspania³a sukniê.
- Chyba siê nie potkniesz? - spyta³ Biafra.
Tamten usmiechna³ siê samym skrzywieniem warg.
- Tak tylko mówiê. - Wzruszy³ ramionami. - Æwiczy³em krok chyba we wszystkich strojach, jakie wymysli³ cz³owiek. - Rozesmia³ siê nagle. - Kiedys by³em przebrany za baletnicê i odtañ czy³em na uczcie ca y kawa³ek. - Roz³o¿y³ rêce. - Brawo mi bili. A ten, co na niego mnie wynajêli, to od razu wzia³ mnie do ³o¿nicy. A jak wpadli ci, co byli nagotowani, ¿ eby tumult uczyniæ i klienta na sad dostawiæ, to siê ba³em, ¿e mnie zgwa³ca. Za dobrze, szlag, udawa³em. Za dobrze.
Biafra usmiechna³ siê lekko. Achaja wydê³a wargi. Na szczêscie s³u¿ acy uporali siê nareszcie z jej fryzura. Najwy¿sza z dziewczyn zas³oni³ a ja trzymana w rê kach tkanina od reszty obecnych w pokoju i Achaja mog³ a zrzuciæ swoja szeroka koszulê. Dwie s³u¿ace na³o y³y jej gorset i, stêkajac z wysi³ku, zacisnê³y wszystkie paski. Achai pociemnia³o w oczach. I tak by³o jej ³ atwiej - w czyms takim chodzi³a latami jeszcze w Troy. Jak móg³ wytrzymaæ tê torturê osiemnastoletni ch³ opak? Nie mog³a zrozumieæ.
W³o¿y³a cieniutka, waska sukniê. Mog³a w niej rozstawiæ stopy mniej wiêcej na odleg³osæ jednej d oni. Nieszczególnie jej to przeszkadza³o. Mia³a jednak nadziejê, ¿e ch³ opak, ubrany w cos takiego, przewróci siê i rozwali sobie nos. Zerknê³a do lustra na swój, podkreslony gorsetem, kszta³tny ty³ek. Poruszy³a nim lekko. Wyglada³ bardzo pociagajaco. Spojrza³a ukradkiem na Biafrê, czy widzi. Widzia³. Niestety, pochwyci³ jej spojrzenie. Usmiechna³ siê. Szlag.
- Masz. - Poda³ jej dziwny, czarno-z³oty przedmiot. - To okulary.
- Co?
- Takie cos, co zas³ ania oczy.
Gruby, z³oty drut obejmowa³ dwa idealnie okrag³e, swietnie wyszlifowane kawa³ ki ciemnego kryszta³ u. Pomóg³ jej za³o¿ yæ to na nos i zaczepi³ koñce drutu o uszy.
- Szlachta z gór nosi takie czêsto zima, ¿eby uniknaæ oslepienia przez snieg.
Znowu zerknê³a w lustro. Ciemne okulary przydawa³y jej twarzy wyrazu tajemniczosci. Pasowa³y do jej rys w. Mia³a wszelkie szanse, ¿eby staæ siê ozdoba balu. Ale co najwa¿ niejsze, ciemny kryszta³ zas³ania³ jej czarne, pozbawione bia³ek oczy.
- S³uchaj. Bêdê mog³a je potem zatrzymaæ?
- Pewnie. Sa twoje. - Biafra wzruszy³ ramionami. Nie móg³ zrozumieæ , ¿e ksiê¿niczka mog³a pytaæ o cos takiego. Jakby strzeli³a palcami, s³u¿acy powinni w ciagu jednego dnia dostarczyæ sto takich. Chocia¿... Te rzeczywiscie by³ y wyjatkowe, wykonane przez jakiegos mistrza z dalekich krain. Ludzie Biafry zdarli je ze starego, grubego agenta, któ ry usi³owa³ ukryæ pod nimi oko pokryte bielmem.
- Jakby kto pyta³, powiesz, ¿e zapad³ as na snie¿na slepotê. Ale nikt pytaæ nie powinien. Twoja obstawa...
- Moja co?
- Obstawa - mrukna³. - Chyba nie sadzi³ as, ¿e ciê puszczê sama na salê balowa. Podejdzie jakis utytu³owany pacan, przedstawi siê, i ty te¿ bêdziesz musia³a wtedy powiedzieæ swoje imiê. W chwilê pózniej nikt nie podejdzie do ciebie na odleg³ osæ dwudziestu krok w - tak siê bêda bali.
- A nie mogê siê przedstawiæ jako Sliczna Dupeczka? - rozesmia³a siê, kr cac ty³kiem.
Rozesmia³ siê ró wnie¿. Mrugna³ do niej.
- Nigdy nie podawaj adnego fa³szywego imienia. Jak siê wyda, Kró lowa nas zetnie. - Klasna³ w d³onie. S³u¿acy skoczyli do drzwi, otwierajac je na ca³a szerokos . Zobaczy³a czekajace na korytarzu dwie wysoko urodzone damy. - To jest ksiê¿ niczka Ginne. - Biafra wskaza³ wy sza z kobiet. - Bêdzie siê krê ciæ wokó³ i wy³ apywaæ wszystkich tych, co bêda chcieli do ciebie podejsæ.
Ksiê¿niczka skinê a jej g³owa.
- Dama dworu Mija - kontynuowa³ Biafra. - Bêdzie tu¿ przy tobie, szczebioczac o bzdurach.
M³oda kobieta wykona³a g³êboki uk³on.
- Kurczê. Po co?
- Nie bêdziesz siê krêciæ po sali sama jak palec. Musisz z kims gadaæ. Wiêc pieprz g³ upoty do Mii i trzymaj siê okien.
Spojrza³a na niego unoszac okulary.
- No nie. Dlaczego akurat okien?
Zakla³ cicho.
- Przy oknach jest ch³odno. Jak podejdziesz do lichtarza z dwiema setkami swiec, gdzie goraco, spocisz siê i sp³ynie z ciebie ca³e to wapno, któ re masz na twarzy. - Machna³ rêka. - No, idzcie ju¿. Królowa zaraz zaszczyci towarzystwo swoja osoba.
Ginne ruszy³a pierwsza. Mija ujê³a Achajê pod rêkê i poda¿y y za tamta w odleg³ osci kilku kroków. Natychmiast te¿ zaczê³a szczebiota , widaæ rola, któ ra mia³a zagraæ, zosta³a stworzona specjalnie by wykorzystaæ jej naturalne talenty. Opowiada³a takie g³ upoty, ¿e wieczór móg³ zamieniæ siê w jedna z najgorszych tortur. Na szczêscie Ginne sz³a szybko. Wataha s³ug i lokaj w rzuci³a siê, ¿ eby otwieraæ przed nia drzwi.
Sala balowa, choæ królewska, niczym nie przypomina³a choæby wielkoksia¿ cych sal z Troy. Mog³a pomiesciæ raptem dwiescie, trzysta osób. Mo¿e trochê wiê cej. Powiedzenie, ¿e sala królewska w stolicy jej poprzedniej ojczyzny by³a dziesiêæ razy wiêksza, wcale nie by³oby ryzykowne.
Mija poprowadzi³a Achajê pod okno.
- No i wiesz, on wtedy spojrza³ na mnie, nogi zaczê³y mi dr¿eæ - trajkota³a bez przerwy - a mia³am na sobie taka sliczna sukniê, wiesz, najlepszy krawiec, on zreszta mia³ bodaj dwadziescioro dzieci, bo wiesz, jak jest za du¿o dzieci, z regu³y rzemieslnik robi byle jak, byle nastarczyæ, ale, wiesz, tkanina by³a z Garenmich, a ja kiedys mia³am jecha do Garenmich, ale to daleko, za to wtedy, to znaczy przed ta planowana podró¿a, co nie dosz³a do skutku, pozna³am takiego slicznego ch³opca. Wiesz, bo ch³opcy to lubia podró¿e. Wiesz, zna³am kiedys jednego podró ¿nika, ale on by³ stary, starosæ nie radosæ, nie? Ale kiedys spa³am ze starym mê¿czyzna. No, mo¿e nie by³ piêkny, ale to doswiadczenie. Tak, mam kole¿ankê, która mówi o sobie, ¿e dopiero ona jest doswiadczona, ale ja jej nie wierzê, ona g³upia i gadatliwa.
Jakis wystrojony mê czyzna zwróci³ uwagê na Achajê. Zamierza³ podejsæ bli¿ej. Ginne dopad³a go tak szybko jakby wystrzelono ja z katapulty.
- Jestem ksiê¿ niczka Ginne. - Usmiechnê³a siê tak szczerze, ¿e Achaja potrzasnê³a g³owa w niemym podziwie. - Zostalismy chyba przedstawieni, prawda?
Mê¿czyzna usmiechna³ siê, sk adajac uk³on. Nie móg³ ruszyæ dalej. Prawdziwej ksiê¿ niczki nie mo¿na wszak zbyæ byle czym. Pogra¿yli siê w rozmowie, ale zaraz ksiê¿niczkê zluzowa³y dwie damy dworu, które dopad³ y nieznajomego mê¿ czyzny i poprowadzi³ y w przeciwleg³y kat sali. Ginne powróci³a na swoja pozycjê wartownika, rozgladajac siê wok ³ w skupieniu.
Achaja dopiero po d³ u¿szej chwili zobaczy³a swoja ofiarê - ksiêcia Luan. Mê¿czyzna wydawa³ siê sympatyczny. By³ dosæ przystojny. Z wielka serdecznoscia rozmawia³ z politykami czekajacymi na nadejscie królowej. Zrozumia³a, ¿e on naprawdê chce pokoju.
Zrozumia³a te¿ jeszcze jedna rzecz. Nie bêdzie w stanie zabiæ niewinnego cz owieka o szczerych intencjach. Nadawa³a siê na kata w tym samym stopniu co uczennica swiatynnej szko³y.  

Biafra, wsciek³y tak, ¿e a¿ zielenia³ na twarzy, wzia³ ja pod ramiê i wyprowadzi³ z sali do przestronnego pokoju obok. O ma³o nie eksplodowa³. Spoci³ siê ca³y, rêce trzês³y mu siê coraz bardziej.
- No i co, moja ty szlachetna damo??? - sykna³, kiedy ju¿ zostali sami. - Dobry uczynek zrobi³as, co?
- Nie bêdê twoim katem - warknê³a.
- Nie? To szkoda - zakpi³. - Obwiesiæ siê przyjdzie.
W³o¿y³ dwa palce do ust i gwizdna³ jak móg³ najg³ osniej. W drzwiach pojawi³a siê przestraszona s u¿aca.
- Dawaj tu, kurwo, czterdziesci dziewczyn ze s³u¿ by!
- Proszê? - nie zrozumia³a polecenia.
Biafra doskoczy³ do niej i strzeli³ ja w twarz otwarta d³ onia.
- A teraz zrozumia³ as, suko? - Uderzy³ ja lewa d³onia w drugi policzek. - Rozumiesz ju¿?
Dziewczyna siê rozp aka³a. Kryjac twarz, pobieg a wzd³u¿ korytarza.
- Ty, psiamaæ, nie badz taki mocny wobec bezbronnej dziewczyny - syknê³ a Achaja. - Spróbuj ze mna, co?
- Ale¿ proszê. - Zrobi³ kilka krok w w jej kierunku. - Chcesz siê na mnie wy¿yæ? Pani szermierz natchniona. Pani major " Rzeznik" Achaja, chce zabiæ biednego, niewinnego mê¿czyznê? - kpi³ . - Ale¿ proszê. Nie wiem, dlaczego jeszcze mnie nie zabijasz. Doprawdy nie wiem, c ¿ ciê wstrzymuje.
Wsciek³a jak osa ruszy³a w jego kierunku.
Gwizdna³ jeszcze raz, tym razem w inny sposób.
Zamro¿one okna rozprys³y siê nagle. Dwadziescia dziewczyn w zimowych mundurach górskiej dywizji, przywiazane sznurami do zewnê trznych scian w oczekiwaniu na swoja chwilê, wpad³o nagle do srodka. Wszystkie mia³y w r kach napiête kusze. Sadzac po okrywajacym je szronie, musia³y d³ ugo czekaæ na mrozie, stojac na waskim gzymsie. Ale nie zmniejsza³o to ich sprawnosci bojowej. To byli ¿o³nierze z drugiej górskiej dywizji. Istnego cuda! - jak mówi³a Zinna. A Achaja wiedzia³a, ¿e Zinna mia³a racjê. One nie zawioda. One nigdy nie zawioda. Wykonaja ka¿dy rozkaz Biafry, choæ by wiêkszosæ mia³ a przyp³aciæ to ¿ yciem. Któras doskoczy³a do Achai od ty³u i przy³o¿y³a jej grot strza³y do pleców.
- No i co? Pani szermierzu natchniony? - zakpi³ Biafra. - Co mi teraz zrobisz? Nic? - spojrza³ szczerze zdziwiony. - A mo¿e mam ciê strzeliæ w pysk jak tamta? Co? Czemu nic nie mówisz?
- Ty gnoju...
- Och! Bo siê pop³ aczê!
Przerwa³y mu przestraszone s³u¿ ace, przepychajace siê, usi³ujace ukryæ jedna za druga, które wchodzi³y do wyziê bionej momentalnie sali.
- Stawaæ pod sciana! - rykna³ Biafra. Wsciek³osæ d³awi³ a go tak, ¿e ledwie móg³ oddychaæ. - Rozbieraæ siê, suki!
- Ale... - szepnê³a najodwa niejsza, ale Biafra nie da³ jej dokoñ czyæ.
- Sier¿ancie - szepna³ do jednej z ¿o³nierzy - jesli w przeciagu dwóch oddechów nie bê dzie go³a, to ja zastrzelcie.
Sier¿ant rozstawi³ a szeroko nogi, podnoszac kuszê.
- Rozbierz siê lepiej kole¿anko - rzuci³a równie¿ szeptem. - Proszê! Ja muszê wykonaæ rozkaz. Proszê!
Wszystkie czterdziesci dziewczat ze s³u¿ by rozebra³o siê prawie natychmiast. Sta³y teraz nagie na swych sko³ tunionych sukniach, usi³ujac zas³oniæ siê rêkami, zaciskajac zêby, bo naprawdê w pomieszczeniu by³o ju¿ zimno. Mrozny wiatr wia³ przez rozbite okna i sprawia³, ¿e przy ka¿dym oddechu z ust wydostawa³ siê ob³ok pary.
- Ustawiæ siê w czwórki - warkna³ Biafra. - Rêce do ty³u.
Dziewczyny ze s³u¿ by nigdy nie by³y w wojsku. Jednak widok dwudziestu kusz sprawi³, ¿e przesta³y siê zakrywaæ i po kilku przepychankach stanê ³y w czwórkach z r kami do ty³u. Rumieñce na ich twarzach swiadczy³y, ¿e gdyby tylko nie tych dwudziestu ¿o³ nierzy, to ich najgorszy oprawca skoñczy³by jako...
Ich najgorszy oprawca nie zamierza jednak koñczyæ w jakikolwiek sposób. Chwyci³ Achajê za w³osy i przyciagna³ do nagich dziewczyn.
- Czterdziesci! - sykna³. - Tyle twój oddzia³ uwolni³ jeñców ostatnim razem. Czterdziesci dziewczyn idacych do niewoli. Ty to ju¿ znasz. Co? - Szarpna³ ja za w³osy, niszczac misterna fryzurê. - Tak wtedy wyglada³ y? Co? - Szarpna³ nia jeszcze mocniej. - Boja siê teraz. Nie wiedza, co siê stanie. Ale ty wiesz - tchna w sama twarz Achai. - Ty wiesz, ¿e to jeszcze nie jest prawdziwy strach. - Pusci³ ksiê¿ niczkê i podszed³ do najbli¿szej s³u acej. Usmiechna³ siê do niej, a potem strzeli³ ja w twarz d³onia. Czerwona jak burak, naga dziewczyna po³ yka³a ³zy, które nagle pop³ynê³y z oczu. - Ona mysli, ¿e to ju¿ szczyt upokorzenia - usmiechna³ siê znowu. - Ale ty, Achajko, wiesz przecie¿, ¿e nie. ¯e nawet jej nie dotkna³em. ¯e nic jej nie zrobi³em. Ona nie wie, co jest prawdziwe upokorzenie. Prawda?
- Przestañ.
- O nie. - Znowu chwyci³ ja za w³osy. - Popatrz na nie. Tyle dziewczyn pó jdzie teraz do niewoli w najbli¿ szej bitwie. Dziêki tobie, Achajko. Bo nie raczy³as zabiæ jasnie pana, który sam w sobie by³ przecie¿ niczemu niewinny. Tyle dziewczyn, ile masz przed oczami, p jdzie teraz do niewoli i pozna to, co ty ju¿ znasz. A mo¿e mam je wszystkie zabiæ? I jeszcze setki innych? I pouk³adaæ wszystkie w zgrabny stosik? Co? Wtedy zobaczy³abys, ile przez ciebie zginie. Bo Luan ju¿ zna nasze plany.
Ciagnac za w³osy, podprowadzi³ Achajê do najbli¿szej dziewczyny.
- Jak masz na imiê? - warkna³.
- Lonnei - chlipnê³ a s³u¿aca.
- Ile masz lat?
- Siedemnascie, proszê pana.
- Rodziców masz? Z miasta jestes?
- Tylko mamê, prosz pana. Z miasta, tak. Ze stolicy.
Biafra strzeli³ ja w twarz, a¿ zamknê a oczy, odchylajac siê jak tylko mog³ a. Nie smia³a pusciæ rak, które trzyma³ a, jak rozkaza³ wczesniej, za plecami.
- Mama bêdzie p³ akaæ, jak zginiesz?
- Tak, panie. - Dziewczyna rozbecza³a siê. - Ona niedo³ê¿na, panie. Ja ja utrzymujê.
- I wystarczy - mrukna³. - Jestes zmobilizowana. Do oddzia³ów liniowych, dziecko.
- Panie! - Dziewczyna nie wiedzia³a, czy mo¿ e siê rzuciæ na kolana. - Mama umrze z g³ odu!!! Proszê.
- Tylko na dziesiêæ lat. To jak z bicza strzeli³. - Biafra usmiechna³ siê mi³o. - Muszê zrównowa¿ yæ straty, które naszej armii zada³a ta przemi³a ksiê¿ niczka - Znów szarpna³ Achajê za w³osy.
Podszed³ do nastê pnej.
- Ile masz lat?
- Szesnascie, proszê pana. - Dziewczyna, choæ naga i upokorzona, wyprostowa³a siê nagle. - Mam oboje rodzicó w. Jestem z miasta. Mogê pójsæ s³u¿ yæ!
- Pójdziesz. Do zwiadu. Ale liniowego. Tam siê ¿yje srednio trzydziesci dni - usmiechna³ si . - Jak myslisz? Rodzice bêda p³aka ?
- Przestañ!!! - krzyknê³a Achaja.
- Doprawdy? Ju¿? - Wzruszy³ ramionami. - Dotad mówi³em tylko o trupach i niewolnikach, ale... Pomówmy teraz o tych, co im siê uda o. Pomówmy o Zinnie, twojej by³ej porucznik. Ty, jako osoba szlachetna, przynios as ja ranna na w³ asnych rêkach, dwie inne dupy odnios³y ja do medyka, a ten zrobi³ co móg³. Zinna madra, nie jad a, pi³a wódkê. Nie zdech³a od rany w brzuch. Tylko ¿e teraz sra uszami. Widzia³as ja mo¿e? Raczy³as odwiedziæ ja u rodziców? Nie? Szkoda. Zobaczy³abys, jak sobie ¿yje cz³ owiek z pociêtymi wnêtrznosciami. No, dlaczego tak marszczysz te swoje sliczne brwi? Odwiedzi³as ja? Nie? No to ci powiem: sra uszami! A to jest naprawdê ma³o powiedziane. To tylko takie poró wnanie. Ale Zinna i tak szcz sliwa. Ma dom, rodziców, oficerska rentê. ¯yæ, nie umieraæ. Wszystko pod nos biednemu choremu. A widzia³as rannych zwyk³ych ¿o³ nierzy? Te, co medycy uratowali od zguby... cha, cha, cha... Piêkne dziewczyny, bez nó¿ek, bez raczek, bez piersi, bez nosków, bez oczek, bez uszek. Zna³em taka jedna. Siedemnastoletnia ¿ o³nierz Arkach. Dosta³a mieczem przez twarz. Uciêli jej nos i wybili oko. Medyk uratowa³. Wart swojej ceny. Mistrz! Zrobi³ co m g³. Twarz poharatana, ale przecie¿ ¿yje. Nie? Z miasta by³a. Ma swoje dzier¿awne, ma dodatek za rany. Wiêc wynajê³a sobie ma³y pokój w jakies norze. ¯yje! Codziennie rano zawija swoja twarz w stara chustê , tak ¿eby tylko jedno oko by³o wida , i idzie do piekarni kupiæ sobie bu³kê. Idzie na targ i kupuje sobie mleko. Na tyle mniej wiê cej ja staæ. I wraca do swojej nory. Ma szczêscie. Poprzedni lokator zostawi³ bujany fotel, wiêc siedzi sobie i... siê buja. W przód i w ty³. Patrzac na ulicê. W przód i w ty³. W przód i w ty³. W przód i w ty³... Ale to tylko do nast pnego ranka. Potem znowu zawinie siê w chustê i pó jdzie kupiæ sobie bu³kê. Kupi sobie mleko. Nieczytata i niepisata. Wiêc? W przód i w ty³. W przód i w ty³! Fajnie, co? Po co sobie roiæ o jakims kawalerze? To¿ ona szczêsliwa. Siedemnascie lat. Ca³e ¿ycie przed nia. By³a ¿o³nierz. Weteran. ¯yje. Nasze kochane pañ stwo nie da jej umrzeæ. ¯e bez nosa, bez oka, z pokiereszowana twarza? Gdzie indziej by zdech³a. Albo na ¿ebry posz³ a. A u nas? ¯ycie. Renta. Jedna bu³ka i garnek mleka codziennie. Trochê ssie w brzuchu, ale... Raz na dwadziescia dni odwiedzi ja sier ant z zaopatrzenia i da paczkê z ciastem albo z ubraniem. W przód i w ty³. W przód i w ty³. Fajnie? Chcia³abys tak? W przód i w ty ? Jak to siê ³ adnie pisze w kronikach: kole¿eñ stwo, poswiêcenie, szczytny cel, ofiara, walka, mieczem trach, ciach, tylko ranny, szczêscie, a potem... w przód i w ty³? W przód i w ty³. Tego ju¿ nie opisuja. Skurwiele.
Ja ci powiem. Taka jestes szlachetna. Nie zabi³as bezbronnego przy tobie faceta, swietnie. Ale pomysleæ, ile dziewczyn przez ciebie zginie? Co ci to obchodzi? Prawda? ¯e ktos jednak musi posprzataæ to gó wno, które pozostawi³a po sobie nasza armia i nasi politycy. Co ciê to obchodzi? Zobaczyæ, jak siê by³ej porucznik Zinnie sra bez brzuszka? Co ciê to obchodzi? Nie pomysla³as o tym? Sa jednak tacy, co o tym musza mysleæ. Wiem. Pogardzaæ agentami, skrytobójcami, wywiadowcami... To ³atwo. Nie nam siê papraæ w tych fekaliach, szlachetne siostry. Ale kto za was sprzatnie to gówno, coscie narobili, pañ stwo szlachetni wielce? Te wszystkie pierdo³y, pomy³ki, nieudacznictwo, totalna niekompetencjê, ³ apownictwo, sranie na sianie? Ale ktos, kurwa, musi. Ktos, kurwa, musi!
Biafra skina³ na sier¿ant dywizji gó rskiej.
- Wcieliæ je wszystkie do wojska - wskaza³ na czterdziesci s³u¿ acych. - Tylko oddzia³y liniowe. Wykonaæ!
- Tak jest! - ryknê a sier¿ant.
- To twoja zas³uga, z³otko - mrukna³ do Achai. - Tych, którym naprawdê zaszkodzi³ as, pewnie nie zobaczysz. W przód i w ty³. To nie dla ciebie, co?
- Ales to ³adnie wyprowadzi³ - syknê ³a Achaja. - Jeszcze chwila, a siê zrzygam w kacie tej sali.
- Chcesz, to rzygaj. - Biafra przyg³adzi w³osy. ¯o³nierze wyprowadzali go³e s u¿ace. - A jesli chcesz, to siê mo¿esz msciæ. Nie mam nikogo ukrytego w skrzyni ani pod pod³oga.
Spojrza³a na niego rozwscieczona. Mia³a ochotê go zabiæ. Mia³a ochotê naplu na niego i powiedzieæ, jak straszliwie nim gardzi. Mia³a ochotê powiedzieæ mu, ¿e ma racjê, ale ona boi przyznaæ siê do tego.
Drzwi, te od sali balowej, otworzy³y siê z trzaskiem. Królowa skinê³a dwoma palcami i ca³ a swita ulotni³a si w jednej chwili. Ktos domkna³ drzwi i zostali sami w tró jkê: w³adczyni, Biafra i Achaja.
- Zap³acicie za tê prowokacjê - szepnê ³a Królowa. By³a tak zdenerwowana, ¿e nie mog³a mówiæ normalnie. G³os jej dr¿a³, sepleni³a lekko. - Twoja g³owa, Biafra...
- Moja g³owa... - usi³owa³ cos powiedzieæ ale przerwa³a mu krzykiem:
- Stul pysk! Co ty sobie wyobra¿asz? ¯ e bêdziesz r¿na³ moich gosci jak swinie w jatkach? ¯ e bêdziesz podsy³a prowokatorów, kiedy ci tylko taki pomys³ postanie? - Królowa podesz³a do Achai. - Jak mog³as daæ mu siê tak opêtaæ ?! - ryknê³a. - Co?! Szlag! - Rê ce dr¿a³y jej coraz bardziej. - I zdejmij te ciemne okulary, bo mnie zaraz krew zaleje. Nie mo¿esz mi nawet w oczy popatrzyæ?
Achaja zdjê³a okulary. Królowa popatrzy³a w jej idealnie czarne oczy i wyraznie zwatpi³a. Machnê³a rêka.
- W³ó¿ je z powrotem - rozkaza³ a. Podesz³a do jednego z wybitych okien. - Biafra - powiedzia a du¿o spokojniej. Ju¿ nie sepleni³a. - Zamierzam siê ciebie pozbyæ. Achaja?
- Tak, moja pani?
- Jaki jest najmniejszy kraj na swiecie?
- Chyba... chyba Kone, moja pani. - Dziewczyna nie by³ a pewna. Pamiêta³a jednak cos o zagubionym wsr d sniegów na koñ cu swiata ksiêstwie, które na dworze jej ojca by³o przedmiotem dowcipó w, bowiem jego teren mo¿na by³o przemierzyæ powolnym krokiem w przeciagu kilkunastu modlitw.
- Pojedziesz do Kone, moje dziecko, jako pose³. I zostaniesz tam do koñca ¿ycia.
- Tak, moja pani. - Achaja zgiê³a si w uk³onie.
- Biafra. - Królowa zagryz³a wargi. - Sam siê zabijesz, czy mam wezwaæ kata?
- Sam, sam - mrukna³ , równie¿ gnac siê wpó³. - I cieszê siê, pani, ¿e nie spyta³ as o powód naszej akcji. Jak zwykle, lepiej takie sprawy pozostawiæ wywiadowi.
- Biafra! - Królowa podskoczy³a do niego, jakby chcia³ a pooraæ mu twarz paznokciami. - Ty mnie nie usi³ uj... - Kichnê³a g³osno. Mróz, z powodu wybitych okien, by³ ju¿ taki, jak na zewnatrz pa³acu. - Dlaczego?
- Oni zabili Pierwsza Czarownicê Królestwa, pani.
Schylona w uk³onie Achaja potrzasnê³a g³owa. Ale swinia! Ratowa³ siebie od smierci i ja od spêdzenia reszty ¿ycia gdzies na koñcu swiata. A jednoczesnie dalej realizowa³ swój plan. Teraz jednak musieli zabiæ czarownicê zanim odnajda ja kró lewskie s³ugi. Czy to siê da zrobi ?
- Coooo? - Królowa podesz³a do niego. - To dlaczego mi o tym nie powiedzia³ es? Skad wiesz?
- Od pewnego cz³ owieka, który upi³ jednego z ich s³ug. Po co mówiæ? I tak ich nie oskar¿ymy o nic. Có¿ znaczy be³ kotliwa opowiesæ s³ ugi upitego przez mojego cz³owieka? To nie dowód. To kalumnia rzucona w twarz cesarzowi Luan.
Achaja wziê³a oddech, ¿eby cos powiedzieæ, ale zrezygnowa³a. Pochyli³a g³owê jeszcze ni¿ej. Jak on zamierza to za³atwiæ?
Królowa klasnê³a w d³onie. Podrêczna natychmiast pojawi³ a siê w drzwiach.
- Wyslij ludzi do wie¿y czarownicy - rzuci³a. - Chcê...
- Pani! - Podrêczna upad³a na twarz. - Pani! Czarownica nie ¿yje! Nie smia³ am przerywaæ, pani, ale...
Achaja jak koñ zastrzyg³a uszami.
- Bogowie! - Kró lowa ukry³a twarz w rêkach. - Zwo³aj radê. Szybko!
Podesz³a do Biafry. Chwila za³amania minê³a szybko. By³a królowa Arkach, a nie zasmarkana dziewczynka, która dowiedzia³a siê o smierci rodziców.
- Jak wyt³umaczysz obecnosæ prowokatora? - warkn ³a. - Kiedy dowiedzia³ es siê o smierci czarownicy?
- Na ka¿dym balu mam jakiegos prowokatora - k³ama idealnie. - Dowiedzia³em siê ju¿ w trakcie trwania balu.
- Tak? A jak w takim razie wyt³umaczysz te kilkanascie warstw wapna na twarzy tej zabó jczej ksiê¿niczki? Dlaczego ona ma rude w³osy? Przedtem by³ y czarne.
- Niech ona sama odpowie - mrukna³ Biafra.
O, ¿eby ciê szlag trafi³, panie perfidny!, klê³a w duchu Achaja. Mog³a powiedzieæ prawdê i zabiæ Biafrê. A siebie pos³aæ na wieczne zes³anie. Mog³a te¿ k³amaæ i braæ udzia³ w jego intrydze. Szlag!
- S³ucham, dziecko?
Achaja podnios³a g³ owê. Prawda? Czy fa³sz? Prawda, smieræ Biafry, nie wiadomo, co dalej z Arkach? Czy fa³sz, w³o¿ enie wszystkich palc w w tryby jego intrygi, danie dupy, jesli chodzi o honor.
- No? Ksiê¿niczko?
- Moja pani. Ja siê tak strasznie wstydzi³ am tego tatua¿u... - Poczu³a, jak pala ja policzki. Na szczêscie rumieñ ców nie by³o widaæ pod warstwami pudru. - A rude w³osy... Bo ja tak bardzo nie chcia³am, ¿eby mnie rozpoznali... bo... bo wtedy wszyscy by siê mnie bali, ¿e niby przysz³am, ¿ eby kogos zabiæ. I... I wtedy sta³abym sama pod sciana przez ca³y czas. A ja tak chcia³am zatañczyæ, choæ raz.
Gdyby Bogowie czuwali nad ludzmi, pod jej nogami powinna otworzyæ si otch³añ. Powinien spaliæ ja piorun. Sciany powinny siê stopiæ od jej k³ amstw. Jednak otch³añ siê nie otworzy³a, piorun nie uderzy³ z zimowego nieba, a sciany powoli pokrywa³y siê szronem.
- Przepraszam ciê, dziecko. - Królowa po³o¿y³ a rêkê na jej g³ owie.
Ujê³a d³oñ w³ adczyni i poca³owa³ a. Kurczê! Poca³unek mordercy. Ob³udny poca³unek k³amcy. Szlag! Szlag! Szlag!
- Muszê wracaæ do gosci. - Królowa przygryz³ a wargi. - Chcê was jednak zapewniæ, ¿e osobiscie przeprowadzê sledztwo w tej sprawie.
Oboje upadli na kolana, chylac g³ owy jeszcze ni¿ej. Podniesli siê, kiedy wysz³a. Podrêczna, zanim znik³a poda¿ajac za swoja pania, pokaza³a im d³oñ z rozcapierzonymi palcami.
- Piêæ palców? - Biafra mrugna³ do Achai. - Mamy tylko piêæ modlitw na zabicie czarownicy.
- Ty gnoju! - syknê a Achaja. - Podrêczna to te¿ twój cz³owiek? I nak³ama³a o smierci czarownicy?
- Szybciej, szybciej - warkna³, smiejac siê do niej. - Mamy bardzo ma³o czasu, wspólniczko w gnojstwie.
Pociagna³ ja na korytarz, potem na schody. Nie mog³a zbiegaæ, skaczac ze stopni. Ta wrednie waska suknia sprawi³a, ¿ e mog³a robiæ jedynie bardzo ma³e kroczki. On wróci³ jednak i poda³ jej rêkê. Potem zakla³, chwyci³ ja w pasie i przerzuci³ sobie przez ramiê.
- Cos ty ze mnie zrobi³? Swinia.
- Sama z siebie zrobi³as - stêkna³ , tracac oddech. Nie by³ silny. Zadysza³ siê nawet na krótkiej drodze prowadzacej na podwó rzec. - Mia³as wybór.
- Ty palancie jeden.
Umilk³a, kiedy wyni s³ ja na mrozne powietrze. Wokó³ czeka³ w gotowosci pluton Achai i dwadziescia dziewczyn z Drugiej Górskiej Dywizji. Biafra postawi³ ja na ziemi, ktos okry³ ja ciep³ym p³ aszczem.
- Dobra. Teraz szybko do wie¿ y, bo...
- Czekaj - Achaja osadzi³a go jednym s³owem. - Harmeen, Lanni. Rozsypaæ pluton!
- Tak jest!
Dziewczyny ustawi³y siê b³yskawicznie.
- Harmeen, do mnie. Lanni, kusze w pogotowiu.
Pluton zwiadu wymierzy³ z kusz do oszo³omionych ¿o³ nierzy z górskiej dywizji. Cofnê³y siê, ale trudno je by³o przestraszyæ. To by³a naprawdê elitarna jednostka.
Achaja podesz³a do nich.
- A teraz... - warknê³a - któ ra przy³o¿y³a mi kuszê do ty³ka? Co?
Spojrza³y po sobie niepewne. Nie by³o czego ukrywaæ. Ksiê¿niczka przecie¿ i tak siê dowie.
- T... to ja. - Z szeregu wystapi³ a ¿o³nierz z dosæ jasnymi w³osami i wyraznie zadartym nosem. - Ja... chcia³am... tego, no...
Achaja pokiwa³a g³ owa.
- Shha!
- Tak jest!
- Wezmiesz ja, mianujesz kapralem i w³aczysz do naszego plutonu - spojrza³a prosto w rozszerzone zdziwieniem oczy ¿o nierza. - Szybka jestes, ma³ peczko. I umiesz wykonywaæ rozkazy. - Patrzy³a, jak brwi tamtej wêdruja do góry. - Potrzebujê takich.
- Tak jest! Proszê pani - wrzasnê³a oszo³omiona ¿o³ nierz. A pózniej zupe³nie nieregulaminowo odwr ci³a siê do swoich kole¿anek i pokaza³a im jêzyk.
Stojaca z boku Arnne zachichota³a.
Achaja podesz³a do sier¿ant górskiej dywizji. Zdjê³a z uszu swoje ciê¿kie od szlachetnych kamieni zausznice i poda³a tamtej.
- To by³a wzorowa akcja, sier¿ancie.
- Tak jest, proszê pani! Dziêkujê, proszê pani!
- Kup swoim ¿o³ nierzom cos do picia. Niech siê nie poprzeziêbiaja.
- Tak jest, proszê pani!
Biafra przestêpowa³ z nogi na nogê.
- Mo¿e bysmy ju¿ poszli? - mrukna³.
Achaja skinê³a g³ owa i ruszy³a za nim. S³ysza³a, jak Shha z ty³u ryczy coraz g³osniej:
- Bei, Sharkhe! Najm odsze dupy jestescie. Macie nauczyæ nowa co i jak, bo inaczej wstyd nam zrobi! Co kapral, co kapral??? - odkrzykiwa³a na czyjas cicha uwagê. - Mi siê tu majoró wna nie bêdzie w moje sprawy mieszaæ. Zanim ja mianujê kapralem, swoja, kurwa, szko³ê musi przejsæ! Dobrze, ¿ e chocia¿ z gó rskiej dywizji cielê do nas przysz³o. To siê przynajmniej nie zesra na sam widok wroga.
Arnne chichota³a w najlepsze. Stosunki panujace w wojsku by³y dla niej czyms zupe³nie nowym. Lanni i Harmeen szturcha³y siê wzajemnie. Shha zdecydowanie nie nale¿a³a do ludzi, którzy dadza sobie nadmuchaæ w kaszê. Ona mia³a po prostu wszystko pouk³adane na swoich miejscach i by³a, zdecydowanie, dobrym sier¿antem. Achaja natomiast za adne skarby nie zamierza³a ingerowa w "politykê kadrowa" swojej siostry.
Podesz³a do Biafry.
- S³uchaj, swinio. Zrobiê to dla ciebie, ale...
Spojrza³ na nia zdziwiony.
- Zwolnisz z wojska tê Lonnei, czy jak jej tam.
- Kogo?
- Tê s³u¿aca, co ma chora matkê. Zrobisz to.
Wzruszy³ ramionami. Spojrza³ na nia z ukosa.
- Jak nie ona, to zginie jakas inna. Nie wszystko jedno?
- Zamknij siê.
Znowu wzruszenie ramion. Dochodzili w³asnie do strzelistej wie¿ y po³o¿onej wsród gêstych drzew. Wokó³ krêci³o si ju¿ kilku zaaferowanych s³u¿ acych, ale Biafra nie okaza³ zdenerwowania. Znowu jego ludzie. Mia³ ich chyba wszê dzie. Brakowa³o tylko cesarza Luan, który powinien wy³oniæ siê z krzaków, zasalutowaæ i z³o¿ yæ meldunek.
- Harmeen - Biafra podniós³ pochodniê - pluton niech otoczy wie¿ê. Strzelaæ do wszystkiego, co bê dzie chcia³o wyjsæ .
- Tak jest!
- Lanni, korkuj drzwi. Nic nie mo¿e przejs ani w jedna, ani w druga stronê.
- Tak jest!
- Sier¿ancie.
- Sier¿ant Shha melduje siê na rozkaz! - Dziewczyna podskoczy³a b³ yskawicznie.
- Widzisz to okno, gdzie pali siê swiat³o?
- Tak jest, proszê pana genera³a!
- Wez trzech najlepszych strzelcó w i trzymajcie palce na spustach. Jak zobaczycie w oknie chocia¿ cieñ ... Strzelajcie.
- Tak jest! Mayfed, Chloe, Sharkhe! Ruszaæ ty³ki, g³ upie owce! Mayfed, ty jestes najlepsza, ³aduj dupê na to drzewo! Chloe, psia twoja maæ! Przyklej siê do muru i mierz w górê! Sharkhe do mnie, no, ruszaj siê , krowo!
Biafra pchna³ ciê¿ kie, okute spi¿em skrzyd³o drzwi. Wzia³ od jednego ze s³ug pod³u¿ny pakunek, odwina³ szmatê i rzuci³ Achai luañski miecz. Lekki, sredniej d³ ugosci, bogato zdobiony. Ciekawe komu z poselstwa zosta³ ukradziony?
Arnne posz³a przodem. Przeskoczy³a kilka schodów i zatrzyma³ a siê przed wnêka kryjaca waskie drzwi.
- Wywalamy? - spyta³ a przejêta.
Biafra skrzywi³ siê lekko. Zapuka³ energicznie i wszed³ jako pierwszy. Czarownica, starsza, kostyczna kobieta, siedzia³a za sto³ em, na którym sta³ tylko lichtarz z kilkoma swiecami. Na idealnie czystym blacie nie by³o ¿ adnego innego przedmiotu, ¿adnej ksiêgi, ¿adnego naczynia, niczego.
- Przyszed³es mnie zabiæ? - spyta³a czarownica.
Biafra wyda³ wargi. Zerkna³ na swoje dziewczyny.
- No... - szepna³. - Ju¿!
Spojrza³y po sobie, nie rozumiejac.
- On wam mówi, ¿e macie ju¿ zaczaæ mnie zabijaæ - wyjasni³a czarownica spokojnie. Dopiero teraz podnios³a oczy. - Witaj, Arnne.
- W... witaj.
- No, co z toba? - Starsza kobieta za sto³em skrzywi³a siê lekko. - Skoro ju¿ zosta³ as morderczynia, no to zacznij zabijaæ.
Dziewczyna, niepewna, spojrza³a znowu na Achajê. Ta równie¿ nie mia a zbyt têgiej miny.
- No, no - czarownica wykorzysta³a chwilê ciszy - widzê, ¿e pani major " Rzeznik" Achaja te¿ raczy³a siê pofatygowaæ. S³ysza³am, ¿e zabi³a pani Viriona i szesciuset jego rê baj³ów. Có¿ za wyczyn.
Achaja z trudem prze knê³a slinê.
- Niech pani nie wierzy we wszystko, co o mnie mówia.
- No, zróbcie cos - warkna³ Biafra.
- A ty co? - Czarownica spojrza³ a na niego. - Jak zwykle. Nigdy w³asnymi raczkami?
- Chcesz zgubiæ Arkach, kretynko! - Szarpna³ siê, ale nie podszed³ nawet o krok. - Dziêki tobie Luan bêdzie tu za dwa lata!
Czarownica wzruszy³ a ramionami.
- Wiem, wiem - szepn ³a. - Nie mówisz w tej chwili do mnie. Tylko do tych twoich zestrachanych dup, które jakos nie moga na mnie ruszyæ. Chcesz je natchnaæ mi³oscia do kró lestwa - rozesmia³a siê. - To ty, idioto, chcesz zniszczyæ Arkach. Chcesz go wplataæ w awanturê, której ju¿ nie prze¿yje.
- Zabijcie ja, kurwa! - rykna³ Biafra na Achajê i Arnne, które sta³y niezdecydowane. - No ju¿, g³upie dupy!
- A¿ tak mnie nienawidzisz? - usmiechnê³a siê czarownica. - Nie mo¿esz zapomnieæ, ¿e nie popar³am ciê przy reformie armii?
- Sprawiasz k³opoty, stara.
- Wygada³es siê. Ca³a intryga na nic.
- Nie doceniasz mnie - wrzasna³. - Intryga jest bardziej skomplikowana. - Zerkna³ na swoje dziewczyny. - Zaraz bêdzie tu królowa. Achaja, masz wiêc wybór. Zabiæ mnie, a siebie pos³aæ na wieczna banicjê, albo ja! Arnne, jak siê czuje cz³owiek, którego za chwilê wyrzuca z cechu czarowników? Lubisz banicjê, ma³a?
Arnne zaklê³a i strzeli³a Achajê w ty³ek.
- No ju¿! - krzyknê ³a przestraszona. - Bierz ja!
Achaja podnios³a miecz i skoczy³a do przodu, odbijajac si z obu nóg. Czarownica by³a jednak szybsza. Podnios³a d³oñ do ust. Arnne te¿ da³a siê przechytrzyæ. Zablokowa³a zaklê cie. Ale nie by³o to nic zabójczego. Blokada nie zadzia³ a³a, bo tamta zamieni³a siê w tygrysa. Eksplozja targnê³a pokojem. Biafrze krew trysnê a z nosa. Tygrys... B³ad! W ustach Achai i Arnne natychmiast pojawi³ y siê k³y! Wszystkie trzy sk³ê bi³y siê na pod³ odze, gryzac siê i szarpiac pazurami. Bifara uskoczy³ pod scianê. Nowa eksplozja. Stara czarownica, ju w swojej postaci, skoczy³a na stó³. Przy³o¿y³a obie d onie do ust. Achaja jednak kopnê a w nogê sto³u tak, ¿e polecia³ a pod scianê. Chwyci³a miecz, chcac uciaæ nogê czarownicy, która straci³a równowagê , ale ta skoczy³a na scianê i zaczê³ a lezæ po niej jak monstrualna mucha. Arnne oslepi³a ja bia³a kula swiat³a, potem podpali³a zwisajace ze scian draperie. Stara wywinê³a siê jednak, skaczac na parapet. Teraz mia³a idealna pozycjê. Przy³o¿y³a obie d onie do ust i...
Siedzaca na drzewie Mayfed, widzac cieñ, strzeli³a precyzyjnie przez pokryta szronem szyb . Czarownica z be³tem w plecach wybi³a okno wraz z framuga i odwinê³a siê w ty³. Chloe strzeli³a z do³u, os³aniajac oczy przed spadajacymi na nia od³amkami szk³a. Shha i Sharkhe wystrzeli³y chwilê pózniej. Obie trafi³y w spadajace cia³o. Martwe ju¿ zreszta. Lanni, Zarrakh i ta nowa, do³aczona dzisiaj do oddzia³u, podskoczy³y szybko rozpêdzajac s³u¿ acych nadbiegajacych od pa³acu.
Chloe os³oni³a siê kusza, ale i tak czarownica spad³a na nia, pokrywajac krwia wszystko wokó .
W wie¿y Biafra wsta spod sciany, klnac coraz g³osniej.
- Egzekutorzy mi siê trafili, psiakrew!!! - Usi³ owa³ powstrzymaæ krew lecaca z nosa. Popatrzy³ na zdemolowany, p³ onacy pokój. - Chodzcie wreszcie, nieustraszone zabó jczynie, bo wam ty³ ki sp³ona.
Pchna³ drzwi i zbieg³ po schodach, zas³aniajac twarz chustka. Arnne i Achaja, obola³e, powlok³y siê za nim. Na zewnatrz Biafra ju¿ opieprza³ jakichs s³u¿acych, ka¿ac im wyjaæ strza³y z cia³a i zatrzeæ slady. Rozpoczê³a siê bieganina. Lanni zbiera³a pluton, Harmeen pchn ³a kilku ludzi do ugaszenia po¿aru.
Biafra kla³. Potem jednak podszed do Achai.
- Czegos siê jednak od ciebie nauczy³ em.
- Czego?
- Patrz. - Usmiechna³ siê i rykna³: - Która ¿ o³nierz siedzia³a z kusza na tym drzewie?!
- Melduje siê szeregowa Mayfed!
Biafra zdja³ z d³ oni swój wielki pierscieñ z god³em królestwa i rzuci³ go przestraszonej dziewczynie.
- Masz! - Mrugna³ do niej. - Jak twoje wnuki bê da ogladaæ ten pierscieñ, to niech wiedza... ¿e ich babcia jednym strza³em uratowa³a Kró lestwo Arkach!
W oczach Mayfed nagle pojawi³y siê ³zy.
- Ja... ja... - Powstrzymywane ³ zy pop³ynê³y nagle po policzkach szerokimi strumieniami.
- Jednym strza³em - powtórzy³ Biafra. - Nie zapomnijcie powiedzieæ o tym wnukom wyraznie.
- Tak jest! - Mayfed rozbecza³a siê kompletnie. Patrzy³a na swój pierscieñ, za któ ry mog³a sobie kupi ze dwie wsie, a mo e i folwark. I by³o jasne, ¿e nie sprzeda go nigdy. Za ¿adne skarby swiata. ¯e to niepozorne, ryte w szlachetnym kamieniu god³o bê dzie przechodziæ w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie. ¯e bêdzie poczatkiem legendy.
- Dawaæ tu te trzy pozosta³e - rozkaza Biafra. Upora³ siê nareszcie z chustka. Zdo³a³ ju¿ nawet jakos wytrzeæ nos. - Dawaæ dowódcê oddzia³u!
Shha zameldowa³a obecnosæ Sharkhe i Chloe, która usi³ owa³a wytrzeæ krew ze swojej twarzy. Lanni zameldowa³a siê sama. Biafra podszed³ do niej.
- Dobry masz oddzia³ , poruczniku. Od jak dawna masz sw j stopieñ?
- Od lata, panie.
- No to nie mogê ci mianowaæ kapitanem - przerwa³ jej. - Ktos powstrzyma³ s³ugi biegnace od pa³acu. Kto?
- Ja, Zarrakh i ta nowa, panie.
Biafra skina³ d³ onia, ¿eby podesz³ y.
- No, dobra - mrukna . - Klêknijcie przede mna. - Patrzy³ jak szybko spe³niaja rozkaz. - Ty, nowa, jak ty siê w³asciwie nazywasz?
- Jakee, panie! - wrzasnê³a dziewczyna w mundurze drugiej gó rskiej dywizji. Shha zagryz³a wargi. Ju¿ ona zapamiêta nieregulaminowy meldunek nowej. Najpierw podajesz sw j stopieñ, suko, warknê³a w myslach, i nie mów per "panie" do genera³a, bo nie jestes porucznikiem, który na takie rzeczy mo¿e sobie pozwoliæ! W umysle sier¿ant pojawi³y siê nagle ca³e gó ry naczyñ do szorowania, które biedna Jakee bêdzie doprowadzaæ do po³ ysku.
Biafra nie zwróci³ jednak na to uwagi. Stana³ w rozkroku i skrzywi³ siê lekko.
- Dziêki waszej major i tej m³odej czarownicy, dziêki wam, ¿o³nierze, Kr lestwo Arkach bê dzie jeszcze istnieæ jakis czas. - Zamysli³ siê na chwilê, a potem podja³ znowu: - Nie klêczycie przede mna. Klêczycie przed majestatem Arkach! Na mocy nadanej mi w adzy stwierdzam, ¿ e odtad wszystkie, Lanni, Shha, Mayfed, Zarrakh, Chloe, Sharkhe i ta... no... Jakee, odtad jestescie " godne". Jestescie teraz szlachetnie urodzone. - Usmiechna³ siê sceptycznie. - Na szczêscie w naszym kraju nie ³ aczy siê to z dodatkowymi przywilejami, wiêc nie zubo¿ê naszej kasy. No niemniej, odtad plebs ma siê do ka¿ dej z was zwracaæ per "jasnie pani"! - Usmiechna³ siê tym razem zjadliwie. - Mo¿ecie wstaæ, drogie panie.
Biafra odwróci³ si i podszed³ do Harmeen, by wydaæ jej szczegó³owe instrukcje. Dziewczyny podnios³ y siê oszo³omione.
- Ale numer - jêknê ³a Lanni. - Czy teraz, jak bê dê chcia³a wam wydaæ rozkaz, to bê dê musia³a mówiæ : "Niech jasnie pani zapierdala do ataku"? Czy mog po staremu: " Ruszaj siê, krowo!"?
- Nie wiem - wzruszy a ramionami Shha. - W ¿yciu nie widzia³am szlachcianki w oddzia³ach liniowych. - Po chwili jednak znalaz³a rozwiazanie: - Jasnie pani krowo! - ryknê³a na Mayfed. - Przestañ siê wreszcie mazaæ i wracaj do szeregu.
Pluton zacza³ siê smiaæ.
- A ty, Jakee, zanim siê nauczysz porzadnie meldowaæ, wyszorujesz wszystkie naczynia oddzia³u do po³ ysku! I to bêdzie pierwsza w historii jasnie panienka szorujaca gary! W kronikach ciê opisza, cielê g³ upie!
Shha, klnac, podesz³ a do Achai.
- Ojej, siostro - szepnê³a. - Nawet nie mogê o tym powiadomiæ ojca.
- Dlaczego?
- Bo siê schleje ze szczêscia, ¿e ma c rkê szlachciankê. - Machnê³a rêka. - A u nas karczma jest za rzeka. Bêdzie wraca³ pijany po nocy, to siê utopi!
Arnne usmiechnê³a siê, trochê jeszcze zdezorientowana.
- Mo¿e dobrze, ¿e dziewczyny nie wiedza...
- Czego? - spyta³a Achaja.
- ¯e w tym ca³ym ratowaniu królestwa chodzi³o o zwyk³e, brudne morderstwo.
- To akurat wiemy, proszê pani - mrukn ³a Shha. - Takie ca³kiem g³ upie nie jestesmy.
Achaja rozesmia³a siê, klepnê³a siostrê w ty³ek, z trudem powstrzymujac odruch wymiotny. Nie mog³a zapomnieæ oczu starej czarownicy. Podesz³a do Biafry.
- Obieca³es zwolniæ Lonnei z wojska.
Popatrzy³ na nia tym swoim zabójczym spojrzeniem.
- Mogê zwolniæ. Ale to porucznik zwiadu, nie rób jej tego swiñstwa, co?
Chcia³a uderzyæ go z ca³ej si³y. Odskoczy³, potkna³ siê, Harmeen chwyci a go, ¿eby nie upad³.
- Podstawi³es tê niby s³u¿aca? Lonnei to twój cz³ owiek?
Kiwna³ g³owa niezdecydowanie, niepewny, czy Harmeen zdo³a powstrzymaæ Achajê, jesli ta dostanie sza³u.
- Zinna jest zdrowa? Wymysli³es tê opowiesæ o sraniu uszami, tak?
- Tak... To znaczy opowiesæ wymysli³em - szepna . - Ale nie wiem co z Zinna.
- Wymysli³es tego ¿ o³nierza ze zmasakrowana twarza, który siedzi w bujanym fotelu?
Biafra schowa³ siê za plecami Harmeen, która sta³a oszo³ omiona, nie wiedzac, co robiæ. Po raz pierwszy w ¿ yciu jakis mê¿ czyzna schowa³ siê za jej babskim ty³ kiem.
- S³uchaj... No, dobra. Wymysli³em. Ale ktos taki przecie¿ mo¿e istnieæ. Wiesz ilu rannych mamy?
- Harmeen, kucnij! - warknê³a Achaja. - Lanni! £ap go!
Biafra jêkna³ cicho. Mia³ jednak wielkie szczêscie.
Arnne podskoczy³a z ty³u i powstrzyma³ a Achajê.
- S³uchaj, ta stara czarownica zda¿y³a wys³aæ pos³añca z listem. Czujê to.
- Szlag! Gdzie pojecha³?
Arnne rozejrza³a si , wzruszy³a ramionami, potem krzyknê³a do Lanni, ju¿ zachodzacej Biafrê od ty³u:
- Przyniescie mi jakiegos kota. No, szybko!
Porucznik zbarania³ a.
- Co, kurwa, przyniesæ?
- Kota! - Arnne zdenerwowa³a siê nagle. - Nie wiesz, co to jest kot? Taki ma³y, domowy drapie¿nik. Ma wasy i futerko.
Lanni skinê³a na swoich ludzi. Jej mina swiadczy³a jednak, ¿e podejrzewa czarownic o utratê zmys³ó w. Kotów siê kretynce zachciewa! Dziewczyny z plutonu niemrawo ruszy³y na poszukiwania. Biafra zrozumia³, ¿ e najgorsze minê³o. Wysuna³ siê zza ciagle oszo³omionej Harmeen. Wyraznie chcia³ zapytaæ, po co im kot, ale wola³ nie prowokowaæ Achai. Krêci³ siê niespokojnie, klnac i zerkajac w stronê pa³acu. Stali tu zdecydowanie za d³ ugo. Na szczêscie któ ras z dziewczyn znalaz³a starego, wielkiego kocura i przynios³a go, trzymajac za skórê na karku, ¿eby uniknaæ podrapania.
Arnne wziê³a od niej zwierzaka.
- S³uchaj, ma³y braciszku - szepnê³ a. Ci z ¿o³nierzy, kt rzy stali najbli¿ ej i s³yszeli jej s owa, zbaranieli. - Odjecha³ stad cz³ owiek na koniu. Muszê wiedzieæ, w która stronê. Muszê poznaæ jego zapach.
Biafra otworzy³ usta, ale nic nie powiedzia³. Harmeen skrzywi³a siê, jakby rozgryz³ a ziarnko pieprzu. Lanni tylko machnê³ a rêka.
- Ma³y bracie. Muszê poznaæ jego zapach.
Obie, Arnne i Achaja, poczu³y nagle woñ koñskiego potu i szczyn, zapach przestraszonego mê¿ czyzny, odór wódki i ciê¿kiego jedzenia. Obie prawie zamroczy a intensywnosæ tych odczuæ. Obie te¿ rzuci³y siê na kolana i zaczê³y wêszyæ. Oddzia³ oniemia³. Dziewczyny patrzy³y na nie przestraszone, jakby zobaczy³y dwie wariatki, któ re uciek³y ze swiatyni.
Kocur wysmykna³ siê z objêæ Arnne. Podniós³ ogon i podbieg³ w stronê lasu, wyraznie wskazujac kierunek.
- Z³apiesz go? - mruknê³a czarownica. - Czy ci pomóc?
- Dam sobie radê. - Achaja podnios³a siê lekko. - Konia! - krzyknê³ a.
- Dobrze siê czujesz? - szepnê³ a Lanni, nachylajac siê do jej ucha.
- Siostro - z drugiej strony podesz³a Shha - mam taka radê. Napij siê wódki do oporu i idz spaæ.
- Konia, siostrzyczko. Potrzebujê konia.
- Teraz? Po nocy? Chcesz go zjesæ, czy co?
- Ruszê po ciemku.
Na szczêscie Jakee przyprowadzi³a czyjegos wierzchowca. By³a naprawdê szybka i potrafi³a wykonaæ ka¿dy rozkaz, nie analizujac jego znaczenia. By³a dobrym ¿o³ nierzem. Dziewczyny wokó³ zrozumia³y nagle, ¿ e ich major naprawdê zamierza jechaæ po ciemku. I to najwyrazniej sama. Rzuci³y siê do swoich koni, ale Arnne powstrzyma³a je mówiac, ¿e pos³ aniec nie odjecha³ daleko, a poza tym jest stary, prawie szesædziesiê cioletni, i nie sprawi wiêkszego k³ opotu. Niewiele dzieli³o je, ¿eby wezwa³y kap³anów, by zaczê li leczyæ umys³y wariatek.
Achaja z trudem podciagnê³a siê na siod³o, siadajac po babsku z obydwiema nogami po jednej stronie i tylko jedna w strzemieniu. Shha chcia³a daæ jej miecz, ale broñ nie by³a potrzebna, tylko krêpowa³aby ruchy. Achaja ruszy³a szybko, koñ jednak zwolni³, kiedy opuscili krag swiat³ a rzucany przez pochodnie. Zmusi³a go do szybszego biegu, potkna³ siê kilka razy, chwyci³a mocniej wodze. Dla niej wokó³ panowa³a szara jasnosæ, on nie mó g³ widzieæ niczego. Usi³owa³a chroniæ go przed co wiê kszymi wykrotami, potem dostrzeg³a scie¿kê. Pociagnê³a nosem. Czu³a zapach pos³a ca. Szed³ pieszo, ciagnac swojego konia za uzdê. Nie mia³ pochodni, spryciarz, zna³ teren, móg³ wszê dzie trafiæ po omacku. Niewiele mu to pomo¿ e. Czu³a go tak wyraznie, jakby sta³ o kilka kroków. Przyspieszy³a jeszcze, choæ koñ zacza³ chrapaæ, bardziej ze strachu ni¿ zmêczenia.
- No jeszcze, jeszcze, malutki - szepta³a uspokajajaco. - Nie z³amiesz nogi. Nic ci nie bêdzie, koniku. Jeszcze trochê.
Zapach wzmóg³ siê. Pewnie. Mê¿czyzna nie móg po ciemku odejsæ daleko. Chwilê pózniej us³ ysza³a go. W³asnie krzesa³ ogieñ, chcac zapali pochodniê. Widaæ uzna³, ¿e nikt go nie bêdzie ju¿ goniæ. B³ad. Chocia¿ nie taki wielki, bo niby skad móg³ wiedzieæ, ¿ e zabójcy jego pani widza po ciemku i moga wêszyæ lepiej ni¿ goñcze psy.
Jej koñ nie chcia³ ju¿ przyspieszaæ. Wzruszy³a ramionami. Tamten sta³ raptem kilkadziesiat krokó w dalej. Musia³ us³yszeæ niepewny stuk kopyt obcego konia. Zamar³ w bezruchu. Kiedy go zobaczy³a, w³asnie usi³owa³ siê ukryæ pod roz³ o¿ystym krzakiem.
Podjecha³a powoli, a kiedy tamten wstrzyma³ oddech zatrzyma³a siê, chwyci³a go za szaty na karku, podnios³a jedna rê ka i przerzuci³a sobie przez kulbakê .
- Gdzie masz list? - spyta³a.
Wrzasna³ przera¿ ony. Nie widzia³ niczego. Czu³ tylko, co siê dzieje.
- S³uchaj - usmiechnê³a siê. - Albo powiesz, albo zacznê wyd³ubywaæ ci palcem mózg. Przez nos, kawa³ek po kawa³ku.
Zapach strachu po prostu ja odurzy³. Wrzasnê³a nagle, nie mogac siê kontrolowaæ. Zaczê³a wyæ. Wyæ jak wilczyca i za ¿adne skarby nie mog³a tego powstrzymaæ. Mê¿czyzna zsika³ siê ze strachu, moczac jej róg p³ aszcza. Podawa³ jej pismo dr¿aca d³onia, ale nie mog³a go wziaæ, tak by³a rozdygotana. W koñcu chwyci³a papier zêbami, zawr ci³a, smagajac konia wodzami, i zmusi³a go do cwa³ u. Czu³a... Czu³a zapachy ró¿ nych zwierzat, nocnych drapie¿nikó w, sów, wilków, lisów, rysi i ¿bik w. S³ysza³a ich ciche g³osy.
Przypomnia³a sobie ksia¿kê, która czyta³a w swoim pa³ acu w Troy, zanim zaczê³o siê to wszystko. Opowiesæ o ma³ej dziewczynce zagubionej w ciemnym lesie, która ba³a siê ka¿dego dziwnego dzwiêku, ba³a siê ka¿dego cienia. Ach! Jak mo¿na siê tak baæ? Teraz las by³ dla niej domem, zna³a go, czu³a. Jak mog³a kiedys identyfikowaæ siê z tamta dziewczynka, która o ma³o nie umar³a ze strachu, wyobra¿ajac sobie zbli¿ajace siê potwory? Potwory...
Achaja zamar³a nagle, wstrzymujac konia. Bogowie! Przecie¿... Przecie¿ teraz... Sama by³a potworem. Ju¿ nie ma³a dziewczynka zagubiona w lesie. Ale cena, która musia³a zap³aciæ by³o, ¿e sama zosta³a potworem.
Potrzasnê³a g³owa. W opowiesci nieznanego autora wszystko siê zgadza o. Naprawdê nie by³a ju¿ przera¿ona dziewczynka. Po prostu przesz³a na druga stronê. To ona mog³aby straszyæ ma³e dziewczynki.
KONIEC TOMU DRUGIEGO
c. d. n.


Home Site Map my.TagTag

Terms of Use
TagTag.com